Rozdział 1: Kurz, gwizd i zła wieść
Słońce wisiało nad prerią jak rozgrzana moneta, a wiatr niósł zapach szałwii i suchej trawy. Kowboj Kuba „Krótka Smycz” Kowalski jechał powoli wzdłuż ogrodzenia rancza Pani Dolores. Mówili na niego tak, bo zawsze pilnował, żeby nic „nie poszło za daleko”: ani krowy, ani kłopoty.
Przy siodle kołysała mu się lassa, a na ramieniu siedział jego towarzysz podróży — kruk o imieniu Czarny. Kruk nie był zwyczajny. Umiał gapić się tak mądrze, że człowiek zaczynał poprawiać kapelusz z samej przyzwoitości.
— No, Czarny, jak sądzisz? — mruknął Kuba, patrząc na horyzont. — Dzisiaj spokojnie?
Kruk skrzeknął, jakby chciał powiedzieć: „Gdyby było spokojnie, nie zadawałbyś pytań”.
Wtem z daleka dobiegł galop. Kurz wzbił się jak chmura. To pędził Mateo, młody pomocnik z rancza, cały czerwony na twarzy.
— Kuba! Kuba! — wołał jeszcze zanim się zatrzymał. — Ogień! Na prerii, od strony suchego jaru!
Kuba momentalnie spoważniał. Spojrzał na niebo: cienka smuga dymu rysowała się jak szara kreska.
— Ile czasu? — zapytał.
— Nie wiem… Może kwadrans, może mniej! Wiatr ciągnie w naszą stronę!
Kuba zacisnął wodze.
— To nie czas na „może”. Jedziemy do Pani Dolores. Ty leć przodem i powiedz, żeby przygotowali wodę i mokre derki. I niech nikt nie panikuje, bo panika jest szybsza od konia.
Mateo przełknął ślinę i skinął głową.
— Tak jest!
Kuba ruszył kłusem, a Czarny wzbił się w powietrze, zatoczył krąg i poleciał naprzód, jakby chciał sprawdzić, czy dym nie ma złych zamiarów.
Gdy Kuba wpadł na podwórze rancza, Pani Dolores stała już na ganku. Była drobna, ale patrzyła tak, jakby mogła jednym spojrzeniem przesunąć góry.
— Kuba Kowalski — powiedziała spokojnie. — Słyszałam.
— Ogień jest prawdziwy, a wiatr bezczelny — odparł Kuba. — Ale mamy głowy, ręce i konie. Zrobimy, co trzeba.
Z szopy wyszła także Rosie, kowbojka z sąsiedztwa, zawsze z uśmiechem, nawet gdy sytuacja wcale nie była do śmiechu.
— Kuba, mam dwie wiadomości — rzuciła. — Dobra: widziałam wóz z beczkami wody. Zła: koń Janka uciekł na pastwisko.
— Janek zawsze miał talent do komplikowania prostych spraw — westchnął Kuba. — Mateo, bierz dwóch ludzi i przyprowadźcie konia. Rosie, sprawdźcie, gdzie jest stado. Pani Dolores… proszę zebrać wszystkich na podwórzu. Musimy działać razem.
Pani Dolores uniosła brodę.
— Na moim ranczu ludzie potrafią słuchać. A jeśli nie potrafią, to szybko się nauczą.
Dym na horyzoncie zgęstniał. Preria, jeszcze przed chwilą złota, zaczynała wyglądać jak papier, który ktoś właśnie podkłada pod zapałkę.
Rozdział 2: Iskry na wietrze
Kuba pobiegł do studni, gdzie już ustawiano wiadra. Mężczyźni i kobiety przekazywali je z rąk do rąk, tworząc żywy łańcuch. Ktoś rzucił dowcip, że gdyby ogień bał się plotek, to już dawno by uciekł, bo na ranczu plotka biega szybciej niż wiatr. Kilka osób się zaśmiało, ale śmiech był krótki — dym nie żartował.
Rosie podjechała bliżej, a jej koń prychnął nerwowo.
— Stado jest przy wschodnim płocie. Krowy czują dym i robią się niespokojne — powiedziała.
— To je przeniesiemy na kamieniste wzgórze — zdecydował Kuba. — Tam trawa jest rzadsza. Ogień nie lubi kamieni, bo kamienie nie smakują.
— Skąd wiesz? — zapytała Rosie z udawanym zdziwieniem.
— Próbowałem kiedyś ugryźć kamień. Też nie smakował — odparł Kuba, a Rosie parsknęła śmiechem.
Kuba rozejrzał się po podwórzu.
— Słuchajcie! — zawołał. — Mamy trzy rzeczy do zrobienia: przenieść stado, zabezpieczyć dom i stodołę, i zrobić pas bez trawy, żeby ogień nie miał czego jeść. Ogień jest jak głodny kojot: jak mu nie dasz pożywienia, pójdzie gdzie indziej.
— A jeśli nie pójdzie? — odezwał się ktoś z tłumu.
Kuba spojrzał w stronę dymu.
— Wtedy my go przegonimy. Ale nie krzykiem. Sprytem.
Mateo wrócił zziajany, prowadząc konia Janka, a za nim Janek biegł z kapeluszem w ręku.
— Przepraszam! — sapnął. — On… no… zobaczył krzaki i uznał, że to świetna okazja na przygodę.
— Teraz ma inną przygodę — powiedział Kuba. — Będziesz jechał z Rosie i poprowadzisz krowy. I nie zgub się po drodze.
— Ja? — Janek przełknął ślinę.
— Ty — potwierdził Kuba. — Odwaga nie zawsze przychodzi sama. Czasem trzeba ją dogonić.
Podzielili się na grupy. Jedni ciągnęli mokre derki na dachy, inni zaczęli wycinać i wyrywać suchą trawę, robiąc szeroki pas gołej ziemi. Kuba z Rosie i kilkoma ludźmi ruszyli do stada.
Krowy już się tłoczyły, parskały, a ich oczy błyszczały. Wiatr przyniósł pierwszy ciepły podmuch.
— Spokojnie, dziewczyny — mówił Kuba, jakby rozmawiał z upartymi uczniami. — Idziemy na spacer. Kamienie, chłód, żadnych płomieni.
Czarny przysiadł na paliku płotu i skrzeknął ostrzegawczo. Kuba podążył za jego spojrzeniem: w trawie przeskakiwały małe, pomarańczowe języki.
— Za blisko — warknął. — Ruszamy teraz!
Rosie gwizdnęła, Janek machnął kapeluszem, a konie ruszyły. Stado powoli, jak wielka, żywa fala, zaczęło przetaczać się w stronę wzgórza.
Nagle wiatr zmienił kierunek. Dym uderzył w nich jak brudna chusta. Jedna z krów wyrwała się i pognała w bok, prosto ku gęstszej trawie.
— Nie! — krzyknął Janek i ruszył za nią.
— Janek, nie sam! — zawołała Rosie.
Kuba popędził za nimi, czując, jak serce bije mu w piersi jak bęben na paradzie. Ogień trzeszczał już wyraźnie.
— Janek! Zawróć! — krzyknął Kuba.
— Nie zostawię jej! — odkrzyknął chłopak, z determinacją większą niż jego doświadczenie.
Kuba przyspieszył, dogonił go i rzucił lasso. Sznur świsnął w powietrzu, zacisnął się delikatnie, ale pewnie na szyi krowy. Kuba nie szarpnął — tylko prowadził, jakby mówił: „Tędy jest lepiej”.
— Widzisz? — sapnął. — Spryt, nie siła.
Janek, spocony i blady, skinął głową.
— Myślałem, że… że nie zdążymy.
— Zawsze się myśli głupoty, gdy jest gorąco — mruknął Kuba. — Dlatego mamy kapelusze.
Doprowadzili stado na kamieniste wzgórze. Krowy uspokoiły się trochę, choć wciąż spoglądały w stronę dymu. Z dołu dochodził coraz głośniejszy trzask płonącej trawy.
Kuba odwrócił konia.
— Teraz najważniejsze. Musimy zatrzymać ogień, zanim dojdzie do zabudowań.
Rozdział 3: Pas ziemi i ogień, który myśli
Na ranczu ludzie kończyli pas bez trawy, ale wiatr robił, co chciał. Iskry przelatywały nad gołą ziemią jak złośliwe świetliki.
Pani Dolores stała przy stodole, trzymając mokrą derkę.
— Kuba — powiedziała. — Jeśli ogień przejdzie, stracimy siano. A bez siana zimą…
— Wiem — przerwał Kuba łagodnie. — Nie stracimy.
Rozejrzał się. Pas ziemi był dobry, ale nie idealny. W kilku miejscach rosły suche krzaki, a to było jak zostawienie okruszków dla myszy.
— Potrzebujemy czegoś jeszcze — mruknął. — Czegoś, co ogień naprawdę poczuje.
Rosie podjechała, z twarzą okopconą od dymu.
— Myślisz o kontrolowanym ogniu? — zapytała cicho.
Kuba skinął głową.
— Mały ogień przeciw dużemu. Wypalimy pas po naszej stronie, przy samej gołej ziemi. Kiedy wielki ogień dojdzie, nie będzie miał co palić.
Mateo otworzył szeroko oczy.
— Ale… podpalić? Przecież to szaleństwo!
Kuba spojrzał mu prosto w twarz.
— Szaleństwem jest stać i patrzeć, jak wszystko płonie. Mądrością jest użyć ognia jak narzędzia. Tylko trzeba cierpliwości.
Pani Dolores przez chwilę milczała, a potem skinęła głową.
— Zróbcie to. Ale ostrożnie. I ktoś ma pilnować wiatru.
Czarny, jak na zawołanie, skrzeknął i poleciał nisko nad ziemią, sprawdzając podmuchy. Kuba uśmiechnął się krótko.
— Mamy strażnika.
Zebrali kilka łopat, wiadra z wodą i mokre derki. Kuba wybrał miejsce, gdzie ziemia była już prawie goła. Rosie trzymała pochodnię zrobioną ze szmaty i kija.
— Gotowa? — zapytał Kuba.
— Zawsze — odparła, choć jej głos zdradzał napięcie.
Kuba uniósł rękę.
— Mateo, ty i Janek stoicie z wiadrami. Jak tylko ogień pójdzie nie tam, gdzie trzeba, gasicie. Pani Dolores, proszę pilnować ludzi przy stodole. Nikt nie ma być bohaterem w pojedynkę.
— A ty? — spytała Rosie.
— Ja będę bohaterem w dwójkę — powiedział Kuba i mrugnął.
Rosie przyłożyła pochodnię do suchej trawy. Pojawił się płomyk, mały jak język jaszczurki. Potem drugi. Trzeci. Płomień zaczął pełznąć powoli, zjadając trawę po ich stronie.
— Spokojnie… — szeptał Kuba, jakby uspokajał dzikiego konia. — Tylko tu, tylko tyle.
Kontrolowany ogień szedł nisko, bardziej dymił niż płonął. Ludzie z łopatami podbijali krawędzie, przysypywali żar ziemią. Mateo, choć trząsł mu się podbródek, podawał wodę tam, gdzie było trzeba.
Nagle wiatr zawył i płomień podskoczył.
— W lewo! — krzyknęła Rosie.
Kuba rzucił się z derką, przydusił ogień jak ogromną dłonią. Janek polał wodą, Mateo sypnął piachem. Płomień zasyczał i zgasł, zostawiając czarną plamę.
— Dobra robota — pochwalił Kuba, dysząc. — Widzicie? Ogień też potrafi się przestraszyć, gdy mu pokażesz, że jesteś szybszy.
Wtedy usłyszeli to: wielki pożar nadchodził. Brzmiał jak setki trzaskających patyków i jak deszcz, który zamiast kropli ma iskry. Nad linią trawy pojawiła się pomarańczowa ściana.
— Teraz — powiedział Kuba. — Trzymać się razem.
Rozdział 4: Wyścig z płomieniami
Powietrze zrobiło się gorące i ciężkie. Dym szczypał w oczy. Wielki ogień pędził, pożerając prerię. Kuba czuł, jak koń pod nim drży, ale trzymał się dzielnie.
— Spójrzcie na pas! — krzyknął Kuba. — Niech ogień trafi na pustkę!
Płomienie dotarły do wypalonego pasa. Przez sekundę wyglądało to, jakby ogień zawahał się, jak zbój, który nagle trafia na zamknięte drzwi. Płomień spróbował przeskoczyć. Iskry poleciały.
— Derki na dach! — zawołała Pani Dolores.
Ludzie na ganku i przy stodole przyciskali mokre derki, polewali wodą drewniane ściany. Rosie biegała jak wiatr, sprawdzając, gdzie iskry próbują się zaczepić.
— Kuba! Iskra na dachu stodoły! — krzyknął Mateo.
Kuba zerwał się do biegu po drabinie, choć nogi miał jak z gumy. Wspiął się, ślizgając po mokrych szczeblach. Na dachu tlił się mały ognik, udający, że jest niewinny.
— O nie, koleżko — syknął Kuba. — Na moim ranczu nie robimy takich psikusów.
Przydusił ogień derką, polał wodą. Ogień zgasł, zostawiając tylko dymek, jakby obrażony.
Zeskoczył na ziemię. Wielki pożar nadal ryczał po drugiej stronie wypalonego pasa, ale trawa tam już była czarna i martwa. Ogień nie miał co jeść. Zaczynał słabnąć, zmieniając się z pędzącej bestii w zły, dymiący cień.
— Trzyma! — zawołała Rosie, wskazując na linię, gdzie płomienie przestawały. — Kuba, trzyma!
Kuba spojrzał, nie dowierzając. Pas działał. Kontrolowany ogień zrobił swoje, a ich praca łopatami i wodą zamknęła drogę pożarowi.
Jeszcze przez dłuższą chwilę biegali, gasili małe ogniska, deptali tlące się kępki. Janek raz prawie wpadł w popiół po kolana.
— Uwaga! — zawołał Kuba, łapiąc go za koszulę. — Popiół bywa zdradliwy, jak uśmiech bandyty.
— Dziękuję — wyszeptał Janek, blady, ale już nie spanikowany.
Pani Dolores podeszła do nich, a na jej policzku była smuga sadzy. Wyglądała jednak, jakby to była wojskowa odznaka.
— Ranczo stoi — powiedziała cicho. — Stodoła stoi. Dom stoi.
Mateo usiadł na ziemi, jakby nagle przypomniał sobie, że ma nogi.
— My… my wygraliśmy?
Kuba usiadł obok niego, opierając kapelusz na kolanach.
— Nie wygraliśmy z ogniem. Wygraliśmy z naszym strachem. Ogień robi swoje. My robimy swoje.
Czarny wylądował na płocie i skrzeknął krótko, jakby potwierdzał: „Tak właśnie”.
Rozdział 5: Czarny pas i złote serca
Następnego ranka preria wyglądała inaczej. Tam, gdzie wczoraj falowało złote morze trawy, ciągnął się czarny pas spalenizny. Ale wokół rancza Pani Dolores wszystko stało na swoim miejscu. Nawet kura, która zwykle udawała, że jest groźnym szeryfem, chodziła dumnie, jakby to ona ugasiła pożar.
Kuba stał przy ogrodzeniu i patrzył na wzgórze, gdzie spokojnie przeżuwało stado.
Rosie podeszła z kubkiem kawy.
— Dobrze, że nie próbowałeś gryźć ognia, Kuba — powiedziała.
— Próbowałem kiedyś — odparł poważnie. — Nie polecam. Zdecydowanie za ostre.
Rosie zaśmiała się.
Mateo i Janek podeszli niepewnie.
— Kuba… — zaczął Mateo. — Wczoraj myślałem, że ucieknę. Nogi same chciały biec.
— Nogi są mądre — powiedział Kuba. — Mówią: „Zagrożenie”. Ale głowa decyduje, dokąd pobiec. Ty pobiegłeś pomagać. To się liczy.
Janek podrapał się po karku.
— A ja… ja pognałem za krową. I prawie narobiłem biedy.
Kuba spojrzał na niego uważnie.
— Pognałeś, bo ci zależało. To dobre. Następnym razem dodasz do tego myślenie. Odwaga bez myślenia to koń bez wodzy.
Janek uśmiechnął się krzywo.
— Czyli… mam być jak ty? „Krótka Smycz”?
— Każdy ma swoją smycz — odparł Kuba. — Jedni krótszą, inni dłuższą. Ważne, żeby trzymała cię przy tym, co słuszne.
Pani Dolores wyszła z domu z małą skrzynką. Otworzyła ją i wyjęła błyszczący, srebrny znaczek w kształcie podkowy.
— Kuba Kowalski — powiedziała. — Nie mam tu wielkich nagród jak w mieście. Ale mam coś, co przypomina, że odwaga i rozum mogą iść razem.
Przypięła mu znaczek do kamizelki. Kuba zmieszał się, jakby ktoś złapał go na tym, że lubi komplementy.
— Pani Dolores, ja tylko…
— Ty i twoi ludzie uratowaliście ranczo — przerwała stanowczo. — A ja lubię, gdy sprawy są nazywane po imieniu.
Kuba dotknął znaczka.
— W takim razie po imieniu: zrobiliśmy to razem.
Spojrzał na Rosie, Mateo, Janka i resztę ludzi. W ich oczach nie było już tylko zmęczenia. Była też duma — cicha, ale mocna.
Czarny kruk skrzeknął i usiadł Kubie na ramieniu. Kowboj poprawił kapelusz i spojrzał na czarny pas ziemi.
— Preria odrośnie — powiedział. — Trawa wróci. A my… my już wiemy, że nawet gdy robi się gorąco, najlepiej trzymać się blisko siebie.
Rosie upiła łyk kawy.
— I najlepiej nie zostawiać krowom pomysłów na przygodę.
— Z krowami to nigdy nic nie wiadomo — odparł Kuba. — Ale od dziś na tym ranczu przygody będą miały porządną smycz.
Wiatr poruszył trawą tam, gdzie ocalała, jakby preria przytaknęła. A słońce wstało wysoko, jasne i spokojne, jak obietnica, że po każdej trudnej nocy przychodzi dzień, w którym znów można ruszyć w drogę.