Rozdział 1: Balkon szeroki jak pas startowy
Wiktor „Błyskawiczny Dzięk” stał na szerokim balkonie tak wielkim, że spokojnie można by na nim rozegrać mecz koszykówki, a po przerwie jeszcze urządzić piknik i nie wpaść na doniczki. Z dołu dochodził szum miasta: tramwaje dzwoniły jakby ćwiczyły na ksylofonie, a sygnalizacje świetlne mrugały w rytmie, który Wiktor uznałby za całkiem taneczny, gdyby nie to, że był… trochę zestresowany.
— Dobra, Wiktor. Spokojnie. Masz moc. Masz pelerynę. Masz też… — spojrzał na swoje rękawice, z których co chwilę strzelały małe iskierki — masz problem z precyzją.
Iskierka trafiła w metalową poręcz. Poręcz zapiszczała, jakby ktoś ją połaskotał, i wygięła się w elegancki łuk.
— Przepraszam — mruknął Wiktor do poręczy, bo miał wrażenie, że tak wypada.
Na balustradzie siedział gołąb, który wyglądał, jakby był kierownikiem budowy i właśnie oceniał jakość wykonania. Gołąb przechylił głowę.
— Tak, wiem — powiedział Wiktor do ptaka. — Nie gap się. Ćwiczę.
Wiktor miał supermoc: potrafił wywołać falę energii, która pchała rzeczy, przyspieszała je albo unosiła. Problem polegał na tym, że jego fala miała humory. Czasem była delikatna jak podmuch wiatru, a czasem jak wiatr w tunelu aerodynamicznym, tylko bez ostrzeżenia.
Tego dnia miał szczególną misję: uratować miasto przed… no właśnie. Jeszcze nie wiedział przed czym. Ale na pewno coś się wydarzy, bo w Mieście Słonecznego Węzła zawsze działo się coś, co zaczynało się niewinnie, a kończyło tym, że ktoś dzwonił po straż, a ktoś inny gubił kanapkę.
Wiktor wziął głęboki oddech.
— Błyskawiczny Dzięk w gotowości — powiedział do siebie. — Tylko… muszę nauczyć się mówić „dziękuję”, jak bohater. Bo ostatnio… no, ostatnio powiedziałem „spoko” pani, która podała mi apteczkę, i chyba poczuła się, jakbym ją poczęstował zimną zupą.
Z wnętrza mieszkania, do którego należał ten balkon, dobiegł głos jego sąsiadki, pani Niny, która była emerytowaną nauczycielką i miała w oczach ten błysk: „widzę wszystko”.
— Wiktor! — zawołała. — Znowu stoisz na moim balkonie?
— To jest balkon wspólnoty! — odkrzyknął.
— Wspólnoty, ale ja go myję! I proszę, nie wyginaj poręczy. To nie harmonijka!
— Przepraszam! — wypalił odruchowo Wiktor.
I wtedy… wreszcie, prawdziwy alarm: z ulicy dobiegł krzyk.
— Ratunku! Uwaga! O NIE!
Wiktor wychylił się przez balustradę. Na chodniku stał dostawca z wózkiem, a na wózku wieża kartonów chwiała się jak galareta na talerzu w tramwaju. Na samej górze balansowało pudełko z wielkim napisem: „BĄBELKOWE NAPOJE — NIE WSTRZĄSAĆ”.
— To brzmi jak wyzwanie — mruknął Wiktor.
Rozdział 2: Fala, która nie zna słowa „delikatnie”
Wiktor zsunął się z balkonu w sposób, który w jego głowie wyglądał elegancko: heroiczny skok, miękkie lądowanie, ukłon do widowni. W rzeczywistości zahaczył peleryną o suszarkę pani Niny, a potem przez sekundę wyglądał jak wielki nietoperz walczący z mokrym ręcznikiem.
— Nie teraz! — syknął do ręcznika, jakby ręcznik był podejrzanym.
W końcu wylądował na chodniku. Dostawca patrzył na niego z nadzieją i paniką jednocześnie.
— Pan… pan jest tym… błyskawicznym…?
— Jestem — Wiktor przybrał minę „spokojny profesjonalista”, choć w środku brzmiało mu: „Tylko nie zrób z napojów fontanny”.
Wieża kartonów przechyliła się bardziej. Jeden karton już zsuwał się w dół jak saneczkarz na stoku.
— Okej. Delikatna fala. Tylko odrobina — powiedział Wiktor do swoich dłoni. — Taka… „muśnięcie”.
Wypuścił energię.
Muśnięcie okazało się „muśnięciem huraganu”. Kartony nie tyle zatrzymały się, co… zmieniły plany życiowe. Wieża wystrzeliła w górę jak konfetti na weselu, a pudełko „NIE WSTRZĄSAĆ” wykonało kilka piruetów.
— O nie, o nie, o nie! — jęknął dostawca.
Wiktor machnął rękami.
— Spokojnie! Złapię!
Problem: kartony zaczęły spadać na różne strony. Jeden wylądował na ławce, drugi na znaku „Zakaz parkowania”, trzeci… poszybował w stronę szerokiego balkonu.
Wiktor pobiegł, a jego buty z antypoślizgową podeszwą zapiszczały tak, jakby zagrały solo na saksofonie.
— Proszę, proszę, proszę… — mamrotał.
Wyskoczył i przyciągnął falą energii karton z napojami do siebie. Karton posłusznie poleciał… prosto w jego klatkę piersiową.
— Uff! — Wiktor zatoczył się i przytulił karton jak pluszowego misia. — Mam cię.
Z kartonu dobiegło złowieszcze: „psssss…”.
— O, nie. Nie.
Napoje zaczęły syczeć, jakby cały karton miał nagle własne zdanie na temat fizyki. Wiktor, nie myśląc, wystrzelił falę energii w górę, żeby „odciążyć” pudełko.
Efekt: karton uniósł się… i zawisł pod sufitem balkonu pani Niny, tuż obok jej lampionów. Z dołu wyglądało to, jakby ktoś zawiesił bąbelkową bombę na dekoracyjnym haku.
Pani Nina wyszła na balkon i zobaczyła wiszący karton.
— Wiktorze… — powiedziała tak spokojnie, że to było gorsze niż krzyk. — Czy ty właśnie przyczepiłeś mi do sufitu… napoje?
— To… tymczasowe! — zawołał Wiktor. — Zaraz zdejmę!
Dostawca podbiegł, trzymając się za głowę.
— One są bardzo… bąbelkowe. Jak pękną, to będzie… no, będzie mokro.
— Okej — Wiktor przełknął ślinę. — Plan. Bez paniki. Tylko precyzja.
Precyzja spojrzała na niego z daleka, pomachała i poszła w przeciwną stronę.
Rozdział 3: Złoczyńca z wiatrakiem i dramatyczną peleryną
Nagle na ulicy rozległ się dźwięk: „WUUUUUM”. Z rogu wyjechał elektryczny skuter, a na nim ktoś w czarnym płaszczu, z ogromnymi okularami i… z wiatrakiem ogrodowym pod pachą.
Tak, wiatrakiem. Takim na patyku, tylko większym i z przyklejoną naklejką: „MEGA PODMUCH 3000”.
— Mieszkańcy! — zawołał nieznajomy teatralnym głosem. — Nadchodzi era przewiewu! Jestem Kapitan Przeciąg!
Wiktor mrugnął.
— Kapitan… czego?
Kapitan Przeciąg zatrzymał skuter, wbił wiatrak w ziemię (co było ciekawe, bo ziemi tam nie było, tylko kostka brukowa), a wiatrak… zaczął się kręcić. Najwyraźniej miał własny napęd i bardzo ambitne plany.
— Dziś zrobię w tej dzielnicy taki przeciąg, że wszystkim spadną czapki! — ogłosił złoczyńca. — A może i… rachunki ze stołu!
— To jest… dość specyficzne zło — szepnął dostawca.
— Każdy ma hobby — odparł Wiktor i wystąpił naprzód. — Kapitanie Przeciąg! Przestań!
Kapitan Przeciąg wskazał na balkon.
— Widzę, że masz już swój własny problem: bąbelkową chmurę! Wspaniale! Przeciąg zrobi resztę!
Wiatrak zawył i puścił podmuch w stronę balkonu. Karton z napojami zakołysał się groźnie.
— Nie! — Wiktor podskoczył. — To nie jest część show!
Wiktor podniósł ręce i spróbował stworzyć tarczę energii, taką miękką, jak poduszka. Wyszło coś w rodzaju galaretowatej ściany, która na chwilę zatrzymała wiatr, po czym… zaczęła falować jak dżem na talerzu.
— Ha! — roześmiał się Kapitan Przeciąg. — Twoja moc jest jak parasol zrobiony z naleśnika!
— Naleśniki są super! — odkrzyknął Wiktor, bo to była prawda i czuł potrzebę obrony naleśników. — Ale teraz… skupienie.
Pani Nina stała w drzwiach balkonowych z rękami założonymi na piersi.
— Jeśli to ma się skończyć wodospadem z napojów, to ja proszę o smak malinowy. Przynajmniej ładnie pachnie.
Wiktor poczuł, że serce mu wali, ale równocześnie coś w nim się uspokoiło. To nie był czas na wielkie gesty. To był czas na małe, odważne kroki.
— Dobrze — powiedział. — Zrobię to spokojnie. I… dziękuję, pani Nino, za… cierpliwość.
Pani Nina uniosła brwi.
— O. To nowe.
— Próbuję — Wiktor uśmiechnął się krzywo.
Kapitan Przeciąg dmuchnął mocniej. Karton zakołysał się jeszcze bardziej, jakby tańczył niechciany taniec.
— Mam pomysł! — krzyknął dostawca. — Może… przywiązać?
— Do czego? — Wiktor rozejrzał się i zobaczył na balkonie zwinięty sznurek do prania. — O! Sznurek!
— To mój sznurek — zaznaczyła pani Nina.
— Oddam! Dziękuję! — Wiktor powiedział to szybko, ale wyraźnie, jakby ćwiczył wymowę nowego zaklęcia.
Rozdział 4: Operacja „Sznurek” i gołąb konsultant
Wiktor wyskoczył na balkon, a szeroka przestrzeń dała mu chwilową ulgę. Tu przynajmniej mógł się poruszać bez potrącania wszystkiego… o ile nie liczyć lampionów, doniczek i dumy pani Niny.
Gołąb-kierownik budowy wciąż siedział na balustradzie.
— Ty, ekspert — powiedział Wiktor. — Jak to zrobić, żeby nie chlupnęło?
Gołąb zamrugał, po czym zrobił krok w bok, jakby mówił: „To twoja robota, człowieku”.
Wiktor podpełzł pod wiszący karton. Syczenie było głośniejsze.
— Okej. Najpierw sznurek. Potem delikatna fala. Potem dziękuję. Nie, chwila. Dziękuję można wcześniej. Dziękuję zawsze można wcześniej.
Złapał sznurek i spróbował zarzucić pętlę na karton. Pętla poleciała… i zawisła na lampionie.
— Nie. Nie ty — szepnął do lampionu.
Druga próba: pętla trafiła idealnie… w róg kartonu. Wiktor zamarł, bo karton drgnął.
— Spokojnie — powiedział do kartonu, jakby to było przestraszone zwierzę. — Nic ci nie zrobię. Tylko zejdziesz na dół. Elegancko. Jak winda.
Na ulicy Kapitan Przeciąg kręcił wiatrakiem jak dyrygent.
— Więcej wiatru! Więcej dramatu! — wołał.
Wiktor poczuł podmuch, ale tym razem nie spanikował. Zamiast tego uklęknął, oparł łokcie o kolana i oddychał równo.
— Cichy oddech. Cichy ruch. Cicha odwaga — mruknął.
Zrobił małą falę energii. Naprawdę małą. Taką, jakby dmuchnął na piórko.
Karton poruszył się o centymetr w dół.
— Działa! — szepnął Wiktor.
Pani Nina pojawiła się obok z miną człowieka, który nie wierzy, ale chce wierzyć.
— Wiktorze, jeśli to uratuje mój sufit, to… — zawahała się. — To ja ci nawet zrobię herbatę.
— Dziękuję! — odpowiedział Wiktor automatycznie, a potem dodał: — Serio. Dziękuję.
Karton zszedł kolejne dwa centymetry. Sznurek naprężył się. Wiktor lekko pociągnął, karton zniżył się jeszcze.
Gołąb przestąpił z nogi na nogę, jakby odliczał.
Nagle wiatrak Kapitana Przeciąg zawył głośniej, a podmuch uderzył w karton z boku. Karton zawirował, sznurek zapiszczał, a syczenie zabrzmiało jak śmiech bąbelków.
— Nie teraz! — Wiktor zacisnął zęby i… zamiast wystrzelić wielką falę, zrobił coś trudniejszego: powolutku, drobniutko skorygował kierunek energii, jakby przesuwał pionek po planszy.
Karton przestał się kręcić.
— Ha! — Wiktor wypuścił powietrze. — Mam cię.
Z ulicy dobiegł okrzyk Kapitana Przeciąg:
— Co?! On… on robi to spokojnie?! To nie fair! Superbohater ma być dramatyczny!
— Dramat zostaw do teatru! — odkrzyknęła pani Nina, sama zaskoczona własną odwagą.
Rozdział 5: Pojedynek na uprzejmość i podmuchy
Wiktor zsunął karton na balkon. Udało się. Karton stał teraz na płytkach, a bąbelki syczały już ciszej, jakby były obrażone, że nie będzie fontanny.
Dostawca podbiegł pod balkon i uniósł kciuk.
— Panie Błyskawiczny… jak pan to zrobił?!
Wiktor uśmiechnął się.
— Małymi krokami. I… dzięki, że nie uciekłeś.
Dostawca aż się wyprostował.
— O! Dziękuję. To miłe.
Kapitan Przeciąg nie wyglądał na zadowolonego. Wskoczył na skuter i podjechał bliżej.
— Skoro nie udało się bąbelkami, to przynajmniej zrobię wam fryzury na jeża! — krzyknął, ustawiając wiatrak w stronę balkonu.
Wiktor stanął na środku szerokiego balkonu. Miał przestrzeń. Miał cel. I miał w głowie jedno zdanie: „Courage, ale bez szaleństwa”.
— Kapitanie Przeciąg! — zawołał. — To, co robisz, jest… głupie. Ale wiesz co? Dziękuję.
Kapitan Przeciąg aż się zachwiał.
— Dzię… co?
— Dziękuję, bo przez ciebie nauczyłem się panować nad mocą — powiedział Wiktor. — I proszę, przestań dmuchać w ludzi. Nie każdy chce wyglądać jak dmuchany lizak.
— Ja… ja miałem plan! — Kapitan Przeciąg zmarszczył brwi. — Miałem dramat! Miałem przeciąg!
— Możesz mieć wentylator w domu — zaproponował Wiktor. — I… jeśli chcesz, pomogę ci go ustawić, żeby nie przewracał doniczek. Spokojnie.
Kapitan Przeciąg na chwilę zamilkł. W tym momencie jego wiatrak, jakby znudzony, zaczął się obracać wolniej. Może nawet on miał dość.
Wiktor podszedł do krawędzi balkonu i skierował energię w dół, precyzyjnie, cicho, jakby gładził powietrze. Fala objęła wiatrak i… delikatnie przycisnęła go do ziemi, unieruchamiając łopatki.
Wiatrak zatrzymał się z żalem.
Kapitan Przeciąg otworzył usta, ale nie wyszedł z nich żaden dramatyczny okrzyk. Tylko krótkie:
— O.
— I co teraz? — zapytał dostawca z dołu.
Wiktor wzruszył ramionami.
— Teraz… spokojnie kończymy przygodę. Bez pościgu przez pół miasta. Bez wybuchów. Bez latania w reklamę kebaba.
Pani Nina klasnęła raz, krótko.
— O, proszę. To był prawie profesjonalizm.
— Dziękuję — powiedział Wiktor i tym razem zabrzmiało to tak, jakby wreszcie wiedział, co robi.
Kapitan Przeciąg spuścił ramiona.
— Ja tylko chciałem, żeby ludzie poczuli… powiew emocji.
— Emocje mogą być ciche — odparł Wiktor. — Czasem najodważniej jest nie robić wielkiego zamieszania.
Kapitan Przeciąg popatrzył na uwięziony wiatrak, potem na Wiktora, potem na panią Ninę, która patrzyła jak sędzia od spraw porządkowych.
— To ja… przepraszam? — bąknął.
— O, to też nowe — mruknęła pani Nina. — Dobrze. Przyjmuję.
Rozdział 6: Papierowy puchar dla Błyskawicznego Dzięka
Kiedy straż miejska zabrała Kapitana Przeciąg (bez kajdanek, bo obiecał, że „będzie dmuchał tylko na zupę”), dostawca w końcu wniósł karton na balkon.
— Muszę to chwilę tu zostawić — powiedział. — Winda mi padła. A schody… no, schody są jak test charakteru.
— Zostaw — zgodziła się pani Nina. — Tylko niech nie syczy na moje lampiony.
Dostawca spojrzał na Wiktora.
— Panie… Błyskawiczny Dzięk, tak?
— Tak — Wiktor poprawił pelerynę, która po drodze zahaczyła o klamkę i teraz wyglądała jak po bójce z firanką.
Dostawca wyciągnął z kieszeni coś złożonego. Rozłożył to na dłoni: mały puchar z papieru, zrobiony chyba z paragonu i kawałka taśmy. Na boku był narysowany piorun i napis: „ZA SPOKÓJ”.
— Zrobiłem, jak pan… znaczy… jak ty ratowałeś karton. Z papieru, bo nic innego nie mam — powiedział dostawca. — To taki… trofeum. Dla bohatera, co nie robi kaboom.
Wiktor wziął puchar bardzo ostrożnie, jakby to było coś cenniejszego niż złoto.
— Dziękuję — powiedział cicho. — Naprawdę. To najlepszy puchar.
Pani Nina podeszła, spojrzała na papierowy puchar i pokiwała głową.
— No dobrze. Za to… — zawahała się, jakby walczyła ze swoim wewnętrznym regulaminem — dziękuję, Wiktorze. Mój balkon jeszcze stoi. A poręcz… — spojrzała na wygięty łuk — no cóż. Będę udawać, że to design.
Wiktor roześmiał się, a śmiech zabrzmiał lekko, jakby ktoś otworzył okno w dusznym pokoju.
— Pani Nino… dziękuję za balkon. I za herbatę, jeśli dalej aktualna.
— Aktualna — odparła, już miękcej. — Ale najpierw zdejmij pelerynę z suszarki. Bo wygląda, jakby była w areszcie.
Gołąb na balustradzie zakrakał, jakby zatwierdzał werdykt.
Wiktor spojrzał na papierowy puchar. Był krzywy, trochę pognieciony, ale stał dumnie na jego dłoni.
— Cichy oddech. Cicha odwaga. I głośne „dziękuję” — podsumował Wiktor.
A potem, na szerokim balkonie, w środku nowoczesnego miasta, wśród lampionów, bąbelkowego kartonu i jednej kapryśnej peleryny, poczuł, że naprawdę jest bohaterem. Nie dlatego, że miał wielką moc. Tylko dlatego, że nauczył się używać jej spokojnie — i pamiętał, żeby być wdzięcznym.