Rozdział 1: Plan wykręcony jak sprężyna
Na samym środku rozległego stawu mieszkał kaczor o imieniu Kwakoś. Kwakoś był znany w całym okolicy jako najbardziej roztrzepany kaczor na świecie. Gdzie się pojawił, tam działy się rzeczy dziwne, śmieszne i… zupełnie nieprzewidywalne. Pewnego ranka, kiedy słońce ziewało jeszcze leniwie, Kwakoś wpadł na pomysł tak szalony, że nawet jego pióra się zjeżyły.
„Dziś zrobię coś zupełnie innego!” zakwakał do swojego odbicia w wodzie. „Ale co, Kwakoś, co?” zapytał siebie samego, marszcząc czoło, co wyglądało bardzo komicznie, bo kacze czoła nie są stworzone do marszczenia.
Wtem przypomniał sobie o Wielkim Wyścigu Po Liściach, który miał się odbyć tego dnia na drugim końcu stawu. Każde zwierzę chciało mieć najlepszy liść do ślizgania się po wodzie. Problem był tylko jeden: Kwakoś zawsze wybierał najdziwniejszy liść i zawsze kończył w trzcinach, śmiejąc się do łez.
Ale tym razem, postanowił, będzie miał PLAN AWARYJNY! Po czym rozejrzał się i… od razu zgubił myśl.
„Kwakoś, skup się!” powiedział do siebie i wskoczył do wody, robiąc przy okazji fale, które obudziły rodzinę żab.
Rozdział 2: Liść, który chciał być tratwą
Kwakoś popłynął na brzeg, gdzie wybierał liść. Był tam już żółw Tadziu, który wolno badał każdy liść nosem, oraz wiewiórka Figa, która wybrała największy liść i zwinęła się na nim w kulkę.
Kwakoś spojrzał na swoje odbicie w wodzie i powiedział: „Tym razem wybieram liść, który nie jest ani za mały, ani za duży, ani za śliski, ani za sztywny… tylko taki akurat!”.
Po czym wybrał… liść, który wyglądał jakby już miał dość pływania i najchętniej poszedłby spać.
„To jest mój plan awaryjny!” ogłosił radośnie, a wszyscy spojrzeli na niego trochę jak na kaczkę, która zapomniała, jak się kwacze.
W tym momencie z krzaków wyskoczył bóbr Bonifacy, trzymając w zębach gałązkę.
„Kwakoś, czy ty wiesz, że twój liść ma dziurę na środku?” zapytał Bonifacy z powagą.
Kwakoś zerknął na liść i rzeczywiście – na środku ziała dziura wielkości kaczej łapy.
„To MOJA tajna strategia!” wykrzyknął Kwakoś, choć sam nie wiedział, co ta strategia zrobi, poza tym, że na pewno będzie śmiesznie.
Rozdział 3: Spotkanie z filozofem z kałuży
Wyścig się zaczął! Zwierzęta popychały liście, ślizgały się, chlapały wodą. Kwakoś sunął swoim liściem, aż nagle PLUM! – wpadł w największą kałużę na stawie, która była domem dla filozofa Żabiego Stefana.
Stefan siedział na kamyku, machając łapką i mrucząc pod nosem: „Być może kałuża to po prostu staw w miniaturze…”.
Kwakoś wypłynął na powierzchnię, kaszląc wodą, a Stefan spojrzał na niego i rzekł poważnym tonem:
„Kwakoś, czy wiesz, dlaczego liście mają dziury?”
Kwakoś zamyślił się przez chwilę, po czym odpowiedział: „Hmmm… Może po to, żeby kaczki mogły przez nie patrzeć na świat do góry nogami?”
Stefan uśmiechnął się szeroko. „A może po to, żeby każdy liść był wolny i nie musiał być idealny?”
Kwakoś tak się tym zachwycił, że aż zapomniał, że jest na wyścigu. Zamiast dalej pędzić, zaczął kręcić się w kółko i chlapać wodą, śmiejąc się na cały staw.
„Kwakoś, szybciej, bo przegrasz!” wołała Figa z daleka.
„Ale kto powiedział, że muszę wygrać?” odpowiedział Kwakoś, robiąc śmiesznego fikołka i pryskając wodą na Stefana.
Rozdział 4: Parada niespodzianek
W końcu wszystkie zwierzęta dopłynęły do mety. Tadziu przytargał swój liść na grzbiecie, Figa była cała mokra, a Bonifacy… Bonifacy budował już zaporę z liści, bo przecież wyścig to świetna okazja do zbierania materiałów.
Kwakoś przypłynął ostatni, ale wcale się tym nie przejął. Zamiast się smucić, zaproponował: „Zróbmy paradę na liściach! Każdy pokazuje, co potrafi!” I zaczęła się na stawie prawdziwa parada: żółw robił powolne obroty, Figa tańczyła na ogonie, a Kwakoś… próbował zrobić mostek na liściu, ale wypadł z niego z wielkim pluskiem.
Wszyscy śmiali się tak głośno, że echo niosło się aż do sąsiedniej kałuży, gdzie Stefan filozoficznie wzruszył ramionami: „Cała ta wolność to chyba bardzo mokra sprawa…”
Rozdział 5: Kurtyna spada, kacze pióra fruwają
Gdy słońce zaczęło się chować za trzcinami, zwierzęta rozłożyły się na liściach i patrzyły w niebo. Kwakoś rozciągnął skrzydła i powiedział z uśmiechem:
„Nie trzeba być ani najszybszym, ani najładniejszym, żeby dobrze się bawić!”
W tym momencie wiatr zerwał się z taką siłą, że podniósł ogromny, szeroki liść i… opadł na staw jak wielka, zielona kurtyna. Cała gromadka znalazła się pod liściem, śmiejąc się i robiąc miny do siebie.
„Wygląda na to, że nasz występ się skończył!” zaśmiał się Kwakoś.
„Ale jutro będzie kolejny!” zawołała Figa, machając ogonkiem.
A staw jeszcze długo rozbrzmiewał śmiechem, a kacze pióra tańczyły na wodzie niczym konfetti po najbardziej szalonej paradzie.
Kurtyna opadła.