Trwa ładowanie...
Fantastyczna opowieść o czarostwie 11-12 lat Czytanie 21 min.

Talizman Wiązów i szeptające księgi

Nikodem, młody czarodziej, wraz z panią Różą i zagadkowym kartomantą próbuje odnaleźć zaginiony Talizman Wiązów, odkrywając po drodze, że pęknięcia między światami wymagają zrozumienia i delikatnego podejścia, nie tylko oskarżeń.

Pobierz tę opowieść w formacie PDF

Idealne do dzielenia się lub drukowania tej opowieści!

Pobierz e-booka (.epub)

Przeczytaj tę opowieść na swoim czytniku e-booków.

Trzynastoletni czarodziej Nikodem, skoncentrowany i lekko zaniepokojony, z potarganymi brązowymi włosami i wytartym ciemnym płaszczem, trzyma srebrny talizman wysyłający cienkie świetlne niteczki, którymi oplata pęknięcie w powietrzu nad rzeką; obok klęczy około 60‑letnia Pani Róża, siwe włosy w koku, dłonie poplamione złotą kleistą substancją, w aksamitnej sukni, wskazująca palcem na szczelinę, zmęczona lecz zdeterminowana; oparty o filar mostu siedzi Kartomanta, około 35 lat, z niechlujnymi czarnymi włosami i czerwonym szalikiem, trzyma kartę z rysunkiem latarni, uśmiechając się kątem ust i obserwując scenę; miejsce — noc pod starym kamiennym mostem, wiszące latarnie, ciemna woda odbijająca lampiony, porozrzucane deski i złożone stragany przy brzegu, przez powietrze nad rzeką przebiega przejrzyste świetliste pęknięcie; główna sytuacja — troje postaci naprawia niewidzialną szczelinę, nitki światła wydobywające się z talizmanu delikatnie się wokół niej owijają, cofają się poszarpane cienie; nastrój magiczny i spokojny, kontrastujące kolory: głęboki nocny błękit, jasne srebro oraz ciepłe akcenty żółci i czerwieni. zgłoś problem z tym obrazem

Rozdział 1: Pracownia, w której książki oddychają

Gdy Nikodem Skrzypczyk pchnął ciężkie drzwi pracowni introligatorskiej pani Róży, uderzył go zapach kleju, skóry i starego papieru. To była woń, której nie dało się pomylić z niczym innym — jakby ktoś ugotował w jednym garnku bibliotekę, szafę z kurtkami i odrobinę tajemnicy.

Na ścianach wisiały prasy i mosiężne narzędzia, a na półkach piętrzyły się tomy w najróżniejszych oprawach: gładkie jak lustro, chropowate jak kora, zdobione złotem albo zupełnie skromne. Tylko że w tej pracowni książki nie były ciche.

Szeptały.

Nie głośno, nie tak, żeby usłyszał je ktoś z ulicy. Ale Nikodem, trzynastoletni czarodziej w szkolnej pelerynie (którą nosił trochę przekornie, bo „przecież i tak wszyscy wiedzą, że w tej dzielnicy dzieją się dziwne rzeczy”), słyszał wyraźnie.

— Pssst… uważaj na grzbiet… — zaszurała gruba encyklopedia.

— Zgubiłem zakładkę, oddaj! — zaskomlał cienki tomik wierszy.

— On tu idzie… — mruknęła księga oprawiona w granatowy aksamit.

Nikodem udawał, że nie robi to na nim wrażenia. W końcu był czarodziejem, a czarodzieje powinni zachowywać spokój, nawet gdy sto książek jednocześnie robi z siebie plotkary. Mimo to serce biło mu szybciej, bo przyszedł tu nie po nową oprawę czy naprawę zniszczonego atlasu.

Przyszedł po pomoc.

Na stole, pod lampą z zielonym kloszem, leżał pusty okrąg ze startych wgnieceń w drewnie. Jeszcze wczoraj spoczywał tam Talizman Wiązów: srebrny krążek z rysunkiem splecionych gałęzi. Talizman należał do Rady Utkanych Dróg i pilnował, by drobne przejścia między zwyczajnym światem a magicznym nie rozłaziły się jak źle zszyty zeszyt.

Teraz go nie było.

— Pani Różo? — zawołał Nikodem.

Z zaplecza wysunęła się drobna kobieta o rękach ubrudzonych złotym pyłem. Miała okulary na końcu nosa i spojrzenie, które potrafiło przeszyć na wylot nawet najgrubszą okładkę.

— Nikodemie. — Jej głos był spokojny, ale w kącie ust czaiło się coś jak zmartwienie. — Słyszałeś, prawda.

— Że talizman zniknął? — Nikodem podszedł bliżej. — Wszyscy w Szkole o tym gadają. Mówią, że to znak. Albo że to czyjaś głupia sztuczka.

— Wolałabym głupią sztuczkę — westchnęła pani Róża. — Ale książki… one nie szepczą tak bez powodu.

Jakby na potwierdzenie, z półki odezwał się stary album z rycinami:

— Ktoś zwinął węzeł! Węzeł! Węzeł!

Nikodem przełknął ślinę. Miał odwagę — tak mówili nauczyciele, kiedy jako jedyny zgłosił się do pojedynku z cienistym chochlikiem w szkolnej kuchni. Ale odwaga to co innego, gdy stoisz przed kradzieżą czegoś, co trzyma świat w ryzach.

— Oddam go — powiedział stanowczo. — Znajdę złodzieja i oddam talizman na miejsce.

Pani Róża spojrzała na niego tak, jak introligator patrzy na pęknięty grzbiet: z troską, ale i z przekonaniem, że da się to naprawić.

— Dobrze. Tylko pamiętaj: w pracowni wszystko jest połączone. Papier z klejem, słowo z ciszą, a magia z… no, z odwagą. — Pochyliła się i wysunęła z szuflady mały, skórzany notes. — Weź to. To „Notatnik Poprawek”. Gdy zapiszesz w nim pytanie, czasem dostaniesz odpowiedź. Nie zawsze, bo jest kapryśny jak kot.

— Koty są mądre — mruknął Nikodem, wsuwając notes do kieszeni.

— I uparte — dodała pani Róża. — A teraz… słuchaj książek. One widziały więcej niż my.

W tej chwili granatowa aksamitna księga zaszeleściła, jakby odchrząknęła.

— Kartomanta. Śmiejący się kartomanta. Ma talizman blisko serca, ale nie z tego powodu, z którego myślisz.

Nikodem poczuł, jak w brzuchu robi mu się zimno i gorąco naraz.

— Kartomanta? Ten z jarmarku przy moście?

— Ten, co tasuje karty jak wiatr liście — szepnęła księga. — I co śmieje się, nawet kiedy mówi prawdę.

Rozdział 2: Jarmark pod mostem i człowiek od kart

Jarmark pod mostem pachniał prażonymi orzechami, dymem z ognisk i mokrym kamieniem. Stragany stały ciasno, jakby bały się, że rzeka je porwie. Nad głowami wisiały lampiony, które mrugały w rytm muzyki grajków.

Nikodem przepchnął się między ludźmi, pilnując, by nikt nie zahaczył o jego kieszeń z Notatnikiem Poprawek. Wśród zwykłych kupców łatwo było wypatrzyć tych „nie całkiem zwykłych”: sprzedawcę cebuli, której łzy zmieniały się w perełki, kobietę oferującą guziki, które same wracały do płaszcza, i chłopca, który handlował słoikami z „ciszą na noc”.

Kartomanta siedział przy stoliku przykrytym czarną tkaniną. Miał czerwony szal, włosy w nieładzie i oczy, które wydawały się znać wszystkie dowcipy świata. Kiedy Nikodem podszedł, mężczyzna uniósł brwi i roześmiał się jak ktoś, kto właśnie usłyszał coś bardzo zabawnego — choć nikt nic nie powiedział.

— Oho! Młody czarodziej z miną, jakby połknął miotłę. — Kartomanta przetasował talię. Karty stuknęły o stół jak kropelki deszczu. — Siadasz czy stoisz? Bo od stania robią się poważne sprawy.

— Poważne sprawy już są — odparł Nikodem i usiadł. — Szukam Talizmanu Wiązów. Został skradziony z pracowni introligatorskiej.

Kartomanta położył dłoń na piersi, teatralnie.

— Ach, introligatorska! Książki, co plotkują, i klej, co trzyma lepiej niż obietnice. — Znów się roześmiał. — A talizman… cóż, różne rzeczy do mnie trafiają. Zawsze trafiają. Czasem nawet skarpetki, których nie zgubiłem.

— Masz go czy nie? — Nikodem starał się, by głos mu nie zadrżał.

— Mam… — Kartomanta przeciągnął słowo jak gumę do żucia. — …pytanie: dlaczego chcesz go „oddać”, a nie „odzyskać”?

Nikodem zmrużył oczy.

— To prawie to samo.

— Prawie robi różnicę między uśmiechem a grymasem — powiedział kartomanta i wyciągnął jedną kartę. Na obrazku był most, pod nim rzeka, a na moście stała postać trzymająca w dłoni srebrny krążek. — Talizman lubi wracać. Ale nie lubi być wyrywany.

— Kto go ukradł? — Nikodem ściszył głos. — Jeśli to ty, oddaj. Nie chcę robić awantury, ale…

— Ale umiesz? — Kartomanta pochylił się, a jego oczy błysnęły wesoło. — Awantury są przereklamowane. Zamiast tego zróbmy umowę. Ty mi przyniesiesz jedną rzecz, a ja ci powiem, gdzie jest talizman.

— Co to za rzecz?

Kartomanta pokazał mu drugą kartę. Na niej był klucz, ale zamiast z metalu wyglądał jak z papieru, pocięty w cienkie paski i splątany.

— Klucz Zszywany. Leży w pracowni pani Róży. W szufladzie, do której nikt nie zagląda, bo „to nie wypada”. Przynieś mi go, a ja…

— Nie — przerwał Nikodem. — Nie będę okradał pani Róży, żeby odzyskać coś, co i tak należy do Rady. To bez sensu.

Kartomanta wybuchnął śmiechem tak głośnym, że przechodząca obok kobieta ze słoikami ciszy aż spojrzała z wyrzutem.

— O, to jest odwaga! Nie ta z różdżką, tylko ta z kręgosłupem. Dobrze. — Mężczyzna schował karty i nagle spoważniał, choć w jego oczach wciąż tańczyły iskierki. — Talizman nie jest u mnie. Ale wiem, kto go ma. I wiem, dlaczego.

— Kto?

— Ktoś, kto myśli, że robi dobro, zszywając świat po swojemu. — Kartomanta wziął jedną kartę i wsunął ją Nikodemowi do dłoni. Była ciepła, jakby dopiero co leżała na słońcu. — Idź do pracowni. Porozmawiaj z książkami, ale nie tylko słuchaj. Zadaj im pytanie, którego się boisz.

Nikodem spojrzał na kartę. Przedstawiała oko, ale nie groźne — raczej czujne, jak oko kota w nocy.

— Dlaczego mi pomagasz? — zapytał podejrzliwie.

Kartomanta uśmiechnął się.

— Bo lubię, kiedy historie mają porządne zakończenia. A poza tym… — poklepał się po kieszeni. — Śmiech jest też rodzajem magii. Rozbraja.

— Rozbraja co?

— Strach. — Kartomanta mrugnął. — A teraz biegnij, zanim most na karcie zrobi się zbyt dosłowny.

Rozdział 3: Notatnik Poprawek i pytanie, które uwiera

Wieczorem pracownia pani Róży była cichsza, ale tylko pozornie. Szepty książek stały się bardziej uporządkowane, jakby ustawiły się w kolejkę.

Nikodem zamknął za sobą drzwi i od razu poczuł, że coś jest nie tak. Lampka z zielonym kloszem świeciła, choć pani Róża zwykle gasiła ją na noc. Na stole leżał pasek srebrnej nitki — tak cienkiej, że wyglądała jak włos.

— Pani Różo? — zawołał.

Nikt nie odpowiedział. Zamiast tego odezwała się księga w czerwonej oprawie:

— Ona jest w środku… ale nie sama.

Nikodem podszedł do zaplecza. Drzwi były uchylone. W środku, między belami skóry i stosami papieru, klęczała pani Róża. Trzymała w dłoniach coś, co migotało jak srebrny księżyc.

Talizman Wiązów.

Obok niej stała wysoka postać w kapturze. Nikodem poczuł, jak robi mu się sucho w ustach. Już miał unieść różdżkę, gdy książki na półkach nagle zaczęły szeptać głośniej, jakby ostrzegały:

— Nie tnij węzła!

— Nie wyrywaj!

— Spójrz inaczej!

Nikodem cofnął się o krok i wyciągnął Notatnik Poprawek. Otworzył go na czystej stronie, ręka mu drżała. Kartomanta mówił: „zadaj pytanie, którego się boisz”.

Bał się jednego.

Wziął ołówek i napisał: „Czy pani Róża jest złodziejką?”

Litery zadrżały, jakby notes się oburzył, a potem pod pytaniem zaczęły pojawiać się nowe słowa, jakby ktoś pisał niewidzialnym piórem:

„Nie kradnie. Zszywa. Ale czasem zszywa zbyt mocno.”

Nikodem zmarszczył brwi. Zbyt mocno?

Postać w kapturze poruszyła się. Kaptur opadł i… Nikodem aż zamrugał.

To był kartomanta.

Tylko że bez jarmarcznego uśmiechu wyglądał inaczej: bardziej jak ktoś, kto dźwiga worek pełen sekretów. Pani Róża podniosła wzrok i zobaczyła Nikodema. Nie wyglądała na złą — raczej na zmęczoną i uparcie zdeterminowaną.

— Nikodemie… — powiedziała cicho. — Powinienam ci wszystko wyjaśnić.

— Lepiej wyjaśniaj szybko — odparł, choć głos mu zadrżał. — Bo wszyscy myślą, że talizman został skradziony. A ja przyszedłem go oddać.

Kartomanta westchnął, a potem… roześmiał się krótko, jakby ze wstydu.

— Widzisz? Nawet kiedy sytuacja jest napięta, śmiech sam wyskakuje. To przekleństwo.

— To nie czas na żarty! — syknął Nikodem.

— To czas na prawdę — powiedziała pani Róża. Delikatnie podniosła talizman. Srebrny krążek pulsował światłem, jakby miał własny oddech. — Talizman Wiązów nie został ukradziony przez złodzieja. Został zabrany przeze mnie.

Nikodem poczuł ukłucie w klatce piersiowej.

— Dlaczego?

Pani Róża spojrzała na półki, jakby szukała wsparcia w książkach.

— Przejścia między światami zaczęły się rozchodzić. Coraz więcej drobnych pęknięć. Ludzie widzą rzeczy, których nie rozumieją, i się boją. Ktoś mógłby wykorzystać te pęknięcia… — Zamilkła na chwilę. — Myślałam, że jeśli wzmocnię Wiązy, zszyję je na nowo, świat będzie bezpieczniejszy.

— I dlatego zabrałaś talizman? — Nikodem zacisnął pięści. — Bez zgody Rady?

— Rada dyskutuje miesiącami — wtrącił kartomanta, znów z tym swoim półuśmiechem. — A pęknięcia nie czekają grzecznie w kolejce.

— Pomagałeś jej? — Nikodem spojrzał na niego oskarżycielsko.

Kartomanta wzruszył ramionami.

— Pomagałem… i przeszkadzałem, zależy z której strony patrzeć. Jestem od kart, pamiętasz? Zawsze są dwie strony.

— To wszystko brzmi jak usprawiedliwienie — powiedział Nikodem. — Talizman nie jest zabawką. Jeśli go użyjesz źle…

— Wiem — przerwała pani Róża. — Dlatego potrzebuję ciebie.

Nikodem aż parsknął.

— Mnie? Przecież właśnie planowałem cię zatrzymać.

— Zatrzymaj — powiedziała spokojnie. — Ale najpierw spójrz.

Pani Róża przyłożyła talizman do drewnianego stołu. Srebro rozlało się światłem i na blacie pojawiła się mapa — nie papierowa, tylko jakby zrobiona z cieni i nici. Widział na niej miasto, most, rzekę… i cienkie, migoczące pęknięcia jak rysy na lodzie.

Największa rysa biegła dokładnie pod mostem, tam gdzie był jarmark.

— Jeśli tego nie naprawimy — szepnęła pani Róża — przejście się otworzy. I wyleje się przez nie coś, czego nie da się tak po prostu „związać”.

Nikodem poczuł, że jego strach zmienia się w coś twardszego. W determinację.

— Dobrze — powiedział. — Oddam talizman. Ale najpierw pomożemy go użyć tak, jak trzeba. A potem… porozmawiasz z Radą. Sama.

Kartomanta uniósł ręce w geście poddania.

— O, to jest piękna scena. Bohater stawia warunki dorosłym. Jestem wzruszony, naprawdę.

— Nie udawaj — burknął Nikodem, ale mimo wszystko kącik ust mu drgnął.

Rozdział 4: Most, który nie lubi pęknięć

Noc pod mostem była inna niż na jarmarku. Lampiony zgasły, stragany zniknęły, a rzeka szemrała, jakby opowiadała sobie bajki. Tylko że w tej bajce nie wszystko było miłe.

Pęknięcie w powietrzu wyglądało jak przezroczysta blizna. Nikodem widział je dopiero, gdy pani Róża uniosła talizman. Srebrny krążek zadrżał, a Wiązy na nim zapłonęły cichym światłem.

— Trzymaj go — powiedziała pani Róża, podając talizman Nikodemowi. — Masz odwagę. Ja mam wiedzę. Razem to działa.

Talizman był zimny, ale nie nieprzyjemnie — raczej jak śnieg, który nie chce zrobić krzywdy, tylko przypomnieć, że jest prawdziwy.

Kartomanta stał z boku, oparty o filar mostu, i tasował karty jedną ręką.

— Po co te karty? — warknął Nikodem.

— Dla pewności — odparł kartomanta. — Czasem magia lubi teatralne wejścia.

Pęknięcie zaczęło się poruszać, jakby coś po drugiej stronie naciskało. Nikodem usłyszał ciche skrobanie, jak pazur po szkle.

— Co tam jest? — spytał.

Echo — powiedziała pani Róża. — Magiczne echo strachu. Kiedy ludzie boją się niewytłumaczalnego, tworzą coś w rodzaju… cienia. Ten cień potrafi się utrwalić.

Skrobanie nasiliło się. W pęknięciu zamigotały ciemne smugi, układając się w kształt długiej łapy.

Nikodem przełknął ślinę, ale nie cofnął się.

— Co mam robić?

— Pomyśl o więzi — powiedziała pani Róża. — O czymś, co łączy. Nie o tym, co zamyka na siłę. Wiązy nie są kajdanami. Są mostami.

Kartomanta prychnął.

— Mosty! A jesteśmy pod mostem. Poetycko. Prawie się rozpłaczę.

— Zamknij się! — syknęli jednocześnie Nikodem i pani Róża.

Kartomanta uniósł dłoń do ust.

— Już milczę. Przynajmniej przez trzy sekundy.

Nikodem skupił się. Przypomniał sobie pracownię: książki, które szeptały, ale nie chciały nikogo skrzywdzić. Pomyślał o pani Róży, która zszywała grzbiety tak cierpliwie, że nawet najbardziej zniszczone tomy wracały do życia. Pomyślał o swoim pierwszym zaklęciu w szkole — kiedy połączył dwa kawałki rozbitego kubka, a nie zamienił je w pył.

— Łącz — wyszeptał, dociskając talizman do powietrza tuż przy pęknięciu. — Nie ściskaj. Łącz.

Srebro rozświetliło noc. Z talizmanu wysunęły się cienkie jak włos nici światła i zaczęły oplatać pęknięcie, ale delikatnie, jak bandaż. Łapa po drugiej stronie cofnęła się, jakby zaskoczona, a skrobanie zmieniło się w niepewne popiskiwanie.

Nagle Nikodem zobaczył coś jeszcze — jakby obraz nałożony na obraz. Zamiast potwora widział chłopca w swoim wieku, skulonego w ciemności, z rękami na uszach. Strach miał twarz kogoś, kto po prostu nie rozumie.

To była ta prawda pod innym kątem.

— To nie jest bestia… — powiedział Nikodem cicho. — To… echo. Ktoś, kto się boi.

— Właśnie — szepnęła pani Róża. — Jeśli zszyjemy przejście zbyt mocno, echo zostanie uwięzione i będzie szarpać jeszcze bardziej. Musimy je uspokoić.

Kartomanta, o dziwo, przestał się śmiać. Wyciągnął jedną kartę i położył ją na ziemi. Na ilustracji była latarnia.

— Światło — powiedział. — Niech ma co zobaczyć. Strach rośnie w ciemności.

Nikodem poczuł, że nici talizmanu drżą w jego dłoniach. Zaryzykował: zamiast ciągnąć je mocniej, poluzował je odrobinę i wpuścił w pęknięcie ciepłe światło, które przypominało lampkę z pracowni.

Echo po drugiej stronie uspokoiło się. Ciemne smugi rozpłynęły się jak atrament w wodzie. Pęknięcie zaczęło się zasklepiać, aż zostało po nim tylko mrowienie w powietrzu.

Nikodem opuścił ręce. Kolana mu zmiękły.

— Zadziałało — wyszeptał.

Kartomanta uśmiechnął się szeroko.

— A mówiłem, że lubię porządne zakończenia.

— To jeszcze nie koniec — powiedziała pani Róża, patrząc na talizman. Wiązy na jego powierzchni świeciły stabilnie, spokojnie. — Teraz trzeba go oddać. I wyjaśnić Radzie.

Nikodem ścisnął talizman.

— Oddamy. Dzisiaj.

Rozdział 5: Oddanie i odwaga, która nie znika rano

Rada Utkanych Dróg zebrała się w sali nad starą biblioteką, gdzie kurz miał własne zdanie, a zegar tykał czasem do tyłu. Nikodem stał na środku z talizmanem w dłoniach. Pani Róża była obok, wyprostowana, jakby sama była grzbietem książki, którego nie da się złamać. Kartomanta… cóż, kartomanta siedział na parapecie, jakby to była zupełnie normalna ławka.

— Talizman Wiązów został zwrócony — oznajmił Nikodem, podając krążek najstarszej członkini Rady, pani Malwinie, która miała włosy białe jak papier.

— Został zabrany — poprawiła chłodno pani Malwina, patrząc na panią Różę.

— Został zabrany, żeby naprawić pęknięcie — powiedział Nikodem, zanim pani Róża zdążyła się odezwać. — I tak, to było bez pozwolenia. Ale gdybyśmy czekali, pęknięcie pod mostem mogłoby się otworzyć.

W sali zaszemrało. Ktoś chrząknął. Ktoś inny westchnął.

Pani Róża zrobiła krok naprzód.

— Przyznaję się do błędu — powiedziała. — Zszywałam za mocno. Myślałam, że bezpieczeństwo znaczy „zamknąć szczelnie”. A okazało się, że bezpieczeństwo czasem znaczy „zrozumieć, co jest po drugiej stronie”.

Nikodem poczuł, że wszystkie spojrzenia na nim spoczywają. Wziął oddech.

— Ja też się czegoś nauczyłem — dodał. — Przyszedłem oddać talizman złodziejowi. A znalazłem kogoś, kto chciał dobrze, tylko patrzył z innej strony. Odwaga to nie tylko łapać winnych. Czasem to powiedzieć: „Sprawdźmy, zanim osądzimy”.

Kartomanta klasnął cicho, jak w teatrze.

— Ach, pięknie. Prawie mnie to ruszyło. A ja mam serce raczej z talii kart: czasem pik, czasem trefl.

Pani Malwina zmrużyła oczy.

— Kartomanta, twoje komentarze nie są potrzebne.

— A jednak często się przydają — odparł wesoło. — Ktoś musi przypominać, że powaga bez odrobiny śmiechu pęka jak stary pergamin.

Rada naradziła się krótko. W końcu pani Malwina podniosła talizman, a srebrne Wiązy zabłysły.

— Talizman wraca na swoje miejsce — powiedziała. — Pani Róża otrzyma naganę i… obowiązek współpracy z Radą przy naprawach przejść.

Pani Róża skinęła głową, z ulgą i pokorą.

— A ty, Nikodemie Skrzypczyku — pani Malwina spojrzała na niego uważnie — wykazałeś się odwagą i rozsądkiem. Dostaniesz prawo wstępu do Archiwum Szeptów.

Nikodem aż poczuł, jak robi mu się gorąco w uszach.

— Dziękuję.

Po spotkaniu wyszli na schody przed bibliotekę. Świt był jasny, a miasto wyglądało zwyczajnie: ludzie z torbami, tramwaj, piekarnia. Tylko Nikodem wiedział, jak cienka potrafi być granica między „zwyczajnie” a „niezwykle”.

Kartomanta zeskoczył z ostatniego stopnia i ukłonił się przesadnie.

— I co, bohaterze? Oddałeś talizman. Świat się nie rozpadł. Nuda.

— Nuda? — Nikodem prychnął. — Prawie wyszła z pęknięcia łapa zrobiona ze strachu.

— A jednak ją uspokoiłeś — powiedział kartomanta, tym razem bez śmiechu. — To rzadkie. Większość ludzi woli walić w strach kijem. A ty zapaliłeś lampę.

Pani Róża położyła Nikodemowi dłoń na ramieniu.

— W pracowni czeka na ciebie książka — szepnęła. — Ta granatowa. Powiedziała, że chce ci coś opowiedzieć. I że tym razem nie będzie plotkować.

Nikodem uśmiechnął się, wyobrażając sobie książkę, która próbuje nie plotkować i pewnie pęka z wysiłku.

— Pójdę — obiecał. — Ale najpierw… — spojrzał na kartomantę. — Ty. Oddaj to, co ukradłeś.

Kartomanta uniósł brwi niewinnie.

— Ja? Nic nie ukradłem.

— Wczoraj na jarmarku — Nikodem wskazał jego kieszeń — mówiłeś o skarpetkach, które do ciebie trafiają.

Kartomanta roześmiał się serdecznie.

— Ach, te! To akurat prawda. Ale dobrze, dobrze… — Wyciągnął z kieszeni zwiniętą, kolorową skarpetkę i podał Nikodemowi. — Proszę. Niech wróci do swojej pary. Bo nawet skarpetki mają Wiązy.

Nikodem wziął skarpetkę i pokręcił głową.

— Jesteś niemożliwy.

— Dziękuję — odparł kartomanta z dumą. — Staram się.

Ruszyli w stronę pracowni introligatorskiej, a miasto budziło się do dnia. Nikodem czuł zmęczenie, ale pod nim było coś stabilnego: świadomość, że odwaga nie zniknęła wraz z nocą. Była jak dobrze zszyty grzbiet — trzymała go w całości, nawet gdy strony chciały się rozlecieć.

A gdzieś między półkami, wśród szeptów książek, czekała następna tajemnica — już nie straszna, tylko kusząca, jak niedokończone zdanie, które prosi, żeby je dopisać.

Bez reklam 3€ na miesiąc

Czy pragną Państwo nieprzerwanej lektury? Wesprzyjcie Oh My Tales, usuńcie wszystkie reklamy i korzystajcie z innych wliczonych korzyści już od 3€ miesięcznie.

Zobacz plany i ceny
Udostępnij

zgłoś problem z tą opowieścią

Co sądziliście o tej opowieści?

Podaj swoją opinię, przyznając ocenę tej opowieści w zależności od tego, co Ty i/lub Twoje dziecko o niej myśleliście. Z góry dziękujemy!

Dziękuję! Twój głos został uwzględniony!

Quiz: czy dobrze zrozumiałeś opowieść?

Introligatorskiej
Przymiotnik mówiący o miejscu, gdzie naprawia się i oprawia książki.
Talizman
Mały przedmiot z mocą, który ma chronić lub pomóc ludziom.
Wiązów
Część nazwy talizmanu; tu oznacza magiczne więzy lub połączenia.
Aksamit
Miękki, gęsty materiał, który jest gładki w dotyku.
Encyklopedia
Duża książka z informacjami o wielu różnych tematach.
Przejścia
Miejsca, gdzie można przejść z jednego świata lub miejsca do drugiego.
Pęknięć
Małe lub większe rozwarstwienia, rysy lub szczeliny w czymś.
Pergamin
Stary materiał do pisania zrobiony z wyprawionej skóry zwierzęcej.
Echo
Powtarzający się dźwięk, który wraca, gdy coś go odbija.
Pęknięcie
Szczelina lub rysa, która rozdziela dwie części czegoś.

Stwórz magiczną i unikalną opowieść dla swojego dziecka!

Stwórz spersonalizowaną przygodę w zaledwie kilka minut, w której twoje dziecko staje się bohaterem. Z naszym ekskluzywnym narzędziem to łatwe, darmowe i zabawne!

Stworzyć opowieść

Pobierz tę opowieść:

Pobierz tę opowieść w formacie PDF Pobierz e-booka (.epub)

Do przeczytania następnie w Opowieści fantastyczne o czarodziejstwie dla 11-12 lat

Otrzymuj nowe opowieści w każdą niedzielę wieczorem!

Otrzymaj 7 ekscytujących i fascynujących opowieści, dostosowanych do wieku i gustów Twojego dziecka, każdej niedzieli o 17:00*. To jest darmowe i gwarantowane bez spamu!
*E-mail wysyłany o 17:00 czasu środkowoeuropejskiego (CET).
Nie lubimy też spamu. Dlatego nie będziemy wysyłać Ci nic poza opowieściami. Będziesz mógł się wypisać, kiedy tylko zechcesz.