1. Peleryna, która ma dwa humory
W Nowym Mieście nawet kioski sprzedawały powerbanki obok gum do żucia, a sygnalizatory na przejściach potrafiły piszczeć melodie, które wpadały w ucho bardziej niż reklamy w internecie. Właśnie tu mieszkała Lena, superbohaterka o pseudonimie Kapitana Przełączka—bo jej moce działały najlepiej, gdy coś… przełączała.
Tego popołudnia stała na dachu centrum handlowego, trzymając w rękach nowiutką pelerynę. Z jednej strony była błękitna jak niebo po deszczu, z drugiej—w paski jak zebra, która wpadła do sklepu z farbami.
—No dobra, peleryno. Pokaż, co umiesz — mruknęła.
Lena miała dość nietypową moc: potrafiła „przestawiać” zwykłe rzeczy na tryb przydatny. Latarka świeciła jak reflektor stadionowy, popcorn przestawał przypalać się w mikrofalówce, a skarpetki… przestawały ginąć w pralce. Niestety, działało to też w drugą stronę. Przypadkowo włączyła kiedyś „tryb dramatyczny” w czajniku i ten gwizdał jak operowy tenor.
Peleryna była prezentem od cioci-badaczki, która twierdziła, że „odwracalność to przyszłość garderoby”. Lena podejrzewała, że to także przyszłość kłopotów.
Założyła pelerynę stroną błękitną, stanęła na krawędzi dachu i zrobiła heroiczny krok… po czym wiatr dmuchnął tak, że peleryna owinęła jej głowę jak zasłona.
—Ekhm! Bohaterka, nie duch prania! — kaszlnęła, odwijając się.
Z dołu dobiegł śmiech. Na przystanku tramwajowym grupka turystów wskazywała coś w górę. Lena udawała, że to nie ona.
—Spokojnie, test kontrolowany — szepnęła. — Teraz tryb zebra.
Odwróciła pelerynę. Materiał zaszeleścił, jakby miał własne zdanie. Nagle wszystko wokół zrobiło się… bardziej wyraźne. Dźwięki miasta się wyostrzyły: dzwonki rowerów brzmiały jak małe fanfary, a odległe „proszę uważać na drzwi” z tramwaju było tak głośne, jakby stało obok.
Lena uśmiechnęła się szeroko.
—Okej. To działa. Teraz tylko nie zepsuć niczego w stylu… czasu, przestrzeni i rozkładu jazdy.
W tym samym momencie na przystanek wjechał tramwaj. Tylko że… nie wjechał.
On się wślizgnął. Cicho jak kot. I wyglądał, jakby był zrobiony z porannej mgły i starego lakieru: półprzezroczysty, z neonowym napisem „TRASA TURYSTYCZNA – DUCH HISTORII”.
—Żartujesz sobie — powiedziała Lena do peleryny.
Peleryna zaszeleściła, jakby odpowiadała: „A wygląda, że żartuję?”
2. Tramwaj, który nie lubi biletów
Lena zbiegła schodami na dół szybciej, niż człowiek powinien, gdy na nogach ma trampki z rozwiązaną sznurówką. Na przystanku turystów było coraz więcej. Jedni robili zdjęcia, inni sprawdzali w telefonach, czy to jakiś „event”.
Tramwaj stał z drzwiami otwartymi, ale w środku nie było motorniczego. Na szybie wisiała kartka: „BILETY: TYLKO UŚMIECHY”.
—To miłe i podejrzane — mruknęła Lena.
Podszedł do niej chłopak z aparatem.
—Przepraszam, pani jest częścią atrakcji? — zapytał.
—Jestem… częścią miasta — odparła Lena, odruchowo przybierając poważną minę. Wyszło jej coś pomiędzy „superbohaterką” a „ktoś, kto zgubił autobus”.
Z wnętrza tramwaju dobiegł dźwięk jak „ding-dong”, tylko bardziej… fosforyzujący. Lena poczuła lekkie mrowienie na karku. Peleryna zebra drgnęła.
—Nie podoba mi się to, że moja peleryna jest bardziej podekscytowana niż ja — szepnęła.
Turystka w kapeluszu z szerokim rondem weszła pierwsza.
—Och, jaki klimacik! — zachwyciła się. — Patrz, Zdzisiu, foteliki jak z dawnych lat!
—A ja widzę przez podłogę — odparł Zdzisiu z zupełnym spokojem.
Lena westchnęła. Jeśli to był tramwaj-duch, a ludzie wsiadali do niego jak do lodziarni, ktoś musiał dopilnować, żeby zabawa nie skończyła się w fontannie albo, gorzej, w urzędzie.
—Dobra, Kapitano Przełączko, wsiadasz. Kontrola sytuacji — powiedziała sama do siebie i weszła.
Drzwi zamknęły się miękko, jakby tramwaj bał się kogoś obudzić. W środku pachniało starym drewnem, miętą i… kurzem z muzeum. Na suficie wisiały reklamy sprzed stu lat: „Najlepsze pastylki na odwagę!” i „Gorset, który poprawia humor”.
—Czy gorset poprawia humor? — spytał ktoś.
—Jeśli jest na wieszaku, to tak — odparła Lena automatycznie.
Turyści parsknęli śmiechem. Atmosfera zrobiła się luźna. Prawie.
Tramwaj ruszył bez szarpnięcia. I bez torów. Za oknami Nowe Miasto przesuwało się jak zwykle, tylko czasem migały widoki, które nie pasowały: brukowana ulica zamiast asfaltu, dorożka zamiast samochodu, pan w cylindrze, który gubił wąsy i próbował je dogonić.
—To jest… filtr retro? — zapytał chłopak z aparatem.
—Powiedzmy, że miasto robi sobie przegląd wspomnień — odparła Lena, a w myślach dodała: „i potrzebuje kogoś, kto trzyma pilot”.
3. Przełącznik „turystyczny” i niesforne legendy
Z głośników popłynął głos. Brzmiał jak przewodnik, który połknął dzwoneczek.
—Szanowni pasażerowie! Witamy na przejażdżce Tramwajem Widmowym. Prosimy nie karmić legend.
—A co jedzą legendy? — spytało dziecko w bluzie z dinozaurem.
—Najczęściej… uwagę — odpowiedziała Lena i od razu poczuła, że to prawda.
W rogu wagonu stał stary kasownik. Zamiast czerwonego guzika miał mały, świecący przełącznik. Lena podeszła i dotknęła go ostrożnie.
Na przełączniku było napisane: „TRYB: TURYSTYCZNY / HISTORYCZNY”.
—Oho. To już moja liga — mruknęła.
Peleryna zebra zaszeleściła jak publiczność przed występem.
Lena spojrzała na turystów. Wszyscy wyglądali na zachwyconych, nikt nie panikował. To dobrze. Ale tramwaj robił dziwne przeskoki między „teraz” a „dawniej”, i to mogło skończyć się jak sałatka owocowa, kiedy ktoś pomyli miski.
—Proszę państwa! — Lena podniosła głos. — To jest bardzo nietypowa atrakcja. Proszę trzymać ręce, nogi i selfie-stick w środku wagonu.
—A pani to kto? — zapytał Zdzisiu.
Lena zawahała się tylko sekundę.
—Jestem… konsultantką od niespodzianek — powiedziała. — I mam pelerynę z funkcją „ogarnij to”.
Zdzisiu skinął z uznaniem, jakby to był normalny zawód.
Lena przełączyła kasownik na „TURYSTYCZNY”. Tramwaj zamruczał zadowolony. Widoki za oknami uspokoiły się. Nowe Miasto wróciło na swoje miejsce: asfalt, rowery, reklamowy balon w kształcie hot-doga.
—Uff — Lena odetchnęła.
W tym momencie kasownik sam przeskoczył na „HISTORYCZNY”.
—Ej! — Lena stuknęła w obudowę. — Nie było umawiane!
Z sufitu opadł kurz jak konfetti. Za oknami znowu pojawiły się dawne uliczki. A w wagonie, tuż obok dzieciaka z dinozaurem, materializowała się postać w płaszczu. Miała minę kogoś, kto od wieków czeka, aż wreszcie ktoś go zapyta o drogę.
—Czy to… przewodnik? — szepnęła turystka w kapeluszu.
—To wygląda na legendę z nadgodzinami — odpowiedziała Lena.
Postać ukłoniła się.
—Jestem Pan Tramwajowy, strażnik opowieści i… biletów, których nie ma — oznajmił z dumą. — Kto śmie przełączać mój pojazd?
—Ja. Lena. W sumie… Kapitana Przełączka — powiedziała i uniosła pelerynę jak dowód osobisty.
Pan Tramwajowy zmrużył oczy.
—Peleryna odwracalna? Sprytne. Ale mój tramwaj jest jeszcze sprytniejszy. On jeździ tam, gdzie ludzie chcą być… i tam, gdzie miasto chce, żeby pamiętali.
—Miasto chce, żeby pamiętali, okej. Ale czy musi to robić bez hamulców? — Lena skrzywiła się, bo tramwaj właśnie przejechał przez… własny dzwonek.
Zabrzmiało to jak „DING!” podane w galarecie.
Pan Tramwajowy wskazał kasownik.
—Przełącznik się psuje, kiedy pasażerowie nie dzielą się dumą. A dziś wszyscy tylko robią zdjęcia i mówią „ja, ja, ja”.
W wagonie zapadła cisza. Nawet chłopak z aparatem opuścił obiektyw.
—No dobra — Lena podrapała się po policzku. — To brzmi głupio, ale też brzmi jak zadanie. Jak się „dzieli dumą”?
—Wystarczy, że ktoś powie: „Jestem dumny z nas”. Nie z siebie. Z nas — powiedział Pan Tramwajowy i zniknął jak para znad herbaty.
Kasownik zatrzeszczał. Tramwaj lekko zadrżał. Jakby czekał.
4. Plan ratunkowy: wspólna duma
Lena stanęła na środku wagonu. Peleryna zebra falowała, jakby dopingowała.
—Dobra. Słuchajcie. Tramwaj-widmo ma… dziwną zasadę. Chce, żebyśmy się podzielili dumą. Wspólną. Bez żartów.
—Bez żartów? — jęknął Zdzisiu. — To po co ja tu jestem?
—Żarty mogą być, ale życzliwe — poprawiła Lena. — I nie o czyimś nosie.
Dzieciak z dinozaurem podniósł rękę.
—Ja jestem dumny, że moja siostra nie zjadła mi dziś frytek. To trudne.
Wszyscy się roześmiali, a siostra—dziewczyna w zielonej bluzie—zrobiła minę bohaterki.
—Jestem dumna, że umiem nie jeść cudzych frytek… czasem — powiedziała.
Kasownik piknął przyjaźnie. Przełącznik przestał drgać przez sekundę.
Chłopak z aparatem chrząknął.
—Jestem dumny, że pani… konsultantka od niespodzianek… nie uciekła, tylko weszła do tramwaju. Ja bym uciekł. W sensie… ja jestem szybki w uciekaniu.
—To też talent — przyznała Lena. — I dzięki.
Turystka w kapeluszu uśmiechnęła się.
—Jestem dumna, że potrafimy się śmiać, nawet kiedy nie rozumiemy, co się dzieje. To chyba odwaga.
—O! — ktoś przytaknął.
Zdzisiu wyprostował się jak na apelu.
—Ja jestem dumny, że Zdzisiu… to znaczy ja… nie próbowałem odkręcić tych przezroczystych śrubek — wskazał niewidoczne miejsce przy oknie. — Bardzo chciałem. Ale nie.
Wagon znowu wybuchł śmiechem. Kasownik zapiszczał radośnie.
Lena poczuła, jak w powietrzu robi się lżej. Jakby tramwaj przestał dźwigać ciężką walizkę „ja, ja, ja” i przerzucił ją na półkę „my”.
Teraz kolej na nią. Lena przełknęła ślinę.
—Jestem dumna z nas, że potrafimy działać razem w najdziwniejszej sytuacji w moim… bardzo dziwnym tygodniu — powiedziała. — I jestem dumna, że nikt nie panikuje. A to już prawie supermoc.
Kasownik rozbłysł. Przełącznik sam wskoczył na „TURYSTYCZNY” i tym razem został. Tramwaj przestał przeskakiwać w czasie. Za oknami znów pojawiły się współczesne światła, a na skrzyżowaniu mignął neon „Kawa i Kable”.
—Działa! — ucieszyło się dziecko.
—Czyli uratowaliśmy tramwaj… komplementami? — Zdzisiu wydawał się zawiedziony i zachwycony jednocześnie.
—Nie komplementami. Dumą, która jest wspólna — poprawiła Lena.
Wtedy peleryna sama z siebie odwróciła się z zebry na błękit. Cichutko. Jakby uznała, że misja „kontrast i dramat” jest zakończona.
—O, peleryna też się uspokoiła — zauważyła siostra od frytek.
—W końcu — mruknęła Lena. — Bo już myślałam, że będę musiała ją wysłać na terapię tkanin.
5. Ostatni przystanek i spokojna radość
Tramwaj zwolnił i podjechał na przystanek, którego nie było na żadnej mapie: „WSPÓLNY PLAC”. Wyglądał normalnie—ławki, drzewa, fontanna—tylko w powietrzu unosił się delikatny blask, jak po pokazie fajerwerków, które postanowiły być grzeczne.
Drzwi otworzyły się. Pan Tramwajowy pojawił się jeszcze raz, tym razem z czapką motorniczego przekrzywioną na bok.
—Dziękuję, pasażerowie. Tramwaj znów pamięta, po co jeździ — powiedział. — A wy pamiętajcie, że duma smakuje lepiej, kiedy jest do podziału.
—Jak frytki! — krzyknęło dziecko.
—Dokładnie jak frytki — przyznał Pan Tramwajowy z powagą, po czym mrugnął i rozpłynął się w powietrzu.
Turyści wysiedli, jeszcze przez chwilę rozmawiając, jakby wracali z wycieczki szkolnej, a nie z przejażdżki przez pękniętą historię.
Chłopak z aparatem podszedł do Leny.
—Mogę zrobić pani zdjęcie? Takie… bohaterka, ale bez pozowania na pomnik.
Lena poprawiła pelerynę, która teraz była błękitna i zupełnie zwyczajna.
—Może lepiej… zrób nam wszystkim — zaproponowała. — Żeby było „my”.
Ustawili się przy fontannie: turystka w kapeluszu, Zdzisiu, rodzeństwo od frytek, chłopak z aparatem i Lena. Ktoś powiedział „ser”, ktoś inny „pierogi”, a Zdzisiu dodał „byle nie gorset”.
Migawka kliknęła. W tej samej chwili tramwaj-widmo zadzwonił cicho, jakby na pożegnanie, i odjechał, zostawiając po sobie tylko lekki zapach mięty i starego lakieru.
Lena usiadła na ławce. W mieście znowu było zwyczajnie: autobusy, hulajnogi, ktoś gonił psa, który ukradł bułkę. Ale w środku Leny wszystko było spokojne.
—Dziś uratowałam tramwaj dumą — powiedziała do siebie i parsknęła śmiechem. — Gdyby ktoś mi to rano powiedział, kazałabym mu wyłączyć internet.
Obok usiadła turystka w kapeluszu.
—Pani Leno… Kapitano Przełączko… jestem dumna, że trafiłam na tę przejażdżkę — powiedziała cicho. — I że mogliśmy być w tym razem.
Lena skinęła głową.
—Ja też. I wie pani co? To była najlepsza trasa turystyczna, jaką miasto mogło wymyślić.
Siedziały chwilę w ciszy, słuchając plusku fontanny. Lena czuła na ramionach ciężar peleryny—nie jak obowiązek, tylko jak przyjemne przypomnienie, że czasem najdziwniejsze przygody kończą się najprościej: wspólnym zdjęciem i cichą, spokojną radością.