Rozgrzewka na lewą stronę
Mateusz miał siedem lat i mieszkał w domu, który zawsze coś robił po swojemu. Kiedyś w kuchni filiżanki ustawione były jak żołnierze, a krzesła lubiły tańczyć o świcie. Tego wieczoru jednak Mateusz postanowił zrobić coś bardzo poważnego: zmienić stronę. Nie „zmienić zdania”, nie „zmienić koloru skarpetek”, ale zmienić stronę. Całe jego łóżko miało dwie strony – prawą i lewą – i on dotąd zawsze zasypiał po prawej stronie pod tą samą miękką kołdrą z gwiazdkami. Dziś zapragnął spróbować lewej.
W pokoju pachniało jabłkiem i kredkami. Mama pocałowała go w czoło i powiedziała: „Baw się dobrze, kochanie”. Tata mrugnął zza gazet i dodał: „Pamiętaj tylko, żeby kocyk nie uciekał”. Mateusz zebrał swoją odwagę, jak zbiera się listki na wietrze, i przeskoczył wzdłuż łóżka na lewą stronę. To była poważna zmiana. Lewa strona wyglądała znajomo, ale też trochę inaczej — jak książka, która ma nową zakładkę.
Na lewym końcu łóżka mieszkał pluszowy miś o imieniu Pan Nóżka, bo miał jedną nogę dłuższą od drugiej. Miś podniósł się na palcach i spojrzał z uznaniem. „No proszę, nowy kurs” — pomyślał Mateusz i ułożył głowę na poduszce. Zanim zamknął oczy, przypomniał sobie regułę numer jeden: jeśli zmieniasz stronę łóżka, przygotuj się na małe niespodzianki. To była wycieczka, nie misja. Zatkał uszy przyjemnym dźwiękiem własnego oddechu i wyruszył.
Środek: Strona, która chodziła
Środek nocy przywitał ścianę jego pokoju, która zaczęła się trochę marszczyć. To nie były fałdy strachu, tylko ściana myślała. „Zmiana strony w toku” — pomyślała. Wtedy szafa nie wytrzymała i zrobiła mały ukłon. Z szafy wystąpił kapelusz pełen konfetti. Konfetti to był poważny znak: każdy, kto zmienia stronę, dostaje mały pokaz.
Mateusz otworzył jedno oko. „Kto tam?” — wyszeptał sam do siebie, bo w pokojach nocą czasem mówi się szeptami. Kapelusz poprzeglądał zawartość i triumfalnie wysypał confetti na podłogę. Małe, papierowe gwiazdeczki spadły na pluszowego misia, na książkę o dinozaurach i na jego skarpety. Skarpetki miały ochotę zatańczyć, ale były trochę zmęczone po całym dniu. Zamiast tego przewiesiły się przez krawędź szuflady i zaczęły udawać flagi. To była pierwsza próba: czy Mateusz potrafi się uśmiechnąć, kiedy świat robi sztuczki?
Potrafił. Uśmiechnął się tak szeroko, że jego policzki zrobiły się dwoma małymi księżycami. „Dobrze, jesteśmy gotowi” — mruknął szeptem. Konfetti jednak miało swoje plany. Zamiast zostawić spokój, zamieniło się w małe, kolorowe ptaszki, które zaczęły grać na maleńkich fletach. Muzyka była jak sok jabłkowy: lekka i słodka. Ptaszki frunęły w kółko i utkwiły na ramieniu pluszowego misia, który nagle miał zamiar zostać dyrygentem.
Mateusz śmiał się cicho, bo śmiech nocą jest jak miękki podmuch. „Proszę bardzo, dyrygent Panie Nóżko” — powiedział. Miś podniósł jedyną długą nogę i zaczął dyrygować tak, że wszystkie skarpetki w pokoju przyklaskały. To było zabawne, bo skarpetki rzadko mają dłonie, ale klaskały tak, jak potrafiły, przez szwy i pętelki.
I właśnie wtedy, pomiędzy jednym gwizdnięciem a drugim, wydarzyło się coś zupełnie absurdalnego: jego poduszka wstała i zaczęła chodzić. Nie chodziła jednak daleko. Przejrzała się w lustereczku na komodzie, poprawiła puchem i przyszła z powrotem, żeby ułożyć się pod jego głową. „Poduszko, gdzie byłaś?” — szeptał Mateusz, a poduszka wzruszyła się jakby miała pierze zamiast ramion. „Byłam na inspekcji, muszę sprawdzić, czy wszystkie sny są w porządku” — odpowiedziała miękko. Mateo nie zdziwił się zbyt bardzo, bo w nocy wszystko wydaje się normalne, jeżeli tylko spojrzy się z odrobiną wyobraźni.
Kiedy poduszka wróciła, pokój uspokoił się trochę. Ptaszki poczuły zmęczenie i zamieniły się z powrotem w konfetti, które wskoczyło do kapelusza, a potem kapelusz wskoczył z powrotem do szafy. Wszystko wróciło na swoje miejsce z taką samą grzecznością, jak gdyby tylko posprzątało pokój przed snem. Mateusz zamknął oczy, ale nie od razu zasnął. Trzymał w głowie obraz poduszki-inspektora i ciepłe cichy chichot pluszaka.
Noc miała jeszcze jedną niespodziankę. Zegar na ścianie zaczął opowiadać dowcipy. Nie były to zwykłe dowcipy, lecz dowcipy, które głaskały po uszach i sprawiały, że serce robiło małe buuuum, a potem uspokajało się. „Dlaczego księżyc nie może iść na przyjęcie?” — zaczął zegar. Mateusz chciał znać odpowiedź, ale zasypiające powietrze sprawiło, że odpowiedź cicho popłynęła gdzieś na krawędź snu: „Bo już jest w kapeluszu”. To była śmieszna odpowiedź i Mateusz uśmiechnął się jeszcze raz, tym razem już na granicy snu.
Zmiana strony z humorem
W środku nocy, kiedy sny jeszcze nie były poukładane, a dzień miał zaledwie jedną nogę w drzwiach, wydarzyło się coś naprawdę dziwnego: Mateusz poczuł, że zmienia stronę... wewnątrz siebie. Nie chodzi o to, że stał się inną osobą, ale o to, że jego odwaga i ciekawość trochę się pomieszały. Odwaga zrobiła krok w lewo, a ciekawość podrapała go po plecach. To było miłe uczucie.
W snach przyszły postacie z absurdalnymi kapciami: rycerz z kapciami w kropki, księżniczka w kapciach-łódkach i smok, który miał kapcie z uszkami. Wszyscy przyszli, żeby zapytać Mateusza, czy chciałby być kapitanem zmiany stron. Mateusz przetarł oczy i pomyślał, że to całkiem rozsądne. „Tak”, powiedział cicho. Kapitanat przyszedł z wielką toną puchatych chusteczek do oklasków i z misją: uczynić zmianę strony przyjemną i bezpieczną.
W tej chwili jego odwaga wyszeptała: „Spróbuj zrobić coś śmiesznego, ale nie bój się, jeśli nie wyjdzie”. Ciekawość dodała: „Sprawdź, czy pod łóżkiem nie mieszka skrzat w krawacie”. Mateusz, choć miał siedem lat, czuł się mądrzejszy niż wczoraj. Wiedział, że zmiana strony nie oznacza porzucenia swojego bezpiecznego miejsca, a raczej poszerzenie świata o nowe kąciki. Cały ten ruch wewnętrzny to była jak gładkie przewracanie kartek książki.
W końcu, kiedy księżyc na zewnątrz robił miny zza chmur, i kot sąsiadki mruczał jak mała motorówka, Mateusz poczuł, że czas wrócić. Zmiana strony posprzątała swoje pudełko i uśmiechnęła się jak ktoś, kto wie, że jutro też może spróbować. Była to zmiana z humorem: nic groźnego, wszystko przyjazne, jakby świat przeniósł się na drugą nogę tylko po to, żeby zobaczyć jak wygląda.
Zakończenie: Pyjama dobrze założone
Ranek przyszedł miękko jak kaszka. Słońce wlazło przez zasłonę i zrobiło mały koncert świetlny na dywanie. Mateusz obudził się z poczuciem, że przeżył coś ważnego, ale nie strasznego — coś, co sprawiło, że jego serce było trochę większe. Wstał i patrzył na lewą stronę łóżka z dumą. Pluszowy Pan Nóżka siedział prosto i miał na sobie maleńki, papierowy kapelusz, który został tam na pamiątkę. Poduszka leżała spokojnie, jakby nigdy nie ruszyła się z miejsca, ale jej puch miał jeszcze ślady inspekcji.
Mateusz rozebrał się ze snu: zrzucił noce z włosów i wyprostował się. Potem zrobił coś bardzo ważnego — założył piżamę. Nie byle jaką piżamę, ale tę, która pasowała idealnie, z guzikami zrobionymi z muszelek, które mieniły się jak małe księżyce. Ubrał ją starannie, zatrzaskując guziki z uśmiechem. To był akt zakończenia przygody: kiedy pyjama jest dobrze założona, wszystko jest na swoim miejscu. Piżama była symbolem spokoju, ciepła i odwagi, bo trzeba mieć odwagę, by próbować nowych stron i potem spokojnie wrócić.
Mama weszła do pokoju i zobaczyła go w tej idealnie założonej piżamie. „Wyglądasz na gotowego do nowej przygody” — powiedziała. Tata podarował mu śniadanie, które smakowało jak zwycięstwo: naleśniki w kształcie księżyców z dżemem, który rozśmieszył język. Mateusz uśmiechnął się szeroko. Wiedział już, że zmiana strony nie była straszną rzeczą. To było po prostu inne miejsce do leżenia, inne miejsce do marzeń i miejsce, gdzie pluszaki mają swoje pomysły.
I tak kończy się historia o tym, jak Mateusz zmienił stronę. Nie stało się nic złego. Wszystko było trochę zabawne, trochę dziwne i bardzo łagodne. Świat obracał się powoli, jak kołyska dla snu, a on leżał w swojej piżamie, przytulony do Pana Nóżki, gotowy na nowe sny. Odwaga, którą poczuł tamtej nocy, była cicha i przyjazna. Była jak miękki kocyk, który mówi: „Spróbuj, mały przyjacielu, a jeśli się przestraszysz, ja cię przytulę”.
A kiedy zamknął oczy po raz ostatni przed drugim snem, jego myśli były jak delikatne nutki: coraz krótsze, coraz spokojniejsze, aż w końcu tylko szept — i sen.