Rozpoczyna się runda kreatywnego strażnika
W Krainie Skrzących Kałuż chodniki były z galaretki, a latarnie świeciły jak lizaki na patyku. Po takim miejscu nie dało się chodzić poważnie, bo człowiek od razu robił „plask!” i zostawiał ślad w kształcie naleśnika.
Maks, dziesięciolatek z kieszeniami pełnymi kredek i pomysłów, pełnił tu bardzo ważną funkcję: robił rundę. Nie taką zwykłą, tylko Fantastyczną Rundę Porządkową. Miał czapkę z daszkiem, która czasem udawała, że jest sterowcem, i notes, który obrażał się, gdy pisało się zbyt nudno.
– Dziś sprawdzę, czy wszystkie cuda są na miejscu! – oznajmił Maks i gwizdnął tak głośno, że aż dwa motyle spadły z powietrza… ze śmiechu.
Na rogu ulicy czekała Lila, jednorożka o grzywie jak wata cukrowa. Jej róg był lekko krzywy, bo kiedyś próbowała nim mieszać zupę w wielkim garnku.
– Idę z tobą – powiedziała Lila. – Sama też potrzebuję ruchu. Wczoraj biegałam w kółko za własnym ogonem. Prawie wygrałam.
Maks ruszył, a jego buty robiły „bup-bup” na galaretce. Pierwszy przystanek rundy: Fontanna Śmiechu. Zamiast wody tryskały z niej chichoty.
I wtedy… fontanna zachichotała, zakaszlała i wypluła tylko jedno smutne „hm”.
– O nie. Ktoś zgasił śmiech! – Maks aż podskoczył, a czapka udawała, że jest helikopterem.
Lila powąchała powietrze.
– Czuję zapach… przypalonego kompotu i starego skarpetka. To pachnie kłopotem.
Fontanna, która nie chciała się śmiać
Przy fontannie kręcił się Skrzat Wihajster, miejski specjalista od „tego czegoś”. Nosił pasek z setką kieszonek i w każdej miał inny dziwny przedmiot: gumę do żucia z wąsami, łyżkę, która obrażała się na zupę, oraz śrubokręt, co opowiadał dowcipy.
– To na pewno jest… hmmm… – Skrzat zmrużył oczy i wsadził głowę do fontanny. – Ojej, mokro! Kto by się spodziewał.
Maks otworzył notes. Notes westchnął teatralnie.
– Dobra, idziemy krok po kroku – powiedział Maks. – Co powinno być w fontannie?
– Klejnot Chichotu! – Lila stuknęła kopytkiem. – Bez niego fontanna robi tylko „hm”, jak ktoś, kto zjadł cytrynę i udaje, że mu smakuje.
Skrzat Wihajster wyciągnął z kieszeni lupę wielkości talerza i przyłożył ją do ziemi.
– Ślady! Widzę… odciski… hmm… coś tu przeszło… a potem poślizgnęło się i odjechało na brzuchu! – oznajmił z dumą.
Maks przyklęknął i zobaczył ślad jak po wielkim ślimaku, tylko z drobinkami brokatu.
– Brokat! – ucieszył się. – Kto używa brokatu?
– Tylko trzy osoby w okolicy – Lila zaczęła odliczać. – Wróżka Modnisia, Smok Fryzjer i… Pan Półmrok, który twierdzi, że brokat jest „tajemniczy”.
Skrzat Wihajster chrząknął.
– Pan Półmrok mieszka w Wieży Cienia. Ale u niego cień jest tak leniwy, że śpi do południa.
– To idziemy tam! – Maks zamknął notes, a notes udawał, że jest bardzo dzielny. – Runda robi się ciekawa.
Wieża Cienia i zagubiony klejnot
Droga do Wieży Cienia prowadziła przez Most Bananowy, który zawsze był lekko śliski, bo lubił żarty. Maks szedł ostrożnie, Lila stawiała kopytka jak tancerka, a Skrzat Wihajster… cóż, on miał plan.
– Ja przejdę szybko! – krzyknął i pobiegł.
Most natychmiast zrobił „ślizg!” Skrzat wywinął piruet, który wyglądał jak walka z niewidzialną meduzą, i wylądował w krzaku waty cukrowej.
– Widzę wszystko pod innym kątem! – zawołał, wypluwając różową watę. – Ten kąt jest bardzo słodki.
Pod Wieżą Cienia stały drzwi z napisem: „Pukaj, ale z uczuciem”. Maks zapukał. Drzwi uchyliły się i wysunął się z nich cień w kapciach.
– Pan Półmrok jeszcze nie wstał – mruknął cień. – Jego peleryna też śpi. A ja mam dyżur.
– Zgubiliśmy śmiech w fontannie – powiedział Maks. – Szukamy Klejnotu Chichotu. Ktoś zostawił brokatowe ślady.
Cień spojrzał na Lilę, potem na Skrzata, potem na własne kapcie, jakby one miały odpowiedź.
– Brokat? To nie u nas. My wolimy kurz. Taki… klasyczny.
Z wnętrza wieży dobiegło głośne „A-psik!”
A potem: „Gdzie ja to schowałem? Żeby nikt nie widział… i żebym ja też nie widział… ojej.”
Maks, Lila i Skrzat wślizgnęli się do środka. Na środku sali stał Pan Półmrok – chudy jak patyk, w piżamie w gwiazdki. Na nosie miał okulary przeciwsłoneczne, choć w środku było ciemno.
W rękach trzymał… Klejnot Chichotu. Lśnił i kichał brokatem.
– To nie ja ukradłem! – zawołał Pan Półmrok, zanim ktokolwiek coś powiedział. – Ja tylko… yyy… znalazłem! Klejnot sam wpadł mi do kieszeni. Wiecie, kieszenie potrafią być bardzo samodzielne.
Lila podeszła bliżej i pochyliła łeb.
– Dlaczego klejnot kicha?
Pan Półmrok westchnął.
– Bo próbowałem go „przyciemnić”. Żeby pasował do mojego stylu. Posypałem go brokatem zmieszanym z pieprzem. Teraz ma alergię na własną tajemniczość.
Skrzat Wihajster wyjął z kieszeni małą szczoteczkę.
– Mam coś na takie przypadki! To Szczotka do Odkruszania Dziwactw.
Maks potrząsnął głową.
– Zamiast kłócić się, naprawmy to razem. Fontanna potrzebuje klejnotu, a klejnot potrzebuje… porządnego odpieprzenia, znaczy odpieprzenia pieprzu.
Pan Półmrok spuścił wzrok.
– Ja też mogę pomóc? Tylko nie każcie mi się uśmiechać. Moje uśmiechy wychodzą krzywo.
– Krzywe uśmiechy też są dobre – powiedziała Lila. – Czasem są nawet śmieszniejsze.
Plan naprawczy: współpraca i bąbelki
Wszyscy usiedli w kręgu, jak drużyna superbohaterów, tylko zamiast peleryn mieli watę cukrową na łokciach i galaretkę na butach.
Maks wymyślił plan, rysując go kredką w powietrzu. Kredka zostawiała świetliste linie, bo w tej krainie nawet rysunki lubiły się popisywać.
– Krok pierwszy: trzeba zmyć pieprz i brokat. Krok drugi: przywrócić klejnot do fontanny. Krok trzeci: odpalić śmiech.
– I krok czwarty: nie ślizgać się na moście – mruknął Skrzat Wihajster, otrzepując się.
Lila dmuchnęła delikatnie na klejnot. Z jej nozdrzy wyleciały pachnące bąbelki, bo jednorożce w tej krainie miały w sobie trochę mydlanej magii.
– Bąbelkowe mycie! – ucieszyła się.
Pan Półmrok niepewnie wyjął z kieszeni małą buteleczkę.
– Mam… wodę z Kałuży Szczerzenia. To taka, która rozpuszcza powagę. Uważajcie, bo po niej człowiek zaczyna mówić „hihihi” nawet, gdy nie chce.
Skrzat Wihajster trzymał klejnot, Maks kierował, a Lila puszczała bąbelki. Pan Półmrok skropił wszystko wodą z Kałuży Szczerzenia. Klejnot zadrżał, kichnął raz jeszcze, po czym wydał z siebie krótkie „ha!”
– Działa! – Maks klasnął w dłonie. – Teraz szybka runda do fontanny!
Biegli razem: Maks przodem, Lila obok, Skrzat tyłem, bo twierdził, że tak lepiej widzi przyszłość, a Pan Półmrok starał się wyglądać groźnie, ale co chwilę wyrywało mu się „hihihi”, jakby ktoś łaskotał go piórkiem.
Na Moście Bananowym wszyscy złapali się za ręce… a Lila za ogon Skrzata, bo skrzat miał za krótką rękę.
– Raz, dwa, trzy, krok współpracy! – zawołał Maks.
Most próbował zrobić „ślizg!”, ale kiedy zobaczył, że idą w równym rytmie, zrezygnował i aż westchnął z podziwu.
– Nuda! – powiedział Most Bananowy. – A jednak piękna.
Powrót śmiechu i wspólny fałszywy hymn
Przy Fontannie Śmiechu zebrały się już różne stworzenia: Wróżka Modnisia z kapeluszem większym niż ona, Smok Fryzjer z grzebieniem jak wiosło, a nawet dwa motyle, które przyszły „dla sportu”.
Maks włożył Klejnot Chichotu na miejsce. Fontanna zawibrowała, jakby ktoś w środku łaskotał ją piórkiem. Najpierw poleciało małe „hi”, potem „ha”, a potem wybuchło całe „HA-HA-HA!”, które rozprysnęło się w powietrzu jak konfetti.
Wróżka Modnisia aż podskoczyła.
– O! Mój kapelusz właśnie się zaśmiał i spadł mi na nos!
Smok Fryzjer ryknął z radości, a jego grzebień zaczął czesać powietrze.
Pan Półmrok podrapał się po głowie.
– Przepraszam – powiedział cicho. – Chciałem być tajemniczy, a wyszło… pieprznie.
– Ważne, że naprawiliśmy to razem – odparł Maks. – Runda zakończona sukcesem. I wiesz co? Tajemniczość też może współpracować.
Lila szturchnęła go rogiem, delikatnie, żeby nie zrobił się zbyt dumny.
– A teraz tradycja! – zawołała. – Gdy wraca śmiech, wszyscy śpiewają.
– Tylko ja nie umiem – jęknął Skrzat Wihajster. – Zawsze trafiam między nuty i robię im bałagan.
– To idealnie – stwierdził Maks. – Śpiewamy fałszywie, ale radośnie.
Zebrani ustawili się w półkole. Fontanna prychała chichotem, jakby też chciała dołączyć.
Maks zaczął liczyć:
– Raz… dwa… trzy!
I wszyscy zaśpiewali, każdy w inną stronę melodii. Lila ciągnęła wysoko jak gwizdek, Smok Fryzjer nisko jak bęben, Wróżka Modnisia robiła ozdobniki, których nikt nie prosił, Skrzat Wihajster śpiewał tak krzywo, że aż nuty musiały skręcać, a Pan Półmrok próbował szeptać… ale wyszło mu donośne „LA!”, bo woda z Kałuży Szczerzenia nadal działała.
Brzmiało to okropnie.
I właśnie dlatego było cudowne.
Na koniec fontanna wypuściła największe „HA!”, które przykleiło się do nieba jak jasny balon. A Maks, robiąc ostatni wpis w swoim notesie, napisał: „Współpraca: kiedy każdy śpiewa inaczej, ale nikt nie przestaje śpiewać razem.”