W kosmicznym mieście Neonowo-Błysk wszystko świeciło jak cukierek. Ulice miały lampy w kształcie gwiazd, a autobusy brzęczały cichutko jak pszczółki. Nad dachami krążył on: Kapitan Kometa. Był dorosłym superbohaterem w granatowym kombinezonie w srebrne iskry. Na piersi miał znak: małą, uśmiechniętą kometę. Na plecach nosił pelerynę, która falowała jak nocne niebo.
„Spokojnie, Neonowo-Błysk. Czuwam!” mówił zawsze.
Pewnego popołudnia usłyszał: BUM… BUM… BUM… Zadrżały okna sklepów z lodami. Na placu pojawił się olbrzym! To była ogromna, puchata istota z kosmosu. Miała wielkie oczy jak dwa balony i długie łapy jak poduszki. Ludzie patrzyli z góry na dół i z dołu do góry.
„O-o! To… to Kolos z Chmur?” szepnął listonosz.
Kolos zrobił „ŁUUU!” i przypadkiem zdmuchnął czapkę policjanta. Potem kichnął tak głośno, że fontanna zrobiła fikołka. Ale Kolos nie wyglądał na złego. Wyglądał na… zagubionego.
Kapitan Kometa włączył swoje rakietowe buty: świst! Poleciał nisko, żeby nie straszyć. Zrobił w powietrzu wielki, jasny znak serca z niebieskiego światła.
„Hej, przyjacielu!” zawołał łagodnie. „Jestem Kapitan Kometa. Wszystko jest okej.”
Kolos mrugnął. „Łuu…?” zabrzmiało jak pytanie.
Kapitan założył hełm-tłumacz. „Ty nie chcesz niszczyć. Ty szukasz… ciepła i spokoju.”
Kolos przytulił własny brzuch. Był głodny i zmęczony. Wtedy Kapitan wpadł na pomysł. W kilka sekund rozwinął z pasa superkoc termiczny — ogromny jak boisko. „Proszę! Koc kometowy. Miękki, cieplutki!”
Potem Kapitan poprosił mieszkańców: „Przynieście coś miłego. Lody, naleśniki, i… dużo wody!” Wszyscy ruszyli. Nawet robot-kucharz robił naleśniki w kształcie księżyca. „Plask-plask!” śmiał się.
Kolos usiadł powoli, bardzo powoli, żeby niczego nie zgniatać. Kapitan pokazał mu, jak oddychać: „Wdech jak dmuchanie bańki… wydech jak zdmuchiwanie piórka.” Kolos spróbował. „Fuuu… puf!” I już nie było BUM-BUM. Było cicho.
Na końcu Kapitan Kometa zaprowadził Kolosa na spokojne łąki za miastem, gdzie rosły świecące trawy. „Tu możesz odpocząć,” powiedział. Kolos zamruczał jak wielki kot.
„Dziękuję,” odezwał się hełm-tłumacz, a Kapitan uśmiechnął się szeroko. W Neonowo-Błysku znów grały lampy-gwiazdy, ludzie machali, a Kapitan szeptał: „Odwaga to też delikatność.” I miasto zasnęło spokojnie, pod jasnym, dobrym niebem.