Mały wilczek Lutek mieszkał w przytulnej norce pod sosną. Rano słońce zaglądało do środka jak złoty naleśnik. Lutek ziewnął i uśmiechnął się szeroko.
Dziś miał ważną misję. Mama powiedziała: „Lutku, przynieś proszę koszyczek jagód na podwieczorek”. To brzmiało zwyczajnie. Ale dla Lutka to była wielka wyprawa.
Lutek włożył mały plecak. Do środka wsunął chusteczkę, jabłko i czerwony guzik „na szczęście”. Potem wyszedł na ścieżkę. Ścieżka była jak brązowa wstążka między trawą.
Po drodze spotkał wiewiórkę Tosię. Tosia skakała jak piłeczka. „Cześć, Lutku! Dokąd idziesz?” zapytała. „Po jagody. To moja misja!” odpowiedział dumnie Lutek. Tosia zaklaskała łapkami. „To ja mogę iść z tobą. Razem raźniej!”
Wkrótce dotarli do krzaka jagód. Jagody były granatowe i błyszczące jak guziki. Lutek już chciał je zbierać, gdy nagle zobaczył, że koszyczek ma dziurkę. Małą, ale sprytną. Jagody mogłyby uciekać, turlając się po ziemi.
Lutek poczuł w brzuchu małe „ojej”. Zatrzymał się. Przypomniał sobie radę mamy: „Gdy nie wiesz, co zrobić, oddychaj wolno”. Lutek wziął wdech. Raz. I wydech. Dwa. Jeszcze raz. Raz. I wydech. Dwa. Serce zrobiło się spokojniejsze.
„Co teraz?” szepnęła Tosia. Lutek rozejrzał się uważnie. Pod krzakiem leżał miękki liść łopianu. Obok sterczała trzcinka jak mała słomka. „Mam pomysł!” powiedział.
Lutek położył liść w środku koszyczka jak zieloną łatkę. Tosia podała mu trzcinkę. Lutek przewlókł ją przez dziurkę i liść przytrzymał. „Hop, hop, trzyma się!” zaśmiał się. Tosia też się zaśmiała. „Koszyczek ma plaster!”
Zbierali jagody powoli. Plask, plask, jedna po drugiej. Lutek liczył: „Jedna. Dwie. Trzy.” To było miłe i spokojne. Kiedy koszyczek zrobił się pełny, jagody ani jedna nie uciekła.
W drodze powrotnej wiatr poruszał trawą jak falami. „Byłeś odważny” powiedziała Tosia. „I mądry!” dodała. Lutek poprawił plecak. „Pomogło mi oddychanie. I twój pomysł z trzcinką też!”
W domu mama uściskała Lutka. „Udało się!” powiedziała ciepło. Lutek postawił koszyczek na stole. Jagody pachniały lasem.
Wieczorem jedli jagody z jogurtem. Lutek czuł się jak prawdziwy odkrywca, choć był tylko w krzakach niedaleko domu. Przed snem wyszeptał: „Jutro też coś odkryję”. A las za oknem szumiał cicho: „Tak, Lutku. Powoli. Bezpiecznie. Raz i dwa.”