Trwa ładowanie...
Opowieść detektywistyczna 11-12 lat Czytanie 17 min.

Tajemnica znikającego rękopisu z biblioteki

W bibliotece znika cenny rękopis, więc detektywka-amator Iga wraz z dziećmi i personelem badają ślady, zaufanie i motywy, by odkryć prawdę.

Pobierz tę opowieść w formacie PDF

Idealne do dzielenia się lub drukowania tej opowieści!

Pobierz e-booka (.epub)

Przeczytaj tę opowieść na swoim czytniku e-booków.

Iga, detektywka o skupionej, spokojnej twarzy, żywych oczach i lekko zmarszczonych brwiach, jasnobrązowych włosach związanych w praktyczny koku, w lekkim beżowym płaszczu poplamionym atramentem, delikatnie trzyma stary skórzany notes owinięty przezroczystą folią. Pani Alina, bibliotekarka około 60 lat, drobna i pulchna, siwe włosy w kok, okrągłe okulary, zdziwiona lecz uspokajająca, stoi przy drewnianym stole z kominami książek po lewej od Igi. Pani Jola, około 45 lat, w kolorowym stroju wolontariuszki, ujmuje szare rękawice materiałowe w nagich dłoniach, zawstydzona i zmęczona, stoi nieco z tyłu po prawej przy drzwiach. Filip, nastolatek ~15 lat, wysoki, z ciemnym plecakiem, ciekawie obserwuje zza bibliotekarki. Lena, ~14 lat, włosy związane, bystra, trzyma mały notes i pochyla się obok Filipa. Kuba, ~16 lat, krótkie włosy, ręce w kieszeniach, uważnie patrzy stojąc z tyłu przy gablocie. Miejsce: wnętrze małej osiedlowej biblioteki, ciepłe żółte lampy, stare drewniane regały pełne książek, przeszklona gablota z zamkiem, okno z trzema doniczkami na parapecie, lekko przesunięta półka, wysłużona podłoga drewniana, otwarte pudełko po ciastkach na metalowej półce. Sytuacja: spokojny, uroczysty moment odkrycia — Iga właśnie otworzyła pudełko i ujawniła manuskrypt; postacie reagują powściągliwie; atmosfera naprawczej napiętej ulgi, łagodne barwy i akwarelowe faktury z delikatnymi rozpryskami sugerującymi ruch i emocje. zgłoś problem z tym obrazem

Rozdział 1: Zniknięcie, którego nie widać

Kiedy pani Iga Domańska weszła do biblioteki osiedlowej, poczuła znajomy zapach papieru i kurzu, który zawsze udawał, że go nie ma. Iga miała trzydzieści dwa lata, notes w kratkę, długopis, który nie lubił się gubić, i zawód, którego nie dało się wywiesić na szyldzie: zajmowała się sprawami, w których prawda chowała się za zasłoną drobiazgów.

— Pani Igo! — zawołała pani Alina, bibliotekarka, drobna i energiczna. — To nie jest kradzież… a jednak jest.

Na ladzie leżała kartka: „Zniknął Rękopis z Szeptem. Proszę nie panikować”.

— Rękopis? — Iga podniosła brwi.

— To stary zeszyt z opowieściami, ręcznie pisany. Wypożyczany tylko na miejscu, w czytelni. Dla dzieci z kółka literackiego. — Pani Alina ściszyła głos. — Wczoraj był. Dziś go nie ma.

Iga rozejrzała się po czytelni. Stoły ustawione równo, krzesła trochę krzywo. Na parapecie stały trzy doniczki. Jedna przekrzywiona jakby pośpiesznie odsunięta.

— Kto miał do niego dostęp? — zapytała.

— Ja, pan Marek woźny… i młodzież z kółka. No i… — pani Alina zawahała się. — Pani Jola z rady osiedla. Pomaga nam przy wydarzeniach. Jest zaufana.

Iga skinęła głową, ale w jej głowie już układała się lista faktów, które trzeba sprawdzić, zanim zrobią z niej historię.

— Pani Alino, proszę mi powiedzieć: kiedy ostatni raz ktoś widział rękopis?

— Wczoraj o siedemnastej. Po spotkaniu kółka. Potem zamknęłam gablotę, zgasiłam światło, poszłam do domu.

— A dziś?

— O ósmej otworzyłam. Gablota zamknięta. A rękopisu brak.

Iga podeszła do gabloty. Zamek wyglądał na nienaruszony. Na szybie odbijały się lampy jak krople.

— To znaczy, że ktoś miał klucz — mruknęła. — Albo nie wchodził przez szybę.

Pani Alina nerwowo poprawiła okulary.

— Dzieci… to dzieci. Czasem coś schowają dla żartu.

— Możliwe — przyznała Iga. — Ale żart zawsze zostawia ślady. Zobaczymy, czy te ślady mówią prawdę.

Iga otworzyła notes.

— Zaczynamy od prostego pytania, które może pan/pani czytelnik też sobie zada: co jest dziwniejsze — że coś zniknęło, czy że nikt nie słyszał, jak znika?

Rozdział 2: Trzy ślady i jeden fałszywy

O dziewiątej w bibliotece pojawili się członkowie kółka literackiego: Filip, wysoki i ciągle z plecakiem; Lena, która mówiła szybko, jakby goniła własne myśli; oraz Kuba, najcichszy, z dłońmi wiecznie w kieszeniach.

Iga usiadła z nimi przy stole, na którym leżały ołówki i okruszki po herbatnikach.

— Wczoraj czytaliście „Rękopis z Szeptem”? — zapytała.

— Tak — odpowiedziała Lena. — To taki zeszyt… jakby ktoś pisał do kogoś, kto ma to znaleźć.

— I tam są zagadki! — wtrącił Filip. — Jedna o schodach, co prowadzą w dół, ale człowiek i tak się wspina.

— To się nazywa metafora — mruknął Kuba.

Iga zanotowała: „dzieci pamiętają treść, czyli rzeczywiście mieli kontakt”.

— Kto ostatni odkładał rękopis do gabloty?

Filip podrapał się po karku.

— Ja go trzymałem, ale pani Alina zabrała i schowała.

— A czy ktoś jeszcze kręcił się koło gabloty? — dopytała Iga.

Lena parsknęła.

— Pani Jola. Wpadła, bo miała plakat na festyn. I mówiła, że tu jest bałagan. Że trzeba zrobić porządek, bo „dzieci wszystko pobrudzą”.

Kuba uniósł wzrok.

— Ona zawsze ma rękawiczki. Nawet jak jest ciepło.

Iga spojrzała na jego dłonie.

— Skąd to wiesz?

— Bo… — Kuba zawahał się. — Bo zauważam. Taka moja wada.

— To nie wada — powiedziała spokojnie Iga. — To przydatne.

Przeszli do miejsca przy oknie. Iga przyklękła przy parapecie. Doniczka była przesunięta, a w ziemi tkwił mały, szary skrawek czegoś.

Wyjęła go ostrożnie.

— Papier? — zgadł Filip.

— Raczej filc — poprawiła Lena. — Jak z rękawiczek.

Iga nie uśmiechnęła się, ale w jej oczach pojawił się błysk.

— Pierwszy ślad: skrawek filcu — powiedziała. — Drugi: ktoś z rękawiczkami. Trzeci…

Wstała i poszła do gabloty. Przy zamku zauważyła ledwie widoczną rysę, jakby metal o metal.

— …trzeci ślad: zamek był ruszany czymś, co nie jest kluczem. Może zapasowym wytrychem, może źle dopasowanym kluczem.

Pani Alina zbladła.

— Ale klucze są tylko dwa. Jeden mam ja, drugi woźny, pan Marek.

— To znaczy, że ktoś pożyczył — powiedziała Iga. — Albo ktoś skopiował.

Lena pochyliła się.

— A co, jeśli rękopis sam zniknął? W końcu to „z szeptem”.

— To byłby najwygodniejszy trop — odparła Iga. — I dlatego może być fałszywy.

Spojrzała na trójkę dzieci.

— Teraz ważne: ostrożność. Nie oskarżamy bez dowodów. Nie „wiemy”, dopóki nie sprawdzimy. Umowa?

— Umowa — powiedzieli niemal jednocześnie.

Iga dopisała w notesie: „Zaufanie to narzędzie. Ale narzędzie trzeba trzymać pewnie, nie machać nim na oślep”.

Rozdział 3: Woźny, klucz i ślad po herbacie

Pan Marek, woźny, był człowiekiem, który znał wszystkie skrzypiące deski w budynku i każdą żarówkę po imieniu. Spotkali go na zapleczu, gdzie pachniało detergentem i starymi gazetami.

— Zniknął rękopis? — zdziwił się. — A ja myślałem, że to taki zwykły zeszyt.

— Zwykłe rzeczy też potrafią narobić hałasu — powiedziała Iga. — Gdzie był pana klucz wczoraj wieczorem?

— W kieszeni. Zawsze. — Pan Marek klepnął się po spodniach, jakby klucz miał mu odpowiedzieć.

Iga zauważyła plamę na jego fartuchu — brunatną, rozlaną.

— Herbata? — zapytała.

— Tak. Wczoraj wieczorem ktoś mnie zagadał, walnąłem kubkiem o drzwi. — Marek skrzywił się. — Pani Jola. Ta z rady. Zawsze ma sprawy.

Filip spojrzał na Igę, jakby chciał powiedzieć: „A nie mówiłem?”, ale Iga tylko uniosła palec, prosząc o ciszę.

— O której pana zagadała? — dopytała.

— Tak koło siedemnastej trzydzieści. Mówiła, że musi zobaczyć salę na przyszłotygodniowe spotkanie. Że „tylko na minutkę”. — Marek westchnął. — A ja, głupi, poszedłem po latarkę, bo na korytarzu przy magazynie nie świeci.

— Zostawił pan ją samą? — Iga mówiła spokojnie, bez oskarżeń. Tylko pytania.

Marek pokiwał głową.

— Dwie minuty, może trzy.

Iga zanotowała: „okno czasowe”.

Kuba wtrącił cicho:

— A klucz?

Marek zmarszczył brwi.

— Klucz… był w kieszeni. Nie wyjmowałem.

Iga spojrzała na kieszeń. Była lekko odstająca, jakby coś zahaczyło.

— Czy mogę? — zapytała, wskazując kieszeń.

Marek skinął. Iga delikatnie obejrzała szew. Nitka była pęknięta, świeża.

— Ktoś mógł wsunąć rękę i na chwilę wyciągnąć klucz — powiedziała. — Albo przynajmniej dotknąć go, żeby zrobić odcisk do kopii.

— Odcisk? — Lena zmrużyła oczy. — Jak w filmach?

— Bez przesady — odparła Iga. — Ale klucze da się skopiować, jeśli ktoś ma do nich dostęp. Czasem wystarczy zdjęcie. Czasem chwila.

Pan Marek zrobił się czerwony.

— To ja… ja nie dopilnowałem.

— Nie chodzi o winę — powiedziała Iga. — Chodzi o to, co się wydarzyło naprawdę. I o to, żeby następnym razem nikt nie mógł wykorzystać chwili nieuwagi.

Iga podziękowała woźnemu. Kiedy wychodzili, Kuba szepnął:

— To prawie pasuje. Ale… czemu zostawić kartkę „nie panikować”?

— Dobre pytanie — odpowiedziała Iga. — Kto zostawia takie kartki?

Filip wzruszył ramionami.

— Ktoś, kto chce brzmieć mądrze.

— Albo ktoś, kto chce, żebyśmy myśleli, że to żart — dodała Lena.

Iga spojrzała na nich uważnie.

— Spróbujcie teraz sami: gdybyście chcieli ukryć kradzież, jaki ton miałaby kartka? Groźny czy uspokajający? I dlaczego?

Zatrzymała się przy drzwiach czytelni, jakby nasłuchiwała. Biblioteka była cicha, ale cisza też bywała odpowiedzią.

Rozdział 4: Zaufana osoba w ciemnym korytarzu

Po południu Iga poprosiła panią Alinę o listę wydarzeń z ostatniego tygodnia. Kto wchodził, kto wynosił plakaty, kto pomagał ustawiać krzesła. Wyszło na to, że pani Jola pojawiała się częściej niż ktokolwiek poza pracownikami.

— Ona naprawdę nam pomaga — tłumaczyła pani Alina, jakby musiała bronić własnego wyboru. — Przynosi ciasta na kiermasze, załatwia sponsorów.

— Wierzę — odparła Iga. — Właśnie dlatego muszę być szczególnie ostrożna.

Wieczorem, kiedy biblioteka miała już być zamknięta, Iga wróciła. Nie po to, by robić dramat, tylko by sprawdzić to, co łatwo przegapić w ciągu dnia. Korytarz przy magazynie rzeczywiście był ciemniejszy. Jedna lampa migała, jakby mrugała nerwowo.

Iga usłyszała szelest.

Zatrzymała się. W półmroku zobaczyła sylwetkę. Ktoś stał przy drzwiach do magazynu, pochylony, jakby próbował coś wsunąć pod framugę.

— Pani Jolu? — zapytała Iga.

Postać drgnęła. W świetle migającej lampy mignęły… rękawiczki.

— Pani Igo! — głos brzmiał zbyt radośnie jak na przyłapanie w ciemnym korytarzu. — Ja tylko… sprawdzam, czy drzwi się domykają. Bezpieczeństwo!

Iga podeszła wolno. W takich chwilach liczy się nie szybkość, tylko spokój. Widzisz więcej, gdy serce nie tłucze się jak piłka o ścianę.

— Co ma pani w ręku? — zapytała.

Pani Jola cofnęła dłoń.

— Nic ważnego. Taki… drucik.

Iga zauważyła na podłodze kroplę czegoś lepkiego — brązowawej plamki, jak po herbacie. Druga, trzecia, prowadziły w stronę schowka.

„Woźny rozlał herbatę wczoraj” — pomyślała. — „Ale plamy nie chodzą same”.

— Pani Jolu — powiedziała Iga, a jej głos zrobił się twardszy. — W bibliotece zginął rękopis. Niech mi pani nie mówi o domykaniu drzwi.

Radość na twarzy Joli zgasła jak zapałka w deszczu.

— To przesada. Zeszyt, rękopis… Po co ten teatr?

Iga poczuła, jak ton rozmowy zmienia się na coś dziwniejszego, chłodniejszego. Jakby w tej bibliotece nagle zrobiło się mniej przytulnie, a bardziej… obco.

— Teatr jest wtedy, gdy ktoś gra — odpowiedziała Iga. — Ja wolę fakty.

Pani Jola zrobiła krok w tył.

— Ja nic nie zrobiłam.

— W takim razie nie będzie pani miała nic przeciwko, żebym zajrzała do magazynu w pani obecności — powiedziała Iga.

Zapadła chwila ciszy. Taka, która nie jest pusta, tylko napięta.

— Dobrze — powiedziała w końcu Jola, ale jej głos brzmiał, jakby przełykała kamyk.

Iga otworzyła drzwi. W środku pachniało kartonem i farbą do plakatów. Na półce leżały rulony papieru, a obok… pudełko po ciastkach.

Iga podeszła do pudełka. Na wieczku była naklejka z logo osiedlowego festynu. W środku zamiast ciastek leżał zwinięty zeszyt owinięty folią.

— Rękopis — powiedziała cicho.

Filip, Lena i Kuba nie byli z nią, ale jeśli czytasz tę historię, możesz teraz zrobić to, co zrobiła Iga: nie krzycz. Nie triumfuj. Sprawdź, czy wszystko się zgadza.

Iga spojrzała na rękawiczki pani Joli. Na jednym palcu brakowało małego kawałka filcu.

Pani Jola zamknęła oczy.

— To… nie jest tak, jak pani myśli — wyszeptała.

Rozdział 5: Dlaczego ktoś kradnie coś, czego nie sprzeda?

Wrócili do czytelni. Iga poprosiła panią Alinę, by zadzwoniła po dyrektorkę domu kultury, ale bez policji na razie. Ostrożność to nie tylko podejrzliwość. To też umiejętność, by nie robić szkody większej niż problem.

Pani Jola siedziała przy stole, rękawiczki zdjęła, ale trzymała je w dłoniach jak tarczę. Widać było, że walczy ze wstydem.

— Proszę mówić — powiedziała Iga. — Po kolei. Bez ozdobników.

— Ja… miałam go tylko zabrać na chwilę — zaczęła Jola. — Na pokaz. Dla sponsora. Żeby zobaczył, że biblioteka ma „unikat”. Żeby dał pieniądze na remont. A pani Alina by nie pozwoliła, bo jest uparta.

— Więc wzięła go pani bez zgody — podsumowała Iga. — I schowała w magazynie.

Jola zacisnęła usta.

— Miałam oddać rano. Zostawiłam tę kartkę, żeby nikt nie robił afery.

Iga pochyliła się.

— To wciąż kradzież, pani Jolu. Nawet jeśli intencja była… wygodnie ubrana w dobre słowa. Co jeszcze?

Jola spojrzała w bok.

— Sponsor… to mój kuzyn. Nie chciał dać pieniędzy, jeśli nie pokażę czegoś „konkretnego”. Ja… bałam się, że biblioteka straci dofinansowanie. Że będą cięcia. Że zamkną czytelnię.

Lena prychnęła, ale bez złośliwości.

— I pomyślała pani, że najlepszy sposób na ratowanie biblioteki to… okraść bibliotekę?

Jola spuściła głowę.

— Wiem. Brzmi głupio, kiedy się to mówi na głos.

Iga otworzyła zeszyt, przewertowała kilka stron. Wszystko wyglądało na nienaruszone.

— A ten drucik? — zapytała.

— Żeby… otworzyć gablotę — przyznała Jola. — Myślałam, że zamek jest prosty. Nie udało się od razu. Potem… podeszłam do pana Marka, udawałam, że coś sprawdzam, a… — urwała. — Wyciągnęłam klucz z kieszeni. Na moment.

Iga poczuła ukłucie złości, ale utrzymała głos równy.

— Zaufana osoba wykorzystała czyjąś nieuwagę. To jest ten moment, w którym robi się naprawdę nieprzyjemnie — powiedziała. — Bo teraz pani Alina będzie się zastanawiać, komu ufać.

Pani Alina, stojąca obok, miała wilgotne oczy.

— Jolu… mogłaś zapytać.

— Bałam się, że powiesz „nie” — wyszeptała Jola.

— A jeśli ktoś by to zobaczył i pomyślał, że biblioteka jest niebezpieczna? — wtrącił Kuba. — To by dopiero zaszkodziło.

Iga kiwnęła głową.

— Właśnie. Rozwiązywanie problemów nie polega na tym, żeby skracać drogę kosztem innych. Czasem najkrótsza ścieżka prowadzi przez bagno.

Jola zaczęła płakać cicho, bez histerii, raczej ze zmęczenia.

— Co teraz? — zapytała.

Iga zamknęła rękopis i położyła go przed panią Aliną.

— Teraz naprawiamy. Odda pani rękopis oficjalnie. Przeprosi pani wszystkich, także pana Marka. I razem z panią Aliną pójdzie pani do sponsora, ale już bez szantażu „unikatem”. Zamiast tego pokażecie mu prawdziwe rzeczy: zajęcia dzieci, frekwencję, plany. Jeśli ma pomóc, niech pomoże uczciwie.

Pani Alina wzięła głęboki oddech.

— Zgadzam się. Ale… będą konsekwencje. Nie mogę udawać, że nic się nie stało.

Jola skinęła głową, jakby ten ciężar był jej potrzebny, żeby zrozumieć.

Iga spojrzała na trójkę młodych.

— A wy? Co zauważyliście, co pomogło? — zapytała.

Filip wyliczał na palcach:

— Rękawiczki. Skrawek filcu. Plamy po herbacie. I to, że kartka była „uspokajająca”, czyli ktoś chciał wyglądać niewinnie.

Lena dodała:

— I że „zaufana osoba” też może zrobić głupstwo.

Kuba powiedział cicho:

— I że trzeba sprawdzać, zanim się oskarży. Bo inaczej łatwo się pomylić.

Iga zamknęła notes. W jej głowie wciąż brzmiało jedno zdanie: ostrożność nie jest strachem. Ostrożność jest szacunkiem do prawdy.

Rozdział 6: Spokojne światło

Tydzień później biblioteka pachniała świeżością, jakby ktoś otworzył okno na dłużej. Pani Alina zorganizowała małe spotkanie kółka literackiego, tym razem z rękopisem bezpiecznie zamkniętym, ale dostępnym do czytania pod jej okiem.

Pani Jola przyszła wcześniej. Bez rękawiczek. W dłoniach trzymała teczkę z dokumentami.

— Sponsor… jednak dał pieniądze — powiedziała cicho do Igi. — Ale dopiero gdy powiedziałam prawdę. Był zły. Na mnie. Ale… zgodził się. Bo zobaczył dzieci. I usłyszał, jak Lena czytała własny tekst.

Lena, słysząc to, uniosła podbródek.

— No pewnie. Dobry tekst działa lepiej niż kradziony zeszyt.

Filip zachichotał.

— To brzmi jak motto detektywów.

Kuba podszedł do gabloty i przyjrzał się zamkowi.

— Zmieniliście?

— Tak — odpowiedziała pani Alina. — I mamy nową zasadę: klucze nie „mieszkają” w kieszeniach, tylko w sejfie. A kiedy ktoś prosi o dostęp, zawsze są dwie osoby. Ostrożnie, ale bez paranoi.

Iga usiadła przy oknie. Doniczka wróciła na swoje miejsce. Ktoś wbił w ziemię małą tabliczkę: „Nie przesuwaj bez pytania”.

Pani Jola podeszła do Igi.

— Dziękuję, że nie zrobiła pani ze mnie potwora — powiedziała.

Iga spojrzała na nią uważnie.

— Nie musiałam. Wystarczyło, że zobaczyłam człowieka, który się pogubił. Ale proszę pamiętać: zaufanie to nie prezent, który się bierze. To coś, co się buduje. Powoli.

Jola skinęła głową.

W czytelni zrobiło się gwarno. Dzieci zaczęły czytać fragment „Rękopisu z Szeptem”. Tym razem szept nie brzmiał jak tajemnica, tylko jak zaproszenie do myślenia.

Iga oparła się o krzesło i pozwoliła, by napięcie z ostatnich dni odpłynęło. W nowym świetle lamp biblioteka znów była biblioteką, a nie sceną podejrzeń.

Zamknęła notes. Sprawa była rozwiązana, ale lekcja została: zanim zrobisz krok w ciemny korytarz, sprawdź, czy masz latarkę. I czy nie zgubiłeś własnej uczciwości po drodze.

Za oknem wieczór był spokojny. Jakby miasto też odetchnęło. Iga spojrzała na migające wcześniej światło w korytarzu — teraz świeciło równo, ciepło i pewnie.

Bez reklam 3€ na miesiąc

Czy pragną Państwo nieprzerwanej lektury? Wesprzyjcie Oh My Tales, usuńcie wszystkie reklamy i korzystajcie z innych wliczonych korzyści już od 3€ miesięcznie.

Zobacz plany i ceny
Udostępnij

zgłoś problem z tą opowieścią

Co sądziliście o tej opowieści?

Podaj swoją opinię, przyznając ocenę tej opowieści w zależności od tego, co Ty i/lub Twoje dziecko o niej myśleliście. Z góry dziękujemy!

Dziękuję! Twój głos został uwzględniony!

Quiz: czy dobrze zrozumiałeś opowieść?

Rękopis
Ręcznie pisany dokument z opowieściami lub notatkami, często stary i cenny.
Gablota
Przezroczysta szafka ze szkła lub plastiku do wystawiania i chronienia przedmiotów.
Metafora
Sposób mówienia, który porównuje coś niewprost, używając innych słów.
Woźny
Osoba opiekująca się budynkiem, naprawia rzeczy i dba o porządek.
Zapasowym wytrychem
Narzędzie służące do otwierania zamków, gdy nie ma normalnego klucza.
Sejfie
Zamykane bezpieczne miejsce, gdzie trzyma się wartościowe rzeczy lub klucze.
Dofinansowanie
Pieniądze dodane przez kogoś, by pomóc zapłacić za projekt lub działalność.
Frekwencję
Liczba osób, które przychodzą na zajęcia lub wydarzenie.
Ostrożność
Uważne działanie, żeby nie popełnić błędu i nie zaszkodzić innym.
Konsekwencje
Skutki lub rezultaty czyichś działań, dobre lub złe.

Stwórz magiczną i unikalną opowieść dla swojego dziecka!

Stwórz spersonalizowaną przygodę w zaledwie kilka minut, w której twoje dziecko staje się bohaterem. Z naszym ekskluzywnym narzędziem to łatwe, darmowe i zabawne!

Stworzyć opowieść

Pobierz tę opowieść:

Pobierz tę opowieść w formacie PDF Pobierz e-booka (.epub)

Otrzymuj nowe opowieści w każdą niedzielę wieczorem!

Otrzymaj 7 ekscytujących i fascynujących opowieści, dostosowanych do wieku i gustów Twojego dziecka, każdej niedzieli o 17:00*. To jest darmowe i gwarantowane bez spamu!
*E-mail wysyłany o 17:00 czasu środkowoeuropejskiego (CET).
Nie lubimy też spamu. Dlatego nie będziemy wysyłać Ci nic poza opowieściami. Będziesz mógł się wypisać, kiedy tylko zechcesz.