Trwa ładowanie...
Opowieść o odkrywcy 11-12 lat Czytanie 18 min.

Róża wiatrów z wulkanicznego kotła

Iga i Szymek wyruszają do tajemniczego cyrku wulkanicznego, by odczytać kamienną różę wiatrów i odnaleźć ukrytą wskazówkę prowadzącą do źródła, mierząc się po drodze z niebezpieczeństwami i własnym strachem.

Pobierz tę opowieść w formacie PDF

Idealne do dzielenia się lub drukowania tej opowieści!

Pobierz e-booka (.epub)

Przeczytaj tę opowieść na swoim czytniku e-booków.

Młoda eksploratorka, nastolatka o wyrazistej, uśmiechniętej twarzy, krótkie potargane brązowe włosy, w khaki kurtce, spodniach cargo i zakurzonych butach, klęczy jedną ręką na małej okrągłej kamiennej płycie, drugą dotyka cienkiej strugi czystej wody tryskającej z fontanny, wyraz twarzy: ulga i zachwyt (szerokie oczy, uniesione brwi); chłopiec Szymek ok. 11–12 lat, czarne rozczochrane włosy, plamy kurzu na policzkach, w zdartym plecaku, stoi nieco z tyłu po lewej na skale, ręce uniesione w radosnym zaskoczeniu, patrzy na tryskającą fontannę; tło: dno krateru wulkanicznego z dużymi szarymi i brązowymi płytami lawy, wysoka ostro zakończona iglica skalna po prawej, trzy powykręcane nagie drzewa u góry po lewej rzucające trzy długie cienie krzyżujące się dokładnie na płycie, drobne fumarole i lekkie mgły, błyszczące plamy obsydianu; oświetlenie: złota niska popołudniowa poświata, długie cienie, ciepłe (miedziane) i chłodne (szaro-niebieskie) kontrasty, ziarnista faktura gruntu i płynne refleksy na wodzie; kompozycja: plan średni, postacie na pierwszym planie skupione na płycie, iglica i drzewa w tle dla głębi; styl: retro kreskówkowy z zakrzywionymi liniami, grubymi czarnymi konturami, nasyconymi kolorami i przesadzonymi ekspresjami. zgłoś problem z tym obrazem

Rozdział 1

Kiedy Iga stanęła na krawędzi cyrku wulkanicznego, poczuła, jak wiatr próbuje jej zajrzeć do plecaka. Pachniało mokrym kamieniem, siarką i czymś jeszcze — jakby przypaloną herbatą. W dole rozciągała się ogromna misa dawnego wulkanu: szare tarasy lawy, zielone wysepki paproci, a między nimi błyszczące oczka wody, które wyglądały niewinnie, choć Iga wiedziała, że w takim miejscu „niewinnie” bywa podstępne.

— To tutaj? — zapytał Szymek, który wcisnął się obok niej i udawał, że wcale nie dyszy po podejściu.

— Tak. Cyrk wulkaniczny Kocioł Północy — odpowiedziała Iga, poprawiając pasy plecaka. — I gdzieś w środku… stara róża wiatrów. Wyryta w skale.

Szymek mrugnął. — Róża jak róża. Tylko że kamienna?

Iga uśmiechnęła się pod nosem. — Róża wiatrów to nie kwiatek. To znak kierunków. Ktoś dawno temu wyciął ją na dnie cyrku. A ja mam ją… przeczytać na miejscu.

— Czyli co, literki?

— Raczej strzałki, symbole, może wskazówki. — Iga stuknęła palcem w mapę, na której ktoś, kiedyś, naniósł wyblakłe linie. — W notatkach jest zdanie: „Czytaj róże tam, gdzie wiatr miesza się z kamieniem”.

Szymek spojrzał na chmury, które sunęły nisko nad krawędzią. — Wiatr miesza się z kamieniem wszędzie.

— Właśnie dlatego trzeba być cierpliwym — powiedziała Iga. Brzmiała spokojnie, ale w środku czuła ten znajomy dreszcz: mieszaninę ciekawości i odpowiedzialności. Bo nie przyszła tu dla siebie. W pobliskiej wiosce brakowało wody w suche miesiące. Stare zapiski mówiły o źródle, które otwierało się tylko, gdy zrozumie się znaki róży.

— A jeśli to tylko legenda? — mruknął Szymek.

— To wtedy wrócimy z historią i porządnym spacerem w nogach. Ale jeśli nie… możemy pomóc ludziom. — Iga podała mu krótkofalówkę. — I pamiętaj: jeśli powiem „stop”, to jest „stop”. Tu nie ma bohaterstwa na pokaz.

Szymek wyprostował się, jakby właśnie dostał odznakę. — Jasne. Ja jestem od mądrego bohaterstwa.

Schodzili w dół wąską ścieżką, gdzie kamienie były gładkie jak talerze. Co jakiś czas spod buta wyskakiwał czarny żużel i turlał się z cichym „klik, klik” w przepaść. Cyrk wciągał ich do środka jak wielka, milcząca miska.

Rozdział 2

Na pierwszym tarasie lawy wiatr nagle ucichł. Iga aż przystanęła, bo cisza była zbyt idealna, jakby ktoś położył na świecie gruby koc. Szymek też zwolnił.

— Czuję się, jakbym wszedł do biblioteki — szepnął.

— Biblioteki z kamienia — odparła Iga. Dotknęła dłonią skały: zimna, porowata, z maleńkimi dziurkami po gazach uwięzionych w lawie.

Schodzili dalej, aż dotarli do miejsca, gdzie szare skały przechodziły w brunatne, a powietrze robiło się cięższe. Nad ziemią unosiła się mgiełka.

— Gejzery? — zapytał Szymek.

— Raczej fumarole. Para i gazy z głębi. — Iga wyjęła z kieszeni mały wskaźnik, który jej wujek geolog nazywał „noskiem z baterią”. Urządzenie piknęło cicho. — Nie jest źle, ale nie zbliżamy się do szczelin.

Szymek spojrzał na pęknięcia w ziemi. — To trochę jakby ziemia miała swoje zmarszczki.

— A każda zmarszczka ma swoją historię. — Iga spojrzała na mapę. — Według zapisków róża jest na dnie, obok kamiennej iglicy. Musimy przejść przez „Pole Szeptów”.

— Brzmi… miło? — Szymek spróbował żartu, ale głos mu zadrżał.

Pole Szeptów okazało się płatem czarnych kamieni, które pod stopami wydawały delikatne brzęczenie, jakby ktoś pocierał dwa suche liście. Iga przykucnęła, wzięła jeden kamyk i potrząsnęła. Zabrzęczał.

— To obsydianowe odłamki i scoria — wyjaśniła. — Kiedy się poruszają, ocierają o siebie. Dźwięk niesie się po całym polu.

— Czyli te „szepty” to my… — Szymek odetchnął. — Już myślałem, że duchy.

— Duchy wulkanów są zwykle zajęte byciem wulkanami — powiedziała Iga, żeby go rozluźnić. — Idź ślad za mną. Stawiaj stopy płasko.

Kiedy byli mniej więcej w połowie pola, wiatr wrócił nagle, jak spóźniony gość. Zawirował w kręgu i poderwał pył. Iga zasłoniła oczy.

— Iga! — krzyknął Szymek. — Coś się rusza!

Nie „coś” — cały pas kamieni zaczął się osuwać, jakby pod spodem ktoś pociągnął dywan. Iga nie spanikowała, tylko odruchowo rzuciła się w bok, na większą płytę lawy, która wyglądała stabilniej.

— Do mnie! — krzyknęła.

Szymek zrobił krok, ale kamienie pod nim zapadły się po kostki. Zamarł, jakby bał się, że następny ruch go pożre.

— Nie skacz. Pełzaj — poleciła Iga. — Rozłóż ciężar.

— Ja? Pełzać? — Szymek próbował się oburzyć, ale głos mu się załamał.

— To nie konkurs elegancji! — Iga położyła się na brzuchu i wysunęła rękę. — Dawaj łokcie, kolana, powoli.

Szymek, czerwony jak pomidor, opadł na kamienie. Poruszał się centymetr po centymetrze, a „szepty” pod nim zamieniły się w głośniejsze chrobotanie. Iga chwyciła go za pasek od plecaka i pociągnęła w ostatnim momencie, bo za nimi ziemia zadrżała i kilka odłamków zsunęło się w dół.

Leżeli na stabilnej płycie, dysząc.

— Dziękuję — wydusił Szymek.

— To dopiero początek — powiedziała Iga, ocierając pył z policzka. — Wulkaniczne miejsca lubią sprawdzać, czy ktoś naprawdę wie, po co tu przyszedł.

Szymek spojrzał na nią uważnie. — A ty wiesz?

Iga popatrzyła w dół, gdzie w mgle majaczyły tarasy. — Wiem. Ale to nie znaczy, że się nie boję.

Rozdział 3

Dotarli do dna cyrku późnym popołudniem. Światło było miedziane, jakby słońce zanurzyło się w herbacie z żelazem. W centrum stała kamienna iglica: wysoka, poszarpana, z pasem jaśniejszego minerału, który błyszczał jak szkło.

— To musi być ona — szepnęła Iga.

Wokół iglicy leżały płyty lawy ułożone jak przypadkowe puzzle. Między nimi biegły rysy, a w jednej z nich płynęła cienka strużka ciepłej wody.

— Ciepła! — zdziwił się Szymek, przykładając dłoń. — Jak kaloryfer.

— Wulkan wciąż oddycha — odparła Iga. — Zostawił tu swoje serce w postaci gorąca.

Rozbili mały obóz przy większym głazie, osłoniętym od wiatru. Iga zapaliła palnik, a w metalowym kubku zagotowała wodę na herbatę. Para pachniała miętą i czymś lekko dymnym. Szymek wyciągnął batoniki, jakby właśnie zdobył skarb.

— Jeśli tu jest róża wiatrów, to gdzie? — zapytał, gryząc. — Nie widzę żadnej róży. Ani nawet tulipana.

Iga uśmiechnęła się. — Róże wiatrów bywają ukryte. Czasem widać je tylko pod odpowiednim kątem światła… albo kiedy wiatr odsłoni pył.

Wyjęła notatnik. Kartki były zagięte, a na jednej widniał szkic: okrąg, cztery główne kierunki i dodatkowe znaki, jak drobne ząbki.

— Zobacz: tu jest napis, choć ledwo czytelny. „Nie patrz tylko oczami. Słuchaj.” — Iga spojrzała na iglicę. — Jutro rano, gdy wiatr się zmieni, spróbujemy.

W nocy obudził ich dźwięk, jakby ktoś ostrożnie stukał palcem w szkło. Iga wyszła z namiotu. Księżyc wisiał nisko i malował skały na srebrno. Iglica wydawała się wyższa, a wokół niej wiatr wirował w równych kręgach.

— Szymek — szepnęła.

Chłopak wypełzł, zaspany. — Co jest? Czy to… wulkan rapuje?

— Posłuchaj. — Iga przyłożyła ucho do skały. Słychać było cichy gwizd, rytmiczny, jak oddech. — Wiatr przechodzi przez szczeliny. Każda ma inny dźwięk.

Szymek nachylił się i jego oczy zrobiły się okrągłe. — To jak flet… tylko że z kamienia.

Iga poczuła, jak jej serce przyspiesza. — „Czytaj róże tam, gdzie wiatr miesza się z kamieniem.” Może róża nie jest tylko rysunkiem. Może to… instrument. Układ szczelin, które wskazują kierunki, gdy wiatr dmucha.

— Czyli mamy słuchać, skąd dmucha? — Szymek przetarł twarz. — To brzmi prosto, ale pewnie nie jest.

— Nic wartościowego nie jest proste — odparła Iga. — Ale da się.

Wracając do namiotu, Iga powtarzała w myślach: cierpliwość. Uważność. Nie poddać się po pierwszym niepowodzeniu. Wulkan nie odda tajemnicy komuś, kto chce tylko szybko wygrać.

Rozdział 4

O świcie powietrze było ostre i czyste. Mgła unosiła się nisko, a każdy krok zostawiał ślad w wilgotnym pyle. Iga i Szymek podeszli do iglicy. Iga miała w dłoni mały kompas, ale wiedziała, że tu, między minerałami, może wariować.

— Najpierw szukamy znaku — powiedziała. — Róża wiatrów często ma punkt centralny.

Obeszli iglicę dookoła. Na północnej stronie znaleźli płaską płytę z dziwnymi rysami. Nie wyglądały jak przypadkowe pęknięcia. Były zbyt równe, zbyt celowe.

— O! — Szymek uklęknął. — To jak gwiazda.

Iga odgarnęła pył rękawiczką. Pod spodem pojawił się okrąg, a w nim linie biegnące w różnych kierunkach. Niektóre były dłuższe, inne krótsze. Przy końcach linii widniały małe nacięcia.

— Jest — wyszeptała. — Róża.

Szymek spojrzał z dumą, jakby to on ją wyciął. — No to czytamy.

Iga położyła dłoń na środku okręgu. Kamień był chłodny, ale spod niego przebijało lekkie ciepło, jakby ktoś trzymał pod spodem grzejący kubek.

— Patrz na te nacięcia — powiedziała. — Mogą oznaczać kolejność. A może… dźwięki.

W tej chwili wiatr zmienił kierunek. Przeleciał przez iglicę i uderzył w płytę. Z szczelin obok róży wydobył się cienki gwizd. Iga przymknęła oczy i słuchała. Dźwięk nie był przypadkowy. Układał się w rytm: krótki, długi, krótki, krótki.

— To kod? — zapytał Szymek szeptem, jakby bał się spłoszyć melodię.

— Może. — Iga wyjęła ołówek i zaczęła notować: kreska, kropka, kropka… Potem przerwa, znów dźwięk. — To przypomina alfabet Morse'a.

Szymek aż podskoczył. — Serio? To jak tajniaki!

— Nie tajniaki. Dawni wędrowcy. Jeśli nie mieli papieru, zostawiali wiadomości w kamieniu. — Iga patrzyła na nacięcia. — Ale musimy ustalić, co jest „kropką”, a co „kreską”.

Wiatr przyspieszył, potem osłabł. Dźwięk zmieniał się, jakby ktoś kręcił gałką radia. Iga poczuła narastającą frustrację. Już miała róże, miała znaki, a jednak wszystko uciekało.

— Iga? — Szymek zauważył jej minę. — Hej. Zrobimy to. Jak nie teraz, to za chwilę.

Iga wzięła głęboki oddech. — Masz rację. To nie test na szybkość.

Uklękła i przyłożyła ucho do kamienia, dokładnie przy jednej ze szczelin. Dźwięk był wyraźniejszy. Przeniosła się do kolejnej szczeliny — inny ton, krótszy. Zaczęła je porównywać: ten ton to „kropka”, ten to „kreska”. Szymek trzymał notatnik i powtarzał na głos:

— Krótki… długi… długi… krótki.

Iga łączyła to z nacięciami na końcach linii róży. W pewnym momencie zrozumiała, że każda linia to inna szczelina w iglicy, a ich układ tworzy „zdanie” tylko wtedy, gdy stoi się w odpowiednim miejscu.

— Stań tam — poleciła Szymkowi, wskazując punkt na wschód od środka.

Szymek przesunął się, a wiatr, jakby zadowolony, znów zagrał. Dźwięki ułożyły się w czytelny rytm.

Iga przetłumaczyła pierwsze litery. Jej palce zadrżały.

„S… T… R…” — wymówiła. — „STRUMIEŃ… POD… TRZEMA… CIE… NIAMI.”

Szymek aż sapnął. — Trzema cieniami? Jakimi?

Iga spojrzała na okolicę. W pobliżu rosły trzy samotne, poskręcane drzewa, które wyglądały jak staruszkowie w kapturach. Rano rzucały długie cienie na kamienie.

— Tam — powiedziała Iga. — Idziemy.

Rozdział 5

Droga do „trzech cieni” wcale nie była prosta. Między iglicą a drzewami rozciągał się pas jasnego popiołu. Z daleka wyglądał jak piasek, ale Iga wiedziała, że to pułapka.

Popiół może być jak mąka — ostrzegła. — Z wierzchu stabilny, w środku pustka. Uważnie.

Szymek przełknął ślinę. — To czemu nie obejdziemy?

Iga wskazała na strome zbocze po lewej, gdzie skały były mokre od skraplającej się pary, i na pole fumaroli po prawej, gdzie w powietrzu wisiał siarkowy zapach.

— Bo tam ślisko, a tam gorąco. Popiół jest najbezpieczniejszy, jeśli idzie się mądrze.

Wyjęła z plecaka lekką linkę i podała jeden koniec Szymkowi.

— Trzymamy dystans. Jeśli ktoś ugrzęźnie, druga osoba ma oparcie. I krok… test. — Iga wbiła kij trekkingowy w popiół. Zniknął po pół długości. — Widzisz? Nie stawiamy całej stopy, jeśli nie wiemy.

Szli powoli, jakby tańczyli z podłogą, która nie ufa. Kiedy popiół zaczął się zapadać pod Igą, cofnęła się natychmiast i znalazła twardszy fragment. Szymek robił to samo, ale raz noga wpadła mu głębiej i aż krzyknął.

— Spokojnie! — Iga napięła linkę. — Nie wyrywaj się. Oprzyj się na kiju. Powoli.

Szymek zacisnął zęby i, czerwony na twarzy, wyciągnął nogę z popiołu. W jego oczach błysnęły łzy złości, ale je wytarł rękawem.

— Nienawidzę mąki — warknął.

— Ja też — przyznała Iga. — Dlatego nie piekę.

To go rozśmieszyło, choć tylko trochę. Zrobili jeszcze kilkanaście kroków i w końcu popiół ustąpił, a pod stopami znów pojawił się twardy kamień.

Trzy drzewa stały na małym wyniesieniu. Ich gałęzie były gołe, ale w korze tkwiły zielone pędy, uparte jak nadzieja. Cienie drzew układały się na ziemi w trzy długie pasy, które spotykały się w jednym miejscu.

— Jak strzałki — szepnął Szymek.

Iga uklękła w punkcie, gdzie cienie się krzyżowały. Kamień był tu inny: jaśniejszy, z delikatnym wzorem jak falujące linie.

— Pomóż mi — powiedziała.

Razem odgarnęli pył. Pod spodem pojawiła się mała, okrągła płyta z wyżłobionym znakiem, podobnym do tego z róży. Iga nacisnęła. Nic.

— Może trzeba przekręcić — zgadł Szymek.

Iga spróbowała. Płyta drgnęła, ale zatrzymała się. Z wnętrza dobiegło ciche „klik”.

— Coś blokuje — mruknęła.

Szymek rozejrzał się. — A może… cienie? Trzy cienie. Może płyta działa tylko, kiedy cienie są dokładnie na znaku.

Iga spojrzała na słońce. Było jeszcze nisko. Cienie były długie i spotykały się idealnie. Ale czas płynął.

— To okno czasowe — powiedziała. — Musimy działać teraz.

Przypomniała sobie róże wiatrów i dźwięki. „Czytaj”. Może chodzi o kierunek. Iga ustawiła się tak, by patrzeć na północ, i przekręciła płytę w stronę, którą wskazywała najdłuższa linia róży.

Zaskrzypiało. Płyta obróciła się o ćwierć. Z ziemi wydobył się chłodny powiew, pachnący wilgotnym mchem.

— Jest! — krzyknął Szymek.

Płyta uniosła się odrobinę, odsłaniając wąską szczelinę. Woda nie wytrysnęła fontanną, jak w bajkach. Zamiast tego z ciemności wypłynęła cienka struga, spokojna i pewna, jak ktoś, kto nie musi niczego udowadniać.

Iga dotknęła jej palcami. Była chłodna, czysta.

— To źródło — powiedziała cicho. — Naprawdę.

Szymek uśmiechnął się szeroko. — Wioska będzie miała wodę?

Iga skinęła głową. — Jeśli poprowadzimy ją mądrze. I jeśli ludzie będą o nią dbać. To nie jest magiczny kran bez końca. To dar, który wymaga troski.

Zrobiło jej się ciepło w środku. Nie tylko dlatego, że się udało. Także dlatego, że wytrwali. Przeszli przez Pole Szeptów, popiół, strach i zmęczenie. I nie zrezygnowali.

Rozdział 6

W drodze powrotnej wiatr znów śpiewał w iglicy, ale teraz brzmiał przyjaźniej — albo Iga po prostu przestała się go bać. Szymek maszerował lżej, choć co jakiś czas spoglądał na popiół z miną człowieka, który nie ufa mące do końca życia.

— Iga — zaczął, gdy wspinali się na wyższy taras. — Ty naprawdę myślałaś, że ci nie wyjdzie?

Iga nie odpowiedziała od razu. Zatrzymała się, żeby złapać oddech. Powyżej krawędzi cyrku widać było pas nieba jak otwarte okno.

— Myślałam, że mogę się pomylić — powiedziała w końcu. — Że źle odczytam znaki. Że zawiodę ludzi, którzy czekają na wodę.

— Ale nie zawiodłaś.

— Bo nie byłam sama. I bo nie uciekliśmy, kiedy było trudno. — Iga spojrzała na niego. — Odwaga to nie brak strachu. To decyzja, że idziesz mimo strachu. Krok po kroku.

Szymek udawał, że coś poprawia w plecaku, ale Iga widziała, że się uśmiecha.

Kiedy wyszli na krawędź cyrku, uderzył ich silny wiatr. Tym razem Iga przyjęła go jak powitanie. Spojrzała w dół, na miejsce, gdzie iglica stała jak strażnik dawnych sekretów.

— Róża wiatrów… — mruknął Szymek. — Wiesz, że teraz już zawsze będę ją sobie wyobrażał nie jako rysunek, tylko jako muzykę?

— I bardzo dobrze — odpowiedziała Iga. — Bo świat rzadko daje odpowiedzi w jednej formie. Trzeba umieć słuchać, patrzeć i czasem… pełzać po kamieniach.

Szymek parsknął śmiechem. — Tego akurat nie zapomnę.

W wiosce przyjęto ich jak posłańców deszczu. Iga nie lubiła wielkich braw, więc szybko przeszła do konkretów: gdzie źródło, jak je zabezpieczyć, jak prowadzić wodę, żeby nie zniszczyć delikatnego miejsca w cyrku. Starsi słuchali uważnie, a dzieci patrzyły na Igę tak, jakby była bohaterką z książki.

Wieczorem Iga usiadła na schodku przed domem, z kubkiem herbaty. Szymek przyniósł jej kawałek chleba z miodem.

— Za… czytanie róż — powiedział, podając jej kromkę.

Iga spojrzała na zachód, gdzie wiatr poruszał trawą jak falami na morzu. W jej głowie wciąż brzmiały kamienne gwizdy iglicy, jak melodia uporu i cierpliwości.

— Za wytrwałość — odpowiedziała. — I za to, że tajemnice nie znikają. One tylko czekają, aż ktoś będzie gotów je zrozumieć.

Bez reklam 3€ na miesiąc

Czy pragną Państwo nieprzerwanej lektury? Wesprzyjcie Oh My Tales, usuńcie wszystkie reklamy i korzystajcie z innych wliczonych korzyści już od 3€ miesięcznie.

Zobacz plany i ceny
Udostępnij

zgłoś problem z tą opowieścią

Co sądziliście o tej opowieści?

Podaj swoją opinię, przyznając ocenę tej opowieści w zależności od tego, co Ty i/lub Twoje dziecko o niej myśleliście. Z góry dziękujemy!

Dziękuję! Twój głos został uwzględniony!

Quiz: czy dobrze zrozumiałeś opowieść?

Cyrk wulkaniczny
Duże, misowate zagłębienie w ziemi powstałe po dawnej erupcji wulkanu.
Siarka
Żółty minerał o ostrym zapachu, często kojarzony z zapachem zgniłych jaj w miejscach wulkanicznych.
Fumarole
Szczeliny w ziemi, z których wydobywają się para i gorące gazy.
Obsydianowe
Opis skały wulkanicznej, szklista i gładka, powstającej po szybkim stygnięciu lawy.
Scoria
Porowata, lekka skała wulkaniczna z wieloma pęcherzykami powietrza.
Iglica
Wysoki, wąski i szpiczasty kawałek skały stojący pionowo.
Tarasy
Poziome, stopniowe warstwy skały lub ziemi na zboczu lub dnie cyrku.
Róża wiatrów
Symbol w kształcie koła z liniami, który pokazuje kierunki świata.
Szczeliny
Wąskie, długie pęknięcia w skale, przez które czasem przechodzi wiatr lub woda.
Alfabet Morse’a
Sposób zapisywania liter za pomocą krótkich i długich sygnałów, jak kropka i kreska.
Popiół
Drobnym pył powstały po spaleniu lub wyrzucony z wulkanu, miękki pod stopami.
Struga
Wąska, cienka nić płynącej wody, bardziej jak mały strumień.

Stwórz magiczną i unikalną opowieść dla swojego dziecka!

Stwórz spersonalizowaną przygodę w zaledwie kilka minut, w której twoje dziecko staje się bohaterem. Z naszym ekskluzywnym narzędziem to łatwe, darmowe i zabawne!

Stworzyć opowieść

Tematy związane z tą opowieścią:

współpraca odwaga zagadka strach wieś odkrywca

Pobierz tę opowieść:

Pobierz tę opowieść w formacie PDF Pobierz e-booka (.epub)

Do przeczytania następnie w Opowieści o odkrywcach dla 11-12 lat

Otrzymuj nowe opowieści w każdą niedzielę wieczorem!

Otrzymaj 7 ekscytujących i fascynujących opowieści, dostosowanych do wieku i gustów Twojego dziecka, każdej niedzieli o 17:00*. To jest darmowe i gwarantowane bez spamu!
*E-mail wysyłany o 17:00 czasu środkowoeuropejskiego (CET).
Nie lubimy też spamu. Dlatego nie będziemy wysyłać Ci nic poza opowieściami. Będziesz mógł się wypisać, kiedy tylko zechcesz.