Rozdział 1
Nad Neonowem wisiał wieczór jak świecąca peleryna: granatowy, obszyty reklamami, a w powietrzu pachniało deszczem i gorącym metalem z tramwajowych szyn. Miasto żyło głośno, lecz ktoś słyszał w nim więcej niż inni.
Asterion Piorunowy, dorosły superbohater o ostrych rysach i czarnych włosach przyprószonych srebrną smugą, stał na krawędzi dachu jak znak przestankowy dla burzy. Nosił płaszcz z inteligentnej tkaniny, która mieniła się jak rybia łuska, i pas pełen małych kapsuł — nie na broń, tylko na narzędzia. W jego oczach odbijały się światła miasta, ale też coś jeszcze: upór, który nie odpuszcza.
W uchu cicho cyknął komunikator.
— Asterion, mamy to — odezwał się spokojny, lekko żartobliwy głos Lili, jego technicznej partnerki. — Ktoś miesza w miejskiej sieci energetycznej. I nie chodzi o to, że ktoś włączył czajnik.
— Dobra wiadomość? — Asterion przysiadł i dotknął palcami krawędzi dachu. Tkanina rękawic rozjaśniła się, jakby witała się z betonem.
— Dobra: to da się naprawić. Zła: jeśli nie zareagujesz, za godzinę Neonowo będzie miało pokaz świateł… bez świateł.
Asterion uśmiechnął się krzywo.
— Czyli klasyk. Miasto krzyczy, a ja biegnę.
Pod nim, na ulicy, tłum przyspieszał kroki. Migające tablice reklamowe przygasły na moment, jakby ktoś mrugnął. Asterion poczuł w powietrzu niepokój — ten specyficzny, elektryczny, kiedy coś zaczyna się psuć.
— Lili, wskaż źródło.
— Strefa portowa, magazyny przy Kanale Szóstym. Ale… — zawahała się. — Czuję też coś na dachach. Jakby ktoś rozstawiał nadajniki.
— No to witaj, zagadko — mruknął Asterion. — Ruszam.
I skoczył. Nie w przepaść, tylko w ruch: jego płaszcz wypełnił się powietrzem, a buty z amortyzacją wysłały go nad ulicą w długim, pewnym locie. Neonowo było jego planszą, a on — figurą, która nie bała się trudnych ruchów.
Rozdział 2
Wiatr na górze miał własne zdanie. Na dachach wiał tak, jakby próbował zdmuchnąć z miasta wszystkie kłopoty naraz. Asterion biegł po mokrych płytach, a krople deszczu tańczyły na jego płaszczu, tworząc świetlne smugi.
— Masz przed sobą trzy budynki, na drugim coś błyska — prowadziła Lili. — I uważaj, bo wiatr jest dziś… no, obrażony.
— Wiatr nigdy nie jest obrażony — odpowiedział. — On po prostu ma charakter.
Przeskoczył na kolejny dach. Antena telewizyjna zadrżała jak struna. W oddali widać było port: dźwigi jak wielkie żelazne żyrafy, kontenery w równych rzędach, a między nimi — ciemność, która nie pasowała do Neonowa.
Na dachu naprzeciwko stał chłopak w kapturze, może piętnaście lat, ale zachowywał się jak ktoś, kto oglądał za dużo filmów o hakerach. Trzymał w rękach niewielkie urządzenie, a obok niego migał niewysoki słupek z diodami.
Asterion zatrzymał się kilka kroków dalej, tak, by nie wystraszyć go nagłym ruchem.
— Hej. To nie jest miejsce na wieczorne majsterkowanie.
Chłopak odwrócił się gwałtownie.
— Nie podchodź! To… to ważne!
— Widzę, że ważne. — Asterion mówił spokojnie, jak do kota na parapecie. — Tylko, wiesz, kiedy „ważne” dotyka miejskiej sieci, zwykle robi się „kłopotliwe”.
Chłopak zacisnął zęby.
— Oni mi kazali. Powiedzieli, że jak nie rozstawię tych nadajników, to… — urwał, bo wiatr zabrał resztę słów.
Asterion uniósł dłoń.
— Oddychaj. Jak masz na imię?
— Kacper.
— Kacper, ja jestem Asterion. Nie mam zwyczaju krzyczeć na ludzi na dachach. To męczy gardło i psuje atmosferę. — Wskazał urządzenie. — Kto to „oni”?
— Taka babka. Nazywa siebie… Panią Przerwą. — Kacper prychnął nerwowo. — Głupie, co?
— Zależy, co przerywa. — Asterion zmrużył oczy. — Jeśli prąd, to już mniej zabawne.
Kacper spuścił wzrok.
— Ona powiedziała, że miasto i tak marnuje energię, że ludzie są chciwi. A ja… ja chciałem tylko, żeby mama miała pracę. Obiecali jej stanowisko w porcie.
Asterion poczuł ukłucie w klatce piersiowej. Złość? Nie. Raczej ciężar odpowiedzialności, która nie była tylko jego, ale on i tak ją dźwigał.
— Słuchaj. Zrobimy tak: ty wyłączasz to urządzenie, a ja zajmę się Panią Przerwą. A twoja mama… — Asterion uśmiechnął się półgębkiem. — Znajdziemy jej pracę, która nie wymaga sabotażu na wysokości dziesięciu pięter.
Kacper zawahał się.
— A jeśli ona się dowie?
— To się dowie, że w Neonowie nie straszy się dzieciaków. — Głos Asteriona zabrzmiał jak dzwon, ale bez groźby. — I że zawsze jest inne wyjście.
Kacper drżącymi palcami nacisnął przycisk. Dioda zgasła. Wiatr jakby odetchnął.
— Dobrze. — Asterion skinął głową. — Teraz zejdź na klatkę schodową. Powoli. I nie próbuj być bohaterem, bo to moja praca.
— A ty? — Kacper podniósł wzrok.
— Ja? — Asterion mrugnął. — Ja mam pelerynę i dużo cierpliwości. To wystarczy.
Rozdział 3
W porcie było inaczej niż w centrum. Zamiast neonów — chłodne lampy sodowe. Zamiast muzyki z kawiarni — odgłos fal uderzających o beton i metaliczne skrzypienie dźwigów. Asterion zeskoczył na mokry asfalt między kontenerami, a jego buty wydały ciche „tup”, jakby nie chciały przeszkadzać nocnym pracownikom.
— Skanuję sygnał — powiedziała Lili. — Widzisz ten magazyn z zielonym numerem 6? Tam jest główna skrzynka.
— Widzę. I widzę też… coś, co nie powinno się ruszać. — Asterion wskazał głową na pnący się po ścianie przewód, który pulsował bladym światłem.
Nagle z ciemności wysunęła się postać. Kobieta wysoka i smukła, ubrana w płaszcz tak czarny, że wyglądał jak wycięty z nocy. Na twarzy miała maskę z białą linią przez środek, jak pęknięcie w porcelanie.
— Asterion Piorunowy — powiedziała, a jej głos był gładki jak szkło. — Zawsze w porę. To prawie… irytujące.
— Pani Przerwa? — Asterion rozłożył ręce. — Muszę przyznać, marketing ma pani świetny. Brakuje tylko ulotki: „Wyłączę wam światło, bo tak”.
Jej maska przechyliła się, jakby się uśmiechała.
— Ludzie w Neonowie nie doceniają energii. Nie rozumieją, że jest jak oddech. Dopiero gdy go zabraknie, robi się cicho. A w ciszy można… usłyszeć prawdę.
— Prawda jest taka, że szantażowanie dzieci to słaby plan. — Asterion zrobił krok do przodu. — I że miasto nie nauczy się wdzięczności, jeśli będzie potykać się o ciemność.
Pani Przerwa uniosła dłoń. W powietrzu zaiskrzyło. Lampy nad nimi przygasły, a potem zapaliły się znowu, mrugając jak przestraszone oczy.
— Nie walczę z tobą, Asterionie. Walczę z nawykiem marnowania. Z lenistwem.
— A ja walczę z brakiem odpowiedzialności — odparł. — Z tym, że ktoś myśli, iż ma prawo decydować za wszystkich.
Z boków magazynu rozbłysły niewielkie drony — kuliste, jak srebrne owoce. Zaczęły krążyć wokół Asteriona, brzęcząc. Nie atakowały ostrzami, tylko emitowały impulsy, które próbowały zakłócić jego sprzęt.
— Lili! — Asterion przyłożył palce do komunikatora.
— Już widzę. One zakłócają twoje pole stabilizacji! — krzyknęła. — Przełącz na tryb analogowy. Tak, jak uczyłam, kiedy narzekałeś, że to „staromodne”.
— Staromodne rzeczy mają charakter — mruknął, przestawiając przełącznik w pasie.
Drony zbliżyły się. Asterion nie uderzył ich pięścią; zamiast tego wysunął z kapsuły małą kulkę, rzucił ją na ziemię i huknęło… pianą. Gęsta, lepka piana wystrzeliła jak bita śmietana na zbyt ambitnym deserze, oblepiając drony.
— Serio? — Pani Przerwa cofnęła się o krok. — Piana?
— Nie doceniasz kuchni molekularnej — odparł Asterion. — Trzyma lepiej niż obietnice.
Drony opadły na ziemię, powoli cichnąc. Asterion ruszył w stronę skrzynki energetycznej, ale Pani Przerwa była szybsza. Dotknęła przewodu i światło w nim rozpaliło się mocniej, płynąc jak rzeka.
— Jeśli odetnę port — powiedziała — miasto zobaczy, jak wiele bierze za pewnik.
Asterion stanął między nią a skrzynką.
— A jeśli odetniesz port, w szpitalu zgaśnie część systemów. W domach starszych ludzi przestaną działać windy. W chłodniach w sklepie zepsuje się jedzenie. To nie „lekcja”. To problem.
Przez sekundę cisza była gęsta, jakby nawet fale się zatrzymały. Pani Przerwa zadrżała. Nie ze strachu, tylko z wahania.
— Ludzie się przyzwyczaili — szepnęła. — Nikt nie walczy o to, co ma.
— Walczy — odpowiedział Asterion. — Codziennie. Tylko nie zawsze w pelerynie. Czasem w fartuchu, czasem w autobusie, czasem… w ciszy. Ty też możesz walczyć. Tylko wybierz sposób, który nie krzywdzi.
Jej dłoń opadła. Ale wtedy z głębi magazynu dobiegł trzask: coś większego uruchomiło się automatycznie. Na ścianie rozbłysła siatka kabli, a w powietrzu pojawiła się ciemna poświata.
— To nie ja… — Pani Przerwa cofnęła się. — Zabezpieczenia! One są ustawione na autoprzerwę!
— Lili, co to? — Asterion napiął ramiona.
— Ktoś zbudował tutaj układ przeciążeniowy. Jeśli raz ruszy, zacznie „zjadać” energię jak wir — powiedziała szybko. — I rozlezie się po sieci.
Asterion spojrzał na Panią Przerwę.
— Widzisz? Kiedy bawi się w przerwy, przerwa potrafi ugryźć.
Nie czekał. Rzucił się do skrzynki, otworzył panel i zobaczył wirujące światło, jak miniaturową burzę w pudełku.
— Mam to zatrzymać ręcznie? — zapytał.
— Ręcznie, ale z głową! — Lili niemal krzyczała. — Musisz wprowadzić stabilizujący impuls. Taki, który nie spali ci rękawic. I nie ciebie.
Asterion zacisnął szczęki.
— No to czas na upór.
Rozdział 4
Wnętrze skrzynki brzęczało jak rój. Asterion wsunął dłonie w pole energetyczne, a inteligentna tkanina rękawic rozświetliła się, tworząc wzór przypominający mapę gwiazd. Czuł, jak impulsy próbują mu wyrwać koncentrację, jakby ktoś szeptał do ucha tysiąc naraz.
— Oddychaj — powiedział do siebie. — Jak bieg na długi dystans. Nie sprint.
Pani Przerwa stała obok, zaskakująco blada.
— Mogę… pomóc? — zapytała cicho.
Asterion nie odwrócił głowy.
— Jeśli chcesz naprawić, a nie przerywać, to tak. Podaj mi ten przewód z czerwonym oznaczeniem. Delikatnie.
Zrobiła to, ostrożnie, jakby trzymała w dłoniach coś żywego. Asterion podłączył przewód do stabilizatora w pasie. Wtedy wir w skrzynce przyspieszył, jakby poczuł wyzwanie.
— Lili, licz mi rytm — wyszeptał.
— Trzy… dwa… jeden… teraz! — odpowiedziała.
Asterion wypuścił impuls. Nie był jak błyskawica, raczej jak spokojna fala, która wygładza rozkołysaną wodę. Wir zawahał się, rozciągnął, jak guma, i… prychnął, gasnąc.
Lampy w porcie zapaliły się pewnie, bez mrugania. Gdzieś w oddali zatrąbił statek, jakby bił brawo.
Asterion odsunął dłonie. Rękawice parowały.
— Uff. — Spojrzał na Panią Przerwę. — To było blisko.
Ona zdjęła maskę. Jej twarz była zmęczona, ale młodsza, niż się wydawało. Miała krótkie włosy i oczy, w których siedziała zawziętość, tylko trochę zagubiona.
— Nazywam się Maja — powiedziała. — Myślałam, że robię coś… ważnego.
— Ważne nie zawsze znaczy dobre — odparł Asterion łagodniej. — Ale możesz to odkręcić. Zacznij od przeprosin. I od oddania się w ręce ludzi, którzy naprawiają rzeczy zgodnie z prawem, nie w kapturze.
Maja skinęła głową.
— A Kacper?
— Zajmę się nim. I jego mamą. — Asterion włączył komunikator. — Lili, wezwij ekipę miejską i straż portową. Bez dramatów. Powiedz, że sytuacja opanowana.
— Bez dramatów to ty masz? — Lili westchnęła. — Dobra, wysyłam.
Kiedy pierwszy samochód służb skręcił między kontenery, Asterion poczuł zmęczenie, ale też jasność. Nie wszystko poszło idealnie. Jednak miasto świeciło.
Wtedy z boku dobiegły dwa głosy, ostre jak nożyczki.
— To twoja wina! — krzyczał mężczyzna w odblaskowej kurtce.
— Moja? To ty kręciłeś przy skrzynce, bo „wiesz lepiej”! — odpowiadała kobieta z plakietką „logistyka”.
Kłócili się o to, kto nie dopilnował zabezpieczeń w magazynie. Obok stał zgarbiony Kacper, najwyraźniej przyprowadzony przez portowego strażnika. Patrzył w ziemię, jakby chciał się w nią wkręcić.
Asterion podszedł. Włożył dłonie do kieszeni płaszcza, żeby wyglądać mniej jak „superbohater”, a bardziej jak ktoś, kto przyszedł pogadać.
— Hej — powiedział głośno, ale spokojnie. — Zanim rozkręcicie tu konkurs na to, kto ma głośniejszy głos… zatrzymajmy się.
Dwójka spojrzała na niego, nadal nabuzowana.
— Pan jest kto? — fuknął mężczyzna.
— Ten, kto właśnie powstrzymał port przed wielką ciemnością. — Asterion wskazał na skrzynkę. — I ten, kto widzi, że teraz też robi się ciemno, tylko w rozmowie.
Kobieta skrzyżowała ręce.
— My mamy prawo być wściekli.
— Macie — przyznał. — Wściekłość to alarm. Ale alarm nie naprawia kabli. Ani relacji. — Spojrzał na nich uważnie. — Powiedzcie po jednym zdaniu: czego się boicie, jeśli przyznacie się do błędu?
Zapadła cisza. Kacper uniósł głowę.
Mężczyzna mruknął:
— Że mnie zwolnią.
Kobieta:
— Że nikt mi już nie zaufa.
Asterion kiwnął głową.
— Okej. To teraz: co się stanie, jeśli będziecie się kłócić dalej?
Oboje odpowiedzieli jednocześnie:
— Chaos.
— I wtedy zwolnią was oboje, a zaufanie spadnie do zera — podsumował Asterion. — Zróbcie inaczej. Zgłoście usterkę, opiszcie, co się stało, i zaproponujcie plan. Razem. To jest odpowiedzialność.
Kobieta wzięła oddech.
— Dobra… — powiedziała wolniej. — Może… może ja spisałam zły protokół.
Mężczyzna potarł kark.
— A ja go nie sprawdziłem.
Asterion spojrzał na Kacpra.
— A ty? Co zrobisz następnym razem, gdy ktoś będzie cię straszył „łatwą drogą”?
Kacper przełknął ślinę.
— Powiem „nie”. I… poszukam kogoś dorosłego. Albo zadzwonię na numer alarmowy. Albo… do Lili? — dodał nieśmiało.
— Do Lili nie, bo ma już dość moich dramatów — rzucił Asterion, a Lili w słuchawce westchnęła tak głośno, że prawie było ją słychać na żywo. — Ale tak, szukaj pomocy. To też jest odwaga.
Kłótnia zgasła, jak zgasł wir w skrzynce. Zamiast tego pojawił się plan i kilka niepewnych, ale prawdziwych „przepraszam”.
Rozdział 5
Noc powoli odpuszczała, jakby ktoś odkręcał korek od ciemności. Asterion wracał przez miasto na dachy, bo tam myślało mu się najlepiej. Wiatr znów smagał budynki, ale już nie był „obrażony” — raczej rześki, jak poranna woda.
Na jednym z najwyższych dachów Neonowa znalazł miejsce, gdzie kiedyś stał stary billboard. Teraz była tam tylko metalowa rama i pustka, przez którą widać było rzekę świateł ulic.
— Lili — odezwał się, siadając na krawędzi, bezpiecznie, z nogami po stronie dachu. — Dzięki.
— To ja dziękuję, że tym razem nie zrobiliśmy „bum” — odpowiedziała. — Maja zostaje przekazana do programu naprawczego. I wiesz co? W porcie mają wakat. Legalny. Dla mamy Kacpra.
Asterion parsknął.
— Czyli czasem świat ratuje się nie tylko skokami, ale i papierologią.
— Największy supermocny wróg: formularz — zażartowała Lili.
Asterion popatrzył na miasto. W oknach paliły się światła, tramwaje sunęły jak świetlne węże, a na placu poniżej ktoś rozstawiał stragany na poranny targ. Neonowo oddychało.
Zszedł z dachu na niższy taras i ruszył w stronę parku, gdzie lubił kończyć noce. Tam, między drzewami, stał stary fragment alei, trochę zapomniany. Kiedyś była tu ławka, na której Asterion — jeszcze zanim został Asterionem — siedział po ciężkich dniach, obiecując sobie, że się nie podda.
Teraz przez chwilę przestraszył się, że ławka zniknęła. Ale gdy minął krzak bzu, zobaczył ją: odnowioną, z nowymi deskami, a na oparciu małą tabliczką: „Dla tych, którzy próbują jeszcze raz”.
Asterion usiadł. Drewno było ciepłe od pierwszych promieni słońca.
— Patrz, Lili — powiedział cicho. — Ławka wróciła.
— Może nigdy nie zniknęła — odparła. — Może tylko czekała, aż ktoś ją zauważy.
Asterion oparł łokcie na kolanach. Z kieszeni wyjął małą kapsułę i położył obok na ławce — zwykłą, metalową, jakich setki miał w pasie. Tym razem nie była narzędziem do walki, tylko przypomnieniem: nawet jeśli coś się psuje, można to naprawić. Czasem od razu, czasem po wielu próbach.
Wstał, przeciągnął ramiona i spojrzał na Neonowo.
— Dobra. — Uśmiechnął się. — Jeszcze raz. Zawsze jeszcze raz.
I ruszył przed siebie, zostawiając za plecami ławkę odnalezioną jak obietnicę, że wytrwałość ma swoje miejsce w każdym mieście.