Poranek z Wietrzykiem
Ania, Basia i Celina spotkały się jak co rano przy małym ogródku za szkołą. Słońce dopiero wstawało, a kwiaty jakieś takie jeszcze zaspane. Celina przyjechała na swoich kolorowych kółkach — wózek miała ozdobiony naklejkami z kotkami i gwiazdkami. Basia niosła pudełko z książkami, a Ania trzymała w rękach nowy latawiec, cały w kropeczki i w paski.
„Zobaczcie!” — krzyknęła Ania pokazując latawiec — „Mój tata pomógł mi go uszyć wczoraj wieczorem. Będziemy latać aż do chmur!” Jej oczy świeciły się radością.
Celina uśmiechnęła się szeroko. „Może ten Wietrzyk da nam dziś super wiatr” — powiedziała i machnęła ręką, jakby chciała przywołać pogodę. Wietrzyk, który naprawdę czasem bywał zabawnym powiewem powietrza, przeszedł przez ogródek i delikatnie zatańczył między trawami.
Dziewczynki rozstawiły się na trawniku. Basia rozwinęła sznurki, Ania wykręcała patyk i wiązała nitkę, Celina patrzyła, jak latawiec powoli łapie powietrze. Wszyscy czuli się jak małe kapitanki sterujące wielkim kolorowym statkiem.
„Gotowe!” — zawołała Ania. Wzięła głęboki oddech i razem z Basia i Celiną puściły latawiec na wiatr. Latawiec uniósł się, skakał i wił się w powietrzu. Dzieci klasnęły z radości, a Wietrzyk wydał ciche, wesołe pufnięcie.
Był to poranek, który mógł trwać i trwać. Nikt nie myślał, że coś może pójść nie tak.
Nieoczekiwany zwrot
Nagle Wietrzyk zawirował mocniej. Najpierw było to przyjemne zawirowanie — latawiec kręcił piruety. Potem przyszła większa podmuch, taki, jakby Wietrzyk się przestraszył i zaczął biegać. Nitka latawca zaskrzypiała, a fragment patyka pękł z głośnym trzaskiem.
Latawiec zabrzęczał, zamigotał i runął prosto na krzew róży. „Och nie!” — wykrzyknęła Ania. Serce zabiło jej szybciej. Wewnątrz niej coś zabuczało jak mały czerwony trąbik. Było gorąco, jakby w piersi rozgorzało małe ognisko.
„To nie fair!” — krzyknęła. Złość wyrosła jak niespodziewany deszcz. Ania poczuła, że chce krzyknąć jeszcze głośniej, rzucić się na trawę i tupnąć nogą tak mocno, żeby ziemia zadrżała. Jej policzki zrobiły się czerwone.
Basia stanęła jak wryta. „Ale... latawiec...” — zaczęła, a potem nie mogła dokończyć, bo Ania już biegła w stronę krzaków. Celina pojechała obok, bo nie lubiła, gdy przyjaciółka wybuchała, ale wiedziała też, że Ania jest po prostu zła i potrzebuje pomocy.
Wietrzyk zakręcił się jeszcze raz, jakby chciał złapać sytuację za rąbek. W tym momencie wydarzyło się coś dziwnego — Ania zobaczyła przed sobą małą, czerwono-pomarańczową kuleczkę. Była jak balonik z ognia, drżący w powietrzu. W środku kula mówiła szeptem, ale Ania usłyszała:
„Jestem złość” — powiedział mały głos. „Przyszłam szybko, bo coś się złamało.”
Ania zatrzymała się. „Co?” — wyszeptała. Złość w baloniku zarechotała i trochę parsknęła. Brzmiała dokładnie tak, jak jej serce.
Basia podeszła ostrożnie. „Ania, jesteś zła? To nic złego być złym. To uczucie mówi nam, że coś nam przeszkadza.” Celina uśmiechnęła się i zapytała: „Pamiętasz, jak mówiłyśmy, że emocje mają kolory? Czerwona to złość. Możemy nazwać ją na głos, a potem zobaczymy, co zrobić.”
Ania spojrzała na czerwony balonik i poczuła, jak ten jest jednocześnie duży i trochę śmieszny. „Jestem zła” — powiedziała cicho, najpierw do balonika, potem do koleżanek. Powiedzenie tego głośno sprawiło, że balonik nieco przestał buchać.
„A dlaczego jesteś zła?” — zapytała Basia. Ania pociągnęła nosem. „Bo mój latawiec się zepsuł i bardzo na niego liczyłam. Chciałam, żeby poleciał wysoko.” Uczucie złości przybrało kształt małego, gorącego kamyczka w jej dłoni.
Celina przybliżyła się z uśmiechem. „Możemy go poszukać w krzakach razem. A jeśli nie, to naprawimy go albo zrobimy nowy. A na razie, jeśli chcesz, pokażę ci mój sposób na uspokojenie.” Celina miała spokojny głos, jak osoba, która lubi układać klocki w równą wieżę.
Jak oswoić złość
Celina wyjęła z torby małą miękką piłeczkę. Była w kształcie jabłuszka i pachniała delikatnie mydłem, bo mama Celiny zawsze spryskiwała ją lawendowym sprejem. „Kiedy czuję złość, chwytam coś miękkiego i naciskam” — powiedziała. „Potem biorę pięć głębokich oddechów. Wdech przez nos, wydech przez usta.” Celina pokazała, jak to zrobić.
Ania przyjęła piłeczkę niechętnie, ale posłusznie ścisnęła ją raz, dwa razy. Pierwsze ścisknięcie sprawiło, że kamyczek złości zaczął się dziwnie poruszać — jakby maleńka burza w środku kruszała pod palcami. Dziewczynki policzyły razem: „Jeden... dwa... trzy... cztery... pięć.” Przy piątym oddechu Ania poczuła, że w piersi robi się chłodniej, jakby ktoś otworzył okno.
„To pomogło” — mruknęła Ania. Ale balonik złości nadal gdzieś kręcił się nad jej głową, choć już nie buchając ogniem.
„Możemy też nazwać, co dokładnie czuje złość” — zaproponowała Basia. „Nie tylko 'jestem zła', ale 'jestem zła, bo...'. Mówienie pomaga zrozumieć.” Ania skinęła głową i spróbowała: „Jestem zła, bo straciłam latawiec, który robiłam z tatą i bardzo mi na nim zależało.” Kiedy powiedziała to na głos, balonik złości przestał tak ostro drgać i zrobił się przezroczysty na chwilę, jak balon, przez który przechodzi światło.
„A co, jeśli nie da się naprawić?” — zapytała Basia spokojnie. „Wtedy możemy zrobić nowy latawiec albo pomalować ten sam inaczej. Czasami złość znika, gdy damy jej pracę do zrobienia.” Celina dodała: „Albo możemy opowiedzieć o niej dorosłemu. Mama potrafiła mi pomóc, jak byłam mała i się złościłam, bo ktoś zabrał mi kredki.”
Ania rozejrzała się na krzakami. Latawiec leżał wśród liści, trochę podziurawiony, ale jeszcze nie całkiem zrujnowany. Basia delikatnie wyjęła go z cierni. „O, da się go naprawić” — powiedziała z uśmiechem. „Tylko trzeba tej nitki i małego kawałka taśmy. A potem pokażemy tacie Ani, jak go zawiesić.”
Wiedząc, że robią coś razem, Ania poczuła, że balonik złości robi się mniejszy. Celina zaproponowała też inną rzecz: „Zrobimy skrzynkę spokoju.” Basia i Ania spojrzały na nią pytająco. Celina pokazała pudełko ze swoich rzeczy — w środku były kolorowe kredki, kawałek materiału, kilka kamyczków, miękka piłeczka i karteczki. „Kiedy ktoś czuje złość, może podejść, wziąć rzecz, narysować co czuje albo nacisnąć piłeczkę. Potem oddechów pięć i... gotowe.” Celina miała prosty plan.
Dziewczynki zrobiły skrzynkę razem. Ania narysowała na karteczce mały latawiec i napisała: „Kiedy jestem zła, mogę zrobić... (oddech, szkic, naprawa).” To napisała po swojemu, literki były trochę krzywe, ale serce włożyła wielkie.
Nowy sposób na burzę
Po naprawie latawca Ania i Basia znów puściły go w powietrze. Latawiec wzbił się powoli i tym razem trzymał się pięknie. „Patrzcie!” — krzyczała Ania, a jej uśmiech wrócił jak słońce po chmurce. Wietrzyk przywiał tak, jakby przepraszał za to, że wcześniej przestraszył patyk.
„Cieszę się, że się uspokoiłaś” — powiedziała Basia delikatnie. Ania przytuliła kremową piłeczkę z skrzynki, jakby była to poduszka do snu. Poczuła, że złość już nie domaga się gwałtownie. Stała się raczej jak mała iskierka, która może rozgrzać lub poparzyć — ale teraz Ania wiedziała, jak ją zgasić.
Kilka dni później, podczas zabawy na podwórku, zdarzyła się inna rzecz. Do grupy doszła nowa dziewczynka, Ola, która przypadkowo przestawiła planszę Basia w grze. Basia zrobiła się niemal fioletowa ze złości — bo plansza była bardzo ważna dla jej strategii. Zaczęła krzyczeć.
Ania spojrzała na Basia. W pyszczku znów coś zacisnęło się jej mocno — pamięć o baloniku z ognia. Tym razem nie było to jej własne poczucie, ale widziała, że koleżanka potrzebuje pomocy. Podeszła szybko, wyciągnęła skrzynkę spokoju i podała Basia miękką piłeczkę.
„Weź oddech” — szepnęła. Basia spojrzała na nią zdumiona, potem wzięła piłeczkę i zaczęła liczyć oddechy. Dziewczynka znowu stała się spokojniejsza. Ania przypomniała jej, co Celina kiedyś powiedziała: „Nazwij, dlaczego jesteś zła.” Basia wzięła powietrze i powiedziała cicho: „Jestem zła, bo niszczy mi to plan gry.” Potem powiedziała: „Przepraszam, Ola. Nie chciałam krzyczeć.”
Ola przyjęła przeprosiny i podsunęła nowe instrukcje do gry. Wszyscy zrozumieli, że złość może przyjść zawsze. Najważniejsze było to, że można ją zobaczyć, nazwać i zrobić coś, żeby była mniejsza. Ania poczuła dumę: jej skrzynka spokoju naprawdę pomogła.
Wieczorem, przed snem, dziewczynki siedziały u Ani w kuchni i jadły jabłka. „Cieszę się, że mamy plan na złość” — powiedziała Basia. „Teraz, kiedy czuję się zła, wiem, że mogę zrobić oddech albo użyć skrzynki.”
Celina wyciągnęła z kieszeni małą karteczkę, na której narysowała ciepły kominek. „Dla mnie złość to czerwona iskra” — powiedziała — „ale iskra nie zawsze musi palić. Można ją zamienić w światło, jeśli się ją wykorzysta. Można pomalować, naprawić albo pogadać. I pamiętajcie, że czasem potrzebujemy pomocy dorosłych.”
Ania spojrzała w sufit i uśmiechnęła się do swoich przyjaciółek. W jej wnętrzu nie było już ogromnego balonika z ognia. Był mały czerwony guzik, który umiała nacisnąć, kiedy trzeba — i wtedy robiło się chłodniej, jaśniej. Latawiec tej nocy śnił o wielkich niebieskich podróżach.
Zanim położyła się spać, Ania wyszła na chwilę na taras i wyszeptała do Wietrzyka: „Dziękuję.” Powiew delikatnie musnął jej włosy i znikł, jakby powiedział: „Do jutra, kapitan Ania.”
Tej nocy Ania śniła, że jej złość jest małym, zabawnym zwierzątkiem, którego można pogłaskać, nakarmić i poprosić o przysługę. Zwierzątko pomagało jej w trudnych chwilach — nie było złe samo w sobie, po prostu prosiło o внимание.
Kiedy rano budziły ją promienie słońca, Ania poczuła spokój. Wiedziała, że jeśli kiedyś złość znów zawita, to nie musi uciekać ani walczyć sama. Może ją nazwać, odetchnąć, użyć skrzynki spokoju albo porozmawiać z przyjaciółmi. Wiedziała też, że złość nie zabiera radości z latawców — czasem pomaga zbudować lepszy, mocniejszy latawiec od nowa.
I tak trzy przyjaciółki nauczyły się, że uczucia mają imiona i kolory, a najważniejsze jest, żeby je poznać. Nawet złość może stać się przewodnikiem, jeśli nauczymy się z nią rozmawiać.