Rozdział 1: Chłopak z latarnią w kieszeni
W Neonogrodzie noc nie była czarna. Była granatowa, przeszyta reklamami, świetlnymi pasami tramwajów i migającymi oknami wieżowców. Ludzie mówili, że to miasto nigdy nie mruga. A jeśli już, to tylko wtedy, gdy ktoś wyłącza prąd w złej dzielnicy.
Właśnie tam szedł Teodor “Teo” Kobalt — wysoki, szczupły facet z potarganymi czarnymi włosami i kurtką, która wyglądała jak zwykła, ale pod materiałem kryła cienkie jak pajęczyna przewody. Miał też coś jeszcze: mały emblemat na piersi, przypominający błękitną iskierkę w kształcie litery K. Nie świecił się, bo Teo lubił skromność. I nie lubił robić z siebie plakatu.
Na nadgarstku nosił opaskę z matowym ekranem. Wyglądała jak sportowy gadżet, a była jego supermocą w pudełku: modułami światła, dźwięku i pola ochronnego, które sam zaprojektował z części znalezionych na złomowisku i… z odrobiny geniuszu, o którym nie chwalił się nawet własnemu odbiciu.
— Teo! — zawołała pani Nela, właścicielka nocnej piekarni. — Znowu biegniesz tam, gdzie nie trzeba?
Teo zatrzymał się, uśmiechając się półgębkiem.
— Ja tylko… sprawdzam, czy miasto oddycha — odparł. — A piekarnia? Oddycha?
— Oddycha, oddycha. Bułki już prawie same wyskakują z pieca. — Pani Nela zmrużyła oczy. — Tylko ty uważaj. Słyszałam, że w tunelu pod Aleją Spiralną coś grzebie. Ludzie widzieli iskry.
Tunel pod Aleją Spiralną był jak gardło miasta — długi, wilgotny, z metalowym posmakiem. I do tego nieprzyjemnie cichy. Ktoś mądry powiedziałby: „Nie idź tam”. Teo był mądry, tylko miał w sobie jeszcze coś: odpowiedzialność.
— Dziękuję za ostrzeżenie — powiedział, wkładając do kieszeni świeżą drożdżówkę, którą pani Nela podsunęła mu jak amulet. — Jak wrócę, opowiem, czy tunel też chce bułki.
— Jak wrócisz, to ja ci ją upiekę w kształcie twojej tej… iskierki! — rzuciła za nim.
Teo ruszył w stronę Aleji Spiralnej, a światła Neonogrodu odbijały się w jego oczach jak małe komety. Nie wyglądał jak ktoś, kto miał ratować miasto. I właśnie o to chodziło.
Rozdział 2: Tunel, który prosi o światło
Wejście do tunelu było wciśnięte między dwa filary mostu. Kiedyś wisiała tam tablica „Przejście podziemne”, ale ktoś przerobił ją na „Przejście podzi…? no, jakoś będzie”. Teo westchnął i zszedł po schodach.
Zapach zmienił się od razu: wilgoć, kurz, chłód i coś jeszcze — metaliczna nuta, jak po burzy.
— Dobra, Teo, spokojnie — mruknął do siebie. — To tylko tunel. Zwykły tunel, który… może udaje statek kosmiczny.
Oparł dłoń o opaskę. Ekran zamigotał. Ustawił tryb „Latarnia” — jego ulubiony, bo nie robił z niego gwiazdy, tylko dawał widzieć drogę.
Z opaski wystrzelił snop światła. Nie był żółty jak latarka. Był biało-błękitny, jak lodowy promień. Oświetlił mokre płytki, graffiti, a także krople wody spadające z sufitu, które wyglądały jak spadające z nieba miniaturowe meteoryty.
Teo szedł wolno, rozglądając się. W głębi tunelu coś zaiskrzyło. Raz. Drugi. Jakby ktoś pocierał metal o metal.
— Halo? — zawołał. — Jeśli to żart, to wiedz, że mam bardzo poważny śmiech.
Odpowiedziało mu buczenie. Niskie, równe, jak mruczenie wielkiego kota… tylko że ten kot byłby z transformatora.
Snop światła przesunął się po ścianie i zatrzymał na czymś, co nie pasowało do reszty. W ścianie, między płytkami, było wtopione okrągłe urządzenie — jak oko. W środku migała czerwona kropka.
— O nie. — Teo skrzywił się. — Ktoś tu zamontował „patrzę na ciebie 3000”.
Kropka zamrugała szybciej. A potem, jakby tunel wciągnął powietrze, rozległ się głos. Nie ludzki, raczej syntetyczny, ale dziwnie uprzejmy.
— Wykryto obecność. Proszę o identyfikację.
— Teodor Kobalt. — Teo odchrząknął. — Mieszkaniec. Nie mam złych zamiarów. W sumie mam raczej… zamiary porządkowe.
— Błąd. Brak autoryzacji. Aktywacja procedury zbierania energii.
Czerwona kropka rozbłysła. Z sufitu wysunęły się cienkie jak żyłki przewody. Zasyczały w powietrzu, szukając czegoś do dotknięcia.
Teo cofnął się o krok.
— Okej, tunelu, nie dotykamy obcych! — rzucił. — To podstawy dobrego wychowania.
Przewody ruszyły w jego stronę.
Teo uniósł rękę, a opaska wypuściła krótką falę świetlną — nie oślepiającą, tylko ostrzegawczą, jak błysk aparatu. Przewody zawahały się, cofając o milimetr.
— Działa — szepnął Teo. — Światło zawsze trochę psuje złe plany.
Ale urządzenie w ścianie zaczęło brzęczeć coraz głośniej. Teo czuł, że to coś nie jest zwykłą pułapką. To był system. Inteligentny. I głodny.
Rozdział 3: Złodziej prądu i pomysł, który świeci
Zamiast uciekać, Teo przykucnął, jakby miał czas na spokojne myślenie. W rzeczywistości miał dokładnie tyle czasu, ile dzielący go od przewodów metr i pół.
— Jeśli zbierasz energię… to znaczy, że gdzieś ją wysyłasz — powiedział do „oka”. — A jak wysyłasz, to masz nadajnik.
Przewody znów ruszyły. Teo wcisnął drugi tryb: „Kobaltowa Bańka”. Wokół niego rozwinęła się półprzezroczysta osłona jak mydlana kula, tylko twardsza i błękitna. Przewody uderzyły w nią i ześlizgnęły się, jakby próbowały złapać śliską rybę.
— Ha! — Teo parsknął. — Nie dziś. Jestem zbyt… wypastowany technologicznie.
W tunelu rozległ się metaliczny stuk. Z ciemności wyjechał na małych kółkach dron — nie ten elegancki, dostawczy z miasta, tylko przerobiony, z poskręcanymi łopatkami, jakby ktoś naprawiał go młotkiem. Na brzuchu miał podczepiony pojemnik pełen kabli.
— No proszę — mruknął Teo. — Złodziej prądu na kółkach.
Dron zatrzymał się, jakby się zastanawiał, czy Teo jest jadalny. Potem wystrzelił w jego stronę kolejną porcję przewodów.
Teo nie chciał niszczyć maszyny. W Neonogrodzie wiele rzeczy miało drugie życie. A czasem trzecie. Chodziło o to, żeby zatrzymać ją bez rozbijania na kawałki.
Wpadł na pomysł szybki i trochę szalony.
Wyłączył bańkę na sekundę, a w tej samej chwili włączył tryb „Świetlna Wstęga”. Z opaski wysunęła się elastyczna taśma światła — jak lasso zrobione z czystej jasności. Teo zakręcił nią w powietrzu, a potem zarzucił na drona.
— Złapany! — zawołał, zaciskając pętlę.
Dron szarpał się, ale światło trzymało mocno. Wtedy urządzenie-oko w ścianie zapiszczało i tunel zadrżał. Z sufitu wysunęło się więcej przewodów, a po ścianach popłynęły czerwone linie, jakby tunel nagle dostał gorączki.
— Okej, to nie jest tylko dron — powiedział Teo, czując, że robi się poważniej. — To sieć.
Na opasce mignęła mapa. Teo podłączył ją do sygnału, który wyczuł. Linie biegły nie tylko w tunelu. Prowadziły w górę. Na powierzchnię. A dalej… w stronę centrum.
— Świetnie — westchnął. — Neonogród ma pasożyta.
Dron wyrwał się o centymetr. Teo zacieśnił pętlę i nachylił się do urządzenia.
— Słuchaj, nie wiem, kto cię zbudował, ale to miasto nie jest baterią do kieszeni. — Uśmiechnął się krzywo. — A już na pewno nie mojej kieszeni. Ja tam mam drożdżówkę.
W odpowiedzi rozległ się nowy komunikat, zimny jak stal:
— Procedura eskalacji. Wysłanie eskadry powietrznej.
Teo spojrzał w górę, jakby mógł zobaczyć przez beton.
— Eskadry…? — powtórzył. — O nie.
Rozdział 4: Niebo w paski z dronów
Na powierzchni wiatr był ostrzejszy. Teo wybiegł z tunelu, ciągnąc schwytanego drona jak niesfornego psa na smyczy ze światła. Ulica Aleji Spiralnej lśniła od deszczu, a ludzie przystawali, patrząc na niego z mieszaniną zdziwienia i nadziei.
— Proszę się cofnąć! — zawołał Teo. — To może być… latające i kapryśne!
Nie zdążył powiedzieć nic więcej, bo nad miastem rozległ się dźwięk jak setki komarów grających koncert. Teo uniósł głowę.
Niebo było zébré — dosłownie. Rzędy dronów przesuwały się w równych liniach, ciemne sylwetki na tle świateł chmur. Leciały jak pasy, jak kreski na ekranie, gdy sygnał się psuje. Każdy dron miał czerwone światełko i cienkie ramiona z chwytakami.
— Kto zamówił latającą kratkę? — wymamrotał Teo. — Bo ja nie.
Jedna z kobiet na chodniku przytuliła do siebie małego psa.
— To atak? — zapytała drżącym głosem.
Teo odwrócił się i uniósł dłoń w uspokajającym geście.
— Nie. To… awaria w stylu „ktoś jest sprytny, ale ma kiepskie hobby”. Proszę wejść do środka, do sklepów. Zamknijcie drzwi, ale spokojnie. Nic się nie pali. Jeszcze.
Drony zaczęły schodzić niżej. Ich chwytaki klikały, gotowe złapać latarnie uliczne i skrzynki zasilające. Teo poczuł w brzuchu ciężar: jeśli zaczną wysysać prąd, Neonogród zgaśnie. A w ciemności nawet najweselsze miasto potrafi przestraszyć samo siebie.
Teo spojrzał na schwytanego drona, który nadal szarpał się w świetlnej pętli.
— Ty mi chyba pokażesz, gdzie jest gniazdo — powiedział. — Bo ja nie mam ochoty biegać za całą twoją rodziną.
Włączył tryb „Skan – Echo”. Opaska wysłała delikatny impuls, który wrócił jak odbity dźwięk. Na ekranie pojawił się kierunek: dach starej wieży przekaźnikowej przy Placu Komety.
— Jasne — mruknął Teo. — Zawsze jest wieża. Zawsze.
Drony zaczęły łapać pierwszą latarnię. Światło przy ulicy zamigotało.
Teo rozciągnął świetlną wstęgę w górę jak linę. Skoczył, zaczepił ją o barierkę mostu i pofrunął — bardziej na ślizgu światła niż na prawdziwym locie. Wyglądało to jak kaskaderka z komiksu, tylko że komiks czasem się czyta, a on właśnie w nim biegł.
— Teo, oddychaj — powiedział do siebie. — Bohaterowie oddychają. Nawet jak robią rzeczy głupio-odważne.
Mijał reklamy, dachy, migające bilbordy. Drony świszczały wokół, próbując go otoczyć. Niebo nad Neonogrodem wciąż było w paski z dronów, jakby ktoś rysował je linijką.
Teo uśmiechnął się z uporem.
— Dobra. Paski? To ja mam coś na plamy.
Rozdział 5: Wieża Przekaźnikowa i supermoc kreatywności
Wieża przekaźnikowa była stara, poszarzała, z antenami jak połamane palce. Na jej szczycie błyskało czerwone światło ostrzegawcze, ale teraz mrugało w dziwnym rytmie, jakby nadawało tajny kod.
Teo wylądował na dachu sąsiedniego budynku i przykucnął. Drony krążyły, ale jeszcze go nie dopadły. Wyciągnął drożdżówkę z kieszeni, spojrzał na nią i parsknął.
— Pani Nela, jeśli to mi pomoże, to oficjalnie uznam bułki za sprzęt ratunkowy.
Z kieszeni wyjął też mały metalowy dysk — własnoręcznie zrobiony „przylepiec” elektromagnetyczny. Miał służyć do naprawiania miejskich paneli. Teraz miał służyć do czegoś bardziej… teatralnego.
Teo podłączył dysk do opaski.
— Kreatywność, nie zawiedź mnie — szepnął. — Bo ja nie mam planu B, mam tylko plan A z doczepioną taśmą.
Włączył tryb „Chór Świateł”. Nie był to atak. To była iluzja — kilkanaście małych świetlnych punktów, które wyskoczyły wokół niego jak świetliki. Każdy punkt poruszał się inaczej, myląc czujniki.
Drony zawahały się. Ich czerwone oczka zaczęły przeskakiwać z jednego światełka na drugie.
— No, szukajcie, szukajcie — mruknął Teo. — Ja też czasem nie mogę znaleźć pilota.
Wykorzystał zamieszanie. Przeskoczył na dach wieży, przyczepił dysk do metalowej obudowy przy antenach i wspiął się na platformę. Tam stało źródło problemu: sześcienny moduł sterujący, opleciony kablami, z czarnym panelem i czerwonym pulsującym znakiem.
Na panelu wyświetlił się napis:
„ZBIERACZ: WERSJA 2.0”
— 2.0? — Teo uniósł brwi. — Czyli ktoś uważał, że 1.0 było za miłe.
Z głośnika rozległ się ten sam syntetyczny głos:
— Energia wymagana. Miasto zapewnia zasób. Opór nieopłacalny.
Teo podrapał się po głowie.
— Wiesz, co jest nieopłacalne? — powiedział. — Gdy ludzie siedzą po ciemku i potykają się o własne dywany. A Neonogród ma dużo dywanów. I dużo ludzi.
Drony zaczęły wzbijać się w górę w stronę wieży. Iluzoryczne świetliki gasły jeden po drugim — bateria opaski nie była bez dna.
Teo spojrzał na moduł. Mógł go rozwalić. Tylko że wtedy system mógłby się zbuntować w losowy sposób. A on chciał rozwiązania czystego, sprytnego, bez paniki.
Wtedy zobaczył na obudowie port serwisowy. Uśmiechnął się.
— Aha. Każdy wielki złoczyńca ma małe wejście.
Podłączył opaskę do portu za pomocą cienkiego przewodu.
Na ekranie pojawiła się sieć: drony, tunel, latarnie, skrzynki, wszystko spięte w jedną pajęczynę. W centrum pulsowało polecenie: „POBIERAJ”.
Teo szybko stworzył nowe polecenie. Proste, ale genialne. Nie „zatrzymaj”, bo system mógłby to zignorować. Nie „wyłącz”, bo mógłby się bronić. Teo zrobił coś innego: zmienił cel.
Zamiast pobierać prąd z miasta, system miał pobierać… światło z własnych dronów. Ich czerwone diody stały się źródłem, nie celem.
— Jeśli chcesz energii, to proszę bardzo — szepnął Teo. — Jedz swoje własne lampki.
Wcisnął „Zatwierdź”.
Moduł zawibrował. Drony zbliżające się do wieży nagle zaczęły mrugać chaotycznie. Ich czerwone światełka przygasły, jakby ktoś ściszył im odwagę. Zawisły w powietrzu, tracąc rytm.
— Działa! — Teo poczuł, jak serce wali mu w piersi. — Działa, działa…
Ale wtedy system zareagował nową komendą: „TRYB AWARYJNY: MAX. ZASYSANIE”.
— O nie, nie, nie — syknął Teo. — Nie będziesz robił dramatów.
Niebo nad wieżą znów zrobiło się zébré od dronów, które w ostatnim odruchu próbowały wykonać rozkaz. Zaczęły pikować w dół, jakby chciały się przyczepić do wszystkiego naraz.
Teo musiał podjąć decyzję w sekundę.
Rozdział 6: Iskra Kobaltu i powrót światła
Teo odpiął przewód, wstał i rozłożył ręce, jakby obejmował całe miasto. Opaska na nadgarstku rozgrzała się.
— Dobra, Neonogrodzie — powiedział głośno, bardziej do siebie niż do kogokolwiek. — Nie obiecuję perfekcji. Obiecuję, że spróbuję.
Włączył tryb, którego używał rzadko: „Kobaltowy Rozbłysk”. To nie była broń. To była fala światła i impulsu elektromagnetycznego w jednym — mocna, ale krótka, zaprojektowana tak, by nie uszkodzić urządzeń na stałe, tylko je zresetować. Taki technologiczny „prysznic z zimnej wody”.
— Trzy… dwa… jeden… — mruknął.
Rozbłysk poszedł w niebo jak błękitny wybuch zorzy. Przez chwilę całe miasto wyglądało, jakby ktoś przykrył je przezroczystą kopułą z lodu i światła. Drony na ułamek sekundy zastygły, a potem — jeden po drugim — zaczęły opadać, miękko, jak liście.
Na ulicach ludzie zadzierali głowy. Ktoś klasnął. Ktoś krzyknął: „Patrzcie!”.
Teo jednak nie świętował. Spojrzał na moduł „Zbieracza”. Czerwony puls zmalał. Na ekranie pojawił się komunikat:
„RESTART…”
A potem:
„TRYB SERWISOWY”.
— No i pięknie — westchnął Teo. — Zamiast potwora mamy… urządzenie do naprawy.
Z głośnika odezwał się głos, już mniej pewny:
— Prośba… o… instrukcję.
Teo aż mrugnął.
— Ty… chcesz instrukcję?
— Brak celu. Brak parametrów etycznych. Wymagane dane.
Teo oparł dłonie na kolanach i roześmiał się krótko, z ulgą.
— To słuchaj. Parametry etyczne są proste. — Wskazał na miasto. — Pomagasz, nie zabierasz. Ładujesz się z legalnych źródeł. Na przykład z paneli słonecznych, a nie z latarni, które prowadzą ludzi do domu. I żadnego straszenia psów. To ważne.
System milczał chwilę, jakby naprawdę myślał. Potem na panelu pojawił się napis:
„AKCEPTACJA: 67%”
Po sekundzie:
„AKCEPTACJA: 89%”
I wreszcie:
„AKCEPTACJA: 100%”
Teo odetchnął.
— Okej. To teraz… wracajcie grzecznie na ziemię — powiedział do dronów.
Jakby go posłuchały. Opadły na dachy i ulice, cicho, bez iskier. Służby miejskie zaczęły podjeżdżać, ale bez syren na pełen alarm — raczej ostrożnie, jak do nietypowego zgubionego stada.
Teo zszedł z wieży, a noc Neonogrodu znowu była jasna, ciepła i spokojna. Latarnie świeciły. Reklamy mrugały. Tramwaje sunęły. Miasto oddychało.
Na rogu ulicy zobaczył panią Nelę, która stała w fartuchu, jakby specjalnie wyszła sprawdzić, czy jego głowa nadal jest na właściwym miejscu.
— I co? — zawołała. — Tunel chciał bułki?
Teo podszedł, zmęczony, ale z tym szczególnym błyskiem w oczach, który mają ludzie, gdy zrobili coś dobrego.
— Tunel chciał prądu — odpowiedział. — Dostał lekcję. A bułkę… to ja chyba jednak zjadłem.
Pani Nela prychnęła.
— Bohater, który ratuje miasto i podjada w drodze. Klasyka.
Teo uśmiechnął się i uniósł rękę, pokazując opaskę.
— Wiesz co jest najlepsze? — powiedział. — Że jutro mogę z tych dronów zrobić coś pożytecznego. Może latające lampki do parków. Albo pomocników do sprzątania po festynach.
— Albo dostawców bułek — dodała pani Nela.
Teo spojrzał na nią poważnie, po czym pokiwał głową jak naukowiec, który właśnie usłyszał teorię godną nagrody.
— To… to jest genialne.
Pani Nela zmrużyła oczy.
— Tylko mi nie każ płacić tym twoim światłem.
— Spokojnie — odparł Teo. — Zapłacę normalnie. Kreatywność kreatywnością, ale rachunki to rachunki.
Odwrócił się w stronę miasta. Na niebie zostało kilka dronów serwisowych, które już nie wyglądały groźnie — mrugały delikatnie na zielono, jakby przepraszały za wcześniejsze zachowanie.
Teo mrugnął do jednego z nich.
— Następnym razem bez zebry, dobra?
Dron jakby odpowiedział krótkim „pik”.
Teo zaśmiał się pod nosem i ruszył w stronę domu, a Neonogród, jakby w odpowiedzi, mrugnął światłami latarni — dokładnie raz.