Rozdział 1
Kiedy w bibliotece na ulicy Świerkowej gasło światło, gasły też rozmowy. Zostawał tylko szelest kartek i miękki stuk obcasów na drewnianej podłodze.
Detektywka Nadia Kulesza lubiła ten moment. Cisza pomagała myśleć. A myślenie, w jej pracy, było ważniejsze niż bieganie.
Tego popołudnia pani bibliotekarka, pani Brygida, czekała na nią przy ladzie, nerwowo gniotąc smycz od okularów.
— Pani Nadio… to nie jest zwykłe „zniknęła książka”. To zniknął rękopis.
— Jaki rękopis? — Nadia zdjęła płaszcz, rozejrzała się. W powietrzu unosił się zapach papieru i pasty do podłóg.
— „Kronika Starego Kanału”. Pisany ręcznie, w jednym egzemplarzu. Miał być jutro pokazany na wieczorze autorskim. A dziś rano… pustka.
Nadia zmrużyła oczy. — Gdzie był przechowywany?
— W gablocie z zamkiem. Tu. — Pani Brygida wskazała szklaną szafkę obok działu historii lokalnej. Na półce leżała tylko aksamitna podkładka, odciśnięta jak po ciężkiej księdze.
Nadia podeszła bliżej. Zamek wyglądał nienaruszony.
— Kto ma klucz?
— Ja. I konserwator, pan Edzio. Ale klucz od wczoraj… — Pani Brygida urwała. — Wczoraj po południu miałam go w kieszeni, na spotkaniu z dziećmi. A wieczorem… już nie.
Nadia wyjęła notes. — Kto był w bibliotece wczoraj po południu?
— Uczniowie z siódmej klasy. I… pan Edzio. Przyszedł sprawdzić wilgotność przy gablocie. — Brygida przełknęła ślinę. — I Marysia, nasza wolontariuszka, pomagała porządkować półki.
Marysia była bliską przyjaciółką Nadii. Znały się od lat, a Marysia miała opinię osoby, która woli oddać ostatnią kanapkę niż kogoś okłamać.
Nadia nie lubiła, gdy sprawy zahaczały o znajomych. Ale jeszcze bardziej nie lubiła, gdy ktoś korzystał z tego, że inni nie chcą pytać.
— Dobrze — powiedziała spokojnie. — Zaczniemy od „jak”. Jak da się wyjąć rękopis z gabloty bez śladów? A potem „kto” i „dlaczego”.
Pani Brygida odetchnęła, jakby właśnie dostała kawałek porządku w prezencie.
— I jeszcze jedno — dodała Nadia. — Proszę nikomu nie mówić, że prowadzę dochodzenie. Jeśli ktoś liczy na panikę, nie damy mu tej przyjemności.
Rozdział 2
Nadia obejrzała gablotę jak lekarz pacjenta: najpierw z daleka, potem z bliska, na końcu dotykiem — ale ostrożnym. W szkle odbijały się regały i jej własna twarz, skupiona, bez uśmiechu.
Zamek był mały, metalowy. Nadia przyłożyła do niego latarkę z telefonu.
— Brak rys na obrzeżach — mruknęła. — Nie wygląda na wytrych.
— Może to ja zgubiłam klucz i ktoś go znalazł — szepnęła pani Brygida. — Tylko… kto by chciał rękopis?
— Ktoś, kto wie, ile jest wart. Albo ktoś, kto chce, żeby jutro go nie było. — Nadia kucnęła, dotknęła dolnej krawędzi drzwiczek. — Tu jest drobny pył.
— Kurz?
— Nie. To wygląda jak sproszkowana kreda albo gips. — Nadia otarła palec o chusteczkę. Biały ślad został wyraźny. — Ktoś mógł zaznaczyć drzwi, żeby później sprawdzić, czy były otwierane.
Zatrzymała się przy podłodze. Na drewnie, tuż pod gablotą, widać było cienką smugę.
— Przesuwano coś ciężkiego. Ale gablota stoi. — Nadia podniosła wzrok. — Czy w nocy była tu sprzątaczka?
— Tak. Pani Iza. Zawsze w poniedziałki. Ale ona… — Brygida zawahała się. — Ona jest uczciwa.
— W tej pracy nikt nie jest „zawsze”. Są tylko fakty. — Nadia wstała. — Proszę wezwać panią Izę na krótką rozmowę. A ja przejdę się po bibliotece.
Między regałami było chłodniej. Ktoś zostawił otwartą książkę na stoliku: atlas ptaków, z zakładką w kształcie piórka.
Przy oknie Nadia zauważyła coś jeszcze: na parapecie leżała cienka nitka, przezroczysta jak żyłka wędkarska.
— Ciekawe — powiedziała do siebie. Podniosła ją pincetą z mini-zestawu w kieszeni. Nitka była napięta, jakby niedawno coś utrzymywała.
Z tyłu biblioteki, przy magazynie, wisiał termometr i mały miernik wilgotności. Obok stała drabinka.
Nadia położyła dłoń na szczeblu. Był zimny.
— Ktoś wchodził na górę — stwierdziła.
— Po co? — zapytała pani Brygida, która podążała za nią.
Nadia wskazała kratkę wentylacyjną pod sufitem.
— Jeśli ktoś nie chciał być widziany przez kamery przy wejściu, mógł spróbować inaczej. Ale… — Nadia zmarszczyła czoło. — To wciąż nie tłumaczy zamka.
Wróciły do lady akurat, gdy pani Iza, sprzątaczka, weszła z wiadrem i mopem, jakby biblioteka była jej drugim domem.
— Pani Nadio, ja nic nie brałam — powiedziała od razu, zanim ktokolwiek zdążył zacząć.
— Nie oskarżam pani — odparła Nadia. — Potrzebuję tylko szczegółów. Czy wczoraj w nocy widziała pani coś nietypowego? Ślady? Otwarte drzwi?
Pani Iza potarła czoło.
— Drzwi były zamknięte. Alarm nie wył. Ale… znalazłam przy gablocie taką… gumkę. Jak z recepturki, tylko grubszą. Pomyślałam, że dzieciom wypadła, i wyrzuciłam.
Nadia uniosła brwi.
— Grubszą gumkę, mówi pani.
— Tak. Czarną.
Nadia zapisała w notesie. Żyłka. Guma. Pył. Drabinka.
Wzór zaczynał się rysować, ale brakowało najważniejszego: motywu.
— Proszę pani — powiedziała do Brygidy. — Kto jutro ma prowadzić wieczór autorski?
— Pan Henryk Grot, historyk-amator. I Marysia miała czytać fragmenty, bo ma świetną dykcję.
Nadia poczuła ukłucie niepokoju.
Marysia. Czytanie. Rękopis.
— Dobrze — powiedziała cicho. — Poproszę numer do pana Grota. I chciałabym porozmawiać z Marysią… jeszcze dziś.
Rozdział 3
Marysia spotkała się z Nadią w małej kawiarni obok biblioteki. Pachniało tam kakao i świeżymi bułkami, a w tle ktoś cicho stukał w klawiaturę.
Marysia miała na sobie sweter w paski i ten sam zbyt poważny wyraz twarzy, który pojawiał się u niej, gdy coś ukrywała.
— Wiem, po co przyszłaś — powiedziała, zanim Nadia usiadła. — Chodzi o rękopis.
Nadia nie odpowiedziała od razu. Przyjrzała się dłoniom Marysi. Na palcu miała drobne białe smugi, jak po kredzie.
— Byłaś w bibliotece po zamknięciu? — zapytała Nadia spokojnie.
Marysia spuściła wzrok.
— Tylko na chwilę. Pani Brygida poprosiła, żebym dokończyła układanie książek. Zgodziłam się. A potem… — Marysia zacisnęła usta. — Potem zrobiłam głupotę.
— Jaką? — Nadia pochyliła się. — Mów konkretnie.
Marysia wzięła głęboki oddech.
— Pan Grot przyszedł do mnie wczoraj. Powiedział, że w rękopisie jest błąd. Że ktoś dopisał fragment współcześnie, i jeśli jutro to wyjdzie, biblioteka będzie miała wstyd. Poprosił, żebym… żebym zerknęła do środka i sprawdziła pewien akapit.
— I dał ci klucz? — Nadia nie podnosiła głosu. To właśnie było najgorsze: że krzyk nie pasował do faktów.
— Nie. Nie miałam klucza. — Marysia szybko uniosła oczy. — Ale wiedziałam, że pani Brygida trzyma go w torebce na zapleczu. I… wzięłam go na minutę. Przysięgam, chciałam tylko sprawdzić. Oddać i tyle.
Nadia poczuła, jak w niej coś zastyga. Zaskoczenie było jak zimna woda wylana na kark: Marysia, najbliższa osoba, złamała zasadę.
— Otworzyłaś gablotę? — zapytała Nadia.
— Tak. — Marysia przełknęła ślinę. — Otworzyłam. Rękopis był. Zajrzałam do wskazanego miejsca. I… nic nie zrozumiałam, bo pismo było trudne. Zamknęłam. Odłożyłam klucz. A rano pani Brygida mówiła, że klucza nie ma. A rękopisu też.
Nadia milczała chwilę. W kawiarni ktoś się zaśmiał, dźwięk zabrzmiał za głośno.
— Marysia — powiedziała w końcu. — Jeśli klucz zniknął po tym, jak ty go użyłaś, ktoś mógł cię obserwować. Albo… ktoś mógł zrobić kopię.
— Kopię? W minutę?
— Wystarczy odcisk. Wosk, plastelina, nawet miękka guma. Potem dorabia się klucz. — Nadia przypomniała sobie grubą czarną gumkę i biały pył. — Powiedz mi: czy ktoś kręcił się wtedy na zapleczu?
Marysia zmarszczyła brwi, próbując przypomnieć sobie szczegóły.
— Słyszałam kroki. Myślałam, że to pani Iza. Ale to było jeszcze przed sprzątaniem… I widziałam cień pod drzwiami magazynu.
Nadia zanotowała.
— A pan Grot? Co dokładnie mówił o błędzie?
— Że w rozdziale o starym kanale jest dopisek o „skrzyni z medalami” i że to wymysł. — Marysia zacisnęła dłonie na kubku. — Nadia, ja naprawdę chciałam pomóc bibliotece.
— Pomóc można też myśląc. — Nadia powiedziała to łagodnie, ale stanowczo. — I właśnie teraz będziesz pomagać, mówiąc mi wszystko.
Marysia skinęła głową.
— Pan Grot miał ze sobą teczkę. Z mapą. Zaznaczał coś ołówkiem. I pachniał… takim ostrym zapachem, jak z warsztatu. Rozpuszczalnik? Nie wiem.
Nadia poczuła, jak elementy układanki przeskakują na swoje miejsce.
Rozpuszczalnik. Konserwator. Gipsowy pył. Drabinka. Wentylacja.
— Słuchaj uważnie — powiedziała Nadia, prostując się. — Zmieniamy plan. Nie będę teraz szukać „złodzieja w nocy”. Poszukamy kogoś, kto przygotował kradzież wcześniej, w dzień, i wykorzystał twoją minutę nieuwagi.
Marysia pobladła.
— Czyli… to moja wina?
— To twoja lekcja. A winę ustalimy dopiero, gdy będziemy mieć dowody. — Nadia wstała. — Jedziemy do biblioteki. I nie odbieraj żadnych wiadomości od pana Grota bez pokazania mi ich najpierw.
Marysia też wstała, w oczach miała strach i determinację.
— Pomogę. Obiecuję.
Rozdział 4
W bibliotece Nadia poprosiła panią Brygidę o dostęp do pokoju konserwatora. Pan Edzio, konserwator, miał swój kąt w piwnicy: półki z preparatami, pędzelki, rękawiczki, słoiki z czymś, co wyglądało jak mleko, ale na pewno nie było mlekiem.
Pan Edzio był niewysoki, energiczny, z siwymi włosami sterczącymi jak szczotka.
— Co się stało, że detektywka w mojej piwnicy? — zapytał, udając rozbawienie.
Nadia nie uśmiechnęła się.
— Zniknął rękopis. Potrzebuję wiedzieć, jakie środki były ostatnio używane przy gablocie.
Edzio wzruszył ramionami.
— Standard. Preparat przeciwgrzybiczny. Trochę rozpuszczalnika do czyszczenia metalu. Nic nadzwyczajnego.
— Ma pan ten rozpuszczalnik?
Edzio podał butelkę. Nadia powąchała. Ostry zapach, jak mówiła Marysia.
— Kto jeszcze miał do tego dostęp?
— Nikt. — Edzio zaśmiał się krótko. — Chyba że ktoś umie otwierać szafki.
Nadia podeszła do szuflady z narzędziami. Zobaczyła coś, co ją zatrzymało: mały zestaw do odlewania kluczy — silikon, proszek, metalowe blanki.
— Do czego to? — zapytała, wskazując.
Edzio zmrużył oczy.
— Ach, to? Czasem trzeba dorobić klucz do starych zamków. Biblioteka jest jak muzeum, proszę pani.
Nadia spojrzała na Marysię. Marysia tylko pokręciła głową, jakby mówiła: „Ja o tym nie wiedziałam”.
— Kiedy ostatnio dorabiał pan klucz? — Nadia kontynuowała.
— Dawno. — Edzio odpowiedział zbyt szybko. — Nie pamiętam.
Nadia otworzyła notes.
— To przypomnimy sobie razem. Wczoraj po południu był pan przy gablocie. Po co?
— Wilgotność. Rękopisy są delikatne.
— A drabinka przy magazynie? — Nadia wskazała na schody prowadzące do korytarza. — Kto jej używał?
— Ja czasem. — Edzio zmarszczył brwi. — Ale co pani sugeruje?
Nadia nie odpowiedziała. Wyszła z piwnicy i przeszła do magazynu. Spojrzała w górę: kratka wentylacyjna była przykręcona śrubami. Jedna śruba miała świeże rysy.
— Pani Brygido — zawołała. — Czy w bibliotece są kamery?
— Tylko przy wejściu i przy ladzie.
— A w magazynie nie. Czyli ktoś mógł tu działać bez nagrania. — Nadia pochyliła się do Marysi. — Pamiętasz nitkę na parapecie? To mogło być prowadzenie do przeciągnięcia czegoś przez kratkę. Albo do… podtrzymania drzwi.
— Jak?
Nadia wzięła z kieszeni kawałek sznurka z plecaka Marysi (Marysia nosiła go zawsze „na wszelki wypadek”) i pokazała.
— Jeśli ktoś chce, żeby drzwi gabloty wyglądały na zamknięte, może je domknąć na żyłkę, a potem pociągnąć z ukrycia. A czarna guma? Może trzymała żyłkę w napięciu.
Marysia zmarszczyła czoło.
— Ale zamek…
— Zamek można zamknąć kluczem dorobionym na podstawie odcisku. — Nadia spojrzała na dłoń Marysi z białymi smugami. — I właśnie dlatego gipsowy pył jest ważny. Odciski robi się w proszku.
Nadia wróciła do piwnicy.
— Panie Edziu, czy zna pan pana Henryka Grota?
Edzio uniósł brwi.
— Znam. Bywa tu. Czasem gada, że zna historię miasta lepiej niż książki.
— Ma pan z nim kontakt? — Nadia patrzyła prosto, nie mrugając.
— A co to ma do rzeczy? — Edzio zrobił krok w tył, jakby piwnica nagle stała się za mała.
Nadia wyjęła telefon.
— Ma. A do rzeczy ma to, że ktoś tu ma narzędzia do dorabiania kluczy, rozpuszczalnik o zapachu, który Marysia czuła u pana Grota, i dostęp do miejsc bez kamer.
Edzio prychnął.
— To wszystko poszlaki.
— Właśnie. — Nadia schowała telefon. — Poszlaki są jak ślady butów w błocie. Same nie mówią, kto szedł. Ale mówią, w którą stronę.
Pani Brygida weszła zdenerwowana.
— Pani Nadio… pan Grot jest na górze. Przyszedł „porozmawiać o jutrzejszym spotkaniu”.
Nadia spojrzała na Marysię.
— Teraz najważniejsze: spokój. Nie gramy w oskarżenia. Gramy w pytania.
Marysia skinęła głową, choć dłonie jej drżały.
Nadia ruszyła na górę.
Rozdział 5
Pan Henryk Grot stał przy gablocie, jakby pilnował własnego pomnika. Miał elegancki płaszcz, teczkę pod pachą i uśmiech, który nie sięgał oczu.
— Ach, pani detektyw — powiedział. — Słyszałem, że biblioteka ma kłopot. Przykre. Bardzo przykre.
— Zależy dla kogo — odparła Nadia. — Panie Grocie, proszę opowiedzieć, gdzie był pan wczoraj między szesnastą a osiemnastą.
Uśmiech pana Grota zadrżał.
— W domu. Przygotowywałem wystąpienie.
— Sam?
— Oczywiście.
Nadia skinęła.
— A skąd pan wiedział o rzekomym błędzie w rękopisie?
— Bo go czytałem. — Grot wzruszył ramionami. — Kilka dni temu. Pani Brygida mi pozwoliła.
— Pozwoliła panu dotykać rękopisu? — Nadia spojrzała na Brygidę.
— Nie… — pani Brygida zaczerwieniła się. — Pozwoliłam panu obejrzeć przez szkło.
Nadia wróciła wzrokiem do Grota.
— Czyli nie czytał pan go. Mógł pan tylko zobaczyć okładkę i może pierwszą stronę, jeśli była otwarta.
— Detale. — Grot machnął ręką. — Znam styl. Wiem, co tam jest.
Nadia zrobiła krok w stronę gabloty, jakby badała pustą półkę.
— Powiedział pan Marysi, że w tekście jest dopisek o „skrzyni z medalami”. Skąd pan znał ten fragment, jeśli nie czytał rękopisu?
Grot otworzył usta, ale nie odpowiedział od razu.
— Słyszałem. Ludzie mówią.
— Którzy ludzie? — dopytała Nadia.
— Historycy. — Grot wskazał na swoją teczkę. — Środowisko.
Nadia położyła palec na krawędzi gabloty.
— W środowisku mówi się też, że ktoś szuka „sensacji”, żeby zdobyć sponsorów. Albo żeby sprzedać „odnaleziony” rękopis komuś bogatemu.
Grot zaśmiał się krótko.
— Pani sugeruje, że ja…
— Ja nic nie sugeruję. Ja pytam, jak to zrobiono. — Nadia odwróciła się do Marysi. — Marysiu, pokaż wiadomości.
Marysia wyjęła telefon. Na ekranie była wiadomość od Grota z wczoraj: „Sprawdź akapit o skrzyni. To ważne. Dyskretnie.”
Nadia podała telefon pani Brygidzie.
— Proszę spojrzeć. Kto prosi wolontariuszkę o „dyskretną” kontrolę zabezpieczonego rękopisu?
Pani Brygida pobladła.
— Panie Grocie…
Grot zacisnął szczękę.
— To nie dowód kradzieży.
— Zgadza się. — Nadia spojrzała na jego dłonie. Na kciuku, bardzo delikatnie, był biały ślad, jakby po proszku. — Ale to dowód manipulacji.
Nadia zrobiła coś, czego zwykle unikała: mały blef.
— Mamy odciski palców z gabloty. Jeśli pana tam nie powinno być…
Grot drgnął. Wystarczyło. Strach w oczach pojawił się na sekundę — a sekunda czasem waży więcej niż godzina rozmów.
Nadia kontynuowała szybko, nie dając mu złapać oddechu.
— A teraz pytanie najważniejsze: gdzie jest rękopis?
Grot odzyskał kontrolę.
— Nie mam pojęcia. Może pani Brygida go schowała, żeby zrobić reklamę. W końcu skandal przyciąga ludzi.
Pani Brygida aż sapnęła.
— Jak pan śmie!
Nadia uniosła dłoń.
— Spokojnie. Emocje są jak mgła. Zasłaniają drogę.
Wtedy z korytarza dobiegł stłumiony dźwięk: stuk. Jakby coś metalowego uderzyło o podłogę.
Nadia odwróciła się natychmiast. Z piwnicznych schodów wybiegł pan Edzio, blady.
— Pani Nadio… ktoś był w moim pokoju! Szuflada otwarta! Zniknął… blank klucza!
Nadia poczuła, jak układanka nagle zmienia kształt.
Ktoś nie tylko ukradł rękopis. Ktoś właśnie sprzątał po sobie — albo przygotowywał kolejny ruch.
— Marysiu — powiedziała szybko. — Ty zostajesz z panią Brygidą. Pilnujcie wejścia. Jeśli ktoś wyjdzie z dużą teczką, torbą, czymkolwiek sztywnym — zapisujecie godzinę i wygląd.
Marysia otworzyła usta.
— A ty?
— Ja idę tam, gdzie nikt nie lubi chodzić. — Nadia spojrzała na kratkę wentylacyjną w magazynie. — Do środka „jak”.
Rozdział 6
Magazyn pachniał tekturą i kurzem. Nadia weszła na drabinkę, ostrożnie, szczebel po szczeblu. Śruba w kratce była poluzowana. Odkręciła ją monetą, bo śrubokrętów akurat nie miała, i uchyliła kratkę.
Z kanału wentylacyjnego powiało chłodem.
Nadia włączyła latarkę. W środku, na metalowej półce kanału, leżało coś ciemnego. Wyciągnęła rękę, dotknęła. Teczka. Płaska, twarda.
Serce uderzyło jej mocniej, ale nie pozwoliła sobie na radość. Radość psuje ostrożność.
Ostrożnie wysunęła teczkę. Była cięższa, niż wyglądała. Na okładce miała przyklejoną karteczkę z napisem: „DO NAPRAWY”.
Nadia zeszła z drabinki i otworzyła teczkę na stole.
W środku był rękopis. „Kronika Starego Kanału”. Okładka z poszarzałej skóry, rogi wytarte od lat.
— Mamy cię — szepnęła.
Ale to był dopiero początek. Bo „mieć rękopis” to nie to samo co „mieć sprawcę”.
Nadia obejrzała teczkę. Na krawędzi znalazła przezroczystą żyłkę, zaplątaną jak pajęczyna. I maleńki kawałek czarnej gumy.
— Czyli wentylacja była magazynem na chwilę — powiedziała do siebie. — Ktoś schował tu rękopis, planując wynieść go później, kiedy zrobi się zamieszanie.
Zamieszanie… Na przykład podczas jutrzejszego spotkania. Tłum ludzi. Hałas. Idealny moment.
Nadia wróciła na dół do sali głównej. Pan Grot stał przy ladzie, udając, że rozmawia spokojnie z panią Brygidą, ale jego palce nerwowo stukały o teczkę.
Nadia podeszła i położyła na ladzie znalezioną teczkę „DO NAPRAWY”.
Pan Grot zamarł.
— Proszę opowiedzieć, jak to miało wyglądać jutro — powiedziała Nadia. — Zniknięcie, potem „cudowne odnalezienie” dzięki panu? A może sprzedaż? A może szantaż: „płacicie, to oddam”?
Grot oblizał wargi.
— To nie tak…
— To dokładnie tak — wtrącił pan Edzio, który stał z boku, czerwony ze złości. — Pan Henryk przychodził do mnie i pytał o dorabianie kluczy. Mówił, że to do starej szafy po dziadku. Ja… ja mu pokazałem zestaw. Tylko pokazałem!
Nadia odwróciła się do Edzia.
— A potem ktoś wziął blank klucza z pana szuflady. Kto miał dostęp do piwnicy?
Edzio spuścił wzrok.
— Ja… i pani Iza, jak sprząta.
— I pan Grot, jeśli go pan wpuścił.
Edzio zacisnął pięści.
— Wpuściłem. Bo mówił, że chce „zrozumieć, jak działa konserwacja”. Lubi mądrze mówić.
Nadia spojrzała na Grota.
— A rozpuszczalnik? Biały proszek? To pan robił odcisk klucza, gdy Marysia na minutę wzięła go z torebki pani Brygidy. Ktoś stał w cieniu magazynu. To był pan.
Grot wyprostował się, jakby chciał odzyskać godność.
— Chciałem uratować kronikę przed kompromitacją. Tam jest fragment o skarbach, który ludzie wezmą za prawdę. To napędza głupie plotki. A ja… ja mam reputację.
— Reputacja nie jest ważniejsza od uczciwości — powiedziała Nadia. — A plotki zwalcza się faktami, nie kradzieżą.
Grot milczał.
Nadia podjęła decyzję. Plan znów musiał być skorygowany — ale tym razem w inny sposób niż wcześniej. Nie chodziło już tylko o odzyskanie rękopisu. Chodziło o to, by jutro nie zrobić z biblioteki areny plotek.
— Pani Brygido — powiedziała Nadia. — Jutrzejsze spotkanie się odbędzie. Ale zmienimy scenariusz. Rękopis będzie pokazany krótko, pod nadzorem, a potem schowany. A część o „skrzyni” omówimy krytycznie: skąd się biorą legendy, jak odróżniać źródła od domysłów.
Pani Brygida mrugnęła.
— To… brzmi mądrze.
— I jeszcze jedno — Nadia spojrzała na Marysię. — Marysia powie kilka słów o tym, jak łatwo dać się wciągnąć w „dyskretną przysługę” i dlaczego zawsze trzeba pytać: „czy to ma sens?” i „czy to jest zgodne z zasadami?”.
Marysia spłonęła rumieńcem, ale skinęła głową.
— Powiem.
Pan Grot opuścił wzrok. Wyglądał na mniejszego, jakby z jego płaszcza zeszło powietrze.
Nadia nie triumfowała. W jej pracy triumf bywał pułapką. Ważne było domknięcie faktów.
— Panie Grocie — powiedziała. — Pójdzie pan ze mną na komisariat złożyć wyjaśnienia. Jeśli nie, pani Brygida dzwoni na policję. To już nie jest gra w historyjki.
Grot po chwili kiwnął głową.
— Pójdę.
Rozdział 7
Następnego dnia biblioteka była pełna. Krzesła ustawiono w równych rzędach, a na ścianach wisiały plakaty o historii kanału. Na stole stała gablota przenośna, a w niej rękopis — tym razem zabezpieczony podwójnie i pilnowany jak skarb.
Nadia usiadła z boku, w cieniu regału. Wolała obserwować niż przemawiać. Zauważyła, jak dzieci w pierwszym rzędzie nachylają się do siebie, jakby planowały własne śledztwa.
Pani Brygida rozpoczęła spotkanie.
— Dziś nie będziemy tylko słuchać o przeszłości. Będziemy też ćwiczyć myślenie. Bo historia to nie tylko daty. To pytania: skąd wiemy? kto to napisał? dlaczego?
Marysia podeszła do mikrofonu. Głos miała pewny, choć dłonie wciąż lekko jej drżały.
— Wczoraj dałam się namówić na coś, co brzmiało jak „pomoc”. Ale nie zapytałam o najważniejsze: czy mam do tego prawo i czy to bezpieczne. — Spojrzała na dzieci. — Jeśli ktoś prosi was o „dyskretną przysługę”, zatrzymajcie się. Pomyślcie. Zapytajcie dorosłego. To nie jest donoszenie. To jest dbanie o zasady.
Potem pani Brygida i zaproszony prawdziwy historyk z muzeum (tym razem sprawdzony) pokazali fragmenty rękopisu i wyjaśnili, czym różni się zapis świadka od późniejszej legendy. Dzieci zgłaszały się, podając przykłady z internetu, z filmów, z opowieści dziadków. Śmiali się, gdy ktoś pomylił „źródło” z „źródełkiem w parku”.
Nadia patrzyła na Marysię i czuła, jak w środku rozplątuje się napięcie ostatnich dni. Przyjaźń nie polegała na tym, że nikt nigdy nie popełnia błędu. Polegała na tym, że potrafi się go nazwać i naprawić.
Po spotkaniu Marysia podeszła do Nadii.
— Dziękuję, że mnie nie przekreśliłaś.
— Nie przekreśliłam cię, bo widziałam, że myślisz — odparła Nadia. — Z opóźnieniem, ale jednak.
Marysia parsknęła śmiechem, a Nadia pozwoliła sobie na mały uśmiech.
Wychodziły razem na zewnątrz. Wieczór był ciepły, a latarnie zapalały się jedna po drugiej, jakby miasto mrugało do nich porozumiewawczo.
— Wiesz, co zapamiętam z tej sprawy? — zapytała Marysia.
— Co? — Nadia wsunęła ręce do kieszeni.
— Że „jak” jest ważniejsze niż „kto”. Bo jak zrozumiesz „jak”, to „kto” zwykle sam się ujawnia.
Nadia skinęła głową.
— Dokładnie. A ja zapamiętam coś innego.
— Co?
Nadia spojrzała na budynek biblioteki, spokojny i jasny.
— Że najlepsze zakończenia to takie, w których nie tylko odzyskuje się rzecz, ale też odzyskuje się rozsądek.
Szły dalej, a w powietrzu mieszał się zapach papieru wyniesiony z biblioteki z zapachem lip. To był dobry, prosty zapach. Taki, który zostaje w pamięci jak fotografia: dwie przyjaciółki, spokojny krok, i świadomość, że uważne myślenie potrafi ochronić więcej niż niejeden zamek.