Trwa ładowanie...
Opowieści o superbohaterach 11-12 lat Czytanie 16 min.

Przeskok i szept, który uciszał miasto

W futurystycznej Nowej Woli Przeskok, mężczyzna potrafiący „słyszeć” prąd, stara się powstrzymać tajemniczą Szept wywołującą awarie w terminalu lotniczym i przywrócić spokój, ucząc ludzi słuchać i oddychać.

Pobierz tę opowieść w formacie PDF

Idealne do dzielenia się lub drukowania tej opowieści!

Pobierz e-booka (.epub)

Przeczytaj tę opowieść na swoim czytniku e-booków.

Mężczyzna, bohater zwany Przeskok, spokojny i zdeterminowany, w ciemnoszarym kostiumie z jasnoniebieskimi liniami, trzyma błyszczący okrągły dysk i dotyka palcem skrzynki elektrycznej, pochłaniając miniaturowe iskry; młoda kobieta Szept (ok. 20–25 lat) w kapturze, z małym metalowym plecakiem i wielką czarną wtyczką, stoi obok i waha się, czy odłączyć wtyczkę; chłopiec Olek (ok. 8–9 lat) przy barierce liczy na głos, by uspokoić tłum; komendantka Krawiec (ok. 40 lat) w oficjalnej kurtce obserwuje i nadzoruje; miejsce: duży wewnętrzny terminal lotniczy ze szklanym dachem, doniczkowymi palmami, wyłączonymi tablicami i metalowymi barierkami; sytuacja: bohater przywraca oświetlenie i głos terminalu, Szept się waha, Olek uspokaja, komendantka nadzoruje; paleta: głębokie błękity i metaliczne szarości z jasnoniebieskimi akcentami, drobne żółto-białe iskry, ciepłe światło na twarzach; styl: czyste linie, miękkie proporcje, wyraziste lecz łagodne mimiki, kompozycja skupiona na bohaterze i skrzynce. zgłoś problem z tym obrazem

Rozdział 1: Człowiek, który słyszał prąd

Neonowe wieżowce Nowej Woli błyszczały jak mokre szkło po deszczu. Nad ulicami płynęły reklamy-hologramy: uśmiechnięte roboty, napoje o smaku „kosmicznej truskawki”, zaproszenia do lotów w chmury. Miasto brzmiało jak orkiestra: szum magnetycznych tramwajów, piknięcia sygnalizacji, ciche pomruki dronów dostawczych.

W samym środku tego dźwiękowego oceanu stał on — Kordian Prądowład, znany w mieście jako Przeskok. Dorosły, wysoki mężczyzna o spokojnych oczach, które wyglądały, jakby zawsze miały w zapasie plan B. Nosił kombinezon grafitowy z jasnoniebieskimi liniami, które świeciły, kiedy korzystał z mocy. Na jego rękawach widać było drobne, metaliczne „łuski” przewodzące panele, które zbierały energię z otoczenia. Zamiast peleryny miał krótką kurtkę z wysokim kołnierzem, bo peleryny w Nowej Woli lubiły wplątywać się w drzwi.

Przeskok nie był bohaterem, który krzyczał i machał pięściami. On słuchał. Dosłownie. Słyszał prąd: przeciążone transformatory brzmiały dla niego jak zbyt głośny bęben, a spokojne linie energetyczne mruczały jak zadowolone koty.

Tego popołudnia jego bransoleta komunikacyjna zapiszczała.

— Przeskok, mamy kłopot — odezwała się komendantka Straży Miejskiej, pani Krawiec. — Ktoś wywołuje awarie w całej dzielnicy lotniskowej. Ludzie panikują. A… mamy dziś tłum w terminalu.

Przeskok spojrzał w stronę nieba. Nad horyzontem sunęły aerolinie — długie, srebrne statki powietrzne, które startowały pionowo i znikały w błękitnej mgiełce, zostawiając za sobą ciche, świetlne smugi.

— W drodze — odpowiedział spokojnie. — I proszę, niech nikt nie krzyczy przez megafony. Krzyk robi z paniki sport.

Kiedy ruszył, jego stopy dotknęły chodnika tylko na moment. Zrobił „przeskok” — krótkie, kontrolowane przemieszczenie po łuku energii, jakby miasto na chwilę stało się planszą, a on pionkiem, który zna skróty.

Rozdział 2: Terminal, który zatrzymał oddech

Gare d'aérolignes — tak wszyscy mówili na dworzec aerolinii, choć w Nowej Woli mieszały się języki jak kolory w kalejdoskopie. Terminal „Chmuroport Północ” był ogromny: szklany dach, pod nim palmy w donicach i tablice odlotów, które zmieniały się szybciej niż nastroje w szkolnej klasie.

Tłum falował. Jedni ściskali bilety, inni walizki, a dzieci z okrągłymi oczami patrzyły na sufit, jakby zaraz miał spaść. Nad wejściem migały światła alarmowe. Gdzieś w oddali zgasł na chwilę pas startowy i zapalił się z powrotem, jakby ktoś bawił się przełącznikiem.

Przeskok wszedł spokojnym krokiem, choć w środku czuł napięcie — jakby ktoś naciągnął strunę w całym budynku.

— Proszę się cofnąć! — krzyknął ochroniarz, ale jego głos utonął w gwarze.

Przeskok podniósł dłoń. Na palcach zabłysły błękitne iskry, nie groźne — raczej jak świetliki.

— Hej, Nowa Wolo — powiedział głośno, ale ciepło. — Zróbmy prostą rzecz: oddychamy. Wdech jak przed nurkowaniem… i wydech, jakbyście zdmuchiwali świeczkę na torcie.

Kilka osób spojrzało na niego z niedowierzaniem. Ktoś parsknął śmiechem, bo „superbohater od świeczek” brzmiał absurdalnie. Ale śmiech był jak igła, która przebija balon paniki.

— Panie, a co, jeśli to atak? — zapytała kobieta z plecakiem większym od niej.

— Jeśli to atak, to tym bardziej opłaca się myśleć — odparł Przeskok. — Panika jest jak poślizg na lodzie: im bardziej machasz rękami, tym szybciej lecisz.

Zbliżył się do grupy dzieci przy barierce. Najmłodszy chłopak trzymał się kurczowo poręczy.

— Jak masz na imię? — zapytał Przeskok.

— Olek — pisnął.

— Olek, potrzebuję supermocy. Twojej. Umiesz liczyć do czterech?

— Umiem.

— To licz głośno wdechy dla całej hali. Ja będę… przewodem.

Olek przełknął ślinę, ale skinął głową.

— Jeden… dwa… trzy… cztery… — zaczął, a obok niego inne dziecko dołączyło.

Fala oddechów rozlała się po terminalu. Ludzie słuchali. A słuchanie było tu kluczem — słuchanie chłopca, siebie nawzajem, a nie własnego strachu.

Przeskok wsłuchał się w budynek. Wśród zwykłych dźwięków usłyszał coś obcego: wysoki, szklisty pisk w instalacji, jakby prąd był cięty nożem.

— Ktoś wpiął się w sieć — mruknął. — I robi z niej instrument.

Rozdział 3: Złodziejka ciszy i jej wtyczka do burzy

W korytarzu technicznym, za drzwiami oznaczonymi „Tylko personel”, było chłodno i pachniało ozonem. Przeskok przesunął palcem po zamku. Zamiast wyważać, „przeskoczył” mikroskopijnym skokiem: po prostu znalazł się po drugiej stronie, jakby drzwi uznały, że nie warto dyskutować.

Za panelami serwisowymi migotały przewody. A między nimi — ktoś w płaszczu z materiału, który pochłaniał światło. Postać była smukła, a na jej plecach widniał plecak z metalicznymi cewkami. Z plecaka wychodziła gruba, czarna wtyczka wpięta w główną skrzynkę.

— No proszę — odezwał się Przeskok. — Ktoś tu podłącza się bez pytania. W Nowej Woli mamy na to słowo: brak kultury.

Postać odwróciła się. Z kaptura wysunęła się twarz młodej kobiety o oczach błyszczących jak polerowany grafit.

— Kultura? — prychnęła. — Kiedy miasto zabiera prąd z mojej dzielnicy, to jest kultura?

— A kiedy ty zabierasz spokój tysiącom ludzi, to co to jest? — odpowiedział spokojnie.

Kobieta uśmiechnęła się krzywo.

— Nazywają mnie Szept. Bo robię, żeby wszystko milkło. Alarmy. Silniki. Światła. Tylko… czasem milkną nie te rzeczy, co trzeba.

Jakby na potwierdzenie, tablica obok zamrugała. W górze terminalu rozległ się niepokojący dźwięk: kolejny system próbował się zrestartować.

— Szept, odłącz to — powiedział Przeskok. — I pogadamy. Naprawdę pogadamy. Ty mówisz, ja słucham. Tylko najpierw bezpieczeństwo.

— Nie lubię bohaterów — syknęła. — Zawsze mówią „bezpieczeństwo”, a potem ktoś i tak zostaje w ciemności.

Szept przekręciła pokrętło na plecaku. Prąd zapiszczał jak rozwścieczony komar. Iskry poleciały wzdłuż kabli, a w korytarzu zgasły lampy. Zrobiło się niemal czarno — tylko linie na kombinezonie Przeskoku rozświetliły mrok.

— Okej — westchnął. — Wersja bez rozmowy.

Przeskok uniósł dłonie i zaczął „czytać” napięcie. W jego głowie dźwięki zamieniły się w mapę: gdzie prąd płynie równo, gdzie się dławi, gdzie ktoś go skręca jak wąż ogrodowy.

Szept ruszyła pierwsza. Jej plecak wyrzucił falę zakłóceń: drobne, niemal niewidzialne impulsy, które gasiły czujniki.

— Ochrona nie zobaczy nas na kamerach — rzuciła z triumfem.

— To dobrze — odparł Przeskok. — Bo nie muszę wyglądać fotogenicznie, kiedy się potykam.

Zrobił przeskok w bok. Impuls minął go o włos i uderzył w metalowy stelaż. Stelaż zadrżał i na chwilę „umilkł” — nawet echo zniknęło, jakby ktoś wyciszył świat.

Przeskok poczuł ukłucie niepokoju.

— Szept… twoje urządzenie wycina nie tylko prąd. Ono tnie… łączność. Dźwięk. Systemy awaryjne.

— Bo miasto nie słuchało, to je uciszę — powiedziała ostro.

— A jeśli ktoś na pasie startowym nie usłyszy sygnału? — Przeskok nie podniósł głosu, ale jego słowa były twardsze. — Jeśli pilot dostanie ciszę zamiast instrukcji?

Szept zawahała się, jakby na sekundę zobaczyła w wyobraźni coś, czego nie chciała.

— To nie moja sprawa… Ja tylko chcę, żeby ktoś wreszcie poczuł, jak to jest.

— Ja czuję — powiedział Przeskok. — I właśnie dlatego cię zatrzymam. Ale nie po to, żeby cię zgnieść. Po to, żebyś nie zgnietła innych.

Rozdział 4: Przeskok przez panikę

Nagle posadzka pod ich stopami zadrżała. Z głośników w terminalu popłynął urwany komunikat, po czym wszystko zamilkło. Nawet szum wentylacji. Ta cisza była nienaturalna, gęsta jak koc.

A potem — krzyk z głównej hali. Ktoś zauważył, że tablica odlotów zgasła. Ktoś inny zobaczył migające światła pasa. Panika wracała jak fala.

Przeskok spojrzał w stronę drzwi prowadzących do terminalu. Nie mógł być wszędzie naraz… chyba że użyje tego, co potrafi najlepiej: przepuści energię przez siebie jak przez most.

— Szept, słuchaj mnie! — zawołał. — Jeśli zostawisz tę wtyczkę wpiętą, systemy bezpieczeństwa padną. To nie będzie „lekcja”, tylko katastrofa.

— Nie mów mi, co będzie — burknęła, ale jej ręka drgnęła w stronę plecaka.

Przeskok podjął decyzję. Wyciągnął z kieszeni mały, okrągły dysk — własnej roboty kondensator, z wyrytym na brzegu napisem: „Nie panikuj. Ładuj się.” Kiedyś dała mu go dziewczynka z warsztatów technicznych, żartując, że to „amulet na stres”.

Przyłożył dysk do skrzynki i pozwolił, by energia z zakłóceń wpadła do niego jak do słoika.

— Jeśli już chcesz uciszać, to ucisz to — mruknął.

Dysk zajaśniał. Cewki na plecaku Szept zaskrzeczały, bo nagle ich „paliwo” zaczęło znikać.

Szept syknęła i rzuciła się, by wyrwać dysk.

— Oddaj!

Przeskok zrobił przeskok… ale nie w bok. W górę. Wylądował na metalowej belce pod sufitem korytarza, trzymając dysk jak gorący naleśnik.

— Spokojnie! — zawołał. — Wiem, że to brzmi dziwnie, ale teraz muszę zrobić coś jeszcze dziwniejszego: pobiegnę uspokoić ludzi, a ty w tym czasie… masz szansę posłuchać.

— Posłuchać czego? — prychnęła, ale jej głos już nie był pewny.

— Siebie — odpowiedział. — I tego, co się dzieje na zewnątrz. Cisza nie zawsze jest rozwiązaniem. Czasem jest tylko ucieczką.

Zanim Szept zdążyła odpowiedzieć, Przeskok „wskoczył” w sieć energetyczną terminalu. Nie dosłownie, oczywiście — nie zamienił się w kabel. Ale jego zmysł prądu pozwolił mu znaleźć najkrótszą drogę: seria przeskoków przez punkty zasilania, jak po kamieniach na rzece.

Wypadł w głównej hali tuż obok punktu informacji. Tłum był na granicy wrzawy. Olek nadal stał na barierce, blady, ale dzielny. Liczył, choć głos mu się łamał.

— …trzy… cztery…

Przeskok stanął na podwyższeniu.

— Olek, jesteś moim kapitanem oddechu! — zawołał. — A reszta załogi? Słuchamy kapitana!

Kilka osób uśmiechnęło się mimo strachu. Ktoś mruknął:

— Kapitan oddechu… dobre.

Przeskok podniósł ręce, a linie na kombinezonie rozbłysły. Delikatnie podłączył się do awaryjnego zasilania, nie po to, by zrobić fajerwerki, tylko by przywrócić rytm: światła awaryjne przestały migać, tylko świeciły stałym, spokojnym blaskiem.

— Nie ma pożaru. Nie ma uderzenia. Systemy wariują przez sabotaż, ale sytuacja jest pod kontrolą — mówił wyraźnie. — Proszę usiąść na podłodze przy swoich bagażach, zrobić miejsce przejściom i… słuchać obsługi. Oni wiedzą, co robią. Ja też, ale nie znam rozkładu lotów, a nie chcę was wysłać do Zimowej Bazy zamiast do babci.

Ktoś się zaśmiał. Ktoś inny powtórzył:

— Nie wysyłajcie mnie do Zimowej Bazy!

Właśnie o to chodziło. Humor, jak mały wkręt, dokręcał spokój.

Przeskok nachylił się do mikrofonu.

— A jeśli ktoś obok was wygląda na przestraszonego, to… zapytajcie: „Chcesz policzyć ze mną do czterech?” To działa lepiej niż udawanie, że strachu nie ma.

Tłum zaczął siadać. Oddechy wyrównały się. Panika cofnęła się, nie zniknęła całkiem, ale przestała rządzić.

Rozdział 5: Rozmowa wśród kabli

Przeskok wrócił do korytarza technicznego, prowadząc dwójkę techników. Teraz, gdy ludzie byli spokojniejsi, można było działać bez pośpiechu.

Szept stała przy skrzynce, z rękami opuszczonymi. Wtyczka wciąż była wpięta, ale plecak nie buczał już triumfalnie — raczej sapał, jakby zmęczony.

— Nie uciekłaś — zauważył Przeskok.

— Miałam… — zaczęła, po czym urwała. — Ale wtedy usłyszałam.

— Co?

Szept spojrzała w bok.

— Ten chłopak. Liczył. I ludzie… naprawdę go słuchali.

Przeskok skinął głową.

— Słuchanie nie jest słabością. To supermoc, tylko bez błysków.

— A mi nikt nie słucha — wyszeptała. — Mówiłam w urzędzie o wyłączanych wieczorami latarniach u nas. O szkołach, gdzie komputery gasną w połowie lekcji. Zawsze: „proszę czekać, procedury, budżet”.

— Rozumiem — powiedział Przeskok i to nie było puste słowo. — Ale kiedy robisz krzyk w kablach, ci na górze słyszą tylko alarm. Nie słyszą ciebie.

Technik chrząknął, jakby chciał powiedzieć „skuwajcie ją już”, ale Przeskok uniósł dłoń.

— Daj mi minutę — poprosił.

Przeskok podszedł bliżej Szept, ale zostawił jej przestrzeń, jak się zostawia komuś miejsce do oddychania.

— Zrobimy tak. Odłączysz urządzenie. Pomożesz nam cofnąć szkody. A potem pójdziesz ze mną do komendantki Krawiec. Nie jako trofeum. Jako świadek. Opowiesz jej to samo, co mnie. Ja dopilnuję, żeby cię wysłuchano.

Szept zmrużyła oczy.

— A jeśli mnie zamkną?

— Jeśli złamałaś prawo, poniesiesz konsekwencje — odpowiedział uczciwie. — Ale konsekwencje nie muszą oznaczać, że nikt nie spróbuje naprawić twojej sytuacji. Odpowiedzialność działa w dwie strony.

Przez moment w korytarzu słychać było tylko cichy trzask przewodów. Potem Szept powoli sięgnęła do wtyczki.

— Boję się — przyznała.

— Ja też czasem — odparł Przeskok. — Tylko nie pozwalam, żeby strach prowadził.

Szept odłączyła wtyczkę. Cisza, którą wcześniej wycinała świat, zniknęła jak mgła. Wentylacja znowu zaszumiała, a w oddali odezwał się komunikat: spokojny, wyraźny.

Technicy zaczęli pracować, a Przeskok wyciągnął dysk-kondensator. Był ciepły, ale stabilny.

— Zawsze chciałem mieć gadżet, który mówi „nie panikuj” i naprawdę działa — mruknął. — Tylko szkoda, że nie działa na kota, kiedy widzi ogórek.

Szept, mimo wszystko, parsknęła krótkim śmiechem. To był mały dźwięk, ale brzmiał jak krok w dobrą stronę.

Rozdział 6: Światła miasta i czysty horyzont

Wieczorem Chmuroport Północ działał już normalnie. Tablice odlotów mrugały równo, a aerolinie startowały jedna po drugiej, jak srebrne ryby wyskakujące z oceanu powietrza.

Przeskok stał na tarasie widokowym terminalu. Obok niego komendantka Krawiec rozmawiała z Szept — tym razem nie tonem „przestępca”, tylko tonem „człowiek”. W pobliżu stał też Olek z mamą. Chłopak udawał, że ogląda samoloty, ale co chwilę zerkał na Przeskoka.

Przeskok podszedł do niego.

— Kapitanie oddechu.

Olek wyprostował się, jakby naprawdę dostał stopień.

— Udało się?

— Tak. I to też dzięki tobie — powiedział Przeskok. — Wiesz, czasem bohaterstwo to nie skok przez ścianę, tylko spokojne „raz, dwa, trzy, cztery”.

Olek uśmiechnął się szeroko.

— To ja mogę być… no… pomocnikiem?

— Możesz być kim chcesz — odparł Przeskok. — Ale pamiętaj o jednej zasadzie: najpierw słuchasz. Potem działasz.

Na płycie lotniska zapaliły się światła pasa — długie, równe linie. Aerolinia uniosła się pionowo, bez szarpnięć, i ruszyła w stronę ciemniejącego nieba. Jej ślad był jasny, prosty.

Przeskok spojrzał na miasto. Nowa Wola świeciła, ale nie migotała nerwowo — bardziej jak spokojny, wielki organizm. Gdzieś daleko widać było dzielnice, które potrzebowały napraw i uwagi. Wiedział, że to nie koniec roboty. Ale dziś udało się ochronić ludzi, uspokoić tłum i zamiast ciszy pełnej strachu wybrać rozmowę.

Na krawędzi nieba rysował się wyraźny, czysty horyzont — linia, która wyglądała jak obietnica: że jutro też da się znaleźć drogę, jeśli tylko będzie się słuchać i działać odpowiedzialnie.

Bez reklam 3€ na miesiąc

Czy pragną Państwo nieprzerwanej lektury? Wesprzyjcie Oh My Tales, usuńcie wszystkie reklamy i korzystajcie z innych wliczonych korzyści już od 3€ miesięcznie.

Zobacz plany i ceny
Udostępnij

zgłoś problem z tą opowieścią

Co sądziliście o tej opowieści?

Podaj swoją opinię, przyznając ocenę tej opowieści w zależności od tego, co Ty i/lub Twoje dziecko o niej myśleliście. Z góry dziękujemy!

Dziękuję! Twój głos został uwzględniony!

Quiz: czy dobrze zrozumiałeś opowieść?

Neonowe wieżowce
Bardzo wysokie budynki świecące jasnymi, kolorowymi światłami nocą.
Hologramy
Obraz przypominający trójwymiarową projekcję, widoczny w powietrzu.
Przeciążone transformatory
Urządzenia elektryczne, które mają za dużo prądu i mogą się przegrzać.
Przewodzące panele
Płaskie elementy, które pozwalają prądowi płynąć przez siebie.
Aerolinie
Firmy obsługujące duże samoloty lub statki powietrzne w mieście.
Kalejdoskopie
Przedmiot lub obraz, w którym kolory i kształty mieszają się i zmieniają.
Ozonem
Zapach powietrza po burzy lub przy maszynach elektrycznych, ostry i świeży.
Cewkami
Metalowe lub druciane części w urządzeniach elektrycznych, tworzą obwody.
Kondensator
Małe urządzenie, które przechowuje energię elektryczną na krótki czas.
Zakłóceń
Sygnały lub drgania, które przeszkadzają w normalnym działaniu urządzeń.
Sabotaż
Celowe działanie, które psuje urządzenia lub systemy innych ludzi.
Procedury
Ustalone kroki lub zasady, które mówią, co robić w danej sytuacji.
Konsekwencje
Skutki lub rezultaty działań, jakie ktoś musi ponieść później.

Stwórz magiczną i unikalną opowieść dla swojego dziecka!

Stwórz spersonalizowaną przygodę w zaledwie kilka minut, w której twoje dziecko staje się bohaterem. Z naszym ekskluzywnym narzędziem to łatwe, darmowe i zabawne!

Stworzyć opowieść

Pobierz tę opowieść:

Pobierz tę opowieść w formacie PDF Pobierz e-booka (.epub)

Otrzymuj nowe opowieści w każdą niedzielę wieczorem!

Otrzymaj 7 ekscytujących i fascynujących opowieści, dostosowanych do wieku i gustów Twojego dziecka, każdej niedzieli o 17:00*. To jest darmowe i gwarantowane bez spamu!
*E-mail wysyłany o 17:00 czasu środkowoeuropejskiego (CET).
Nie lubimy też spamu. Dlatego nie będziemy wysyłać Ci nic poza opowieściami. Będziesz mógł się wypisać, kiedy tylko zechcesz.