Rozdział 1: Kwadratowy patrol w zielonym skwerze
W centrum Nowomostu był skwer, który wyglądał jak kieszeń pełna drzew: platan obok platana, ławki jak klocki, a fontanna prychała wodą jak kot, któremu ktoś pokazał ogórek. Właśnie tam wpadła ona — Taktuska, czyli superbohaterka od planów, zasad i… bardzo dziwnych mocy.
Miała na sobie pelerynę w kolorze gumy do żucia i pas z gadżetami, z których każdy był podpisany markerem. „Dymek Dymny”, „Kreda Grozy”, „Gwizdek Dyplomatyczny” oraz… „Chusteczka na gołębie”. Ta ostatnia była nowa i wyglądała jak biała flaga, tylko bardziej nerwowa.
— Dobrze, Taktusko — mruknęła do siebie. — Skwer. Zieleń. Spokój. Zero niespodzianek.
W tej samej sekundzie rozległo się: PRRRT! TRUP-TRUP! FLAP!
Na lampie usiadł gołąb. Ale nie byle jaki. Miał na nodze coś, co błyszczało jak miniaturowa plakietka.
— O nie. Gołąb… sentinella — wyszeptała Taktuska i odruchowo przykleiła się plecami do drzewa, jakby drzewo oferowało usługę „znikanie w korze”.
Z krzaków wychyliła się dziewczynka z watą cukrową.
— Pani jest tą superbohaterką od taktyki? — spytała z pełnymi ustami. — Bo mój brat mówi, że pani potrafi pokonać złoczyńcę planem A, B, C i… Z.
— Potrafię — odparła Taktuska dumnie, po czym zamarła, bo gołąb zrobił krok w jej stronę. — Ale czasem… potrzebuję planu G jak „Gdzie jest najbliższa budka z parasolami?”.
Gołąb przechylił łepek. KLU-KLU?
Taktuska aż poczuła, jak jej mózg włącza alarm: ŁUP! ŁUP! Uwaga, skrzydlata obserwacja!
— Dobra, skwerze — powiedziała pod nosem. — Dzisiaj ja patroluję ciebie, a nie… ptactwo mnie.
I wtedy wydarzyło się coś podejrzanie wesołego: z głośnika na słupie ogłoszeniowym popłynęła muzyka, jakby ktoś pomylił komunikaty miejskie z imprezą urodzinową.
BUM-CYK, BUM-CYK!
— Czy skwer właśnie… zaczął grać? — zdziwiła się dziewczynka.
Taktuska spojrzała na słup. Na tablicy migotał napis: „FESTYN? MOŻE. O 15:00. PRZYNIEŚ KAPELUSZ.”
— To brzmi jak początek kłopotów w rytmie disco — stwierdziła.
Gołąb tymczasem tupnął i odleciał, jakby meldował do centrali: „Cel zlokalizowany. Ma pelerynę. I stres”.
Rozdział 2: Tajemniczy DJ i ławka, która tańczy
Taktuska ruszyła ścieżką między drzewami, stawiając kroki ostrożnie, jakby ziemia była świeżo posmarowana masłem. Skwer pachniał liśćmi i… popcornem? Tak, zdecydowanie popcornem.
Przy fontannie stał chłopak w czapce z daszkiem. Na czapce miał napis: „DJ NIESPODZIANKA”. A obok niego stał stolik z mikserem, głośnikami i pudełkiem, z którego wystawały kolorowe konfetti jak języki węża.
— Hej! — zawołał DJ. — Pani superbohaterko! Mamy tu mały problemik. Taki… pstryk… imprezowy.
— Imprezowy problem? — Taktuska podniosła brew. — Czyli jaki? Ktoś tańczy za szybko?
— Ławki tańczą same — odpowiedział chłopak i wskazał.
Taktuska spojrzała. Jedna z ławek faktycznie kiwała się w rytm muzyki. Najpierw delikatnie, potem coraz śmielej. BUP! BUP! Jakby miała ukryte biodra.
— To niemożliwe — powiedziała Taktuska.
— W Nowomoście wszystko jest możliwe, zwłaszcza jeśli ktoś grzebie w „Miejskim Sterowniku Wydarzeń” — dodał DJ, robiąc minę, jakby właśnie zjadł cytrynę z brokatem.
— Miejskim… czym? — Taktuska wyciągnęła notatnik z kieszeni i kliknęła długopisem jak detektyw.
— Sterownik! To takie urządzenie, co uruchamia rzeczy: fontannę, światła, muzykę na festyn. Tylko że ktoś go przełączył na tryb „DZIKA FIESTA”.
Jak na potwierdzenie, fontanna prychnęła wyżej. PSIU! PSIU!
— Plan A: sprawdzić sterownik — oznajmiła Taktuska. — Plan B: nie dać się zaskoczyć. Plan C: nie patrzeć na… — urwała, bo nad nimi przeleciał cień. — Gołębie.
DJ Niespodzianka spojrzał w górę. Na gałęzi siedziały trzy gołębie, każdy z maleńką błyszczącą plakietką na nodze. Wyglądały jak ochrona VIP-ów.
— To te „sentinelle”, o których mówi moja babcia — szepnął DJ. — Mówi, że one pilnują, żeby w skwerze zawsze coś się działo. I że jak komuś jest za spokojnie, to… FLAP… robią mu „niespodziankę”.
— Ja… nie mam nic przeciwko niespodziankom — skłamała Taktuska, a jej głos zabrzmiał jak gumka recepturka napięta do granic.
Gołąb numer jeden zagruchał: GRU-GRU!
Gołąb numer dwa: KRRU!
Gołąb numer trzy: spojrzał na Taktuskę tak, jakby oceniał jej pelerynę w konkursie mody.
— Dobra — westchnęła. — Skupienie. Taktuska, jesteś bohaterką. Wystarczy taktyka.
Wtedy ławka zrobiła obrót. WZIUUM!
A kosz na śmieci zaczął klaskać pokrywą. KLAK! KLAK! KLAK!
— Ja… to nazwę „kryzysem z poczuciem rytmu” — stwierdziła.
Rozdział 3: Złoczyńca w cekinach i Plan D jak „Disco”
Za krzakami coś zaszeleściło. Potem coś zaszeleściło jeszcze bardziej, jakby ktoś nosił kurtkę z folii bąbelkowej. Z ciemniejszej alejki wyszedł mężczyzna w marynarce obszytej cekinami. Na szyi miał gwizdek, a na plecach plecak z napisem: „KONFETTRON 3000”.
— Ta-daaam! — zawołał. — Oto ja! Kapitan Karnawał!
DJ Niespodzianka aż przysiadł z wrażenia.
— To on! Ten, co kiedyś zamienił otwarcie biblioteki w paradę trąbek!
Kapitan Karnawał rozłożył ręce.
— Spokojnie, spokojnie! Ja nie robię zła. Ja robię… FETĘ! — Podskoczył. Cekiny zaiskrzyły. — Ludzie są zbyt poważni! Wszyscy tylko „terminy”, „sprawdziany”, „korki”. A ja włączam tryb: ŚMIECH I TANIEC!
— Nie można nikomu wciskać imprezy na siłę — odparła Taktuska, wyjmując z pasa „Gwizdek Dyplomatyczny”. — Nawet jeśli ma pan… bardzo głośną marynarkę.
— Och, a pani jest Taktuska! Słynna od planowania! — Kapitan cmoknął z podziwem. — Wspaniale! Pani mi pomoże! Zrobimy idealnie zaplanowany festyn!
— Ja… mam pomóc? — Taktuska mrugnęła, jakby ktoś zamienił jej plan w naleśnik.
— Tak! Bo sterownik wydarzeń jest kapryśny. A gołębie sentinelle pilnują, żeby było ciekawie. One są jak… żywe alarmy. — Kapitan wskazał ptaki. — Gdy próbowałem uruchomić festyn, one uznały, że brakuje dramatyzmu. I teraz… no… skwer tańczy sam.
Gołębie, jakby słyszały, zagruchały dumnie: GRU-TAK!
Taktuska poczuła, jak w środku rośnie jej znany dylemat: „Czy ja właśnie boję się ptaków, które chcą świętować?”
— Słuchaj, Kapitanie — powiedziała ostrożnie. — Festyn jest super. Ale potrzebuje zgody ludzi, a nie… — wskazała na kosz, który wciąż klaskał — sprzętu domowego w amoku.
— Ale ja mam już atrakcje! — Kapitan wyciągnął z plecaka papierowe czapeczki, balony i… małe pudełko z napisem „TROFEUM”.
— Trofeum? — zdziwiła się dziewczynka z watą cukrową, która przybiegła bliżej jak reporterka.
— Dla bohaterki, która uratuje imprezę! — oznajmił Kapitan.
Taktuska usłyszała w swojej głowie: Plan D jak Disco.
A potem, niestety, usłyszała też: FLAP FLAP FLAP — gołębie sfrunęły niżej.
— Dobra — syknęła. — Najpierw uspokajamy skwer. Potem robimy imprezę… porządnie. Bez straszenia i bez ptasich komisji.
Kapitan Karnawał zasalutował w stylu estradowym.
— Jestem za! Niech żyje zorganizowana zabawa!
Kosz na śmieci zrobił: KLAK! jakby też zagłosował.
Rozdział 4: Atak sentinelli, czyli strach z piórami
Taktuska ustawiła wszystkich przy fontannie jak na odprawie.
— Plan A: DJ wycisza muzykę. Kapitan chowa Konfettron. Ja idę do sterownika. Plan B: jeśli gołębie… — przełknęła ślinę — …zbliżą się, używam „Kredy Grozy”.
— Co to? — spytał DJ.
— Rysuję na ziemi linię tak straszną, że każdy się zatrzyma. Nawet… one.
— Gołębie boją się kredy? — zdziwiła się dziewczynka.
— Każdy boi się czegoś — odpowiedziała Taktuska. — Ja boję się… ptaków w roli strażników.
Podbiegła do skrzynki sterownika przy alejce. Była metalowa i miała mały ekran. Na ekranie mrugało: „TRYB: FIESTA BEZ HAMULCÓW”.
— Okej, po prostu przełączę na „FESTYN NORMALNY” — mruknęła i wyciągnęła z pasa śrubokręt opisany: „NIE DLA DRAMATU”.
Wtedy coś pacnęło ją w ramię. PLASK!
Taktuska zesztywniała. Powoli odwróciła głowę.
Gołąb.
Stał tuż obok, patrząc na nią poważnie, jak nauczyciel przed kartkówką.
— Nie… nie dotykaj mnie, proszę — wyszeptała.
Gołąb przechylił głowę. KLU?
Za nim wylądowały dwa kolejne. TRUP! TRUP!
Taktuska poczuła, jak serce robi jej w klatce piersiowej TUP-TUP-TUP w tempie techno. Ręka z śrubokrętem zadrżała.
— Taktuska! — zawołał DJ z daleka. — Wszystko gra?
— Nie! — odkrzyknęła. — Wszystko… grucha!
Gołębie podeszły o krok. Jeden dziobnął w ekran sterownika. PIP!
Na ekranie pojawiło się: „WIĘCEJ NAPIĘCIA! WIĘCEJ KONFETTI!”
— Nie! — jęknęła Taktuska. — Ja mam alergię na… nieprzewidywalność!
Kapitan Karnawał podbiegł, machając rękami.
— Spokojnie, sentinelle! To ma być radosne!
Gołębie zagruchały jak komisja: GRU-GRU-GRU!
I nagle… fontanna wystrzeliła wodę w kształcie serca. PSIU-WIU!
Ławki zaczęły robić „fale” jak na stadionie. HOP! HOP!
— Okej — wydyszała Taktuska. — Wprowadzam Plan E: Ewakuacja godności.
Wyciągnęła „Chusteczkę na gołębie” i rozwinęła ją jak mały namiot przed twarzą. Gołębie spojrzały, po czym… zaczęły na niej stukać dziobami jak w bębenek. TOK-TOK-TOK!
— One myślą, że to instrument! — krzyknęła dziewczynka i parsknęła śmiechem.
Taktuska, mimo strachu, też poczuła, że sytuacja jest absurdalna jak kanapka z kompasem.
— Dobra. Skoro chcą dramatyzmu… damy im show, ale bez chaosu — powiedziała przez chusteczkę. — Kapitanie! DJ! Zmieniamy taktykę!
Rozdział 5: Wielka akcja „Kontrolowana Fiesta”
Taktuska stanęła na środku skweru, jakby była dyrygentką orkiestry, tylko że orkiestra składała się z ławek, fontanny i trzech bardzo ambitnych gołębi.
— Uwaga! — zawołała. — Skwerze, teraz ja przejmuję dowodzenie! TRACH!
Rzuciła „Dymek Dymny” — ale jej moc była komiczna: dym nie był szary, tylko pachniał wanilią i tworzył w powietrzu kształty śmiesznych min. Jedna chmura wyglądała jak wielki wąs. Druga jak zaskoczona ryba.
— Ha! — roześmiał się DJ. — Dym wąsaty!
Gołębie odskoczyły, zaskoczone. FLAP!
— Teraz „Kreda Grozy”! — Taktuska przykucnęła i narysowała na ziemi ogromny, biały okrąg z napisami: „STREFA TAŃCA” i strzałkami. Wyglądało to jak boisko, tylko do wygłupów.
— Sentinelle! — zawołała Kapitan Karnawał teatralnie. — Oto arenka!
I stało się coś niesamowitego: gołębie weszły do okręgu jak sędziowie. Zagruchały dostojnie. GRU… GRU…
— DJ! — Taktuska wskazała na mikser. — Włącz rytm, ale spokojny. Taki, co nie zamienia koszy w kastaniety.
DJ pokręcił gałkami. CYK-CYK.
Muzyka stała się skoczna, ale miła, jak sprężynka w trampolinie: BUM-bum, BUM-bum.
— Kapitanie! Konfetti tylko na mój znak! — rozkazała Taktuska.
— Rozkaz! — Kapitan zasalutował, prawie zrzucając czapeczkę z cekinami.
Taktuska podeszła do sterownika, a teraz gołębie, zajęte swoją „strefą tańca”, nie właziły jej pod nogi. Wcisnęła przycisk. PIP. Ekran pokazał: „TRYB: FESTYN Z KULTURĄ”.
— Ha! — ucieszyła się. — Da się!
W tej chwili ławki przestały tańczyć same i tylko delikatnie kołysały się, jakby słuchały muzyki z grzeczności. Kosz na śmieci zamknął pokrywę i wyglądał na zawstydzony.
— Przepraszam — powiedziałby pewnie, gdyby umiał.
Kapitan Karnawał podszedł do Taktuski.
— Pani jest niesamowita! Zamiast walczyć z imprezą, pani ją… ułożyła w plan.
— Bo impreza to też taktyka — odparła. — Tylko z większą ilością kolorów.
Dziewczynka z watą cukrową krzyknęła:
— To teraz prawdziwy festyn?
Taktuska spojrzała na ludzi, którzy zaczęli się zbierać, przyciągnięci muzyką i zapachem popcornu. Ktoś przyniósł bańki mydlane. Ktoś inny balony. Nawet pan z kiosku wystawił na tacę oranżadę.
— Tak — powiedziała Taktuska. — Ale festyn na zasadzie: wszyscy są zaproszeni. Nawet… — zerknęła na gołębie — strażnicy w piórach.
Gołębie zagruchały, jakby przyjęły komplement. GRU!
Rozdział 6: Finał z konfetti i papierowym trofeum
Skwer zmienił się w małe święto miasta. Muzyka grała, ale nie ogłuszała. Fontanna robiła spokojne łuki wody, które wyglądały jak srebrne wstążki. Ludzie śmiali się, tańczyli, robili kółka, a nawet pan, który zwykle wyglądał jak poniedziałek, teraz wyglądał jak sobota.
Kapitan Karnawał rozdał czapeczki.
— Pamiętajcie! — wołał. — Niech każdy tańczy tak, jak lubi! Kto nie tańczy, może klaskać! Kto nie klaska, może się uśmiechać! A kto nie może się uśmiechać, dostaje dodatkową porcję popcornu!
— To brzmi jak najlepsze prawo w mieście — stwierdził DJ Niespodzianka.
Taktuska stała z boku, ale już nie chowała się za drzewem. Gołębie sentinelle siedziały na gałęzi i wyglądały na zadowolone, jak dyrektorzy artystyczni.
Jeden z gołębi sfrunął na ławkę obok Taktuski. TRUP.
Taktuska napięła ramiona.
— Spokojnie — szepnęła do siebie. — To tylko ptak. Tylko… bardzo odpowiedzialny ptak.
Gołąb spojrzał na nią i… szturchnął dziobem mały kawałek papieru, który leżał na ławce. Papier był złożony jak odznaka.
— Co to? — zdziwiła się Taktuska.
Kapitan Karnawał podbiegł, cały w konfetti, jakby wytarzał się w kolorowej sałatce.
— Trofeum! — oznajmił. — Ale nie zdążyłem go skończyć… więc zrobiłem nowe na szybko. Z papieru. Bo papier jest skromny i dzielny.
DJ podał jej długopis.
— Napiszmy: „Za uratowanie fiesty bez dramatu”.
Dziewczynka dodała:
— I za odwagę… wobec gołębi!
Taktuska roześmiała się.
— Dobra, ale dopiszmy też: „Za sens świętowania”. Bo dziś nie chodziło o pokonanie kogoś. Tylko o to, żeby wszyscy mieli powód do radości.
Kapitan uroczyście wręczył jej małe, papierowe trofeum. Było krzywe, trochę pogniecione, ale miało w sobie coś cudownego: ślad po wspólnych śmiechach i szybko zrobionych planach.
Gołębie zagruchały jak fanfary. GRU-RAAA!
Taktuska uniosła trofeum.
— Ogłaszam — powiedziała głośno — że w Nowomoście można się bawić z głową. A jeśli ktoś chce dramatyzmu, to niech dramatuje… na parkiecie!
— BUM-CYK! — krzyknął DJ i puścił najlepszy bit.
Skwer zadrżał od śmiechu, klaskania i tupania. A Taktuska, superbohaterka od taktyki, tańczyła w swojej gumowo-różowej pelerynie, trzymając papierowe trofeum tak, jakby było najważniejszym medalem na świecie. Gołąb sentinella patrzył na nią dumnie, jakby mówił: „No. Wreszcie. Impreza zatwierdzona.”