Trwa ładowanie...
Opowieść o kosmicie 11-12 lat Czytanie 17 min.

Dziewięć oddechów do gwiazd

Hania spotyka tajemniczą opowiadaczkę Lumię, która zabiera ją w podróż w poszukiwaniu zaginionego kompasu gwiazdozbiorczego, ucząc jednocześnie, jak ważna jest cierpliwość i słuchanie opowieści. Wspólnie odkrywają magię gwiazd i siłę wymiany drobnych prezentów.

Pobierz tę opowieść w formacie PDF

Idealne do dzielenia się lub drukowania tej opowieści!

Pobierz e-booka (.epub)

Przeczytaj tę opowieść na swoim czytniku e-booków.

Dwunastoletnia dziewczynka Hania z długimi brązowymi włosami i błyszczącymi oczami siedzi w swoim zielonym ogrodzie z zachwytem na twarzy. Ma na sobie niebieski t-shirt w gwiazdki i dżinsowe szorty, trzyma w ręku mały magnetofon w kształcie gwiazdy. Obok niej unosi się obca o imieniu Lumia, z błyszczącą srebrną skórą i zmieniającymi się kolorami włosami, z otwartymi ramionami, jakby witała świat. Jej migdałowe oczy lśnią inteligencją i życzliwością. Ogród jest pełen kolorowych kwiatów, tańczących traw i małej drewnianej budki dla ptaków, pod gwiaździstym niebem, w którym przemijają spadające gwiazdy. Hania i Lumia dzielą magiczny moment, Hania uważnie słucha opowieści Lumii o odległych planetach, podczas gdy delikatne światło z obcej kapsuły oświetla ich twarze, tworząc atmosferę snu i przygody. zgłoś problem z tym obrazem

1. Noc, która mrugała

Hania miała jedenaście lat i wciąż potrafiła liczyć gwiazdy tak długo, aż powieki zaczynały jej się robić ciężkie jak ciepłe kamyki. Tamtej nocy nie mogła zasnąć, bo niebo mrugało spadającymi gwiazdami. Na parapecie leżał jej skarb: magnes w kształcie gwiazdy, złotawy i gładki, pamiątka po dziadku. Lubiła przykładać go do metalowych ramek i udawać, że przyciąga nie tylko spinacze, ale i odległe konstelacje.

Gdzieś w ogrodzie stuknęło wiaderko. Pomyślała, że to kot sąsiadów, Pan Mruk, węszy za czymś chrupiącym. Potem usłyszała szept, którego nie znała, delikatny jak struna:

— Proszę o odrobinę ciszy, muszę skończyć zdanie o kometach z jamnika.

— O kometach z… jamnika? — Hania aż zachichotała, bo wyobraziła sobie wędkę i psa z ogonem jak miotła.

Ciekawość wyciągnęła ją z łóżka. Otworzyła cicho okno i zsunęła się na trawę. W ogrodzie pachniało miętą, a na końcu ścieżki, przy szopie, migotało coś jak oddech świetlika, tylko sto razy bardziej miękki i równy. Hania przykucnęła za grządką pietruszki, ściskając w kieszeni swój gwieździsty magnes. Bo nawet jeśli to był tylko kot, dobrze było mieć przy sobie coś, co przyciąga rzeczy z uporem i cierpliwością.

Światło drgnęło. Zobaczyła cień, cienki jak nitka, i usłyszała znów głos:

— I wtedy… inna galaktyka pożyczyła nam wiaderko ciszy, a my oddaliśmy jej kubek świtu.

Hania miała wrażenie, że ktoś mówi do kropli rosy. I właśnie wtedy Pan Mruk wyskoczył z krzaków jak mała strzała, miauknął obrażony i uciekł. A Hania, zaskoczona, wychyliła się za bardzo. Gałązka trzasnęła. Światło przy szopie przysłoniło się i zwróciło w jej stronę.

— Kto tam? — zapytał głos. — Jeśli to wiatr, proszę gwizdnąć! Jeśli człowiek, proszę nie skakać, bo opowieści się rozsypią.

— Ja… to tylko Hania — wyszeptała. — Mieszkam tutaj. I nie skaczę. Tylko patrzę.

2. Opowiadaczka galaktyk

Światło rozwinęło się bardzo powoli, jakby ktoś rozwiązywał kokardę z mgły. Hania dostrzegła osobę drobną i wysoką zarazem, o ruchach tak miękkich, że przypominały dym. Miała skórę z lekkim, srebrnym połyskiem i włosy jak cieniutkie świecące nitki, które co chwilę zmieniały kolor z morskiego na malinowy. Uśmiechnęła się, a ten uśmiech był jak ciepłe światło z latarki pod kocem.

— Jestem Lumia — powiedziała. — Opowiadaczka galaktyk, wersja podróżna. Zbieram historie z miejsc, które błyszczą i mruczą. Przepraszam, byłam właśnie w środku zdania. Czy to twoje krople rosy?

— Nie… to trawa mamy — odparła Hania ostrożnie. — A jamnik?

— Język polski ma pułapki — westchnęła Lumia i dotknęła palcem powietrza, a w powietrzu rozbłysła miniaturowa kometa. — Miało być: “z jarmarku”. Komety z jarmarku. Chociaż jamnik też byłby ciekawy. Czy mogę mówić dalej? Twoja obecność jest… przyjemna.

Hania usiadła na skrzynce z narzędziami. Serce waliło jej jak na zawodach, ale ciekawość była silniejsza niż strach.

— Skąd się wzięłaś w moim ogrodzie?

Lumia wskazała na coś stojącego za szopą. Był tam przedmiot przypominający ogromne nasiono o gładkiej powierzchni. Mienił się jak bańka mydlana, czasem przejrzysty, czasem mleczny. Na jego boku pulsowały małe punkty światła, układające się w linie, jak gdyby ktoś pisał nim alfabetem na ciemnym powietrzu.

— To moja kapsuła opowieści — powiedziała z dumą. — Steruję nią trochę głosem, trochę oddechem, trochę cierpliwością. Miałam się tylko zatrzymać, zebrać od twoich drzew kilka szelestów do kolekcji i polecieć dalej. Ale… zgubił się mój kompas gwiazdozbiorczy. To taka mała rzecz, która wie, gdzie jest Północ nieba.

— Północ nieba brzmi poważnie — zauważyła Hania. — Może mogę ci pomóc? Znam tę działkę lepiej niż Pan Mruk.

— Byłabym wdzięczna — skłoniła się Lumia. — Tylko musimy uważać, żeby nie spłoszyć ciszy. Ona jest potrzebna do słuchania historii.

Hania wyciągnęła z kieszeni swój magnes. Niby zwykły, a jednak zawsze wydawał jej się specjalny. Gwiazda połyskiwała miękko.

— To… czasem przyciąga rzeczy, o których myślę — powiedziała cicho. — Może polubi twój kompas.

— Och! — zaśmiała się Lumia. — Magnes w kształcie gwiazdy. Idealnie. Ale musimy być cierpliwe. Gwiezdny pył najpierw się obraża, a potem daje się znaleźć.

3. Gwiezdny magnes

Hania i Lumia uklękły w trawie. Noc znów potrafiła być cicha, tylko latarnia na ulicy mrugała jak leniwy robak świetlny. Lumia rozwinęła z rękawa coś w rodzaju pajęczynowego woreczka i rozpięła go nad ziemią.

— To sitko na opowieści — wyjaśniła. — Przechwytuje drobiazgi, które chcą zostać zauważone. A teraz: dziewięć oddechów. Nie mniej. Nie więcej.

Hania uniosła brwi.

— Dlaczego dziewięć?

— Bo niebo lubi nieparzyste liczby — odparła poważnie Lumia. — I żebym zdążyła przegonić w głowie wszystkie zbyt szybkie myśli.

Obie oddychały powoli: raz, dwa, trzy… Magnes w dłoni Hani robił się cieplejszy. To mogła być jej dłoń, ale wolała myśleć, że to znak. Po siódmym oddechu w pajęczynowym woreczku zamigotał drobny, srebrzysty pył, jak cukier. Po ósmym — coś stuknęło jak maleńki guziczek o metal. Po dziewiątym — magnes w ręce Hani szarpnął do przodu.

— Oho! — zawołała. — Coś mam!

Poruszyła dłonią nad trawą. Magnes pociągnął za sobą cienką, bladoniebieską błyskotkę. Był to krążek wielkości monetki, z wyrytymi na brzegach maleńkimi znakami.

— Kompas gwiazdozbiorczy! — uśmiechnęła się szeroko Lumia i aż klasnęła, co zabrzmiało jak cichy dzwonek. — Wiedziałam, że gwiezdny magnes to dobry pomysł. Dziękuję, Haniu.

— Nie ma za co — skromnie odpowiedziała dziewczynka. — Lubię czekać, jak wiem, że to komuś pomoże.

Lumia przyłożyła kompas do boku kapsuły i jednym palcem dotknęła kilka punktów światła. Ścianki nasiona rozjarzyły się równym blaskiem.

— Baterie napełniają się światłem księżyca — wytłumaczyła. — A ster działa najlepiej, gdy w środku jest ktoś, kto słucha. Usiądziesz ze mną? Opowiem ci jedną historię w zamian za odwagę i cierpliwość.

— Jedną? — w oczach Hani zatańczyły iskierki. — Mogą być dwie?

— Jedna długa, która udaje trzy — puściła do niej oko Lumia.

Usiadły w kapsule. W środku było jak w namiocie, tylko zamiast materiału nad głowami była przezroczysta kopuła. Na podłodze, gładkiej i ciepłej jak kamień od słońca, leżały miękkie poduszki. W powietrzu unosił się zapach czegoś, co przypominało ciepłe pieczywo i letnią rzekę.

— Gotowa? — zapytała Lumia i dmuchnęła w malutką rurkę przy panelu. — Zaczynamy od opowieści o planecie, która była w paski jak arbuz i śmiała się dźwiękiem rozbijających się fal.

4. Dziewięć oddechów

Opowieść Lumi płynęła jak nocna rzeka. Hania leżała na brzuchu i patrzyła, jak nad ich głowami w kopule pojawiały się obrazy: zielone morza, które śpiewały, miasta z domami na cienkich nogach, a nawet stado świetlnych ryb, które pływały po niebie jak po jeziorze.

— Na tej planecie — mówiła Lumia — wszystko dojrzewało powoli. Najpyszniejsze owoce rosły na drzewach, które lubiły, gdy ktoś przy nich siedzi i opowiada. Dzieci miały swoje krzesełka przy pniach i nikt nie poganiał ani jabłek, ani opowieści. Kiedy przyjechałam, poprosiły mnie o historię, która rośnie razem z nimi, jak włosy. I wtedy zrozumiałam, że najtrudniejsze rzeczy wymagają cierpliwości nie tylko ze strony świata, ale i naszej.

Hania kiwnęła głową. Wspomniała o dziadku, który uczył ją rozpoznawać Wielki Wóz. Nie robił tego na raz, tylko po kawałku, przez wiele wieczorów.

— Dziadek mówił, że gwiazdy nie lubią być gonione — wyszeptała. — Trzeba za nimi iść spokojnie.

— Mądry człowiek — przyznała Lumia. — Twoja cierpliwość dziś nam bardzo pomogła.

— A… czy mogłabym zobaczyć, jak to lata? — Hania nie wytrzymała. — Choć trochę?

Lumia zastygła na moment, jakby liczyła w myślach.

— Możemy unieść się nad ogród. Tylko nad ogród. Krótko. I bardzo cicho. Zrobimy dziewięć oddechów wzlotu i dziewięć oddechów siedzenia w miejscu. Zgoda?

— Zgoda! — Hania zacisnęła dłonie, żeby nie skakać z radości, bo pamiętała, że opowieści się rozsypują, gdy ktoś podskakuje.

Lumia przysunęła panel do siebie. W środku rozległ się delikatny szum, jak wtedy, gdy sypie się cukier. Kapsuła drgnęła i zaczęła się podnosić. Przez kopułę Hania zobaczyła swój ogród z góry: równy prostokąt trawnika, ścieżki jak wstążki, grządki zielone jak patchwork. Pan Mruk zadarł głowę i zrobił minę, jakby zobaczył truskawkę w grudniu.

— Ojej — parsknęła Hania. — On powie wszystkim kotom!

— Koty mają doskonalsze biblioteki niż myślisz — odparła Lumia poważnie. — Zbierają mručenia i cienie.

Hania chętnie zapytałaby o koty-bibliotekarzy, ale kapsuła dotknęła delikatnie wiatru, a wiatr był miękki jak szalik. Przez dziewięć oddechów patrzyły na noc. Słyszały odległy samochód, pociąg jak strunę i sówki, które dyskutowały szeptem.

Po dziewiątym oddechu kapsuła lekko osiadła. Wtedy wiszący przy wejściu gwiezdny magnes zadrżał i pociągnął w bok, jakby chciał coś pokazać.

— Co cię tam ciągnie, gwiazdko? — Hania uciszyła własne podekscytowanie, czekając, aż magnes się zatrzyma. — Widzę. To chyba mój swing.

Magnes rzeczywiście wskazywał huśtawkę. Na jej metalowej ramie, tuż przy śrubie, coś się błyszczało. Lumia nachyliła się i wzięła w palce maleńki, półprzezroczysty kryształek.

— To łezka nawigacji — wyjaśniła, zerkając z wdzięcznością na Hanię. — Bez niej ster nie trzyma się stabilnie. Spadła, gdy przestraszył mnie… jamnik. To znaczy, jarmark.

— Mogę? — Hania podała magnes. — Przytrzymam go, dopóki nie przyczepisz.

— Oczywiście. Tylko powoli.

Palce Lumi pracowały spokojnie. Hania patrzyła i oddychała razem z nią. Kiedy łezka nawigacji kliknęła na miejsce, kapsuła zaśpiewała cichutko, jakby ktoś nastroił gitarę.

5. Najkrótszy lot

— To był najkrótszy lot w moim życiu — powiedziała Hania z zachwytem, gdy znów siedziały na poduszkach. — I chyba najpiękniejszy, bo nad moją huśtawką.

— Loty nie muszą być długie, żeby coś zmienić — odparła Lumia. — Czasem wystarczy unieść się o grubość jednego uśmiechu.

Hania przytaknęła, a po chwili odważyła się poprosić:

— Mogę ci ja coś opowiedzieć? Jedną krótką?

— Proszę — uśmiechnęła się Lumia i od razu w kopule pojawił się mały stolik z kubkiem, który pachniał miętą. — Opowieści lubią się wymieniać jak prezenty.

Hania wzięła łyk i posadziła słowa obok siebie jak kredki:

— Dostałam ten magnes od dziadka. Kiedyś nie mogłam złapać Wielkiego Wozu. Denerwowałam się, bo wszyscy od razu go widzieli, a ja widziałam tylko gwiazdowy bałagan. Dziadek powiedział, żebym nie goniła. Wyszliśmy na dwór, usiedliśmy i liczyliśmy oddechy. Po dziewiątym już wiedziałam, gdzie patrzeć. To było trochę jak teraz. I postanowiłam, że będę cierpliwa częściej niż tylko czasem.

— Wspaniała historia — wyszeptała Lumia. — Będzie idealna do mojej kolekcji "O znalezieniu drogi bez pośpiechu".

W kopule rozbłysły spokojne punkty jak światła w oknach. Na chwilę pojawiła się twarz dziadka Hani, śmiejąca się cicho jak trawa, a potem niebo znów było niebem.

— Będziesz już lecieć? — zapytała Hania, czując, że brzuch robi się jej dziwnie lekki, jak wtedy, gdy kończy się piknik.

— Tak — kiwnęła głową Lumia. — Teraz wiem, gdzie jest Północ nieba. A tam czekają na mnie dzieci, które potrzebują opowieści o planecie rozśmieszonych drzew.

— Chciałabym… — Hania zawahała się. — Chciałabym ci coś dać na drogę. Coś małego, ale prawdziwego.

— Wymiana drobiazgów na szczęście jest moją ulubioną częścią podróży — przyznała Lumia, a w jej oczach zaświeciły się dwa roziskrzone klejnociki ciekawości.

6. Drobne prezenty

Hania znów poczuła w kieszeni ciężar magnesu. Przetarła gwiazdę kciukiem. To była pamiątka po dziadku, ale też narzędzie, dzięki któremu znalazły kompas i łezkę. Spojrzała na kapsułę, na Ljumię, na ogród, który wciąż pachniał miętą.

— Mogę ci pożyczyć mój magnes — powiedziała, a potem poprawiła: — Mogę ci go dać. Niech przyciąga to, co dobre, kiedy będziesz daleko. Ja mam gwiazdy nad łóżkiem i dziadka w opowieści. A ty… masz wiele dróg.

Lumia zamilkła na moment. Jej włosy zbladły, jakby ostrożnie szukały słów.

— Haniu, to bardzo wielkoduszne. Taki prezent ma wagę nie tylko metalu, ale i wspomnienia. Jeśli przekażesz go dalej, obiecuję, że będę go używać z uważnością. I kiedy wrócę, opowiem ci, co przyciągnął.

Podała dłoń, a Hania położyła na niej gwiazdę. Gwiazda zadrżała, jakby rozumiała, że zmienia właścicielkę. Lumia wzięła ją i przypięła do panelu obok kompasu. Z boku kapsuły zapalił się nowy punkcik, cieplutki jak lampka nocna.

— A teraz mój prezent dla ciebie — powiedziała Lumia i wyciągnęła z kieszeni coś, co wyglądało jak mały kamyk z mlecznego szkła. — To jest słuchaczowy kamyk. Kiedy przyłożysz go do ucha, usłyszysz najbliższą spokojną rzecz. Czasem to będzie twój oddech. Czasem liść. Czasem deszcz za oknem. Pomaga ćwiczyć cierpliwość, ale też przypomina, że nawet w hałasie jest miejsce na ciszę.

Hania przyłożyła kamyk do ucha. Najpierw nic. Potem cichutko usłyszała własne serce, które wcale nie pędziło, tylko stukało równo, jak spokojny zegar. Uśmiechnęła się szeroko.

— Dziękuję. To… bardzo moje.

— I jeszcze coś — dodała Lumia, pochylając się do skrzynki z narzędziami. Wyciągnęła rysik, którym kreśliła po powietrzu mapy, i trąciła nim krawędź skrzynki. Na metalu został maleńki znak w kształcie gwiazdki. — Gdybyś zatęskniła, dotknij tego miejsca dziewięcioma palcami naraz. Wiem, że masz tylko dziesięć, ale to wymaga pewnej gimnastyki śmiesznej. Jeśli będę blisko, zajrzę.

— Dziewięcioma… naraz? — Hania zachichotała, próbując rozłożyć palce. — Dobrze, poćwiczę.

— A jeśli kiedyś potrzebujesz szybko przypiąć do lodówki ważną wiadomość — dodała Lumia z powagą — proszę, użyj tego. — Wyciągnęła z kieszeni maleńki klips z jasnego metalu, w kształcie półksiężyca, który działał jak magnes. — On nie ma wspomnień, ale ma dobrą przyczepność.

— Wymiana przyczepności przyjęta — odparła Hania uroczyście.

Stanęły przy wejściu do kapsuły. Noc zsunęła się niżej, jak kołdra. Pan Mruk przeciągnął się ostentacyjnie i udał, że wcale nie śledził ich rozmowy od pięciu rozdziałów.

— Do zobaczenia, Haniu — powiedziała Lumia. — Dziękuję za ogród, cierpliwość i gwieździsty magnes. Opowiem o tobie drzewom na planecie w paski.

— Do zobaczenia, Lumia — odparła Hania. — Dziękuję za opowieści i kamyk. Będę słuchać. A kiedy wrócisz, może opowiem ci o jamnikach z jarmarku.

— Umowa stoi — zaśmiała się Lumia, myląc znacząco i z zachwytem. — Jamnik też lubi opowieści.

Kapsuła uniosła się cicho. Przez chwilę wyglądała jak bańka mydlana, która nie chce pęknąć, bo dobrze jej tam, gdzie jest. Potem wzniosła się wyżej, mrugnęła raz, drugi, trzeci i znikła w ciemnościach, które wcale nie były straszne, tylko rozległe.

Hania została w ogrodzie sama, ale nie czuła się samotna. Przykleiła na lodówce półksiężycowy klips i wsunęła pod niego kartkę: “Dziewięć oddechów przed pośpiechem”. Kamyk słuchaczowy położyła na parapecie. Gdy przyłożyła go do ucha, usłyszała miarowe kapanie kropli z wiadra i oddech domu, który spał spokojnie.

Nad ranem, gdy pierwsze światło zaczęło malować dachy sąsiadów, Hania zamknęła okno i wróciła do łóżka. Magnesu już nie miała, ale pod powiekami czuła miękki blask gwiazdy. I wiedziała, że prezenty potrafią krążyć jak planety: wracają w opowieściach, w oddechach, w cierpliwych uśmiechach.

A gdy jest się bardzo cichym i bardzo uważnym, można usłyszeć, jak gdzieś wysoko ktoś mówi:

— Dziękuję, Haniu. Do zobaczenia.

Bez reklam 3€ na miesiąc

Czy pragną Państwo nieprzerwanej lektury? Wesprzyjcie Oh My Tales, usuńcie wszystkie reklamy i korzystajcie z innych wliczonych korzyści już od 3€ miesięcznie.

Zobacz plany i ceny
Udostępnij

zgłoś problem z tą opowieścią

Co sądziliście o tej opowieści?

Podaj swoją opinię, przyznając ocenę tej opowieści w zależności od tego, co Ty i/lub Twoje dziecko o niej myśleliście. Z góry dziękujemy!

Dziękuję! Twój głos został uwzględniony!

Quiz: czy dobrze zrozumiałeś opowieść?

Konstelacje
Grupa gwiazd, które tworzą wyobrażony obraz na niebie.
Galaktyka
Ogromna struktura w kosmosie, składająca się z gwiazd, planet, pyłu i gazu.
Czekanie
Akcja polegająca na pozostawaniu w jednym miejscu, aż coś się wydarzy lub przyjdzie.
Cierpliwość
Zdolność do czekania na coś bez irytacji lub pośpiechu.
Opowieści
Historie, które są opowiadane lub pisane, często zawierające fikcję lub prawdziwe wydarzenia.
Kompas
Urządzenie wskazujące kierunki, zazwyczaj z igłą magnetyczną, która pokazuje północ.

Stwórz magiczną i unikalną opowieść dla swojego dziecka!

Stwórz spersonalizowaną przygodę w zaledwie kilka minut, w której twoje dziecko staje się bohaterem. Z naszym ekskluzywnym narzędziem to łatwe, darmowe i zabawne!

Stworzyć opowieść

Pobierz tę opowieść:

Pobierz tę opowieść w formacie PDF Pobierz e-booka (.epub)

Do przeczytania następnie w Opowieści o kosmitach dla 11-12 lat

Otrzymuj nowe opowieści w każdą niedzielę wieczorem!

Otrzymaj 7 ekscytujących i fascynujących opowieści, dostosowanych do wieku i gustów Twojego dziecka, każdej niedzieli o 17:00*. To jest darmowe i gwarantowane bez spamu!
*E-mail wysyłany o 17:00 czasu środkowoeuropejskiego (CET).
Nie lubimy też spamu. Dlatego nie będziemy wysyłać Ci nic poza opowieściami. Będziesz mógł się wypisać, kiedy tylko zechcesz.