Trwa ładowanie...
Opowieści o futurystycznym mieście 11-12 lat Czytanie 19 min.

Lumen i Maks: proste rozwiązania na tarasach Cykadii

W futurystycznym Mieście Tarasów chłopiec Maks i świetlisty obserwator Lumen wędrują po osiedlach, naprawiają drobne usterki i uczą mieszkańców odpowiedzialności oraz prostych rozwiązań.

Pobierz tę opowieść w formacie PDF

Idealne do dzielenia się lub drukowania tej opowieści!

Pobierz e-booka (.epub)

Przeczytaj tę opowieść na swoim czytniku e-booków.

Dwunastoletni chłopiec o okrągłej twarzy i piegach, spokojnym, życzliwym wyrazie i krótkich potarganych brązowych włosach, w zielonym t‑shircie i dżinsach delikatnie wyciąga rękę po mały świetlisty fragment; naprzeciw niego stoi około 14‑letni, szczuplejszy chłopak z czarnymi potarganymi włosami i wstydliwym, skruszonym spojrzeniem, w szarej bluzie z kapturem, trzymający w kieszeni właśnie oddany kawałek szklanego blasku; za młodszym unosi się Lumen — humanoidalny awatar światła o blado‑niebieskim, lekko przeźroczystym ciele z neonowymi złotymi żyłkami, spokojnym wyrazie i wyciągniętą dłonią ku fragmentowi. Akcja dzieje się na futurystycznym targu na tarasie z kolorowymi straganami, otwartym pojemnikiem na elektrośmieci, metaliczną posadzką, różowo‑żółtymi neonami i wiszącymi kablami; scena to intymny moment zwrotu świetlnego kawałka między nimi, o ciepłej atmosferze, nasyconych kolorach i wyraźnych, geometrycznych konturach w duchu pop art. zgłoś problem z tym obrazem

Rozdział 1: Miasto Tarasów i chłopiec, który potrafił czekać

Wielka Cykadia budziła się zawsze jak ogromna maszyna: cicho, równo i z błyskiem. Tarasy miasta spływały kaskadami po zboczu jak schody dla olbrzymów — jeden nad drugim, każdy z własnym ogródkiem, uliczką i cieniem. Pomiędzy tarasami sunęły windy w przezroczystych tubach, a nad nimi przelatywały autobusy na poduszce powietrznej, mrucząc jak zadowolone koty.

Maks miał dwanaście lat i cierpliwość, którą dorośli czasem brali za brak pomysłów. A to nieprawda. Maks miał pomysłów mnóstwo, tylko nie wypychał ich na siłę, jakby to były kamienie w kieszeniach. Wolał poczekać, aż same ułożą się w coś sensownego.

Tego ranka stał na Tarasie Dwudziestym Trzecim i patrzył, jak ekipa miejskich techników rozwija na chodniku siatkę jasnych płytek. Na każdej migał symbol kropli.

— To nowy „łapacz rosy” — wyjaśniła pani Daria, opiekunka szkolnej pracowni Wynalazków Prostych. Miała włosy w kolorze starej miedzi i zawsze nosiła przy pasku śrubokręt, jakby to była różdżka. — W nocy wyciąga wodę z powietrza. Rano każdy może przyjść z butelką.

— Czyli… woda z niczego? — Maks zmrużył oczy.

— Z czegoś. Z powietrza. — Pani Daria uśmiechnęła się. — Proste rozwiązania są najlepsze, bo można je naprawić w rękawiczkach i z otwartą głową.

W Cykadii wymyślano codziennie coś drobnego: klamki, które same się dezynfekowały, ścieżki dla hulajnóg, które świeciły, gdy robiło się ślisko, i kosze na śmieci, które mówiły „dziękuję” tak uprzejmie, że człowiekowi aż głupio było nie segregować.

Maks wracał do domu ścieżką między donicami z karłowatymi drzewkami cytrusowymi. W powietrzu pachniało mokrą gliną i rozgrzanym metalem. Na dole, daleko na Tarasie Pierwszym, widać było mglisty błękit Portu Chmur, gdzie lądowały statki dostawcze z kosmosu i z innych miast.

Nagle usłyszał ciche: pyk.

Jakby ktoś stuknął paznokciem w szkło.

Odwrócił się. Przy balustradzie tarasu stał ktoś… a raczej coś. Był to świetlisty zarys postaci, trochę jak człowiek narysowany światłem latarki na ścianie. Migotał, ale nie znikał. W jednej ręce trzymał cienką tabliczkę, a w drugiej — coś przypominającego pióro z laserowego pyłu.

I notował.

Maks przetarł oczy. Avatar nie zniknął. Uniósł „pióro” i napisał w powietrzu kilka znaków, które na moment zawisły, po czym zapadły się jak bąbelki w wodzie.

— Hej — powiedział Maks ostrożnie. — Ty… jesteś reklamą?

Avatar odwrócił głowę. Miał twarz bez wyraźnych rysów, ale Maks i tak czuł, że jest na niego patrzony. Światło zadrżało, jakby postać próbowała się uśmiechnąć.

— Nie reklama — odezwał się głos. Brzmiał jak spokojny szum windy, która właśnie dojeżdża na piętro. — Obserwacja. Notatki.

— O mnie?

— O mieście. O rozwiązaniach. O tym, co robisz, kiedy nikt nie klaszcze.

Maks poczuł, jak serce robi mu krótkie „bzzzt”, jak dron, któremu zabrakło stabilizacji.

— A dlaczego mnie widzisz?

Avatar przechylił głowę, a na jego tabliczce pojawiły się drobne świecące kreski.

— Ponieważ umiesz czekać — odpowiedział. — Cierpliwość to rzadki zasób. W Cykadii wszystko pędzi, a ty… zostawiasz miejsce na myśl.

Maks nie wiedział, czy się obrazić, czy ucieszyć. Wybrał trzecią opcję: ciekawość.

— Jak masz na imię?

— Lumen. — Światło w postaci zajaśniało trochę mocniej. — I mam prośbę. Potrzebuję przewodnika po tarasach.

Maks spojrzał na kaskady miasta, na windy, mosty i zielone balkony. Przygoda nie musiała wyglądać jak pościg za piratami kosmicznymi. Czasem zaczynała się od kogoś, kto po prostu prosił.

— Dobra — powiedział. — Ale najpierw muszę powiedzieć mamie, gdzie idę. Odpowiedzialność, wiesz.

Lumen zrobił krótką notatkę.

„Odpowiedzialność: obecna” — mruknął z zadowoleniem.

Rozdział 2: Dziennik zrobiony ze światła

Maks wrócił do domu na Tarasie Dwudziestym Czwartym, zostawił wiadomość na domowym panelu: „Idę do pracowni pani Darii. Wracam przed kolacją.” Mama pracowała w serwisie wind tubowych i często schodziła w dół miasta, więc zostawianie wiadomości było u nich zasadą.

Gdy wyszedł, Lumen czekał przy furtce, jakby był tam od zawsze. Jego światło nie oślepiało; raczej łaskotało wzrok, jak iskierki na powierzchni rzeki.

— Gdzie najpierw? — spytał Maks.

— Tam, gdzie proste rozwiązania ratują tarasy przed kłopotem — odparł Lumen.

— To znaczy wszędzie — stwierdził Maks. — Ale dobra. Znam miejsce.

Zaprowadził Lumena na Taras Dwudziesty Drugi, gdzie była Stacja Napraw Szybkich: długi kiosk z narzędziami, rolkami taśmy naprawczej i szufladami pełnymi śrubek w kolorach. Każdy mógł przyjść i naprawić drobiazg — bez opłat, byle zostawić po sobie porządek.

Przy kiosku kręcił się chłopak trochę starszy od Maksa, w okularkach z wyświetlaczem. Próbował złożyć pęknięty uchwyt od torby.

— Nie trzyma — burknął.

Maks podszedł.

— Masz za długą śrubę. Zobacz. — Wskazał szufladę oznaczoną „M3 krótkie”. — A do tego podkładka z gumy, żeby nie pękało.

Chłopak mruknął coś, co mogło być „dzięki”, ale zabrzmiało jak „mmf”. Uchwyt zaskoczył na miejsce.

Lumen stał obok i notował. Na jego tabliczce światło układało się w linie, jakby ktoś rysował mapę.

— Zapisuję: „dzielenie się wiedzą bez dramatu” — powiedział.

— Bez dramatu? — Maks uniósł brwi. — A jaki dramat mógłby tu być?

— Ludzie czasem wolą wyglądać mądrze niż pomóc. — Lumen przechylił tabliczkę. — Ty wolisz, żeby torba nie spadła komuś na nogę.

Maks wzruszył ramionami. To wydawało mu się normalne.

Ruszyli dalej. Po drodze mijali tarasowe ogrody, gdzie podlewanie odbywało się cienkimi mgiełkami, żeby nie marnować wody. Na jednym z mostków zobaczyli mały tłum.

— Co tam? — spytał Maks.

Na środku stał automat z dystrybutorem energii dla hulajnóg. Ktoś przykleił do niego kartkę: „NIE DZIAŁA. NIE KOP.

— Kto kopie automat? — zdziwił się Maks.

— Ci, którzy się spieszą i myślą, że kopniak to narzędzie — mruknęła starsza pani z siatką pomidorów.

Maks kucnął przy panelu automatu. Lampka migała na czerwono. Obok leżał drobny plastikowy klips.

— O… to jest blokada pokrywy. Wypadła. — Wsunął klips na miejsce. — Teraz…

Automat westchnął jak budzik i zapalił się na zielono. Tłum wydał z siebie zbiorowe „ooo”, jakby właśnie ktoś włączył słońce.

Lumen notował szybciej.

— Proste rozwiązania — powiedział Maks, udając poważny ton pani Darii. — Napraw w trzy ruchy i nie kop.

— Zapisuję również: „nie kop” — odparł Lumen, i brzmiało to tak, jakby uznał tę zasadę za bardzo ważną dla całej cywilizacji.

Rozdział 3: Zgubiona notatka, czyli kłopot w dół tarasów

Kiedy zeszli windą na Taras Piętnasty, powietrze zmieniło zapach. Było więcej wilgoci i chłodu. Poniżej rosły większe drzewa, a nad uliczkami wisiały rozciągnięte jak żagle ekrany przeciwsłoneczne.

Lumen zatrzymał się nagle. Jego światło zafalowało, jakby wpadł w niewidzialną kałużę.

— Co jest? — spytał Maks.

— Zgubiłem część notatek — powiedział Lumen i zabrzmiał… zawstydzenie? To dziwne, ale tak.

— Jak można zgubić światło? — Maks rozejrzał się.

— Notatki nie są tylko światłem. Są obietnicą. A obietnice trzeba trzymać. — Lumen uniósł tabliczkę. Na jej rogu brakowało małego świecącego fragmentu, jakby ktoś odłamał kawałek szkła.

Maks przygryzł wargę. Jeśli Lumen zbierał obserwacje o mieście, to może od tych obserwacji zależało coś ważnego. Może ktoś na podstawie tych notatek budował kolejne rozwiązania. A może… ktoś chciał je ukraść.

— Gdzie ostatnio miałeś ten fragment? — zapytał spokojnie, jakby rozwiązywał zadanie.

— Przy automacie energii. Kiedy zapisywałem „nie kop”, poczułem szarpnięcie.

Maks przypomniał sobie tłum. Ktoś mógł zahaczyć, ktoś mógł chcieć „pamiątkę”. Albo… ktoś, kto lubi kłopoty.

— Wracamy? — spytał Lumen.

Maks spojrzał na tubę windy. Jeździła co chwilę, pełna ludzi. Wracanie przez pół miasta w godzinach szczytu to była próba cierpliwości nawet dla niego. Ale odpowiedzialność to odpowiedzialność.

— Tak — powiedział. — Tylko zrobimy to mądrze. Nie będziemy pędzić i wpadać na ludzi, bo wtedy zgubimy jeszcze więcej. Pójdziemy skrótami dla pieszych.

Znał Cykadię jak własne kieszenie: schodki między tarasami, kładki ukryte za zielenią, tunele dla serwisantów, gdzie pachniało kablami i miętą z filtrów powietrza.

Po drodze minęli mural przedstawiający dawną Ziemię sprzed wielu dekad: więcej dymu, mniej zieleni. Pod muralem ktoś napisał: „Proste rzeczy robi się codziennie.”

— To prawda — mruknął Maks.

Gdy dotarli na mostek przy automacie, tłumu już nie było. Została tylko kartka „NIE KOP”, która teraz wyglądała trochę samotnie.

— Szukamy świecącego odłamka? — spytał Maks.

— Tak. I osoby, która go wzięła — odparł Lumen.

Na ziemi, przy barierce, Maks zauważył drobny ślad: jakby ktoś przeciągnął po posadzce coś świecącego. Smużka była ledwie widoczna, ale Maks miał dobre oko do drobiazgów. Może dlatego, że lubił spokojnie patrzeć.

— Tędy — powiedział.

Smużka prowadziła do bocznej uliczki, w dół, ku Tarasowi Czternastemu.

Rozdział 4: Chłopak z kieszeniami pełnymi cudzych rzeczy

Na Tarasie Czternastym było głośniej. To była strefa targowa: stragany z drukowanymi na miejscu częściami, stoisko z owocami, które smakowały jak stare wakacje, i mały warsztat, gdzie naprawiano wszystko od robotów-sprzątaczy po dziecięce zegarki.

Smużka światła skończyła się przy koszu na odpady elektroniczne. Maks zajrzał do środka. Nic.

— Ktoś mógł już zabrać — wyszeptał.

Lumen pochylił się nad koszem. Jego światło przygasło, jakby próbował „usłyszeć” coś, czego Maks nie słyszał.

— Fragment jest blisko. Czuję… zakłócenie.

Wtedy Maks zobaczył chłopaka w okularkach z wyświetlaczem — tego samego, co przy Stacji Napraw Szybkich. Stał przy straganie z częściami i udawał, że ogląda śrubki, ale co chwilę zerkał na kieszeń bluzy. Coś w tej kieszeni świeciło bardzo delikatnie, jak robaczek świętojański.

Maks podszedł. Nie lubił kłótni. Wolał rozmowę.

— Hej — powiedział. — Masz coś, co świeci.

Chłopak drgnął.

— Co? Nie. To… to mój brelok.

Lumen stanął obok Maksa. Jego blask stał się wyraźniejszy, a powietrze wokół jakby lekko zadrżało.

— To część mnie — powiedział Lumen spokojnie. — Oddaj, proszę.

Chłopak cofnął się o krok.

— Myślałem, że to jakiś… gadżet. Leżało prawie na ziemi. — Mówił szybko. — W Cykadii wszystko jest czyjeś, dopóki nie spadnie, prawda?

— Nie — odpowiedział Maks. — Jeśli coś spadnie, to znaczy, że ktoś to zgubił. A zgubione rzeczy się oddaje. To… odpowiedzialne.

Chłopak zacisnął usta.

— A jeśli oddam, to co? Będziecie na mnie krzyczeć? Wezwiecie straż tarasową?

Maks pokręcił głową.

— Nie. Po prostu oddasz. I tyle. — Zawahał się. — Możesz też przeprosić. To pomaga. Serio.

Chłopak spojrzał na Lumena. Na jego twarzy pojawił się grymas, jakby wstyd kłuł go pod skórą.

— Dobra — mruknął i wyciągnął z kieszeni świecący odłamek. Wyglądał jak mały płatek szkła, w środku którego płynęły drobne linie światła.

Lumen wyciągnął rękę. Odłamek sam uniósł się delikatnie, jakby przyciągany magnesem, i wskoczył na brakujące miejsce w tabliczce. Światło postaci wyrównało się, uspokoiło, stało się pełniejsze.

— Dziękuję — powiedział Lumen.

Chłopak odchrząknął.

— Przepraszam — dodał cicho, jakby słowo było cięższe niż śrubokręt. — Ja… czasem zbieram rzeczy. Bo… lubię mieć coś wyjątkowego.

— Możesz mieć coś wyjątkowego, robiąc coś wyjątkowego — odpowiedział Maks. — Na przykład oddając to, co nie twoje, kiedy nikt nie patrzy.

Chłopak spojrzał w bok.

— Jak masz na imię? — spytał Maks.

— Iwo.

— To, Iwo… następnym razem przyjdź do Stacji Napraw. Tam są rzeczy, które możesz brać: wiedza. — Maks uśmiechnął się krzywo. — I śrubki. Ale tylko te z podpisem „weź, jeśli potrzebujesz”.

Iwo parsknął śmiechem, krótkim i trochę zdziwionym.

— Dobra. Dzięki.

Lumen zanotował coś długo, bardzo długo. Maks udawał, że nie widzi, jak w tych notatkach błyska słowo „odwaga”.

Rozdział 5: Mała awaria, wielka lekcja

Gdy wracali w stronę windy, usłyszeli sygnał alarmowy: trzy krótkie dźwięki, potem jeden długi. To był sygnał dla „zatoru w tubie”.

Na placu przy windzie zebrała się grupka ludzi. Przez przezroczystą tubę widać było kabinę zatrzymaną między tarasami. W środku stała kobieta z torbą, a obok niej mały robot dostawczy, który mrugał w panice.

— O nie — powiedział Maks. — Mama mówiła, że takie zatory robią się, gdy czujniki wilgoci wariują.

Lumen podszedł do panelu sterowania. Nie dotknął go, ale jego światło rozlało się po ekranie jak jasny płyn.

— Widzę błąd: „nadmiar mgły w czujniku” — powiedział. — Ktoś rozpylił wodę zbyt blisko kratki.

— To pewnie te mgiełki do podlewania — stwierdził Maks, patrząc na ogród obok. Dysze pracowały, choć słońce stało wysoko. Ktoś zostawił program nocny na dzień.

Ludzie zaczęli narzekać.

— Zawsze coś!

— Ja mam spotkanie!

— A ja zakupy się roztopią!

Maks poczuł, że robi mu się gorąco. Najłatwiej byłoby stanąć z boku i czekać, aż przyjedzie serwis. Ale w kabinie ktoś stał. A poza tym proste rozwiązania były po to, żeby działały teraz.

— Potrzebujemy… suchego powietrza — powiedział na głos. — I wyłączenia mgiełki.

— Jak? — spytał ktoś.

Maks pobiegł do ogrodu i znalazł mały panel sterujący. Był zabezpieczony kodem, ale na obudowie wisiała karteczka z napisem: „KOD DLA OPIEKUNA: 2233”. Ktoś najwyraźniej uznał, że odpowiedzialność to też ułatwianie życia.

Maks wpisał kod i wyłączył mgiełki.

— A teraz czujnik — mruknął. — Trzeba go osuszyć.

Na Stacji Napraw Szybkich widział kiedyś małe kapsułki z żelem osuszającym do elektroniki. Rozejrzał się. Obok windy wisiała skrzynka „AWARYJNE: DROBNE”. W środku: rękawiczki, opaska odblaskowa, taśma i… dwie kapsułki z żelem.

— Idealnie — powiedział Maks.

Podszedł do kratki czujnika, wsunął kapsułkę do specjalnej kieszeni serwisowej (ktoś kiedyś pomyślał o tym wcześniej — ktoś odpowiedzialny), a drugą podał Lumenowi.

— Masz ręce ze światła. Dasz radę?

— Dam — odpowiedział Lumen.

Jego blask wślizgnął się pod osłonę, a kapsułka zniknęła w środku mechanizmu. Panel zamrugał. Czerwony alarm przeszedł w żółty, a potem w zielony.

Winda ruszyła powoli, jakby przeciągała się po drzemce. W kabinie kobieta uniosła kciuk. Robot dostawczy wydał z siebie triumfalne „pip-pip”.

Ludzie zaczęli bić brawo, ale Maks poczuł, że rumieni się bardziej niż powinien.

— Nie ja sam — powiedział szybko. — To system. Ktoś zostawił żel, ktoś zrobił kieszeń serwisową, ktoś dał kod opiekunowi… Ja tylko połączyłem kropki.

Lumen notował.

— Właśnie na tym polega odpowiedzialność — powiedział. — Łączyć kropki, zanim ktoś się potknie.

Maks spojrzał na niego.

— A ty? Po co to wszystko zapisujesz?

Lumen zawahał się, a jego światło lekko przygasło.

— Bo Cykadia ma zostać wzorem — odpowiedział cicho. — Wysyłają mnie do miast, które dopiero powstają: na pływających platformach, w kopułach pustynnych, w bazach na Księżycu. Tam ludzie też potrzebują prostych rozwiązań. I kogoś, kto pamięta, że technologia to nie sztuczka… tylko obowiązek.

Maks poczuł dumę, ale taką spokojną, jak dobrze dokręcona śruba.

Rozdział 6: Szept na krawędzi tarasu

Wieczorem niebo nad Cykadią miało kolor granatu z domieszką zieleni, bo w chmurach pracowały filtry świetlne. Lampy na kładkach zapalały się jedna po drugiej, jakby miasto mrugało do swoich mieszkańców.

Maks i Lumen stanęli na Tarasie Dwudziestym Trzecim, tam gdzie rano montowano łapacz rosy. Płytki świeciły delikatnie, a w małym zbiorniku zbierała się już pierwsza czysta woda.

— To tu się zaczęło — powiedział Maks.

— I tu się kończy dzisiejsza trasa — odparł Lumen. — Zapisane: zgubione i odzyskane. Naprawione bez kopania. Zator rozwiązany bez paniki.

— A jutro? — spytał Maks, choć wiedział, że jutro zawsze przyjdzie samo.

Lumen spojrzał na miasto. Na kaskadowe tarasy, na windy, na ogrody. Na ludzi, którzy nieśli torby, prowadzili rozmowy, naprawiali drobiazgi, wyłączali mgiełki, gdy trzeba.

— Jutro znowu będzie coś małego — powiedział. — Ktoś zgubi śrubkę. Ktoś zapomni kod. Ktoś się pospieszy. A ktoś… poczeka i pomyśli.

Maks poczuł, że w środku robi mu się ciepło. Nie od światła Lumena, tylko od myśli, że bycie odpowiedzialnym nie musi być ciężarem. Może być jak latarka w kieszeni: nie świeci cały czas, ale gdy jest potrzebna, działa.

— Lumen — zapytał. — Zostaniesz tu?

Avatar uśmiechnął się bez rysów twarzy. Jego światło przybrało kształt spokojnej aureoli.

— Jestem tylko gościem. Ale moje notatki zostaną. A ty… ty zostajesz dla siebie.

Maks oparł się o balustradę. Z dołu dobiegał szum miasta: kroki, silniki, śmiech, szelest liści. Tarasy kaskadowały w ciemności jak ogromna, bezpieczna drabina.

Lumen podniósł tabliczkę. Na jej powierzchni pojawiły się ostatnie słowa, które szybko zniknęły, jakby wsiąkły w światło.

— Co napisałeś? — spytał Maks.

— Że najlepsze rozwiązania są proste, ale nie są przypadkowe — odpowiedział Lumen. — Ktoś zawsze bierze za nie odpowiedzialność.

Maks spojrzał na łapacz rosy. Pomyślał o wodzie, o windach, o śrubkach, o chłopaku, który oddał, co zabrał. Pomyślał o mamie w serwisie i o pani Darii z jej śrubokrętem-różdżką.

Potem nachylił się do balustrady, jakby miasto mogło go lepiej usłyszeć, i wyszeptał życzenie — nie głośne, nie na pokaz, tylko takie, które można wziąć do kieszeni i nosić codziennie:

— Żebyśmy zawsze pamiętali naprawiać rzeczy na czas… i siebie nawzajem też.

Bez reklam 3€ na miesiąc

Czy pragną Państwo nieprzerwanej lektury? Wesprzyjcie Oh My Tales, usuńcie wszystkie reklamy i korzystajcie z innych wliczonych korzyści już od 3€ miesięcznie.

Zobacz plany i ceny
Udostępnij

zgłoś problem z tą opowieścią

Co sądziliście o tej opowieści?

Podaj swoją opinię, przyznając ocenę tej opowieści w zależności od tego, co Ty i/lub Twoje dziecko o niej myśleliście. Z góry dziękujemy!

Dziękuję! Twój głos został uwzględniony!

Quiz: czy dobrze zrozumiałeś opowieść?

łapacz rosy
Urządzenie, które zbiera wodę z powietrza i gromadzi ją w pojemniku.
Poduszce powietrznej
Warstwa powietrza używana jako podparcie lub amortyzacja dla pojazdu.
Mgiełki
Bardzo drobne krople wody rozpylane w powietrzu, używane do podlewania.
Dystrybutorem energii
Maszyna, która daje prąd lub ładuje pojazdy, np. hulajnogi.
Czujniki wilgoci
Urządzenia mierzące poziom wody w powietrzu lub na powierzchni.
Kapsułki
Małe pojemniki z substancją, używane do ochrony lub naprawy urządzeń.
żel osuszającym
Specjalny żel, który chłonie wilgoć, by chronić elektronikę.
Panelu sterowania
Miejsce z przyciskami i ekranami do kontrolowania maszyny.
Zator w tubie
Zablokowanie kabiny windy w rurze, które zatrzymuje ruch.
NIE KOP
Napis ostrzegawczy mówiący, żeby nie uderzać ani nie kopać danego urządzenia.

Stwórz magiczną i unikalną opowieść dla swojego dziecka!

Stwórz spersonalizowaną przygodę w zaledwie kilka minut, w której twoje dziecko staje się bohaterem. Z naszym ekskluzywnym narzędziem to łatwe, darmowe i zabawne!

Stworzyć opowieść

Pobierz tę opowieść:

Pobierz tę opowieść w formacie PDF Pobierz e-booka (.epub)

Do przeczytania następnie w Opowieści o futurystycznych miastach dla 11-12 lat

Otrzymuj nowe opowieści w każdą niedzielę wieczorem!

Otrzymaj 7 ekscytujących i fascynujących opowieści, dostosowanych do wieku i gustów Twojego dziecka, każdej niedzieli o 17:00*. To jest darmowe i gwarantowane bez spamu!
*E-mail wysyłany o 17:00 czasu środkowoeuropejskiego (CET).
Nie lubimy też spamu. Dlatego nie będziemy wysyłać Ci nic poza opowieściami. Będziesz mógł się wypisać, kiedy tylko zechcesz.