Rozdział 1: Pstryk! Kto zgasił światło?
W pewnej spokojnej marinie, gdzie łódki kołysały się niczym śpiące kaczuszki, a mewy grały w chowanego z rybakami, wydarzyło się coś… bardzo niespodziewanego. Pewnego popołudnia, kiedy słońce tańczyło po wodzie, nagle wszystkie światła w porcie – od latarni po lampki na jachtach – zgasły w tym samym momencie.
— O nie! — zawołał kapitan Frędzel, który właśnie zawiązywał swoje superważne buty z grzechotkami. — Kto zgasił światło?
Wtedy wszyscy spojrzeli na drzwi magazynu, z którego dobiegł dziwny dźwięk: „Pstryk! Pstryk! Pstryyyk!” To była Ona. Najdziwniejsza, najzabawniejsza superbohaterka, jaką widziała ta marina: Pani Pstryk!
Pani Pstryk miała pelerynę w żółte kropki, okulary, co świeciły jak reflektory samochodu, i buty na sprężynach. Jej supermoc? Zawsze znajdowała światło… niezależnie, gdzie się schowało! Czasem też przypadkiem wyłączała prąd w połowie miasta, ale nikt nie miał jej tego za złe, bo przynosiła tyle radości.
Rozdział 2: Gdzie schowało się światło?
Pani Pstryk podskoczyła na sprężynowych butach tuż obok kapitana Frędzla.
— Kto tutaj potrzebuje światła? — zawołała, rozglądając się dookoła. — Nie martwcie się, znajdę je szybciej niż mewa znajdzie frytkę na plaży!
— Proszę, pomóż! — błagał pan Malutek, właściciel najpiękniejszego niebieskiego pontonu w całym porcie. — Bez światła nie widzę, gdzie mam wiosła!
Pani Pstryk popatrzyła pod latarnię, za łódź i do skrzynki z narzędziami. Wszędzie tylko cienie.
Nagle zatrzymała się przy wielkim, niebieskim śmietniku.
— Może światło schowało się tu, żeby zrobić komuś psikusa? — powiedziała i uchyliła wieko.
Ze środka wyskoczyła… wielka gumowa kaczka!
— Kwa, kwa! — zawołała kaczka, a cała marina wybuchła śmiechem.
— Ojej, przepraszam, pani Kaczko! Szukam światła, nie kaczki! — zażartowała Pani Pstryk.
Wszyscy już śmiali się na całego, a mała dziewczynka w czerwonej czapce podskoczyła do Pani Pstryk.
— Może światło schowało się w moim kubku z sokiem? Dziś świeci prawie jak latarnia! — powiedziała, trzymając wysoko swój sok malinowy.
Pani Pstryk nachyliła się i dmuchnęła w kubek. Sok zabulgotał, ale światła tam nie było.
— Próbujemy dalej! — powiedziała z uśmiechem, podnosząc okulary na nosie.
Rozdział 3: Słoneczny patrol
Nagle zza chmur wyskoczył promyk słońca i przysiadł na ramieniu Pani Pstryk.
— Witaj, promyczku! — przywitała się wesoło. — Może ty wiesz, gdzie schowało się światło?
Promyk zatańczył na jej pelerynie i wskazał palcem… znaczy, promykiem… na skrzynkę z napisem „Zapasowe światło”.
Pani Pstryk otworzyła skrzynkę na trzy palce: raz, dwa, trzy… i bum! Wyskoczył z niej mały świetlik, który wyglądał jak jarząca się żarówka z nóżkami.
— O nie! To świetlik Zygmuś! — krzyknęła Pani Pstryk. — Znowu bawi się w chowanego z całym miastem!
Świetlik Zygmuś śmigał, fruwał i robił piruety, świecąc na niebiesko, zielono, żółto i różowo. Goniły go dzieci, gonił go piesek, gonił go nawet pan Malutek ze swoim pontonem, ale Zygmuś był za szybki.
— Hop, hop, Zygmusiu! — zawołała Pani Pstryk. — Czas już wracać na swoje miejsce! Bez ciebie cała marina jest w ciemności!
Ale Zygmuś miał inny plan. Wleciał do łódki i schował się za poduszką. Pani Pstryk podeszła cichutko, na palcach. Raz, dwa, trzy, łagodnie przesunęła poduszkę… i złapała Zygmusia w swoje sprężynowe rękawice!
— Udało się! — wykrzyknęła. — Teraz odprowadzę cię do twojego żarówkowego domku!
Rozdział 4: Cudowne światło i wielka niespodzianka
Cała marina czekała w napięciu. Pani Pstryk wskoczyła na dach magazynu, a Zygmuś trzymał się jej rękawa. Wsunęła świetlika do lampy. Nagle… cała marina rozbłysła jasnym, kolorowym światłem! Latarnie mrugały radośnie, łódki świeciły jak tęcza, a nawet śmietnik zaświecił się na zielono.
— Brawo, Pani Pstryk! — zawołali wszyscy, bijąc brawo. — Uratowałaś naszą marinę!
Pani Pstryk uśmiechnęła się i zdjęła swoją żółtą maskę. Pod nią była zwyczajna, radosna kobieta z piegami i śmiejącymi się oczami.
— Każdy z nas ma w sobie trochę światła — powiedziała do dzieci. — Czasem wystarczy się uśmiechnąć, żeby cały świat rozjaśniał!
Dzieci zaczęły robić śmieszne miny, wszyscy się śmiali, a nawet kapitan Frędzel zatańczył w swoich grzechotkowych butach. Marina była rozświetlona, ciepła i pełna radości.
Pani Pstryk wiedziała, że nawet kiedy wszystko wydaje się ciemne, warto nie poddawać się i szukać swojego światła — czasem trzeba tylko kilka razy pstryknąć!