Trwa ładowanie...
Opowieść o odkrywcy 11-12 lat Czytanie 18 min.

Mapa do schronu Cichego Kamienia

Nadia, odważna i uważna badaczka jaskiń, odnajduje starą mapę i wyrusza w podziemną podróż, by znaleźć tajemnicze schronienie. Po drodze spotyka nieoczekiwane przeszkody i uczy się szacunku dla natury oraz pokory.

Pobierz tę opowieść w formacie PDF

Idealne do dzielenia się lub drukowania tej opowieści!

Pobierz e-booka (.epub)

Przeczytaj tę opowieść na swoim czytniku e-booków.

Kobieta‑badaczka około 30 lat, spokojna skoncentrowana, okrągła twarz z delikatnymi piegami, brązowe włosy w warkoczu, matowy zielony kask speleologiczny z zapaloną lampką czołową, khaki wodoodporna kurtka i wytrzymałe spodnie; siedzi w suchej skalnej niszy, delikatnie trzyma małą chustkę pod rannym młodym nietoperzem, gesty czułe i uważne. Młody nietoperz brązowo‑szary, skrzydła częściowo złożone, wilgotne, oczy półprzymknięte, leżący na chustce obok kobiety, kruchy. Brak innych postaci w scenie głównej; przez odległe wejście widać rozmytą sylwetkę starszego mężczyzny na zewnątrz w deszczu, poza ostrością, sugerującą znalezione schronienie. Miejsce: duża komnata jaskini z błyszczącymi szaro‑czarnymi ścianami, delikatnymi białymi stalagmitami, ostrym sufitem z wiszącymi kroplami wody, podłożem z drobnego suchego żwiru w niszy i ciemną kałużą dalej; ciepłe skupione światło na niszy kontrastujące z niebieskawą ciemnością reszty groty. Sytuacja: badaczka znajduje skalne schronienie podczas burzy i opatruje młodego nietoperza w suchej alkowie, atmosfera spokojna, intymna i bezpieczna, kompozycja skupiona na czułości gestu i wilgotnych teksturach kamienia. zgłoś problem z tym obrazem

Rozdział 1: Mapa z wytartą pieczęcią

Nadia Krawczyk miała dłonie drobne, ale mocne — takie, które potrafią zacisnąć się na linie i nie puścić, nawet gdy skała jest mokra jak rybia łuska. Pracowała jako badaczka jaskiń i ratowniczka terenowa. Ludzie mówili o niej: „odważna”. Ona wolała inne słowo: „uważna”.

Tego ranka w schronisku górskim, które pachniało herbatą i drewnem, właściciel postawił przed nią kubek i położył coś jeszcze — zmięty rulon papieru przewiązany sznurkiem.

— Znalazłem to w starym kufrze po dziadku — powiedział. — Nazywał to „Ścieżką Cichego Kamienia”. A tu… — wskazał palcem — jest zaznaczony „Schron z rochów”, jakby specjalnie dla kogoś, kto nie chce dać się złapać burzy.

Nadia ostrożnie rozwinęła mapę. Papier był kruchy, a atrament wyblakły, ale linie jaskini wyglądały zaskakująco dokładnie. Na marginesie ktoś napisał ołówkiem: „Nie idź, jeśli chcesz zostać bohaterem. Idź, jeśli chcesz wrócić.”

— Dziadek był dziwny? — zapytała Nadia.

— Raczej mądry — mruknął właściciel. — I uparcie pokorny. Zawsze powtarzał, że góry nie lubią, gdy się im pyszni.

Nadia uśmiechnęła się pod nosem. Pokora w górach nie była tylko ładnym słowem. Była umiejętnością słuchania: szumu wiatru, trzasku lodu, a czasem własnego strachu.

Na mapie widniał znak: wąwóz, a potem wejście do podziemnego systemu. Cel był jasny — odnaleźć skalne schronienie. Nie dla sławy. Dla bezpieczeństwa. W tych rejonach pogoda potrafiła zamknąć człowieka w pułapce jak w pudełku.

— Wejdę jutro o świcie — zdecydowała.

— Sama? — właściciel uniósł brwi.

— Nie całkiem. Zawsze idę z planem, liną i zdrowym rozsądkiem — odparła Nadia. — A te trzy potrafią być głośniejsze niż towarzystwo.

Wieczorem sprawdziła sprzęt: kask, lampę czołową i zapasową, baterie, apteczkę, taśmę, kompas, notes, kredę do znaków, gwizdek, cienką folię termiczną. Do kieszeni kurtki wsunęła mały, stary kompas z wytartą różą wiatrów — pamiątkę po mentorze.

Kiedy gasiła światło w pokoju, burza gdzieś daleko mruczała jak kot, który jeszcze nie wie, czy chce się przytulić, czy podrapać.

Rozdział 2: Wejście, które udaje zwykłą szczelinę

O świcie powietrze było ostre i przejrzyste. Nadia szła wzdłuż wąwozu, gdzie potok skakał po kamieniach, zostawiając srebrne smugi piany. Mapa prowadziła ją do ściany porośniętej mchem. Z daleka wyglądała jak każda inna. Z bliska — jak twarz, która ukrywa sekret.

Szczelina w skale była wąska, a jej brzegi wygładzone przez wodę. Nadia przyklękła i włożyła dłoń do środka. Z wnętrza dmuchnęło chłodem, suchym i stabilnym.

— Dobrze — szepnęła. — Oddychasz. To znaczy, że jest przestrzeń.

Przypięła linę do solidnego występu skalnego, sprawdziła węzły dwa razy, potem jeszcze raz, bo w jaskini „prawie dobrze” bywa początkiem kłopotów. Wsunęła się do środka, uważając na plecak, który lubił zahaczać jak obrażony jeż.

Za wejściem światło dnia szybko znikło. Lampka Nadii wycięła w ciemności jasny tunel. Skały miały kolor mokrego grafitu, miejscami połyskiwały. Krople wody spadały z sufitu, stukając w kamień jak leniwe metronomy.

Po kilkudziesięciu metrach tunel się poszerzył. Nadia zatrzymała się i zgasiła lampę na trzy sekundy, żeby wsłuchać się w ciszę. Jaskinia odpowiedziała: cichy szum, jakby gdzieś daleko oddychała rzeka. I jeszcze coś — delikatne skrzypienie, jakby kamień ocierał się o kamień.

— Okej, Nadia — powiedziała do siebie półgłosem. — Albo to woda pracuje w szczelinie, albo ktoś tu chodzi w butach zrobionych z… żwiru.

Rozbawiło ją to na chwilę, ale żołądek i tak ścisnął się ostrożnością. Zaznaczyła kredą strzałkę na ścianie i ruszyła dalej.

W kolejnym korytarzu podłoże było zdradliwe. Cienka warstwa gliny przyklejała się do butów, robiąc z nich dwa ciężkie bochny. Nadia szła wolniej, stawiając kroki bokiem.

Nagle pod jej lewą stopą coś chrupnęło. Zamarła. Przed nią, na wysokości kolan, przez ścianę przebiegała cienka szczelina. W środku widać było ciemność głębszą niż reszta.

— Nie skacz — upomniała się. — Sprawdź.

Wyjęła teleskopowy kij, dotknęła krawędzi. Kamień był twardy, ale pod spodem znajdowała się pustka. Rozsądek wygrał z pośpiechem. Nadia przypięła lonżę do liny, poszukała obejścia. Kilka metrów dalej zauważyła naturalny mostek z płaskiej płyty skalnej. Przeszła po nim jak po cienkim lodzie: spokojnie, bez gwałtownych ruchów.

Za mostkiem znalazła coś jeszcze — wyryty w skale znak: trzy równoległe kreski i kółko. Takie same były na mapie.

— Dziadek właściciela schroniska naprawdę tu był — mruknęła. — I nie pisał bajek.

Rozdział 3: Sala Echa i stary napis

Tunel wprowadził ją do ogromnej komory. Jej światło nie sięgało końca. Stalagmity stały jak kamienne wieże, a z sufitu zwisały stalaktyty ostre jak zęby.

Nadia gwizdnęła krótko. Dźwięk poleciał, odbił się od ścian, wrócił do niej w kilku wersjach, jakby śmiała się sama z siebie.

— No pięknie — szepnęła. — Jaskinia ma więcej głosów niż ja argumentów.

Pod stopami poczuła lekki podmuch, jak przeciąg spod drzwi. To mogło oznaczać przejście do kolejnych korytarzy. Ruszyła w stronę, gdzie powietrze było chłodniejsze.

W pewnym momencie światło lampy padło na kamienną płytę, gładką jak stół. Na niej leżał osad wapienny, a pod nim — rysunek. Nadia przetarła ostrożnie powierzchnię rękawiczką. Ukazały się linie: plan schronu? A obok litery, starannie wyryte.

„ZNAJDZIESZ, JEŚLI NIE BĘDZIESZ SZUKAĆ CHWAŁY.”

Nadia uniosła brwi.

— Dobra, rozumiem aluzję — powiedziała cicho. — Chwałę zostawiam innym. Ja chcę wrócić w jednym kawałku.

Ale napis miał jeszcze jedną linię, słabiej widoczną, jakby ktoś dodał ją później:

„KAMIEŃ NIE JEST TWÓJ. TY JESTEŚ GOŚCIEM.”

Nadia poczuła, jak coś mięknie w jej klatce piersiowej. Tyle razy ludzie traktowali przyrodę jak trofeum: zdjęcie, podpis, „zdobyte”. A jaskinia była raczej biblioteką, w której książek nie wolno wyrywać na pamiątkę.

Uklękła i zapisała wszystko w notesie. Nie odrywała fragmentów skały. Nie brała „pamiątek”. Jej pamiątką miała być pamięć i wiedza.

Gdy wstała, w oddali znów usłyszała skrzypienie. Tym razem było wyraźniejsze. Jakby ktoś przesunął ciężki kamień.

Nadia przygasiła światło i stała nieruchomo. Ciemność nie była pusta; była pełna drobnych dźwięków. Kropla. Oddech wiatru. I… delikatne stukanie, powtarzające się w równych odstępach.

— Ktoś tu jest? — zawołała, nie za głośno. Echo i tak zrobiłoby z tego koncert.

Stukanie ustało. Po chwili odezwał się cichy szelest, jak piasek zsuwający się z półki.

Nadia wiedziała, że w jaskiniach bywają nietoperze, lisy, a czasem ludzie, którzy mają więcej ciekawości niż rozsądku. Najgorsze były jednak ruchy skały: osuwiska, obrywy, nagłe zacięcia.

Zdecydowała: nie panikować, tylko obserwować. Wypuściła przed siebie cienką linkę z małym odblaskiem na końcu i przesunęła ją po ziemi, żeby sprawdzić, czy podłoże jest stabilne. W porządku.

Ruszyła powoli w stronę, skąd dochodził dźwięk. Po kilku minutach dotarła do wąskiego przejścia między dwoma kolumnami skalnymi. Na ziemi leżały świeże drobinki wapienia.

— To nie duch — mruknęła. — To grawitacja. Ona zawsze ma wolny czas.

Wsunęła się w przejście.

Rozdział 4: Labirynt i decyzja bez pewności

Korytarz za przejściem rozdzielał się na trzy odnogi. Na mapie widniały dwie. Nadia odetchnęła powoli.

— Albo mapa jest stara, albo jaskinia postanowiła przebudować sobie korytarze — powiedziała.

Włączyła kompas. Igła drgnęła, uspokoiła się. Z notatek na mapie wynikało, że schron z rochów powinien być „na północny wschód od Sali Echa, za kamiennym żebrem”. Tylko że w jaskini „północny wschód” bywa żartem, bo korytarze kręcą się jak wstążki.

Nadia przyjrzała się ścianom. Na lewej odnodze zauważyła osad wilgoci, śliską smugę — tam prowadziła woda. Środkowa była sucha, ale podłoga lekko się zapadała, jakby pod spodem było pusto. Prawa była najwęższa, lecz wiało z niej chłodnym, równym strumieniem powietrza.

— Przeciąg zwykle oznacza wyjście albo większą przestrzeń — mruknęła. — A schron… schron to przestrzeń.

Wybrała prawą odnogę. Zaznaczyła skręt kredą, zostawiła na ziemi mały, biały znacznik i ruszyła.

Po kilkunastu metrach korytarz zwęził się tak, że musiała iść bokiem. Plecak ocierał o skałę, a w uszach dudniło jej własne serce. W pewnym momencie wciąż słyszalny szum wody przybrał na sile, jakby rzeka była tuż obok. Pod stopami pojawił się cienki strumyk.

Nadia pochyliła się, dotknęła wody. Była lodowata.

— Świetnie. Czyli burza na górze może już działać — powiedziała.

W jaskiniach woda potrafi przyjść nagle i bez ostrzeżenia. Jeśli celem jest schron, trzeba go znaleźć szybko, ale nie głupio. Nadia przyspieszyła, jednak utrzymała ostrożny rytm kroków.

Korytarz znów się rozgałęził. Tym razem na ścianie dostrzegła ten sam znak: trzy kreski i kółko. Obok ktoś dorysował strzałkę, ledwo widoczną.

— Dziękuję, nieznajomy — szepnęła.

Poszła za strzałką. Po chwili trafiła na miejsce, gdzie sufit obniżał się i trzeba było czołgać się kilka metrów. Nadia położyła się na brzuchu, przesunęła plecak przed sobą, jakby pchała upartego psa.

— Wiesz co? — mruknęła do plecaka. — Mogłeś być mniejszy. Takie życie.

Gdy wydostała się na drugą stronę, stanęła na krawędzi niewielkiej studni. W dół prowadziła stroma pochylnia, a na końcu widać było większą przestrzeń.

Woda w strumyku przyspieszyła. Słyszała już nie tylko szum, ale i głuche „bum”, jakby gdzieś uderzały fale.

Nadia podjęła decyzję: zjazd.

Zamocowała linę do naturalnego ucha skalnego, sprawdziła je, pociągnęła. Trzymało. Zjechała ostrożnie, kontrolując prędkość. Na dole powitał ją chłodny powiew i zapach mokrego kamienia, intensywny jak świeżo rozcięty kredowy blok.

Przed nią rozciągał się korytarz, który wyglądał jak żebro olbrzymiego zwierzęcia: łuki skały powtarzały się regularnie. A na jednym z łuków, wyryte głęboko, widniało słowo: „ABRY”.

— Schron — wyszeptała. — Jestem blisko.

Rozdział 5: Kamienne żebro i próba cierpliwości

Korytarz „kamiennego żebra” prowadził ją jak tunel w gigantycznym szkielecie. Z każdą minutą dźwięk wody narastał. Nadia czuła wibracje w podeszwach butów.

W pewnym miejscu trasa urwała się przy wąskim przesmyku. Za nim widziała większą komorę, ale przejście było częściowo zasypane kamieniami. Wyglądały świeżo, kanciaste. Osuwisko.

Nadia kucnęła i dotknęła jednego z głazów. Zimny, suchy. Woda musiała go poruszyć, ale nie płynęła tu jeszcze. To była dobra wiadomość i zła jednocześnie: osuwisko mogło być niestabilne.

— Nie będę bohaterką, która „szybko przesuwa kamienie” — powiedziała do siebie. — Będę nudna. A nudni wracają do domu.

Wyjęła z plecaka małe kliny i taśmę. Zamiast od razu rozbierać zator, zaczęła sprawdzać, czy jest obejście: światło lampy, dłonie na ścianach, słuch. Po lewej znalazła wąską szczelinę, prawie niewidoczną, zasłoniętą występem.

— O to ci chodziło, jaskinio — mruknęła. — Lubisz ukrywać drzwi w miejscu, gdzie nikt nie patrzy.

Szczelina była ciasna, ale przechodnia. Nadia zdjęła plecak, przepchnęła go przodem, potem sama wsunęła się bokiem. Skała drapała materiał kurtki. Oddychała płytko, żeby nie utknąć. W głowie miała jedną myśl: spokój. Panika jest jak dodatkowy ciężar.

Po kilku metrach szczelina się poszerzyła. Nadia znów mogła stanąć. Za plecami słyszała cichy stuk — jeden z kamieni osuwiska przesunął się o włos.

— Dobrze, że nie bawiłam się w przekładanie gór — szepnęła.

Weszła do komory, o której marzyła i jednocześnie której się obawiała. Była owalna, jak wnętrze wielkiej muszli. Ściany tworzyły naturalne półki, a w centrum stała kolumna skalna, szeroka i solidna. Najważniejsze było jednak to, co zobaczyła po prawej: wnęka pod nawisem, sucha, osłonięta od góry i z boku, z podłożem z drobnego żwiru zamiast błota.

Schron z rochów.

Nadia podeszła i dotknęła ściany wnęki. Była ciepła w porównaniu do reszty jaskini, jakby trzymała w sobie resztki dawnego słońca.

— Znalazłam cię — powiedziała cicho, nie jak zdobywczyni, tylko jak ktoś, kto dziękuje.

Nie zdążyła jednak rozwinąć folii termicznej, bo huk wody uderzył nagle, jak odległy bęben. Z korytarza, którym przyszła, wciągnęło zimne powietrze. Strumień musiał się gwałtownie wzmocnić.

Nadia cofnęła się do schronu i usiadła. Serce biło jej szybko, ale myślenie miała jasne. Sprawdziła łączność — pod ziemią telefon był tylko bezużytecznym kawałkiem plastiku. Gwizdek, latarki, zapas baterii — wszystko na miejscu.

— Czyli teraz plan jest prosty — powiedziała do siebie. — Czekać, obserwować, nie robić głupstw.

A jednak w środku coś ją gryzło: jeśli woda podniesie się za bardzo, powrót może być odcięty. Musiała ocenić, czy schron jest tylko „miejscem na oddech”, czy prawdziwą bezpieczną wyspą.

Wstała i podeszła do wejścia komory. Nie wychodziła daleko. Przyświeciła w stronę korytarza. Zobaczyła, że woda płynie szybciej, ale jej poziom nie sięgał jeszcze ścian. Dźwięk był głośniejszy, bo woda uderzała o kamienie, które wcześniej były suche.

Nadia wróciła do wnęki i ułożyła sprzęt w porządku, jakby robiła to na złość chaosowi.

— Pokora — mruknęła. — To też porządek w głowie.

Rozdział 6: Rozmowa z ciszą i powrót, który trzeba sobie zasłużyć

Mijał czas. W jaskini nie było zegara, ale Nadia liczyła krople i własne oddechy. Burza musiała przejść gdzieś nad górami, a woda potrzebowała chwili, by spłynąć do podziemi.

Żeby nie zasnąć, Nadia zapisywała obserwacje: kierunek wiatru w korytarzu, wilgotność, poziom wody. W schronie rzeczywiście było sucho. Nawis działał jak daszek. To miejsce musiało być znane dawnym wędrowcom — może pasterzom, może ludziom, którzy uciekali przed wojną lub zimą. A może po prostu ciekawym światom, tak jak ona.

W pewnym momencie usłyszała ciche „pip... pip...”. Nadia zesztywniała. To nie była woda. To było jak delikatne, zduszone nawoływanie.

Podniosła lampę i rozejrzała się po komorze. Zauważyła małą szczelinę w ścianie, nisko przy ziemi. Z jej wnętrza dobiegał dźwięk.

— Hej — powiedziała łagodnie. — Spokojnie. Już patrzę.

Przykucnęła i przyświeciła ostrożnie. W szczelinie, na mokrym kamieniu, leżał nietoperz. Młody, z posklejanymi wilgocią skrzydłami. Oddychał szybko.

Nadia nie dotknęła go gołą ręką. Wyjęła cienką chustę i ostrożnie, jakby przenosiła porcelanową figurkę, podsunęła ją pod zwierzę, pozwalając mu samemu wspiąć się na materiał.

— Wiem, nie wyglądam jak twoja ulubiona gałąź — szepnęła. — Ale obiecuję, że nie chcę cię zmieniać w opowieść przy ognisku.

Przeniosła nietoperza w ciemniejsze miejsce schronu, dalej od przeciągu. Tam było cieplej i sucho. Położyła chustę na żwirze. Zwierzę drgnęło, uspokoiło się.

Nadia usiadła obok w pewnej odległości.

— I widzisz — powiedziała cicho. — Ty też jesteś gościem. Jak ja. Kamień jest gospodarzem. A gospodarzowi nie wolno przeszkadzać.

Dźwięk wody zaczął powoli cichnąć. Szum zamieniał się w spokojniejsze szemranie. Nadia czekała jeszcze długo, aż będzie pewna. Jej odwaga nie polegała na tym, że nie bała się wcale. Polegała na tym, że strach nie prowadził jej za rękę.

Kiedy uznała, że poziom wody opadł, przygotowała się do wyjścia. Spakowała sprzęt, sprawdziła lampy. Nietoperz poruszył się i wspiął na ścianę, jakby właśnie przypomniał sobie, że ma skrzydła. Zniknął w szczelinie bez pożegnania.

— Proszę bardzo — mruknęła Nadia. — Nawet nie „dziękuję”. Typowe.

Uśmiechnęła się. Humor był jak mała latarka w głowie.

Powrót nie był prosty. Korytarz „kamiennego żebra” był mokry, a osuwisko, choć ominęła je szczeliną, wciąż budziło respekt. Nadia przechodziła tamtędy powoli, nasłuchując, czy kamienie nie pracują. W studni wspięła się po linie, kontrolując każdy ruch. W ciasnym przesmyku oddychała spokojnie, nie walcząc ze skałą, tylko współpracując z nią.

W Sali Echa zatrzymała się na chwilę. Spojrzała na kamienną płytę z napisem.

— Nie wzięłam nic — powiedziała, jakby zdawała raport. — Poza drogą w głowie.

Kiedy wreszcie zobaczyła blade światło dnia w szczelinie wejściowej, poczuła ulgę tak wyraźną, jakby ktoś odpiął jej z pleców niewidzialny worek kamieni. Wysunęła się na zewnątrz i wciągnęła powietrze, które pachniało mokrą trawą. Burza przeszła. Chmury rozsunęły się jak kurtyna.

W schronisku właściciel spojrzał na nią, jakby widział ducha, ale takiego miłego.

— I? — zapytał.

Nadia położyła mapę na stole, a obok notes.

— Schron istnieje — powiedziała. — Jest bezpieczny. Ale nie jest „mój”. I nie powinien stać się atrakcją. To miejsce ratunku, nie trofeum.

Właściciel kiwnął głową powoli.

— Czyli dziadek miał rację.

— Miał — przyznała Nadia. — Góry nie lubią pychy. A jaskinie… jaskinie uczą, że czasem największą odwagą jest zatrzymać się i posłuchać.

Wyszła na ganek. Słońce odbijało się w kroplach na poręczy. Nadia poczuła zmęczenie, ale też cichą radość, taką, która nie potrzebuje braw.

Gdzieś w oddali górski wiatr przesunął się po skałach, jakby mówił: „Dobrze, że byłaś gościem, a nie właścicielką.”

Bez reklam 3€ na miesiąc

Czy pragną Państwo nieprzerwanej lektury? Wesprzyjcie Oh My Tales, usuńcie wszystkie reklamy i korzystajcie z innych wliczonych korzyści już od 3€ miesięcznie.

Zobacz plany i ceny
Udostępnij

zgłoś problem z tą opowieścią

Co sądziliście o tej opowieści?

Podaj swoją opinię, przyznając ocenę tej opowieści w zależności od tego, co Ty i/lub Twoje dziecko o niej myśleliście. Z góry dziękujemy!

Dziękuję! Twój głos został uwzględniony!

Quiz: czy dobrze zrozumiałeś opowieść?

Ratowniczka terenowa
Osoba, która pomaga ludziom w górach i trudnym terenie, ratuje ich.
Jaskinia
Duża, naturalna przestrzeń pod ziemią, często z korytarzami i salami.
Stalagmity
Słupy z kamienia rosnące od podłogi jaskini w górę.
Stalaktyty
Sople kamienne zwisające z sufitu jaskini.
Nawis
Część skały wystająca nad miejscem, tworzy naturalny dach.
Lonżę
Smycz lub krótka linka stosowana do zabezpieczania lub asekuracji.
Kliny
Małe kawałki twardego materiału używane do klinowania i podpierania skał.
Osuwisko
Ruch kamieni i ziemi w dół zbocza, który może zasypać drogę.
Komora
Duża sala lub przestrzeń wewnątrz jaskini.
żwir
Małe, twarde kamyki, zwykle na dnie korytarza lub ścieżki.

Stwórz magiczną i unikalną opowieść dla swojego dziecka!

Stwórz spersonalizowaną przygodę w zaledwie kilka minut, w której twoje dziecko staje się bohaterem. Z naszym ekskluzywnym narzędziem to łatwe, darmowe i zabawne!

Stworzyć opowieść

Pobierz tę opowieść:

Pobierz tę opowieść w formacie PDF Pobierz e-booka (.epub)

Do przeczytania następnie w Opowieści o odkrywcach dla 11-12 lat

Otrzymuj nowe opowieści w każdą niedzielę wieczorem!

Otrzymaj 7 ekscytujących i fascynujących opowieści, dostosowanych do wieku i gustów Twojego dziecka, każdej niedzieli o 17:00*. To jest darmowe i gwarantowane bez spamu!
*E-mail wysyłany o 17:00 czasu środkowoeuropejskiego (CET).
Nie lubimy też spamu. Dlatego nie będziemy wysyłać Ci nic poza opowieściami. Będziesz mógł się wypisać, kiedy tylko zechcesz.