Część 1: Zegarek, który mruga
Zosia miała sześć lat i lubiła liczyć. Liczyła schody, guziki i krople deszczu na szybie. Kiedy coś ją ciekawiło, marszczyła czoło i mówiła cicho: „Sprawdźmy”.
Tego popołudnia siedziała w pokoju z tatą. Na biurku stało pudełko po ciasteczkach i mały, srebrny zegarek. Nie tykał. Tylko delikatnie… mrugał zielonym światełkiem.
— To mój Zegarek Czasu — powiedział tata. — Ale działa tylko przy dwóch zasadach.
— Jakich? — Zosia nachyliła się bliżej.
— Po pierwsze: niczego nie zabieramy z przeszłości. Po drugie: wracamy o umówionej porze, gdy zegarek zapiszczy trzy razy.
Zosia skinęła głową, jak prawdziwa badaczka.
Wtedy w oknie pojawiło się coś małego i brzęczącego. To był robotek wielkości jabłka, z przezroczystymi skrzydełkami jak ważka.
— Bzz! Witaj, Zosiu! Jestem Bzyk-7, asystent podróży! — zawołał.
Zosia zaśmiała się.
— Masz śmieszny głos.
— To głos z przyszłości. Trochę pikający — odparł robotek.
Tata ułożył dłoń Zosi na zegarku.
— Gotowa na skok w czasie? Tylko pamiętaj: oglądamy, uczymy się i wracamy.
— Gotowa. I policzę wszystko, co się da — szepnęła Zosia.
Zegarek zamrugał szybciej. W pokoju zrobiło się jasno jak w bańce mydlanej. Zosia poczuła łaskotanie w brzuchu, jak na huśtawce.
— Trzy… dwa… jeden… — bzyknął Bzyk-7.
I nagle… pachniało inaczej. Dymem, chlebem i oliwą.
Część 2: Gwarne forum i figlarny paradoks
Zosia stała na szerokim placu. Wokół były jasne kamienne budynki, kolumny i łuki. Ludzie mówili głośno, śmiali się, handlowali. Ktoś niósł kosz fig, ktoś inny prowadził osiołka. Słońce świeciło mocno, a powietrze drżało od gwaru.
— To… gdzie? — Zosia ścisnęła rękę Bzyka-7, choć on był robocikiem.
— Starożytny Rzym! Forum! — odparł. — Patrz, ile danych! To znaczy… ile ciekawych rzeczy.
Zosia patrzyła z zachwytem.
— Kamienie są ciepłe. I wszystko takie jasne.
Podszedł do nich sprzedawca z uśmiechem.
— Salve! Świeże bułeczki! — zawołał, a potem spojrzał na Zosię. — O, mała pani w dziwnych sandałach.
Zosia zerknęła na swoje buty. Rzeczywiście wyglądały inaczej niż skórzane rzymskie sandały.
— Dzień dobry… — powiedziała niepewnie.
Bzyk-7 pochylił się do jej ucha.
— Mów prosto i uprzejmie. I pamiętaj: nic nie bierzemy.
Zosia przytaknęła.
Nagle usłyszała znajomy dźwięk: „plink-plink”. Spojrzała na swój srebrny zegarek. Zielone światełko migało, ale… coś było nie tak.
— Bzyku… on… zniknął! — Zosia otworzyła szeroko oczy.
Na jej ręce nie było zegarka.
— Bzz? To niemożliwe! — robotek zakręcił się w miejscu. — Sprawdź kieszeń.
Zosia sprawdziła kieszeń. Pusto. Sprawdziła drugą. Też pusto.
— Zegarek Czasu nie powinien znikać — mruknął Bzyk-7. — Bez niego nie usłyszymy trzech piknięć!
Zosia poczuła mały kłębek niepokoju, ale zaraz wzięła głęboki oddech.
— Sprawdźmy krok po kroku — powiedziała, jak zawsze, gdy coś było trudne. — Był na mojej ręce. Potem zrobiło się jasno. Potem tu stanęliśmy. I… ktoś mnie dotknął?
W tej chwili obok przebiegł chłopiec. Miał kręcone włosy, tunikę i oczy, które błyszczały jak węgielki.
— Hej! Zgubiłaś coś? — zawołał wesoło.
— Tak! Zegarek! — Zosia wskazała na nadgarstek. — Srebrny. Mrugał.
Chłopiec uniósł brwi.
— Mrugał? Jak świetlik? Ojej. Widziałem, jak coś spadło przy fontannie! Ale potem… — zawahał się i uśmiechnął krzywo. — Potem zabrała to sroka.
— Sroka? — Zosia aż podskoczyła. — Ptak?
— Taki, co lubi błyskotki — wtrącił Bzyk-7. — Bzz, to pasuje.
Chłopiec kiwnął głową.
— Nazywam się Marek. Znam tu wszystkie ptaki. Jeśli to sroka, poleciała na dach świątyni. Tam jest jej gniazdo.
Zosia spojrzała wysoko. Dach był daleko.
— Ale ja jestem mała — powiedziała cicho.
— Mała, ale mądra — odparł Bzyk-7. — I masz pomoc.
Marek pokazał na stos drewnianych skrzyń obok straganu.
— Zrobimy schodki. Tylko uważajcie, bo strażnik nie lubi, gdy ktoś się wspina.
Zosia przełknęła ślinę.
— Nie chcę kłopotów.
— To zrobimy to spokojnie i szybko — powiedział Marek. — Jak kot.
Zosia lubiła koty. Koty chodziły ostrożnie.
Ruszyli. Między ludźmi było ciasno. Ktoś prawie potrącił Zosię koszem winogron.
— Przepraszam! — zawołała Zosia.
— Nic się nie stało — odpowiedziała kobieta, uśmiechając się.
Zosia poczuła, że uprzejmość działa jak mała tarcza.
Przy fontannie chlupotała woda. Sroka siedziała na kamiennym brzegu i przechylała głowę.
— O, to ona! — szepnął Marek.
Sroka miała w dziobie… srebrny błysk.
— Zegarek! — Zosia aż pisnęła, ale zaraz zakryła usta.
Bzyk-7 wyświetlił na swoim brzuszku małą strzałkę.
— Podejdź wolno. Ptaki nie lubią hałasu.
Zosia zrobiła trzy ciche kroki. Sroka spojrzała na nią i… podskoczyła.
— Nie uciekaj! — Zosia mówiła najłagodniej, jak umiała. — To nie jest dla ciebie. To jest… do domu.
Sroka przechyliła głowę jeszcze raz. Jakby słuchała.
Marek wyjął z kieszeni okruszek chleba.
— Masz, ptaszyno. Za błyskotkę.
Położył okruszek na brzegu fontanny. Sroka zeskoczyła, chwyciła chleb i na chwilę wypuściła zegarek. Bzyk-7 błyskawicznie podfrunął i złapał go swoimi małymi szczypcami.
— Bzz! Złapany! — zawołał.
Zosia odetchnęła z ulgą.
— Udało się!
I wtedy wydarzył się mały, figlarny paradoks.
Zegarek zamrugał tak mocno, że aż odbił się w wodzie fontanny. A w tym odbiciu Zosia zobaczyła… swoją własną rękę z zegarkiem, jakby sprzed chwili.
— To ja… sprzed chwili? — wyszeptała.
— To tylko echo czasu — wyjaśnił Bzyk-7. — Czas czasem robi kopię, gdy coś się zgubi i znajdzie. Taki psikus. Ale spokojnie, wszystko wróci na swoje miejsce.
Zosia przytuliła zegarek do piersi.
— Czyli… czas lubi porządek?
— Tak — powiedział Marek. — Jak moja mama. Gdy gubię sandał, każe mi go znaleźć.
Zosia zachichotała.
— U mnie też tak jest.
Część 3: Mała lekcja i powrót o umówionej porze
Usiedli na chwilę w cieniu kolumny. Bzyk-7 przymocował zegarek z powrotem na nadgarstku Zosi.
— Teraz pilnuj go jak skarbu — powiedział.
— Będę — obiecała Zosia. — I… dziękuję, Marku.
Marek wzruszył ramionami, ale wyglądał na zadowolonego.
— Lubię pomagać. Poza tym, twoja błyskotka jest naprawdę dziwna.
Zosia rozejrzała się po forum. Ludzie biegali, rozmawiali, targowali się. A ona nagle pomyślała o swoim pokoju, o kubku kakao, o tacie czekającym na sygnał.
— Wiesz, Marku — powiedziała powoli — ja czasem narzekam, że mam dużo zabawek do sprzątania. A tu… wszystko jest takie inne. I… jakoś doceniam mój dom bardziej.
Marek zmrużył oczy.
— Doceniam, gdy mam chleb. Bo czasem go nie ma dużo.
Zosia spojrzała na jego okruszki w kieszeni i poczuła ciepło w środku.
— Jestem wdzięczna — powiedziała. — Za to, że mam co jeść. I za to, że mogę wrócić.
Bzyk-7 przytaknął.
— Wdzięczność to dobra kotwica. Trzyma cię w teraźniejszości, nawet gdy skaczesz w czasie.
Nagle z daleka dobiegł krzyk strażnika:
— Hej! Nie wspinać się na skrzynie!
Marek aż podskoczył.
— Ojej. To przez te schodki. Lepiej znikajcie, zanim zacznie zadawać pytania.
Zosia wstała szybko.
— Musimy wracać o umówionej porze. Zegarek ma zapiszczeć trzy razy.
Jak na zawołanie, zegarek na ręce Zosi zamrugał spokojnie. I zabrzmiało pierwsze „piip”.
— Raz — szepnęła Zosia.
Drugie „piip” było trochę głośniejsze.
— Dwa.
Zosia złapała Bzyka-7, a drugą ręką pomachała Markowi.
— Dziękuję! Nie zapomnę!
— Ja też ci dziękuję! — zawołał Marek. — Za to, że mówiłaś do sroki jak do kogoś ważnego. To było miłe.
Trzecie „piip” zabrzmiało jak mały dzwoneczek.
— Trzy! — powiedziała Zosia.
Świat znów stał się jasny jak bańka. Gwar forum odpłynął, jakby ktoś zamknął drzwi.
I już była w swoim pokoju. Na biurku stało pudełko po ciasteczkach. Za oknem padał deszcz. Tata patrzył na nią z uśmiechem, jakby minęła tylko chwila.
— Wróciłaś na czas — powiedział.
Zosia spojrzała na zegarek. Był na miejscu. Nie mrugał już tak dziko. Wyglądał spokojnie, jakby też był wdzięczny.
— Tato — powiedziała Zosia i przytuliła się do niego — ja… lubię mój dom. I moje zwykłe dni. I dziękuję, że mogłam zobaczyć tamten świat, ale wrócić tutaj.
Bzyk-7 usiadł na parapecie i zabrzęczał cicho.
— Misja zakończona. Bez strachu. Z nauką. I z wdzięcznością.
Zosia zaśmiała się.
— I ze sroką, co lubi błyskotki.
Tata pokiwał głową.
— Czasem nawet paradoksy mają dobre serce, jeśli się je rozwiąże spokojnie.
Zosia popatrzyła na swoje dłonie. Były te same, ale ona czuła się odrobinę większa w środku.
— Następnym razem — powiedziała — sprawdzę zegarek dwa razy.
— To bardzo analityczne — odparł tata.
Zosia uśmiechnęła się szeroko. A deszcz za oknem stukał miarowo, jak przyjazne tykanie czasu, który tym razem na pewno wiedział, gdzie jest jego miejsce.