Trwa ładowanie...
Opowieści o futurystycznym mieście 11-12 lat Czytanie 20 min.

Naprawiacze jutra z Nowej Vistuli

Dwie jedenastolatki, Maja i Lena, odkrywają manipulację miejskimi czujnikami i naprawiają drobną usterkę, co wciąga je w śledztwo prowadzące przez Dzielnicę Warsztatów.

Pobierz tę opowieść w formacie PDF

Idealne do dzielenia się lub drukowania tej opowieści!

Pobierz e-booka (.epub)

Przeczytaj tę opowieść na swoim czytniku e-booków.

Są trzy postacie: dziewczynka 11 lat o brązowych włosach w kitkach, w żółtej wodoodpornej kurtce z kolanami poplamionymi błotem, przyklęknięta po lewej z srebrnym kluczem nastawionym na koło; druga dziewczynka 11 lat z blond warkoczami, w szarych rękawiczkach po prawej, pochylona nad osią wózka, wyciąga z torby malutkie pęsetowe narzędzie i uśmiecha się figlarnie; mężczyzna około 60 lat z pomarszczoną skórą w khaki roboczym z naszywką „Warsztaty Miejskie” stoi za nimi po prawej, trzyma koszyk z sadzonkami i patrzy z zaskoczeniem i wdzięcznością. Miejsce: futurystyczna miejska uliczka przy dzielnicy warsztatów z gładkimi płytami podłogi i niebieskimi pasami świetlnymi, metalowymi rurkowymi latarniami, zaokrąglonymi witrynami z neonami oraz halą warsztatową z przeszklonym dachem i piktogramami pracowni w tle. Główna scena: intymna, radosna naprawa starego wózka z urwanym kółkiem — zdjęto mały kawałek przezroczystego plastiku i usunięto błyszczący kamyk, rozrzucone narzędzia (klucz, szczypce, ślady smaru), całość w jasnych pastelach z metalicznymi akcentami, ciepłe wyrazy twarzy i atmosfera współpracy i ciekawości. zgłoś problem z tym obrazem

Rozdział 1

Miasto nazywało się Nowa Vistula i z góry wyglądało jak obwód drukowany: błyszczące linie ulic, węzły skrzyżowań, zielone „wyspy” parków wciśnięte między wieżowce. Na dole pachniało metalem po deszczu, bo deszcz nie był zwykły — to była mgła chłodząca, wypuszczana z dysz na dachach, kiedy temperatura rosła.

Maja i Lena miały po jedenaście lat i znały swoje osiedle lepiej niż mapę w szkolnym tablecie. Dziś wiało, więc nad chodnikami tańczyły drobne hologramy reklam, a czujniki w latarniach mrugały dyskretnie jak oczy, które udają, że nie patrzą.

— Słyszałaś? — Maja przyspieszyła, a jej plecak zapiął się sam, bo pasek wykrył, że się zsunął. — W Dzielnicy Warsztatów otwierają nową halę napraw. Podobno roboty potrafią zszyć pęknięte szkło tak, że nie widać śladu.

Lena uśmiechnęła się i lekko poprawiła rękawiczki. Jej wózek sunął gładko po pasie z mikrogumy, który wbudowano w chodnik specjalnie dla takich kół jak jej. To było po prostu wygodne, nic więcej.

— A ja słyszałam, że w tej hali mają drukarkę, która robi śruby z… czegoś, co wygląda jak piasek — odpowiedziała Lena. — Chcę to zobaczyć.

Przy przejściu robot-pomocnik w kształcie smukłego słupka zatrzymał się i wyświetlił na brzuchu uśmiechniętą buźkę.

— Dzień dobry, obywatelki! — zabrzmiał jego głos, miękki jak nagrana kołysanka. — Natężenie ruchu wysokie. Sugeruję trasę przez alejkę lipową.

— Dzięki, PIK — powiedziała Maja. Wszystkie takie roboty miały identyczne imię, ale i tak człowiek miał wrażenie, że ten konkretny jest „ich”.

Czujniki na krawężnikach zapaliły subtelne strzałki w chodniku. Dziewczyny ruszyły wskazanym szlakiem, a miasto robiło swoje: drony z dostawami śmigały jak srebrne ryby, ekrany na budynkach pokazywały prognozę — „Rok 2149: zachmurzenie umiarkowane, mgła chłodząca o 16:10”.

— Wyobrażasz sobie, że kiedyś ludzie naprawiali rzeczy sami, bez tylu podpowiedzi? — Lena przesunęła palcem po panelu wózka, żeby ominąć kałużę.

— Wyobrażam. I wyobrażam sobie też, że się wtedy częściej brudzili — Maja prychnęła. — Ale to może być fajne.

Właśnie wtedy, jakby miasto usłyszało słowo „fajne”, między budynkami rozległ się metaliczny brzęk. Z bocznej uliczki wyjechał stary, ręcznie pchany wózek transportowy — taki, jakich używali konserwatorzy zieleni. Pchał go starszy mężczyzna w kurtce z naszywką „Warsztaty Miejskie”.

Wózek nagle zadrżał, przechylił się i… jedno koło zaskrzypiało, po czym stanęło.

— Och, nie teraz — jęknął mężczyzna i spojrzał bezradnie na utknętą obręcz.

Maja i Lena wymieniły spojrzenia. To była ta chwila, kiedy ciekawość podskakuje w środku jak sprężyna.

Rozdział 2

— Może pomóc? — zapytała Maja, zanim zdążyła się zastanowić, czy wypada.

Mężczyzna uniósł brwi. Miał dłonie poplamione smarem i oczy, które wyglądały, jakby widziały już sto różnych awarii.

— Wy? — parsknął, ale nie złośliwie. — To koło ma kaprys większy niż mój szef.

Lena podjechała bliżej, patrząc na oś koła. Wokół było pełno drobnych czujników w chodniku, ale żaden nie piszczał alarmem. Miasto uznało to za „małą usterkę”, a małe usterki najczęściej zostawiało ludziom. Albo ciekawskim dzieciom.

— Kaprysy da się rozbroić — powiedziała Lena. — Tylko trzeba zobaczyć, gdzie udają, że są niewinne.

Maja uklękła przy kole. Obręcz była metalowa, ale z gumową opaską. Śruba trzymająca osłonę była poluzowana, a między szprychami tkwił cienki, przezroczysty pasek — jak fragment opakowania.

— Ktoś zostawił tu plastikowy język od jakiejś paczki — mruknęła Maja. — Wkręcił się w mechanizm.

— Widzisz? — Lena wskazała na mały zaczep przy osi. — To jest hamulec. On powinien się cofać, a wygląda, jakby się zaklinował.

Mężczyzna westchnął.

— Ja mam narzędzia w warsztacie, ale muszę dowieźć rośliny na dachy do szesnastej. Inaczej czujniki wilgotności zaczną wariować, a wtedy wszyscy będą mi pisać skargi.

Maja wyprostowała się. W powietrzu unosił się zapach mokrych liści i ozonu z pobliskich ładowarek.

— Gdzie jest najbliższy warsztat? — zapytała.

— Dzielnica Warsztatów, hala A-7, sto metrów stąd, ale… — mężczyzna urwał, bo z tyłu wózka coś zadzwoniło. — Oho. Mój komunikator. Szef.

Mężczyzna odszedł na bok, tłumiąc głos dłonią. Maja i Lena zostały z wózkiem, kołem i narastającym poczuciem, że to właśnie jest przygoda: nie wielka, kosmiczna, tylko taka, która pachnie smarem i deszczem.

— To co? — Maja uśmiechnęła się krzywo. — Naprawiamy?

— Naprawiamy — odpowiedziała Lena i stuknęła palcem w swój panel. — Mam w schowku mini-zestaw. Tata mówi, że człowiek powinien mieć przy sobie przynajmniej dwa klucze i jedną odwagę.

— A jeśli mamy trzy? — Maja podniosła brwi.

— To tym lepiej.

Z boku przejechał robot sprzątający, przypominający płaski krążek. Zatrzymał się, skanował koło laserową linią i wyświetlił ostrzeżenie: „Ryzyko potknięcia: 12%”.

— Dzięki, przyjacielu, damy radę — powiedziała Maja do krążka, jakby był psem.

Krążek zamrugał diodą i odjechał. A one zaczęły działać.

Rozdział 3

Najpierw trzeba było unieruchomić wózek. Lena wysunęła z boku swojego wózka małą blokadę — coś jak klin — i podłożyła pod ramę transportową. Maja przytrzymała rączkę wózka, żeby nie zjechał.

— Okej, mechanik numer jeden, co widzisz? — Lena mówiła tonem, jakby prowadziła misję w centrum dowodzenia.

— Widzę śrubę, która udaje, że jest dokręcona, ale kłamie — Maja wsunęła klucz z zestawu Leny. — I widzę ten pasek. Jeśli go wyciągnę, może koło ruszy.

— Tylko ostrożnie — Lena pochyliła się. — Jak to puści nagle, możesz dostać w palce.

Maja zacisnęła zęby. W Nowej Vistuli większość rzeczy była wygładzona, zabezpieczona, „przyjazna użytkownikowi”. Ale to koło było stare i miało ostre krawędzie jak humor z poniedziałku.

Powoli poluzowała osłonę. Z wnętrza wysunął się przezroczysty pasek, napięty jak struna.

— Mam go — szepnęła.

— Trzy, dwa, jeden… — Lena odliczała, jakby to była rakieta.

Maja pociągnęła. Pasek wyskoczył z metalicznym trzaskiem i poleciał w bok. Krążek sprzątający, jakby czekał za rogiem, natychmiast podjechał i połknął go z cichym „mlask”.

— Widziałaś? — Maja roześmiała się. — Miasto naprawdę słucha.

— Albo jest strasznie głodne plastiku — odparła Lena.

Maja spróbowała zakręcić kołem. Ruszyło… ale po pół obrotu znowu stanęło, tym razem z głuchym „klik”.

— Hamulec — powiedziała Lena, już pewna. — Ten zaczep nie cofa się do końca. Może sprężyna?

Maja zajrzała głębiej. W szczelinie przy osi tkwił drobny kamyk, taki, jakich prawie nie było na sterylnych ulicach. Jakby ktoś przyniósł go z prawdziwego brzegu rzeki, z czasów, kiedy brzegi nie były wyłożone panelami.

— Kamień. Serio? — Maja zmarszczyła nos. — W przyszłości pokonuje nas kamień?

— Przyszłość ma poczucie humoru — Lena wzruszyła ramionami. — Daj pęsetę.

Maja podała jej cienką pęsetę z zestawu. Lena wsunęła ją pewnie, przytrzymując jedną ręką obręcz, drugą manewrując w szczelinie. Jej ruchy były spokojne, dokładne — jakby rozbrajała bombę zrobioną z… głupiego kamyka.

— Jest! — Lena wyciągnęła kamyk. Był mokry i błyszczał.

Maja ponownie zakręciła kołem. Obrót poszedł gładko, potem drugi.

— Działa! — Maja aż klasnęła, po czym szybko złapała osłonę, żeby nic nie odpadło. — Jeszcze tylko dokręcić.

Dokręciła śrubę mocno, ale nie tak, żeby ją „przeciągnąć”. Pamiętała poradę z filmiku edukacyjnego: „Śruba ma być pewna, nie obrażona”.

Mężczyzna wrócił, z twarzą, która wyglądała na zmęczoną, ale kiedy zobaczył obracające się koło, zatrzymał się jak wryty.

— Co… wy… — zaczął.

— Naprawione — powiedziała Lena, jakby to było najprostsze na świecie. — Pasek z opakowania i kamyk w hamulcu.

Mężczyzna zamilkł na chwilę, potem roześmiał się krótko.

— No proszę. Dwie jedenastolatki i mój problem znika. To ja tu w ogóle jestem potrzebny?

— Do pchania wózka — odparła Maja natychmiast. — My nie mamy takiej kurtki z naszywką.

— Jeszcze — dodała Lena.

Mężczyzna pokiwał głową i wyciągnął z kieszeni mały metalowy żeton z wygrawerowanym kluczem.

— Weźcie. W Dzielnicy Warsztatów to przepustka do strefy pokazowej. I… dzięki. Naprawdę.

Maja przyjęła żeton, a jego chłód przeszedł jej przez palce jak obietnica.

Rozdział 4

Dzielnica Warsztatów zaczynała się tam, gdzie wieżowce ustępowały niskim halom z przeszklonymi dachami. Nad każdymi drzwiami świecił znak: młotek, lutownica, trybik, a nawet igła, bo tutaj naprawiało się wszystko — od dronów po stare swetry, które ktoś uparcie chciał nosić „dla klimatu”.

W powietrzu brzęczały mikrodrony diagnostyczne. Ściany miały panele, które zmieniały kolor w zależności od poziomu hałasu, żeby nikomu nie pękła głowa od zbyt wielu dźwięków naraz.

— To miejsce pachnie… pracą — powiedziała Maja z zachwytem. — I trochę przypalonym plastikiem.

— To zapach postępu — Lena uniosła żeton. — Hala A-7. Chodź.

Przy wejściu stał robot-recepcjonista z twarzą wyświetlaną na okrągłym ekranie. Miał oczy jak dwie czarne kropki i brwi, które potrafiły wyrażać zaskakująco wiele.

— Witajcie w A-7. Cel wizyty? — zapytał.

— Ciekawość — odpowiedziała Lena szybko.

Robot zawahał się sekundę, jakby szukał w bazie danych kategorii „ciekawość”. Potem brwi uniosły mu się z uznaniem.

— Akceptowalne. — Zeskanował żeton. — Dostęp do strefy pokazowej: przyznany. Proszę nie wkładać palców do mechanizmów, które mrugają na czerwono.

— A jeśli mrugają na zielono? — zapytała Maja.

— Wtedy mechanizmy wkładają palce do was — odparł robot bez cienia uśmiechu.

Maja prychnęła śmiechem.

W środku hala była jak wielki, uporządkowany chaos. Stoły robocze stały w rzędach. Nad nimi wisiały ramiona robotów, cienkie i precyzyjne jak pajęcze nogi. Na podłodze jeździły małe wózki z częściami, a na ścianach wyświetlały się instrukcje napraw w formie animacji: „Krok 1: znajdź problem. Krok 2: nie panikuj.”

— To mój ulubiony krok — szepnęła Lena. — Numer dwa.

Podeszły do strefy pokazowej, gdzie technik demonstrował „zszywanie szkła” laserem. Pęknięta szyba łączyła się w jedną taflę, a światło przesuwało się po niej jak igła.

— Wow — wymknęło się Mai.

Lena stała cicho, ale jej oczy chłonęły każdy ruch, każdy dźwięk. Widać było, że w jej głowie układają się pytania jak klocki.

Nagle w ich kieszeniach zabrzęczały opaski komunikacyjne. Ten sam sygnał u obu.

„ALERT: niezgodność danych w sieci czujników. Lokalizacja: alejka lipowa. Prośba o weryfikację.”

Maja spojrzała na Lenę.

— To ta alejka, którą szłyśmy — powiedziała. — Czujniki… mają niezgodność?

— Czyli ktoś albo coś namieszało — Lena schowała opaskę. — A skoro miasto prosi o weryfikację, to znaczy, że nie jest pewne.

Maja poczuła, jak serce bije jej szybciej. To było jak zaproszenie do tajnego poziomu gry.

— Sprawdzimy? — zapytała.

— Sprawdzimy — odpowiedziała Lena. — Ale spokojnie. Jak w kroku numer dwa.

Rozdział 5

Wracając przez ulice, zauważyły coś, czego wcześniej nie widziały. Czujniki w latarniach mrugały innym rytmem, jakby szeptały do siebie w kodzie. Na chodniku pojawiły się drobne, prawie niewidoczne znaczniki świetlne — nie te zwykłe strzałki, tylko punkty, które układały się w linię prowadzącą do alejki lipowej.

— To wygląda jak okruszki chleba — powiedziała Maja.

— Tylko że chleb jest tu cyfrowy — odparła Lena.

W alejce lipowej było ciszej. Liście drżały, choć wiatr tu nie docierał. Na środku ścieżki stał mały słupek — czujnik środowiskowy — ale jego obudowa była lekko uchylona, jakby ktoś zajrzał do środka.

— Nie dotykaj — ostrzegła Lena odruchowo.

— Nie dotykam. Patrzę. Patrzenie jest legalne — Maja uniosła dłonie.

Lena podjechała bliżej i przyjrzała się szczelinie. W środku, zamiast standardowych przewodów, widać było cienką, czarną taśmę z migającymi punktami.

— To nie wygląda jak część miejska — szepnęła. — Ktoś podpiął coś obcego.

Maja spojrzała wokół. Na ławce siedział robot-opiekun w kształcie przyjaznego misia, pilnując dwójki maluchów bawiących się w piaskownicy z syntetycznym piaskiem. Wszystko było normalne. A jednak nie.

— Może to żart? — Maja próbowała brzmieć lekko, ale w gardle miała sucho.

Lena wyciągnęła z kieszeni mały skaner z zestawu, wyglądający jak brelok. Włączyła go. Urządzenie zapiszczało cicho i wyświetliło na mini-ekranie: „NIEZNANY MODUŁ. FUNKCJA: PRZEKIEROWANIE.

— Przekierowanie czego? — Maja nachyliła się.

— Danych. Czujniki mówią miastu, gdzie jest ruch, gdzie jest ślisko, gdzie trzeba wysłać roboty sprzątające… — Lena mówiła szybko. — Jeśli ktoś przekierowuje dane, może sprawić, że miasto będzie „widzieć” coś innego niż prawdę.

Maja przypomniała sobie wózek i kamyk.

— A jeśli to dlatego koło się zacięło? — zapytała. — Bo sprzątający krążek nie posprzątał kamyka, bo czujniki mu nie kazały?

Lena spojrzała na nią z uznaniem.

— To ma sens. Mała usterka, ale może ich być więcej. Wystarczy, że miasto pomyli się w jednym miejscu, a potem w następnym…

— Efekt domina — dokończyła Maja.

W tej chwili słupek czujnika wydał cichy trzask. Obudowa drgnęła, jakby próbowała się zamknąć. Z wnętrza dobiegł syntetyczny szept:

— …przekierowanie aktywne…

Maja cofnęła się o krok.

— Okej, to zdecydowanie nie jest legalne patrzenie na coś, co mówi — wyszeptała.

Lena zacisnęła dłoń na skanerze.

— Musimy to zgłosić. Ale… — zawahała się. — Jeśli to zgłosimy, zanim zrozumiemy, co to robi, ktoś może to po prostu odłączyć i wpiąć gdzie indziej.

Maja spojrzała na halę warsztatową w oddali. Na jej dachu migał napis „NAPRAWIAMY JUTRO”.

— Więc naprawimy to same? — zapytała.

Lena parsknęła.

— Nie same. Z pomocą. Tylko mądrze.

Rozdział 6

Wróciły do hali A-7 i znalazły stanowisko „diagnoza czujników miejskich” — coś jak mały kiosk z ekranem i zestawem portów. Obok stał technik, ten sam od szkła, teraz popijający wodę z butelki, która sama liczyła łyki.

— Przepraszamy — zaczęła Lena. — Mamy problem z czujnikiem w alejce lipowej. Wygląda na podpięty nieznany moduł przekierowania.

Technik zmrużył oczy, a potem spojrzał na żeton w dłoni Mai.

— Skąd wy to…? — urwał, ale w jego głosie nie było złości. Raczej zaciekawienie i odrobina niepokoju. — Pokażcie.

Lena podała skaner. Technik gwizdnął cicho.

— To nie jest standard. Ktoś musi mieć dostęp serwisowy. — Zawahał się, a potem dodał: — Dobrze, że przyszłyście. Czasem największe problemy zaczynają się od małych rzeczy.

— Jak kamyk w hamulcu — mruknęła Maja.

Technik spojrzał na nią, jakby właśnie usłyszał tytuł książki.

— Dokładnie jak kamyk w hamulcu. Chodźcie.

Wzięli przenośną skrzynkę narzędziową — prawdziwą, ciężką, z metalowymi zatrzaskami — i wrócili do alejki. Technik otworzył obudowę czujnika specjalnym kluczem. W środku czarna taśma pulsowała.

— To nakładka, która zmienia priorytety sprzątania i konserwacji — wyjaśnił. — Sprawia, że miasto ignoruje drobne przeszkody, a skupia się na… nie wiem, na rzeczach, które ktoś uznał za ważniejsze. Może reklamy. Może czyjąś wygodę.

Lena zmarszczyła brwi.

— Ale po co?

Technik wzruszył ramionami.

— Czasem ktoś chce, żeby w jednym miejscu było idealnie czysto, a w innym nikt nie zauważył bałaganu. A czasem… ktoś testuje, co się stanie.

Maja poczuła, jak jej ciekawość miesza się z czymś twardszym — złością, ale spokojną.

— To nie fair — powiedziała. — Miasto ma pomagać wszystkim.

Technik skinął głową.

— Dlatego to zdejmujemy i zgłaszamy. Ale zanim zgłosimy, musimy zostawić ślad, że to było. Bo jeśli zniknie bez śladu, ktoś powie, że wymyśliliśmy.

Lena wyciągnęła opaskę i włączyła nagrywanie. Maja zrobiła zdjęcie modułu, a potem technik ostrożnie odłączył taśmę. Czujnik zamrugał, tym razem normalnie, jak ktoś, kto wreszcie przestał udawać.

W tej samej chwili krążek sprzątający nadjechał, jakby spóźniony na ważne spotkanie. Zatrzymał się przy krawędzi alejki i wyświetlił komunikat: „Wykryto drobne przeszkody: 3. Rozpoczynam usuwanie.”

— Czyli jednak był tu bałagan — mruknęła Maja.

Krążek wessał dwa kamyki i coś, co wyglądało na zgubiony guzik. Potem na moment zawahał się, jakby chciał powiedzieć „przepraszam”, i odjechał.

Lena odetchnęła.

— To takie… małe. A mogło narobić tyle zamieszania.

Technik zamknął obudowę.

— W przyszłości — powiedział — czasem największą odwagą jest zauważyć małą rzecz i nie przejść obok niej obojętnie.

Maja spojrzała na Lenę.

— Czyli ciekawość jest jak klucz? — zapytała.

— Jak klucz i jak latarka — odpowiedziała Lena. — Tylko trzeba pamiętać, gdzie świecić.

Rozdział 7

Wieczorem wracały tą samą trasą, ale miasto wydawało się inne — jakby odetchnęło. Latarnie mrugały spokojnie, strzałki w chodniku prowadziły pewnie, a mgła chłodząca spadła o szesnastej dziesięć punktualnie, tworząc na skórze chłodną, przyjemną perłę.

Na rogu, przy tej samej bocznej uliczce, zobaczyły mężczyznę z warsztatów miejskich. Pchał wózek, a koło obracało się cicho, bez protestu. Na pace wózka stały skrzynki z roślinami, liście trzęsły się jak zielone anteny.

— Hej! — zawołał, gdy je zobaczył. — Działa dalej. I wiecie co? Dostałem wiadomość, że czujniki w naszej okolicy wróciły do normy. Podobno ktoś „przypadkiem” podpiął nieautoryzowany moduł. Przypadkiem, jasne.

— Przypadki mają czasem bardzo sprytne ręce — powiedziała Lena.

Mężczyzna uśmiechnął się szerzej.

— Szef powiedział, że jak spotka dwie dziewczyny, które naprawiają koła i ratują harmonogram podlewania, to ma im podziękować. Więc… dziękuję. I mam coś jeszcze.

Wyciągnął z kieszeni małą naklejkę — staromodną, papierową, z rysunkiem koła i napisem: „Naprawiacze Jutra”.

— To brzmi jak superbohaterowie — Maja przykleiła ją na plecak, od razu krzywo, ale dumnie.

— Bo trochę nimi jesteście — odpowiedział mężczyzna. — Tylko bez peleryn. Peleryny wkręcają się w osie.

Maja roześmiała się, a Lena też, cicho, ale szczerze.

Kiedy mężczyzna odszedł, Lena spojrzała na Maję.

— Wiesz, co jest najdziwniejsze? — zapytała.

— Że kamyk prawie wygrał z przyszłością?

— Nie. Że miasto poprosiło nas o pomoc. Jakby… wiedziało, że nie odpuścimy.

Maja popatrzyła na latarnię. Na jej obudowie było maleńkie oczko czujnika, prawie niewidoczne. I nagle na chodniku, tuż przed nimi, zapalił się pojedynczy punkt światła, jak okruszek.

Potem drugi.

I trzeci, prowadząc w stronę Dzielnicy Warsztatów.

Maja uniosła brwi.

— No proszę — powiedziała. — Miasto znowu zostawia nam okruszki.

Lena przechyliła głowę, a w jej oczach błysnęło coś, co wyglądało jak nowy plan.

— Tylko tym razem — odparła — sprawdzimy, dokąd prowadzą. Dla bezpieczeństwa. I z ciekawości.

Maja spojrzała na świecące punkty, potem na naklejkę „Naprawiacze Jutra”, a na końcu na Lenę.

— To co, bohaterko bez peleryny? — zapytała.

— Idziemy — odpowiedziała Lena. — Ale najpierw krok numer dwa.

— Nie panikuj — powiedziała Maja.

— Dokładnie.

I poszły — dwie dziewczyny w wielkim mieście przyszłości, gdzie roboty pomagały, czujniki dyskretnie mrugały, a najważniejsze naprawy zaczynały się od prostego: „Może pomóc?”

Bez reklam 3€ na miesiąc

Czy pragną Państwo nieprzerwanej lektury? Wesprzyjcie Oh My Tales, usuńcie wszystkie reklamy i korzystajcie z innych wliczonych korzyści już od 3€ miesięcznie.

Zobacz plany i ceny
Udostępnij

zgłoś problem z tą opowieścią

Co sądziliście o tej opowieści?

Podaj swoją opinię, przyznając ocenę tej opowieści w zależności od tego, co Ty i/lub Twoje dziecko o niej myśleliście. Z góry dziękujemy!

Dziękuję! Twój głos został uwzględniony!

Quiz: czy dobrze zrozumiałeś opowieść?

Mgła chłodząca
Cieńki, zimny obłok rozpylany, żeby obniżyć temperaturę w mieście
Hologramy reklam
świetlne obrazy wyświetlane w powietrzu, pokazujące reklamy
Czujniki
Małe urządzenia, które monitorują warunki i wysyłają informacje do systemu
Mikrogumy
Wąskie, elastyczne pasy z gumy wbudowane w chodnik dla kół
Robot-pomocnik
Automatyczne urządzenie, które pomaga ludziom w prostych zadaniach
Obręcz
Okrągła część koła, na którą zakłada się oponę lub opaskę
Hamulec
Część, która zatrzymuje lub spowalnia obracające się koło
Sprężyna
Zwojony kawałek metalu, który wraca do kształtu po naciśnięciu
Przekierowanie
Zmiana drogi danych lub sygnałów na inną trasę
Nakładka
Dodatkowy element nałożony na urządzenie, zmieniający jego działanie

Stwórz magiczną i unikalną opowieść dla swojego dziecka!

Stwórz spersonalizowaną przygodę w zaledwie kilka minut, w której twoje dziecko staje się bohaterem. Z naszym ekskluzywnym narzędziem to łatwe, darmowe i zabawne!

Stworzyć opowieść

Pobierz tę opowieść:

Pobierz tę opowieść w formacie PDF Pobierz e-booka (.epub)

Do przeczytania następnie w Opowieści o futurystycznych miastach dla 11-12 lat

Otrzymuj nowe opowieści w każdą niedzielę wieczorem!

Otrzymaj 7 ekscytujących i fascynujących opowieści, dostosowanych do wieku i gustów Twojego dziecka, każdej niedzieli o 17:00*. To jest darmowe i gwarantowane bez spamu!
*E-mail wysyłany o 17:00 czasu środkowoeuropejskiego (CET).
Nie lubimy też spamu. Dlatego nie będziemy wysyłać Ci nic poza opowieściami. Będziesz mógł się wypisać, kiedy tylko zechcesz.