Rozdział 1: Pracownia, w której książki oddychają
Gdy Nikodem Skrzypczyk pchnął ciężkie drzwi pracowni introligatorskiej pani Róży, uderzył go zapach kleju, skóry i starego papieru. To była woń, której nie dało się pomylić z niczym innym — jakby ktoś ugotował w jednym garnku bibliotekę, szafę z kurtkami i odrobinę tajemnicy.
Na ścianach wisiały prasy i mosiężne narzędzia, a na półkach piętrzyły się tomy w najróżniejszych oprawach: gładkie jak lustro, chropowate jak kora, zdobione złotem albo zupełnie skromne. Tylko że w tej pracowni książki nie były ciche.
Szeptały.
Nie głośno, nie tak, żeby usłyszał je ktoś z ulicy. Ale Nikodem, trzynastoletni czarodziej w szkolnej pelerynie (którą nosił trochę przekornie, bo „przecież i tak wszyscy wiedzą, że w tej dzielnicy dzieją się dziwne rzeczy”), słyszał wyraźnie.
— Pssst… uważaj na grzbiet… — zaszurała gruba encyklopedia.
— Zgubiłem zakładkę, oddaj! — zaskomlał cienki tomik wierszy.
— On tu idzie… — mruknęła księga oprawiona w granatowy aksamit.
Nikodem udawał, że nie robi to na nim wrażenia. W końcu był czarodziejem, a czarodzieje powinni zachowywać spokój, nawet gdy sto książek jednocześnie robi z siebie plotkary. Mimo to serce biło mu szybciej, bo przyszedł tu nie po nową oprawę czy naprawę zniszczonego atlasu.
Przyszedł po pomoc.
Na stole, pod lampą z zielonym kloszem, leżał pusty okrąg ze startych wgnieceń w drewnie. Jeszcze wczoraj spoczywał tam Talizman Wiązów: srebrny krążek z rysunkiem splecionych gałęzi. Talizman należał do Rady Utkanych Dróg i pilnował, by drobne przejścia między zwyczajnym światem a magicznym nie rozłaziły się jak źle zszyty zeszyt.
Teraz go nie było.
— Pani Różo? — zawołał Nikodem.
Z zaplecza wysunęła się drobna kobieta o rękach ubrudzonych złotym pyłem. Miała okulary na końcu nosa i spojrzenie, które potrafiło przeszyć na wylot nawet najgrubszą okładkę.
— Nikodemie. — Jej głos był spokojny, ale w kącie ust czaiło się coś jak zmartwienie. — Słyszałeś, prawda.
— Że talizman zniknął? — Nikodem podszedł bliżej. — Wszyscy w Szkole o tym gadają. Mówią, że to znak. Albo że to czyjaś głupia sztuczka.
— Wolałabym głupią sztuczkę — westchnęła pani Róża. — Ale książki… one nie szepczą tak bez powodu.
Jakby na potwierdzenie, z półki odezwał się stary album z rycinami:
— Ktoś zwinął węzeł! Węzeł! Węzeł!
Nikodem przełknął ślinę. Miał odwagę — tak mówili nauczyciele, kiedy jako jedyny zgłosił się do pojedynku z cienistym chochlikiem w szkolnej kuchni. Ale odwaga to co innego, gdy stoisz przed kradzieżą czegoś, co trzyma świat w ryzach.
— Oddam go — powiedział stanowczo. — Znajdę złodzieja i oddam talizman na miejsce.
Pani Róża spojrzała na niego tak, jak introligator patrzy na pęknięty grzbiet: z troską, ale i z przekonaniem, że da się to naprawić.
— Dobrze. Tylko pamiętaj: w pracowni wszystko jest połączone. Papier z klejem, słowo z ciszą, a magia z… no, z odwagą. — Pochyliła się i wysunęła z szuflady mały, skórzany notes. — Weź to. To „Notatnik Poprawek”. Gdy zapiszesz w nim pytanie, czasem dostaniesz odpowiedź. Nie zawsze, bo jest kapryśny jak kot.
— Koty są mądre — mruknął Nikodem, wsuwając notes do kieszeni.
— I uparte — dodała pani Róża. — A teraz… słuchaj książek. One widziały więcej niż my.
W tej chwili granatowa aksamitna księga zaszeleściła, jakby odchrząknęła.
— Kartomanta. Śmiejący się kartomanta. Ma talizman blisko serca, ale nie z tego powodu, z którego myślisz.
Nikodem poczuł, jak w brzuchu robi mu się zimno i gorąco naraz.
— Kartomanta? Ten z jarmarku przy moście?
— Ten, co tasuje karty jak wiatr liście — szepnęła księga. — I co śmieje się, nawet kiedy mówi prawdę.
Rozdział 2: Jarmark pod mostem i człowiek od kart
Jarmark pod mostem pachniał prażonymi orzechami, dymem z ognisk i mokrym kamieniem. Stragany stały ciasno, jakby bały się, że rzeka je porwie. Nad głowami wisiały lampiony, które mrugały w rytm muzyki grajków.
Nikodem przepchnął się między ludźmi, pilnując, by nikt nie zahaczył o jego kieszeń z Notatnikiem Poprawek. Wśród zwykłych kupców łatwo było wypatrzyć tych „nie całkiem zwykłych”: sprzedawcę cebuli, której łzy zmieniały się w perełki, kobietę oferującą guziki, które same wracały do płaszcza, i chłopca, który handlował słoikami z „ciszą na noc”.
Kartomanta siedział przy stoliku przykrytym czarną tkaniną. Miał czerwony szal, włosy w nieładzie i oczy, które wydawały się znać wszystkie dowcipy świata. Kiedy Nikodem podszedł, mężczyzna uniósł brwi i roześmiał się jak ktoś, kto właśnie usłyszał coś bardzo zabawnego — choć nikt nic nie powiedział.
— Oho! Młody czarodziej z miną, jakby połknął miotłę. — Kartomanta przetasował talię. Karty stuknęły o stół jak kropelki deszczu. — Siadasz czy stoisz? Bo od stania robią się poważne sprawy.
— Poważne sprawy już są — odparł Nikodem i usiadł. — Szukam Talizmanu Wiązów. Został skradziony z pracowni introligatorskiej.
Kartomanta położył dłoń na piersi, teatralnie.
— Ach, introligatorska! Książki, co plotkują, i klej, co trzyma lepiej niż obietnice. — Znów się roześmiał. — A talizman… cóż, różne rzeczy do mnie trafiają. Zawsze trafiają. Czasem nawet skarpetki, których nie zgubiłem.
— Masz go czy nie? — Nikodem starał się, by głos mu nie zadrżał.
— Mam… — Kartomanta przeciągnął słowo jak gumę do żucia. — …pytanie: dlaczego chcesz go „oddać”, a nie „odzyskać”?
Nikodem zmrużył oczy.
— To prawie to samo.
— Prawie robi różnicę między uśmiechem a grymasem — powiedział kartomanta i wyciągnął jedną kartę. Na obrazku był most, pod nim rzeka, a na moście stała postać trzymająca w dłoni srebrny krążek. — Talizman lubi wracać. Ale nie lubi być wyrywany.
— Kto go ukradł? — Nikodem ściszył głos. — Jeśli to ty, oddaj. Nie chcę robić awantury, ale…
— Ale umiesz? — Kartomanta pochylił się, a jego oczy błysnęły wesoło. — Awantury są przereklamowane. Zamiast tego zróbmy umowę. Ty mi przyniesiesz jedną rzecz, a ja ci powiem, gdzie jest talizman.
— Co to za rzecz?
Kartomanta pokazał mu drugą kartę. Na niej był klucz, ale zamiast z metalu wyglądał jak z papieru, pocięty w cienkie paski i splątany.
— Klucz Zszywany. Leży w pracowni pani Róży. W szufladzie, do której nikt nie zagląda, bo „to nie wypada”. Przynieś mi go, a ja…
— Nie — przerwał Nikodem. — Nie będę okradał pani Róży, żeby odzyskać coś, co i tak należy do Rady. To bez sensu.
Kartomanta wybuchnął śmiechem tak głośnym, że przechodząca obok kobieta ze słoikami ciszy aż spojrzała z wyrzutem.
— O, to jest odwaga! Nie ta z różdżką, tylko ta z kręgosłupem. Dobrze. — Mężczyzna schował karty i nagle spoważniał, choć w jego oczach wciąż tańczyły iskierki. — Talizman nie jest u mnie. Ale wiem, kto go ma. I wiem, dlaczego.
— Kto?
— Ktoś, kto myśli, że robi dobro, zszywając świat po swojemu. — Kartomanta wziął jedną kartę i wsunął ją Nikodemowi do dłoni. Była ciepła, jakby dopiero co leżała na słońcu. — Idź do pracowni. Porozmawiaj z książkami, ale nie tylko słuchaj. Zadaj im pytanie, którego się boisz.
Nikodem spojrzał na kartę. Przedstawiała oko, ale nie groźne — raczej czujne, jak oko kota w nocy.
— Dlaczego mi pomagasz? — zapytał podejrzliwie.
Kartomanta uśmiechnął się.
— Bo lubię, kiedy historie mają porządne zakończenia. A poza tym… — poklepał się po kieszeni. — Śmiech jest też rodzajem magii. Rozbraja.
— Rozbraja co?
— Strach. — Kartomanta mrugnął. — A teraz biegnij, zanim most na karcie zrobi się zbyt dosłowny.
Rozdział 3: Notatnik Poprawek i pytanie, które uwiera
Wieczorem pracownia pani Róży była cichsza, ale tylko pozornie. Szepty książek stały się bardziej uporządkowane, jakby ustawiły się w kolejkę.
Nikodem zamknął za sobą drzwi i od razu poczuł, że coś jest nie tak. Lampka z zielonym kloszem świeciła, choć pani Róża zwykle gasiła ją na noc. Na stole leżał pasek srebrnej nitki — tak cienkiej, że wyglądała jak włos.
— Pani Różo? — zawołał.
Nikt nie odpowiedział. Zamiast tego odezwała się księga w czerwonej oprawie:
— Ona jest w środku… ale nie sama.
Nikodem podszedł do zaplecza. Drzwi były uchylone. W środku, między belami skóry i stosami papieru, klęczała pani Róża. Trzymała w dłoniach coś, co migotało jak srebrny księżyc.
Talizman Wiązów.
Obok niej stała wysoka postać w kapturze. Nikodem poczuł, jak robi mu się sucho w ustach. Już miał unieść różdżkę, gdy książki na półkach nagle zaczęły szeptać głośniej, jakby ostrzegały:
— Nie tnij węzła!
— Nie wyrywaj!
— Spójrz inaczej!
Nikodem cofnął się o krok i wyciągnął Notatnik Poprawek. Otworzył go na czystej stronie, ręka mu drżała. Kartomanta mówił: „zadaj pytanie, którego się boisz”.
Bał się jednego.
Wziął ołówek i napisał: „Czy pani Róża jest złodziejką?”
Litery zadrżały, jakby notes się oburzył, a potem pod pytaniem zaczęły pojawiać się nowe słowa, jakby ktoś pisał niewidzialnym piórem:
„Nie kradnie. Zszywa. Ale czasem zszywa zbyt mocno.”
Nikodem zmarszczył brwi. Zbyt mocno?
Postać w kapturze poruszyła się. Kaptur opadł i… Nikodem aż zamrugał.
To był kartomanta.
Tylko że bez jarmarcznego uśmiechu wyglądał inaczej: bardziej jak ktoś, kto dźwiga worek pełen sekretów. Pani Róża podniosła wzrok i zobaczyła Nikodema. Nie wyglądała na złą — raczej na zmęczoną i uparcie zdeterminowaną.
— Nikodemie… — powiedziała cicho. — Powinienam ci wszystko wyjaśnić.
— Lepiej wyjaśniaj szybko — odparł, choć głos mu zadrżał. — Bo wszyscy myślą, że talizman został skradziony. A ja przyszedłem go oddać.
Kartomanta westchnął, a potem… roześmiał się krótko, jakby ze wstydu.
— Widzisz? Nawet kiedy sytuacja jest napięta, śmiech sam wyskakuje. To przekleństwo.
— To nie czas na żarty! — syknął Nikodem.
— To czas na prawdę — powiedziała pani Róża. Delikatnie podniosła talizman. Srebrny krążek pulsował światłem, jakby miał własny oddech. — Talizman Wiązów nie został ukradziony przez złodzieja. Został zabrany przeze mnie.
Nikodem poczuł ukłucie w klatce piersiowej.
— Dlaczego?
Pani Róża spojrzała na półki, jakby szukała wsparcia w książkach.
— Przejścia między światami zaczęły się rozchodzić. Coraz więcej drobnych pęknięć. Ludzie widzą rzeczy, których nie rozumieją, i się boją. Ktoś mógłby wykorzystać te pęknięcia… — Zamilkła na chwilę. — Myślałam, że jeśli wzmocnię Wiązy, zszyję je na nowo, świat będzie bezpieczniejszy.
— I dlatego zabrałaś talizman? — Nikodem zacisnął pięści. — Bez zgody Rady?
— Rada dyskutuje miesiącami — wtrącił kartomanta, znów z tym swoim półuśmiechem. — A pęknięcia nie czekają grzecznie w kolejce.
— Pomagałeś jej? — Nikodem spojrzał na niego oskarżycielsko.
Kartomanta wzruszył ramionami.
— Pomagałem… i przeszkadzałem, zależy z której strony patrzeć. Jestem od kart, pamiętasz? Zawsze są dwie strony.
— To wszystko brzmi jak usprawiedliwienie — powiedział Nikodem. — Talizman nie jest zabawką. Jeśli go użyjesz źle…
— Wiem — przerwała pani Róża. — Dlatego potrzebuję ciebie.
Nikodem aż parsknął.
— Mnie? Przecież właśnie planowałem cię zatrzymać.
— Zatrzymaj — powiedziała spokojnie. — Ale najpierw spójrz.
Pani Róża przyłożyła talizman do drewnianego stołu. Srebro rozlało się światłem i na blacie pojawiła się mapa — nie papierowa, tylko jakby zrobiona z cieni i nici. Widział na niej miasto, most, rzekę… i cienkie, migoczące pęknięcia jak rysy na lodzie.
Największa rysa biegła dokładnie pod mostem, tam gdzie był jarmark.
— Jeśli tego nie naprawimy — szepnęła pani Róża — przejście się otworzy. I wyleje się przez nie coś, czego nie da się tak po prostu „związać”.
Nikodem poczuł, że jego strach zmienia się w coś twardszego. W determinację.
— Dobrze — powiedział. — Oddam talizman. Ale najpierw pomożemy go użyć tak, jak trzeba. A potem… porozmawiasz z Radą. Sama.
Kartomanta uniósł ręce w geście poddania.
— O, to jest piękna scena. Bohater stawia warunki dorosłym. Jestem wzruszony, naprawdę.
— Nie udawaj — burknął Nikodem, ale mimo wszystko kącik ust mu drgnął.
Rozdział 4: Most, który nie lubi pęknięć
Noc pod mostem była inna niż na jarmarku. Lampiony zgasły, stragany zniknęły, a rzeka szemrała, jakby opowiadała sobie bajki. Tylko że w tej bajce nie wszystko było miłe.
Pęknięcie w powietrzu wyglądało jak przezroczysta blizna. Nikodem widział je dopiero, gdy pani Róża uniosła talizman. Srebrny krążek zadrżał, a Wiązy na nim zapłonęły cichym światłem.
— Trzymaj go — powiedziała pani Róża, podając talizman Nikodemowi. — Masz odwagę. Ja mam wiedzę. Razem to działa.
Talizman był zimny, ale nie nieprzyjemnie — raczej jak śnieg, który nie chce zrobić krzywdy, tylko przypomnieć, że jest prawdziwy.
Kartomanta stał z boku, oparty o filar mostu, i tasował karty jedną ręką.
— Po co te karty? — warknął Nikodem.
— Dla pewności — odparł kartomanta. — Czasem magia lubi teatralne wejścia.
Pęknięcie zaczęło się poruszać, jakby coś po drugiej stronie naciskało. Nikodem usłyszał ciche skrobanie, jak pazur po szkle.
— Co tam jest? — spytał.
— Echo — powiedziała pani Róża. — Magiczne echo strachu. Kiedy ludzie boją się niewytłumaczalnego, tworzą coś w rodzaju… cienia. Ten cień potrafi się utrwalić.
Skrobanie nasiliło się. W pęknięciu zamigotały ciemne smugi, układając się w kształt długiej łapy.
Nikodem przełknął ślinę, ale nie cofnął się.
— Co mam robić?
— Pomyśl o więzi — powiedziała pani Róża. — O czymś, co łączy. Nie o tym, co zamyka na siłę. Wiązy nie są kajdanami. Są mostami.
Kartomanta prychnął.
— Mosty! A jesteśmy pod mostem. Poetycko. Prawie się rozpłaczę.
— Zamknij się! — syknęli jednocześnie Nikodem i pani Róża.
Kartomanta uniósł dłoń do ust.
— Już milczę. Przynajmniej przez trzy sekundy.
Nikodem skupił się. Przypomniał sobie pracownię: książki, które szeptały, ale nie chciały nikogo skrzywdzić. Pomyślał o pani Róży, która zszywała grzbiety tak cierpliwie, że nawet najbardziej zniszczone tomy wracały do życia. Pomyślał o swoim pierwszym zaklęciu w szkole — kiedy połączył dwa kawałki rozbitego kubka, a nie zamienił je w pył.
— Łącz — wyszeptał, dociskając talizman do powietrza tuż przy pęknięciu. — Nie ściskaj. Łącz.
Srebro rozświetliło noc. Z talizmanu wysunęły się cienkie jak włos nici światła i zaczęły oplatać pęknięcie, ale delikatnie, jak bandaż. Łapa po drugiej stronie cofnęła się, jakby zaskoczona, a skrobanie zmieniło się w niepewne popiskiwanie.
Nagle Nikodem zobaczył coś jeszcze — jakby obraz nałożony na obraz. Zamiast potwora widział chłopca w swoim wieku, skulonego w ciemności, z rękami na uszach. Strach miał twarz kogoś, kto po prostu nie rozumie.
To była ta prawda pod innym kątem.
— To nie jest bestia… — powiedział Nikodem cicho. — To… echo. Ktoś, kto się boi.
— Właśnie — szepnęła pani Róża. — Jeśli zszyjemy przejście zbyt mocno, echo zostanie uwięzione i będzie szarpać jeszcze bardziej. Musimy je uspokoić.
Kartomanta, o dziwo, przestał się śmiać. Wyciągnął jedną kartę i położył ją na ziemi. Na ilustracji była latarnia.
— Światło — powiedział. — Niech ma co zobaczyć. Strach rośnie w ciemności.
Nikodem poczuł, że nici talizmanu drżą w jego dłoniach. Zaryzykował: zamiast ciągnąć je mocniej, poluzował je odrobinę i wpuścił w pęknięcie ciepłe światło, które przypominało lampkę z pracowni.
Echo po drugiej stronie uspokoiło się. Ciemne smugi rozpłynęły się jak atrament w wodzie. Pęknięcie zaczęło się zasklepiać, aż zostało po nim tylko mrowienie w powietrzu.
Nikodem opuścił ręce. Kolana mu zmiękły.
— Zadziałało — wyszeptał.
Kartomanta uśmiechnął się szeroko.
— A mówiłem, że lubię porządne zakończenia.
— To jeszcze nie koniec — powiedziała pani Róża, patrząc na talizman. Wiązy na jego powierzchni świeciły stabilnie, spokojnie. — Teraz trzeba go oddać. I wyjaśnić Radzie.
Nikodem ścisnął talizman.
— Oddamy. Dzisiaj.
Rozdział 5: Oddanie i odwaga, która nie znika rano
Rada Utkanych Dróg zebrała się w sali nad starą biblioteką, gdzie kurz miał własne zdanie, a zegar tykał czasem do tyłu. Nikodem stał na środku z talizmanem w dłoniach. Pani Róża była obok, wyprostowana, jakby sama była grzbietem książki, którego nie da się złamać. Kartomanta… cóż, kartomanta siedział na parapecie, jakby to była zupełnie normalna ławka.
— Talizman Wiązów został zwrócony — oznajmił Nikodem, podając krążek najstarszej członkini Rady, pani Malwinie, która miała włosy białe jak papier.
— Został zabrany — poprawiła chłodno pani Malwina, patrząc na panią Różę.
— Został zabrany, żeby naprawić pęknięcie — powiedział Nikodem, zanim pani Róża zdążyła się odezwać. — I tak, to było bez pozwolenia. Ale gdybyśmy czekali, pęknięcie pod mostem mogłoby się otworzyć.
W sali zaszemrało. Ktoś chrząknął. Ktoś inny westchnął.
Pani Róża zrobiła krok naprzód.
— Przyznaję się do błędu — powiedziała. — Zszywałam za mocno. Myślałam, że bezpieczeństwo znaczy „zamknąć szczelnie”. A okazało się, że bezpieczeństwo czasem znaczy „zrozumieć, co jest po drugiej stronie”.
Nikodem poczuł, że wszystkie spojrzenia na nim spoczywają. Wziął oddech.
— Ja też się czegoś nauczyłem — dodał. — Przyszedłem oddać talizman złodziejowi. A znalazłem kogoś, kto chciał dobrze, tylko patrzył z innej strony. Odwaga to nie tylko łapać winnych. Czasem to powiedzieć: „Sprawdźmy, zanim osądzimy”.
Kartomanta klasnął cicho, jak w teatrze.
— Ach, pięknie. Prawie mnie to ruszyło. A ja mam serce raczej z talii kart: czasem pik, czasem trefl.
Pani Malwina zmrużyła oczy.
— Kartomanta, twoje komentarze nie są potrzebne.
— A jednak często się przydają — odparł wesoło. — Ktoś musi przypominać, że powaga bez odrobiny śmiechu pęka jak stary pergamin.
Rada naradziła się krótko. W końcu pani Malwina podniosła talizman, a srebrne Wiązy zabłysły.
— Talizman wraca na swoje miejsce — powiedziała. — Pani Róża otrzyma naganę i… obowiązek współpracy z Radą przy naprawach przejść.
Pani Róża skinęła głową, z ulgą i pokorą.
— A ty, Nikodemie Skrzypczyku — pani Malwina spojrzała na niego uważnie — wykazałeś się odwagą i rozsądkiem. Dostaniesz prawo wstępu do Archiwum Szeptów.
Nikodem aż poczuł, jak robi mu się gorąco w uszach.
— Dziękuję.
Po spotkaniu wyszli na schody przed bibliotekę. Świt był jasny, a miasto wyglądało zwyczajnie: ludzie z torbami, tramwaj, piekarnia. Tylko Nikodem wiedział, jak cienka potrafi być granica między „zwyczajnie” a „niezwykle”.
Kartomanta zeskoczył z ostatniego stopnia i ukłonił się przesadnie.
— I co, bohaterze? Oddałeś talizman. Świat się nie rozpadł. Nuda.
— Nuda? — Nikodem prychnął. — Prawie wyszła z pęknięcia łapa zrobiona ze strachu.
— A jednak ją uspokoiłeś — powiedział kartomanta, tym razem bez śmiechu. — To rzadkie. Większość ludzi woli walić w strach kijem. A ty zapaliłeś lampę.
Pani Róża położyła Nikodemowi dłoń na ramieniu.
— W pracowni czeka na ciebie książka — szepnęła. — Ta granatowa. Powiedziała, że chce ci coś opowiedzieć. I że tym razem nie będzie plotkować.
Nikodem uśmiechnął się, wyobrażając sobie książkę, która próbuje nie plotkować i pewnie pęka z wysiłku.
— Pójdę — obiecał. — Ale najpierw… — spojrzał na kartomantę. — Ty. Oddaj to, co ukradłeś.
Kartomanta uniósł brwi niewinnie.
— Ja? Nic nie ukradłem.
— Wczoraj na jarmarku — Nikodem wskazał jego kieszeń — mówiłeś o skarpetkach, które do ciebie trafiają.
Kartomanta roześmiał się serdecznie.
— Ach, te! To akurat prawda. Ale dobrze, dobrze… — Wyciągnął z kieszeni zwiniętą, kolorową skarpetkę i podał Nikodemowi. — Proszę. Niech wróci do swojej pary. Bo nawet skarpetki mają Wiązy.
Nikodem wziął skarpetkę i pokręcił głową.
— Jesteś niemożliwy.
— Dziękuję — odparł kartomanta z dumą. — Staram się.
Ruszyli w stronę pracowni introligatorskiej, a miasto budziło się do dnia. Nikodem czuł zmęczenie, ale pod nim było coś stabilnego: świadomość, że odwaga nie zniknęła wraz z nocą. Była jak dobrze zszyty grzbiet — trzymała go w całości, nawet gdy strony chciały się rozlecieć.
A gdzieś między półkami, wśród szeptów książek, czekała następna tajemnica — już nie straszna, tylko kusząca, jak niedokończone zdanie, które prosi, żeby je dopisać.