Trwa ładowanie...
Opowieść o komiksowych superbohaterach 11-12 lat Czytanie 16 min.

Błyskawiczny Dzięk i kapitan Przeciąg: misja spokój

Młody bohater Wiktor, zwany Błyskawicznym Dziękiem, próbuje opanować nieprzewidywalną moc, żeby uratować bąbelkowe napoje i poradzić sobie z Kapitanem Przeciągiem, ucząc się przy tym uprzejmości i spokoju.

Pobierz tę opowieść w formacie PDF

Idealne do dzielenia się lub drukowania tej opowieści!

Pobierz e-booka (.epub)

Przeczytaj tę opowieść na swoim czytniku e-booków.

Młody dorosły mężczyzna o okrągłej twarzy, krótkich brązowych włosach, lekkiej opasce na oczach i lekko pogniecionej czerwonej pelerynie, skoncentrowany i spokojny, dłonie wyciągnięte przed siebie delikatnie prowadzą karton napojów gazowanych ku ziemi; wokół jego dłoni widoczne niebieskie, przezroczyste fale świetlne. Starsza kobieta około 70 lat, włosy w siwym kok, sukienka w kwiaty, stoi na balkonie za nim z założonymi ramionami, surowe lecz czułe spojrzenie, obok wiszący lampion. Kurier około 30 lat w pomarańczowym stroju i kasku stoi na chodniku z podniesionymi rękami w geście ulgi, patrzy na balkon. Wąsaty mężczyzna w ciemnym ubraniu (antagonista) na małej hulajnodze elektrycznej na rogu trzyma wielki dmuchawę ogrodową z napisem „MEGA PODMUCH 3000”, z teatralnym, zaskoczonym wyrazem twarzy; wiatr pokazany jako białe wstęgi wiejące w stronę balkonu. Gołąb na balustradzie, nastroszone pióra, krytyczne spojrzenie jak brygadzista. Miejsce: szeroki balkon nowoczesnego budynku z kremowymi płytkami i metalową balustradą, przy niej czerwony lampion, poniżej brukowana ulica z szyldami i małą grupą stylizowanych przechodniów, kolorowe kamienice i jasnoniebieskie niebo. Główna scena: komiczno-napięta chwila, gdy bohater spokojnie kontroluje bańkę energii, by powoli opuścić syczący karton z napisem „BĄBELKOWE NAPOJE — NIE WSTRZĄSAĆ”, podczas gdy złoczyńca dmucha podmuchy, a postaci drugoplanowe obserwują; żywa, kontrastowa paleta, płaskie cienie i grube kontury, kompozycja skupiona na kartonie i dłoniach bohatera. zgłoś problem z tym obrazem

Rozdział 1: Balkon szeroki jak pas startowy

Wiktor „Błyskawiczny Dzięk” stał na szerokim balkonie tak wielkim, że spokojnie można by na nim rozegrać mecz koszykówki, a po przerwie jeszcze urządzić piknik i nie wpaść na doniczki. Z dołu dochodził szum miasta: tramwaje dzwoniły jakby ćwiczyły na ksylofonie, a sygnalizacje świetlne mrugały w rytmie, który Wiktor uznałby za całkiem taneczny, gdyby nie to, że był… trochę zestresowany.

— Dobra, Wiktor. Spokojnie. Masz moc. Masz pelerynę. Masz też… — spojrzał na swoje rękawice, z których co chwilę strzelały małe iskierki — masz problem z precyzją.

Iskierka trafiła w metalową poręcz. Poręcz zapiszczała, jakby ktoś ją połaskotał, i wygięła się w elegancki łuk.

— Przepraszam — mruknął Wiktor do poręczy, bo miał wrażenie, że tak wypada.

Na balustradzie siedział gołąb, który wyglądał, jakby był kierownikiem budowy i właśnie oceniał jakość wykonania. Gołąb przechylił głowę.

— Tak, wiem — powiedział Wiktor do ptaka. — Nie gap się. Ćwiczę.

Wiktor miał supermoc: potrafił wywołać falę energii, która pchała rzeczy, przyspieszała je albo unosiła. Problem polegał na tym, że jego fala miała humory. Czasem była delikatna jak podmuch wiatru, a czasem jak wiatr w tunelu aerodynamicznym, tylko bez ostrzeżenia.

Tego dnia miał szczególną misję: uratować miasto przed… no właśnie. Jeszcze nie wiedział przed czym. Ale na pewno coś się wydarzy, bo w Mieście Słonecznego Węzła zawsze działo się coś, co zaczynało się niewinnie, a kończyło tym, że ktoś dzwonił po straż, a ktoś inny gubił kanapkę.

Wiktor wziął głęboki oddech.

— Błyskawiczny Dzięk w gotowości — powiedział do siebie. — Tylko… muszę nauczyć się mówić „dziękuję”, jak bohater. Bo ostatnio… no, ostatnio powiedziałem „spoko” pani, która podała mi apteczkę, i chyba poczuła się, jakbym ją poczęstował zimną zupą.

Z wnętrza mieszkania, do którego należał ten balkon, dobiegł głos jego sąsiadki, pani Niny, która była emerytowaną nauczycielką i miała w oczach ten błysk: „widzę wszystko”.

— Wiktor! — zawołała. — Znowu stoisz na moim balkonie?

— To jest balkon wspólnoty! — odkrzyknął.

— Wspólnoty, ale ja go myję! I proszę, nie wyginaj poręczy. To nie harmonijka!

— Przepraszam! — wypalił odruchowo Wiktor.

I wtedy… wreszcie, prawdziwy alarm: z ulicy dobiegł krzyk.

— Ratunku! Uwaga! O NIE!

Wiktor wychylił się przez balustradę. Na chodniku stał dostawca z wózkiem, a na wózku wieża kartonów chwiała się jak galareta na talerzu w tramwaju. Na samej górze balansowało pudełko z wielkim napisem: „BĄBELKOWE NAPOJE — NIE WSTRZĄSAĆ”.

— To brzmi jak wyzwanie — mruknął Wiktor.

Rozdział 2: Fala, która nie zna słowa „delikatnie”

Wiktor zsunął się z balkonu w sposób, który w jego głowie wyglądał elegancko: heroiczny skok, miękkie lądowanie, ukłon do widowni. W rzeczywistości zahaczył peleryną o suszarkę pani Niny, a potem przez sekundę wyglądał jak wielki nietoperz walczący z mokrym ręcznikiem.

— Nie teraz! — syknął do ręcznika, jakby ręcznik był podejrzanym.

W końcu wylądował na chodniku. Dostawca patrzył na niego z nadzieją i paniką jednocześnie.

— Pan… pan jest tym… błyskawicznym…?

— Jestem — Wiktor przybrał minę „spokojny profesjonalista”, choć w środku brzmiało mu: „Tylko nie zrób z napojów fontanny”.

Wieża kartonów przechyliła się bardziej. Jeden karton już zsuwał się w dół jak saneczkarz na stoku.

— Okej. Delikatna fala. Tylko odrobina — powiedział Wiktor do swoich dłoni. — Taka… „muśnięcie”.

Wypuścił energię.

Muśnięcie okazało się „muśnięciem huraganu”. Kartony nie tyle zatrzymały się, co… zmieniły plany życiowe. Wieża wystrzeliła w górę jak konfetti na weselu, a pudełko „NIE WSTRZĄSAĆ” wykonało kilka piruetów.

— O nie, o nie, o nie! — jęknął dostawca.

Wiktor machnął rękami.

— Spokojnie! Złapię!

Problem: kartony zaczęły spadać na różne strony. Jeden wylądował na ławce, drugi na znaku „Zakaz parkowania”, trzeci… poszybował w stronę szerokiego balkonu.

Wiktor pobiegł, a jego buty z antypoślizgową podeszwą zapiszczały tak, jakby zagrały solo na saksofonie.

— Proszę, proszę, proszę… — mamrotał.

Wyskoczył i przyciągnął falą energii karton z napojami do siebie. Karton posłusznie poleciał… prosto w jego klatkę piersiową.

— Uff! — Wiktor zatoczył się i przytulił karton jak pluszowego misia. — Mam cię.

Z kartonu dobiegło złowieszcze: „psssss…”.

— O, nie. Nie.

Napoje zaczęły syczeć, jakby cały karton miał nagle własne zdanie na temat fizyki. Wiktor, nie myśląc, wystrzelił falę energii w górę, żeby „odciążyć” pudełko.

Efekt: karton uniósł się… i zawisł pod sufitem balkonu pani Niny, tuż obok jej lampionów. Z dołu wyglądało to, jakby ktoś zawiesił bąbelkową bombę na dekoracyjnym haku.

Pani Nina wyszła na balkon i zobaczyła wiszący karton.

— Wiktorze… — powiedziała tak spokojnie, że to było gorsze niż krzyk. — Czy ty właśnie przyczepiłeś mi do sufitu… napoje?

— To… tymczasowe! — zawołał Wiktor. — Zaraz zdejmę!

Dostawca podbiegł, trzymając się za głowę.

— One są bardzo… bąbelkowe. Jak pękną, to będzie… no, będzie mokro.

— Okej — Wiktor przełknął ślinę. — Plan. Bez paniki. Tylko precyzja.

Precyzja spojrzała na niego z daleka, pomachała i poszła w przeciwną stronę.

Rozdział 3: Złoczyńca z wiatrakiem i dramatyczną peleryną

Nagle na ulicy rozległ się dźwięk: „WUUUUUM”. Z rogu wyjechał elektryczny skuter, a na nim ktoś w czarnym płaszczu, z ogromnymi okularami i… z wiatrakiem ogrodowym pod pachą.

Tak, wiatrakiem. Takim na patyku, tylko większym i z przyklejoną naklejką: „MEGA PODMUCH 3000”.

— Mieszkańcy! — zawołał nieznajomy teatralnym głosem. — Nadchodzi era przewiewu! Jestem Kapitan Przeciąg!

Wiktor mrugnął.

— Kapitan… czego?

Kapitan Przeciąg zatrzymał skuter, wbił wiatrak w ziemię (co było ciekawe, bo ziemi tam nie było, tylko kostka brukowa), a wiatrak… zaczął się kręcić. Najwyraźniej miał własny napęd i bardzo ambitne plany.

— Dziś zrobię w tej dzielnicy taki przeciąg, że wszystkim spadną czapki! — ogłosił złoczyńca. — A może i… rachunki ze stołu!

— To jest… dość specyficzne zło — szepnął dostawca.

— Każdy ma hobby — odparł Wiktor i wystąpił naprzód. — Kapitanie Przeciąg! Przestań!

Kapitan Przeciąg wskazał na balkon.

— Widzę, że masz już swój własny problem: bąbelkową chmurę! Wspaniale! Przeciąg zrobi resztę!

Wiatrak zawył i puścił podmuch w stronę balkonu. Karton z napojami zakołysał się groźnie.

— Nie! — Wiktor podskoczył. — To nie jest część show!

Wiktor podniósł ręce i spróbował stworzyć tarczę energii, taką miękką, jak poduszka. Wyszło coś w rodzaju galaretowatej ściany, która na chwilę zatrzymała wiatr, po czym… zaczęła falować jak dżem na talerzu.

— Ha! — roześmiał się Kapitan Przeciąg. — Twoja moc jest jak parasol zrobiony z naleśnika!

— Naleśniki są super! — odkrzyknął Wiktor, bo to była prawda i czuł potrzebę obrony naleśników. — Ale teraz… skupienie.

Pani Nina stała w drzwiach balkonowych z rękami założonymi na piersi.

— Jeśli to ma się skończyć wodospadem z napojów, to ja proszę o smak malinowy. Przynajmniej ładnie pachnie.

Wiktor poczuł, że serce mu wali, ale równocześnie coś w nim się uspokoiło. To nie był czas na wielkie gesty. To był czas na małe, odważne kroki.

— Dobrze — powiedział. — Zrobię to spokojnie. I… dziękuję, pani Nino, za… cierpliwość.

Pani Nina uniosła brwi.

— O. To nowe.

— Próbuję — Wiktor uśmiechnął się krzywo.

Kapitan Przeciąg dmuchnął mocniej. Karton zakołysał się jeszcze bardziej, jakby tańczył niechciany taniec.

— Mam pomysł! — krzyknął dostawca. — Może… przywiązać?

— Do czego? — Wiktor rozejrzał się i zobaczył na balkonie zwinięty sznurek do prania. — O! Sznurek!

— To mój sznurek — zaznaczyła pani Nina.

— Oddam! Dziękuję! — Wiktor powiedział to szybko, ale wyraźnie, jakby ćwiczył wymowę nowego zaklęcia.

Rozdział 4: Operacja „Sznurek” i gołąb konsultant

Wiktor wyskoczył na balkon, a szeroka przestrzeń dała mu chwilową ulgę. Tu przynajmniej mógł się poruszać bez potrącania wszystkiego… o ile nie liczyć lampionów, doniczek i dumy pani Niny.

Gołąb-kierownik budowy wciąż siedział na balustradzie.

— Ty, ekspert — powiedział Wiktor. — Jak to zrobić, żeby nie chlupnęło?

Gołąb zamrugał, po czym zrobił krok w bok, jakby mówił: „To twoja robota, człowieku”.

Wiktor podpełzł pod wiszący karton. Syczenie było głośniejsze.

— Okej. Najpierw sznurek. Potem delikatna fala. Potem dziękuję. Nie, chwila. Dziękuję można wcześniej. Dziękuję zawsze można wcześniej.

Złapał sznurek i spróbował zarzucić pętlę na karton. Pętla poleciała… i zawisła na lampionie.

— Nie. Nie ty — szepnął do lampionu.

Druga próba: pętla trafiła idealnie… w róg kartonu. Wiktor zamarł, bo karton drgnął.

— Spokojnie — powiedział do kartonu, jakby to było przestraszone zwierzę. — Nic ci nie zrobię. Tylko zejdziesz na dół. Elegancko. Jak winda.

Na ulicy Kapitan Przeciąg kręcił wiatrakiem jak dyrygent.

— Więcej wiatru! Więcej dramatu! — wołał.

Wiktor poczuł podmuch, ale tym razem nie spanikował. Zamiast tego uklęknął, oparł łokcie o kolana i oddychał równo.

— Cichy oddech. Cichy ruch. Cicha odwaga — mruknął.

Zrobił małą falę energii. Naprawdę małą. Taką, jakby dmuchnął na piórko.

Karton poruszył się o centymetr w dół.

— Działa! — szepnął Wiktor.

Pani Nina pojawiła się obok z miną człowieka, który nie wierzy, ale chce wierzyć.

— Wiktorze, jeśli to uratuje mój sufit, to… — zawahała się. — To ja ci nawet zrobię herbatę.

— Dziękuję! — odpowiedział Wiktor automatycznie, a potem dodał: — Serio. Dziękuję.

Karton zszedł kolejne dwa centymetry. Sznurek naprężył się. Wiktor lekko pociągnął, karton zniżył się jeszcze.

Gołąb przestąpił z nogi na nogę, jakby odliczał.

Nagle wiatrak Kapitana Przeciąg zawył głośniej, a podmuch uderzył w karton z boku. Karton zawirował, sznurek zapiszczał, a syczenie zabrzmiało jak śmiech bąbelków.

— Nie teraz! — Wiktor zacisnął zęby i… zamiast wystrzelić wielką falę, zrobił coś trudniejszego: powolutku, drobniutko skorygował kierunek energii, jakby przesuwał pionek po planszy.

Karton przestał się kręcić.

— Ha! — Wiktor wypuścił powietrze. — Mam cię.

Z ulicy dobiegł okrzyk Kapitana Przeciąg:

— Co?! On… on robi to spokojnie?! To nie fair! Superbohater ma być dramatyczny!

— Dramat zostaw do teatru! — odkrzyknęła pani Nina, sama zaskoczona własną odwagą.

Rozdział 5: Pojedynek na uprzejmość i podmuchy

Wiktor zsunął karton na balkon. Udało się. Karton stał teraz na płytkach, a bąbelki syczały już ciszej, jakby były obrażone, że nie będzie fontanny.

Dostawca podbiegł pod balkon i uniósł kciuk.

— Panie Błyskawiczny… jak pan to zrobił?!

Wiktor uśmiechnął się.

— Małymi krokami. I… dzięki, że nie uciekłeś.

Dostawca aż się wyprostował.

— O! Dziękuję. To miłe.

Kapitan Przeciąg nie wyglądał na zadowolonego. Wskoczył na skuter i podjechał bliżej.

— Skoro nie udało się bąbelkami, to przynajmniej zrobię wam fryzury na jeża! — krzyknął, ustawiając wiatrak w stronę balkonu.

Wiktor stanął na środku szerokiego balkonu. Miał przestrzeń. Miał cel. I miał w głowie jedno zdanie: „Courage, ale bez szaleństwa”.

— Kapitanie Przeciąg! — zawołał. — To, co robisz, jest… głupie. Ale wiesz co? Dziękuję.

Kapitan Przeciąg aż się zachwiał.

— Dzię… co?

— Dziękuję, bo przez ciebie nauczyłem się panować nad mocą — powiedział Wiktor. — I proszę, przestań dmuchać w ludzi. Nie każdy chce wyglądać jak dmuchany lizak.

— Ja… ja miałem plan! — Kapitan Przeciąg zmarszczył brwi. — Miałem dramat! Miałem przeciąg!

— Możesz mieć wentylator w domu — zaproponował Wiktor. — I… jeśli chcesz, pomogę ci go ustawić, żeby nie przewracał doniczek. Spokojnie.

Kapitan Przeciąg na chwilę zamilkł. W tym momencie jego wiatrak, jakby znudzony, zaczął się obracać wolniej. Może nawet on miał dość.

Wiktor podszedł do krawędzi balkonu i skierował energię w dół, precyzyjnie, cicho, jakby gładził powietrze. Fala objęła wiatrak i… delikatnie przycisnęła go do ziemi, unieruchamiając łopatki.

Wiatrak zatrzymał się z żalem.

Kapitan Przeciąg otworzył usta, ale nie wyszedł z nich żaden dramatyczny okrzyk. Tylko krótkie:

— O.

— I co teraz? — zapytał dostawca z dołu.

Wiktor wzruszył ramionami.

— Teraz… spokojnie kończymy przygodę. Bez pościgu przez pół miasta. Bez wybuchów. Bez latania w reklamę kebaba.

Pani Nina klasnęła raz, krótko.

— O, proszę. To był prawie profesjonalizm.

— Dziękuję — powiedział Wiktor i tym razem zabrzmiało to tak, jakby wreszcie wiedział, co robi.

Kapitan Przeciąg spuścił ramiona.

— Ja tylko chciałem, żeby ludzie poczuli… powiew emocji.

— Emocje mogą być ciche — odparł Wiktor. — Czasem najodważniej jest nie robić wielkiego zamieszania.

Kapitan Przeciąg popatrzył na uwięziony wiatrak, potem na Wiktora, potem na panią Ninę, która patrzyła jak sędzia od spraw porządkowych.

— To ja… przepraszam? — bąknął.

— O, to też nowe — mruknęła pani Nina. — Dobrze. Przyjmuję.

Rozdział 6: Papierowy puchar dla Błyskawicznego Dzięka

Kiedy straż miejska zabrała Kapitana Przeciąg (bez kajdanek, bo obiecał, że „będzie dmuchał tylko na zupę”), dostawca w końcu wniósł karton na balkon.

— Muszę to chwilę tu zostawić — powiedział. — Winda mi padła. A schody… no, schody są jak test charakteru.

— Zostaw — zgodziła się pani Nina. — Tylko niech nie syczy na moje lampiony.

Dostawca spojrzał na Wiktora.

— Panie… Błyskawiczny Dzięk, tak?

— Tak — Wiktor poprawił pelerynę, która po drodze zahaczyła o klamkę i teraz wyglądała jak po bójce z firanką.

Dostawca wyciągnął z kieszeni coś złożonego. Rozłożył to na dłoni: mały puchar z papieru, zrobiony chyba z paragonu i kawałka taśmy. Na boku był narysowany piorun i napis: „ZA SPOKÓJ”.

— Zrobiłem, jak pan… znaczy… jak ty ratowałeś karton. Z papieru, bo nic innego nie mam — powiedział dostawca. — To taki… trofeum. Dla bohatera, co nie robi kaboom.

Wiktor wziął puchar bardzo ostrożnie, jakby to było coś cenniejszego niż złoto.

— Dziękuję — powiedział cicho. — Naprawdę. To najlepszy puchar.

Pani Nina podeszła, spojrzała na papierowy puchar i pokiwała głową.

— No dobrze. Za to… — zawahała się, jakby walczyła ze swoim wewnętrznym regulaminem — dziękuję, Wiktorze. Mój balkon jeszcze stoi. A poręcz… — spojrzała na wygięty łuk — no cóż. Będę udawać, że to design.

Wiktor roześmiał się, a śmiech zabrzmiał lekko, jakby ktoś otworzył okno w dusznym pokoju.

— Pani Nino… dziękuję za balkon. I za herbatę, jeśli dalej aktualna.

— Aktualna — odparła, już miękcej. — Ale najpierw zdejmij pelerynę z suszarki. Bo wygląda, jakby była w areszcie.

Gołąb na balustradzie zakrakał, jakby zatwierdzał werdykt.

Wiktor spojrzał na papierowy puchar. Był krzywy, trochę pognieciony, ale stał dumnie na jego dłoni.

— Cichy oddech. Cicha odwaga. I głośne „dziękuję” — podsumował Wiktor.

A potem, na szerokim balkonie, w środku nowoczesnego miasta, wśród lampionów, bąbelkowego kartonu i jednej kapryśnej peleryny, poczuł, że naprawdę jest bohaterem. Nie dlatego, że miał wielką moc. Tylko dlatego, że nauczył się używać jej spokojnie — i pamiętał, żeby być wdzięcznym.

Bez reklam 3€ na miesiąc

Czy pragną Państwo nieprzerwanej lektury? Wesprzyjcie Oh My Tales, usuńcie wszystkie reklamy i korzystajcie z innych wliczonych korzyści już od 3€ miesięcznie.

Zobacz plany i ceny
Udostępnij

zgłoś problem z tą opowieścią

Co sądziliście o tej opowieści?

Podaj swoją opinię, przyznając ocenę tej opowieści w zależności od tego, co Ty i/lub Twoje dziecko o niej myśleliście. Z góry dziękujemy!

Dziękuję! Twój głos został uwzględniony!

Quiz: czy dobrze zrozumiałeś opowieść?

Poręcz
Metalowy lub drewniany pręt przy balkonie, za który można się trzymać.
Precyzja
Robienie czegoś bardzo dokładnie i ostrożnie, bez błędów.
Muśnięcie
Bardzo delikatny ruch, jak lekki dotyk powietrza.
Galaretowatej
Coś miękkiego i klejącego, co ugina się jak galareta.
Piruetów
Obroty w powietrzu lub na miejscu, jak szybki taneczny ruch.
Przeciąg
Ruch powietrza między oknami lub drzwiami, czasem silny i chłodny.
Zachwiał
Pochylił się lub stracił równowagę na krótką chwilę.
Naprężył się
Stało się bardzo mocne i ciasne, jak napięty sznurek.
Unieruchamiając
Zatrzymując coś tak, żeby już się nie ruszało.
Zakrakał
Wydawać krótki, chrapliwy dźwięk, jak ptak kracze.

Stwórz magiczną i unikalną opowieść dla swojego dziecka!

Stwórz spersonalizowaną przygodę w zaledwie kilka minut, w której twoje dziecko staje się bohaterem. Z naszym ekskluzywnym narzędziem to łatwe, darmowe i zabawne!

Stworzyć opowieść

Pobierz tę opowieść:

Pobierz tę opowieść w formacie PDF Pobierz e-booka (.epub)

Do przeczytania następnie w Opowieści o komiksowych superbohaterach dla 11-12 lat

Otrzymuj nowe opowieści w każdą niedzielę wieczorem!

Otrzymaj 7 ekscytujących i fascynujących opowieści, dostosowanych do wieku i gustów Twojego dziecka, każdej niedzieli o 17:00*. To jest darmowe i gwarantowane bez spamu!
*E-mail wysyłany o 17:00 czasu środkowoeuropejskiego (CET).
Nie lubimy też spamu. Dlatego nie będziemy wysyłać Ci nic poza opowieściami. Będziesz mógł się wypisać, kiedy tylko zechcesz.