Trwa ładowanie...
Opowieść o kosmicie 11-12 lat Czytanie 22 min.

Latawiec dyplomaty i obietnica z gwiazd

Maks, młody „dyplomata”, buduje specjalny latawiec, który przyciąga tajemniczą istotę, i razem z przyjaciółką Hanią podejmują wyprawę przez leśny mech, by pomóc jej i spróbować nawiązać porozumienie.

Pobierz tę opowieść w formacie PDF

Idealne do dzielenia się lub drukowania tej opowieści!

Pobierz e-booka (.epub)

Przeczytaj tę opowieść na swoim czytniku e-booków.

Dwunastoletni chłopiec Maks o okrągłej twarzy i piegach, z rozczochranymi brązowymi włosami i odważno‑zachwyconym wyrazem (szeroko otwarte oczy, nieśmiały uśmiech), trzyma mocno drążek latawca, lekko ugięty w kolanach jakby opierał się wiatrowi, obok po lewej stoi dwunastoletnia Hania z długimi splecionymi włosami, figlarno‑zaniepokojona, trzyma małą latarkę w postawie ochronnej i porozumiewawczej, po prawej kilka metrów od Maksa znajduje się obca Liri — drobna, smukła istota o matowej szaro‑niebieskiej skórze, dużych świetlistych owalnych oczach i krótkich miękkich wyrostkach na głowie, wychodzi z metalowej, kroplowatej kapsuły z wyciągniętą ręką na powitanie; miejsce: nocna polana za starym kamieniołomem, gruby dywan głębokiej zielonej mchu tłumi kroki, kanciaste skały w tle, fioletowe zmierzchowe niebo z kilkoma gwiazdami i bladym księżycem, dzikie trawy i kwiaty falują na wietrze; scena główna: pokojowe pierwsze spotkanie — domowej roboty papierowy latawiec ze srebrną wstążką wysoko nad głowami, brzęczące łańcuchy metalowych kapsułek, mała krocząca sonda‑robot wyłaniająca się z mchu, dynamiczna diagonalna kompozycja, miękkie oświetlenie księżyca i niebieska poświata Liri, ciepła, pełna zachwytu atmosfera. zgłoś problem z tym obrazem

Rozdział 1: Dyplomata z kieszeniami pełnymi sznurka

Maks miał dwanaście lat i oficjalnie był „młodszym dyplomatą” Miasteczka nad Kanałem. Tak brzmiała nazwa, którą wcisnął mu w ręce pan burmistrz, kiedy Maks pomógł pogodzić dwie sąsiadki kłócące się o to, czyj kot zjadł czyją kanapkę z serem.

—Dyplomata to ktoś, kto umie słuchać i nie krzyczy, nawet gdy inni krzyczą — powiedział wtedy burmistrz, poprawiając krawat z nadrukiem rakiet.

Maks umiał słuchać. Umiał też zadawać pytania, które wwiercały się w ciszę jak wiertło w miękkie drewno.

Tego popołudnia siedział w szopie za domem. Pachniało tam kurzem, żywicą i zeszłorocznymi jabłkami. Na stole leżały patyki z leszczyny, cienki papier, rolka srebrnej taśmy i sznurek.

—Robisz latawiec jak wszyscy? — zapytała Hania, jego najlepsza koleżanka, opierając się o framugę. Jej warkocz wyglądał jak gruby przewód od ładowarki.

—Nie jak wszyscy — odparł Maks. —To będzie latawiec dyplomatyczny.

—Czyli będzie umiał przepraszać?

—Będzie umiał mówić do gwiazd.

Hania weszła bliżej, zerkając na szkic. Kształt był prosty: romb, ale na środku Maks zaplanował kieszeń z przezroczystej folii.

—To na list? — Hania zmrużyła oczy.

—Na znak — powiedział Maks i przygryzł wargę. —Jeśli gdzieś tam ktoś jest… chcę, żeby wiedział, że nie musimy się bać.

Hania prychnęła.

—Ja bym się trochę bała. Ale tylko trochę. Tak… na zdrowy rozsądek.

Maks przykleił srebrną taśmę wzdłuż krawędzi papieru. Srebrne paski błyszczały jak cienkie jeziora w słońcu.

—Zrobimy ogon? — spytała Hania.

—Długi. Z wstążek i… — Maks rozejrzał się i wyciągnął z pudełka garść błyszczących nakrętek po sokach. —…z tych. Niech dzwoni, jakby gwiazdy miały uszy.

—A jak uszy mają… kosmici? — Hania wskazała na swoje.

—To będą mieli przynajmniej coś, co przyciągnie uwagę.

Maks pracował uparcie, nawet gdy patyk pękł i musiał zaczynać od nowa. Nawet gdy wiatr za oknem ucichł, jakby ktoś zakręcił kurek w niebie.

W końcu latawiec był gotowy. Prosty, mocny, trochę krzywy w jednym rogu, ale Maks uznał, że to dodaje mu charakteru.

—Obiecujesz, że dziś go puścimy? — Hania uniosła brwi.

Maks spojrzał na swoją kieszeń z folii, gdzie wsunął małą kartkę: „CZEŚĆ. JESTEŚMY PRZYJAŹNI. PODPIS: MAKS, DYPLOMATA”.

—Obiecuję — powiedział. I poczuł, jak to słowo przykleja mu się do serca jak srebrna taśma do papieru. Trzymało mocno.

Rozdział 2: Ścieżka z mchu, która tłumi kroki

Najlepsze miejsce na wiatr było za starym kamieniołomem, tam gdzie zaczynał się las. Było też najlepsze miejsce na ciszę. Maks lubił ciszę, bo w niej łatwiej było usłyszeć własne myśli.

Ruszyli wieczorem, kiedy niebo robiło się granatowe, a pierwsza gwiazda mrugała jak ktoś, kto nie jest pewien, czy wypada.

W lesie prowadziła ścieżka z mchu. Nie była zwykła. Mech rósł tu tak gęsto, że wyglądał jak dywan. Tłumił kroki, jakby ktoś położył na ziemi grubą kołdrę.

—To miejsce zawsze wygląda, jakby las sprzątał po ludziach — szepnęła Hania.

—Może sprząta — odparł Maks i przytrzymał latawiec, żeby nie zahaczył o gałąź.

Szli wolno, bo Maks chciał, żeby każda rzecz była dokładnie na swoim miejscu. Dyplomata, nawet mały, nie wysyła znaku do gwiazd byle jak.

W pewnym momencie Hania przystanęła.

—Słyszysz?

Maks zatrzymał się natychmiast. Na mchu nie było widać śladów, ale coś… brzęczało. Cicho, jakby ktoś trzymał w kieszeni małą elektryczną szczoteczkę do zębów.

Brzęczenie płynęło spod ziemi. Mech lekko drżał.

—To pewnie… — Hania urwała, bo mech uniósł się jak oddech.

W samym środku ścieżki rozchyliła się zielona warstwa i spod niej wysunął się okrągły, metaliczny dysk wielkości talerza. Na jego powierzchni pulsowały punkciki światła, jak drobne świetliki uwięzione pod szkłem.

—Okej — wyszeptała Hania. —To nie jest kret.

Maks poczuł, jak serce przyspiesza, ale jego głos był spokojny. Uczył się tego. Dyplomata nie panikuje pierwszy.

—Może to… czujnik — powiedział.

Dysk wydał ciche „pip”, a potem w powietrzu pojawił się cienki, błękitny promień. Zatrzymał się na latawcu, przejechał po srebrnej taśmie i po kartce w kieszeni.

—On… czyta — szepnęła Hania.

—To dobrze — odparł Maks. —To znaczy, że ktoś odpowiada.

Promień zgasł. Dysk wsunął się z powrotem pod mech, a zielony dywan zamknął się, jakby nic się nie stało.

Przez chwilę stała tylko cisza i ich oddechy.

—To było jak… tajne „dzień dobry” — mruknęła Hania, próbując żartu, który miał ją uspokoić.

Maks uśmiechnął się słabo.

—To znaczy, że musimy dokończyć — powiedział. —Obiecałem.

I ruszył dalej ścieżką z mchu, czując, że las patrzy na nich nie wrogo, tylko… ciekawie.

Rozdział 3: Pierwszy znak wznosi się do gwiazd

Polana za kamieniołomem była szeroka i jasna. Nad nią wznosiły się resztki skał, jak zęby olbrzyma, który dawno temu ugryzł ziemię i zapomniał przeżuć.

Wiatr wrócił. Nie gwałtowny, raczej pewny siebie, jak ktoś, kto wreszcie znalazł właściwą drogę.

Maks podał Hani szpulkę sznurka.

—Trzymaj. Jak zacznie szarpać, nie puszczaj, tylko oddychaj — pouczył ją z powagą, która u niego brzmiała trochę zabawnie.

—Oddychać umiem — odparła Hania. —Zazwyczaj.

Maks podniósł latawiec. Srebrne paski złapały światło księżyca, a nakrętki na ogonie zadzwoniły cichutko, jak mały chór.

—Gotowa?

—Gotowa.

Maks pobiegł kilka kroków. Wiatr złapał papier, napiął go, uniósł. Latawiec zadrżał, zawahał się… i poszybował w górę.

Sznurek przesuwał się przez palce, szorstki, żywy. Maks patrzył, jak jego znak wspina się w ciemniejące niebo, aż stał się białą plamką, a potem gwiazdą, która nie była prawdziwą gwiazdą, ale udawała ją całkiem nieźle.

—Widzisz? — Hania szturchnęła go łokciem. —Gdyby kosmici mieli okna, to teraz by wyglądali i mówili: „O, ktoś do nas macha”.

—A gdyby mieli herbatę, to by ją rozlali z wrażenia — dodał Maks, zaskoczony własnym humorem.

Śmiali się krótko, a potem oboje zamilkli, bo na niebie wydarzyło się coś, co nie pasowało do żadnej znanej im opowieści.

Między gwiazdami pojawiła się cienka linia światła. Najpierw wyglądała jak spadająca gwiazda, ale nie spadała. Zatrzymała się. Rozciągnęła jak nić. I zaczęła powoli, bardzo powoli, schodzić w dół.

—To… to dron? — Hania próbowała znaleźć słowo, które zmieściłoby w sobie to, co widzi.

—Nie nasz — powiedział Maks.

Światło zbliżało się do polany. Nie oślepiało. Było miękkie, jak latarka zasłonięta dłonią. Gdy dotknęło ziemi, pojawił się kształt: mały obiekt, gładki, opływowy, przypominający kroplę wody z metalu.

Zatrzymał się kilka metrów od nich. Latawiec nad nimi szarpał lekko, jakby też chciał zobaczyć.

Z obiektu wysunęła się cienka antena, a potem rozległ się dźwięk, który brzmiał jak mieszanka gwizdu, kliknięcia i… śmiechu.

—Powinniśmy uciekać? — szepnęła Hania, ale nie ruszyła się nawet o krok.

Maks poczuł strach jak zimną wodę na karku. Ale poczuł też coś jeszcze: ciekawość i odpowiedzialność. To on wysłał znak. To on zaprosił nieznane.

Zrobił krok do przodu i uniósł wolną dłoń, tak jak widział w filmach, ale bardziej naturalnie, jakby witał kogoś na przystanku.

—Cześć — powiedział głośno. —Jestem Maks. Jestem dyplomatą.

Obiekt zamilkł na sekundę, po czym odezwał się inny dźwięk: wyraźne, spokojne słowo w idealnej polszczyźnie, choć z lekkim, śmiesznym „pstryknięciem” na końcu:

—Cześć. Odebrano. Przyjaźń: potwierdzona.

Rozdział 4: Gość z kieszeniami pełnymi gwiazd

Z boku metalicznej „kropli” otworzyło się coś jak drzwi, tylko bez zawiasów. Po prostu fragment powierzchni odsunął się, jakby materiał był wodą.

Wysunęła się postać. Niewysoka, może jak Maks, tylko bardziej smukła. Skóra miała kolor jasnej szarości z odcieniem błękitu, jak cień na śniegu. Oczy były duże, ale nie straszne — raczej uważne. Zamiast włosów miała cienkie, krótkie wypustki, jak miękkie igiełki mchu.

Hania wciągnęła powietrze.

—On wygląda… jakby był z innej bajki.

—Ja jestem z innej… drogi — powiedziała istota. I dodała po chwili, jakby szukała właściwego słowa: —Z innego domu.

Maks przełknął ślinę.

—Rozumiesz nas?

Istota dotknęła palcami czegoś na swoim przedramieniu. Tam, gdzie człowiek miałby zegarek, połyskiwał cienki pierścień.

—Tłumacz uczący. Wasz język: piękny. Dużo „sz”. — Zatrzymała się. —Ja: Liri.

—Ja Hania — wtrąciła szybko dziewczyna, jakby nie chciała zostać tylko „tą od sznurka”. —A to jest Maks. Dyplomata.

Liri spojrzała na latawiec wysoko nad nimi.

—Znak: lekki. Mądry. Nie jest bronią.

—To tylko papier i patyki — powiedział Maks.

—I obietnica — dodała Hania cicho, a Maks spojrzał na nią z wdzięcznością.

Liri uniosła coś, co trzymała przy pasie. Małą kulę, przezroczystą jak bańka mydlana, ale twardą. W środku migotały punkty światła.

—To… gwiazdy? — zapytał Maks.

—Mapy — odparła Liri. —Dla mnie: ścieżki. Dla was: tajemnice.

Maks poczuł, że jego mózg chce biec do przodu i zadawać tysiąc pytań naraz. Zamiast tego zrobił to, co dyplomata powinien zrobić: zaczął od jednego, najważniejszego.

—Dlaczego jesteś tutaj?

Liri spojrzała na polanę, na skały, na latawiec.

—Szukam miejsca, gdzie można się spotkać bez strachu. Wasz znak mówił: „przyjaźni”. Ja sprawdzam.

—No to… — Hania rozłożyła ręce. —Sprawdź.

Liri wydała cichy dźwięk, jakby się śmiała.

—Sprawdzam.

Wtedy z mchu na skraju polany wypłynęły drobne światełka. Znane „pip” zabrzmiało znów. To był ten dysk, ten czujnik, tylko teraz wyraźniej widać było, że ma małe nóżki, które poruszały się jak u pająka, ale dużo sympatyczniej.

—To twoje? — spytał Maks.

—To mój zwiadowca. Lubi mech. Mech jest cichy i miękki. Jak wasze… poduszki?

—Jak dywan — podpowiedziała Hania.

—Tak. Mech-dywan.

Maks odetchnął. Śmieszne słowa potrafiły rozbroić strach lepiej niż najgrubsza zbroja.

—Liri — powiedział. —Ja wysłałem znak, bo… bo chciałem, żeby ktoś wiedział, że możemy rozmawiać. Nawet jeśli się różnimy.

Liri przybliżyła się o krok, ostrożnie, jakby nie chciała nadepnąć na ich granice.

—Rozmowa jest mostem — powiedziała. —Ja przynoszę odpowiedź. Ale potrzebuję też… pomocy.

—Jakiej? — zapytał Maks, a Hania od razu dodała:

—Jeśli to nie jest „porwijmy Ziemię”, to może damy radę.

Liri przechyliła głowę.

—Nie porywam. Ja gubię.

—Gubisz? — Maks zmarszczył brwi.

Liri pokazała mapę-kulę. Jedno ze świateł migotało na czerwono.

—Moja kapsuła ma część, która wypadła na ścieżce z mchu. Bez niej nie mogę wysłać bezpiecznego raportu. A bez raportu… moi boją się. I wtedy nie przychodzą z pokojem, tylko z ostrożnością.

Maks poczuł, jak słowo „obietnica” znów ciąży w nim przyjemnie, ale poważnie.

—To wracamy na ścieżkę z mchu — powiedział. —Znajdziemy to. Uparcie. A jak trzeba, to i na kolanach.

Hania westchnęła teatralnie.

—Mój dyplomata lubi dramat. Ale dobra. Szukamy.

Liri skinęła głową.

—Dziękuję. Obietnica: ważna?

Rozdział 5: Tajemnica w zielonym dywanie

Wrócili na ścieżkę z mchu. Noc była już gęsta, ale nie przerażająca. Księżyc wisiał jak latarnia, a mech świecił delikatnie, jakby zatrzymał w sobie odrobinkę dnia.

Dysk-zwiadowca sunął przodem, wydając ciche „pip-pip”, jakby podśpiewywał. Liri szła obok Maksa. Hania trzymała latarkę, choć jej światło wydawało się niepotrzebne przy tych migotaniach.

—Jak się zgubiła ta część? — zapytał Maks.

—Kiedy lądowałam, przestraszyłam się — przyznała Liri po chwili. —Wasze powietrze jest gęstsze. Inaczej pachnie. A strach robi, że ręce są… śliskie.

—To normalne — powiedziała Hania. —Ja raz przestraszyłam się żaby. Żaba. Wyobrażasz sobie?

Liri zastanowiła się.

—Żaba to wasz mały skok?

Hania parsknęła.

—Tak. Mały skok. Bardzo śliski.

Maks uśmiechnął się, ale zaraz spoważniał. Ścieżka wyglądała identycznie jak wcześniej. Zielony dywan bez śladów. Jak szukać czegoś, co wypadło w miejscu, które nie chce pamiętać?

—Musimy być metodyczni — powiedział Maks. —To znaczy… szukać kawałek po kawałku. Dyplomatycznie.

—Dyplomatycznie? — Hania uniosła latarkę.

—Spokojnie. Z planem. Bez paniki — wyliczył.

Liri skinęła głową.

—U mnie to słowo brzmi: „trwać”.

Podzielili ścieżkę na odcinki. Hania liczyła kroki. Maks zaznaczał patykiem małe znaki na brzegu, tam gdzie rosły paprocie. Liri skanowała mech swoim pierścieniem, który wydawał ciche „trrr”, jak mruczenie kota.

Mijały minuty. Potem dłuższe minuty, które udają godziny. Mech dalej był miękki, cierpliwy i trochę irytujący w swojej idealnej zieleni.

—Może to wpadło głębiej? — zapytała Hania, kiedy jej głos zrobił się cieńszy od zmęczenia.

Maks kucnął i delikatnie rozchylił mech palcami. Pod spodem była wilgotna ziemia i korzenie. Nic metalicznego.

—Nie poddamy się — powiedział bardziej do siebie niż do innych.

—Nie — powtórzyła Liri. —Nie poddajemy.

Dysk-zwiadowca nagle zatrzymał się. Zrobił dwa kroczki w bok, jakby tańczył. I zapikał szybciej.

—Co jest? — Hania pochyliła się.

Mech w tym miejscu miał inny odcień — ciut ciemniejszy, jakby ktoś polał go herbatą. Liri dotknęła go, a pierścień na jej przedramieniu zaświecił.

—Tu — powiedziała.

Maks zaczął odgarniać mech ostrożnie, warstwa po warstwie. Pod spodem błysnęło coś jak kawałek szkła. Ale to nie było szkło. To był cienki, przejrzysty element w kształcie łezki, z maleńką spiralą w środku.

—To? — zapytał, trzymając znalezisko na dłoni. Było chłodne, ale nie zimne.

Liri wydała dźwięk, który brzmiał jak ulga.

—Tak. To serce nadajnika.

Hania aż podskoczyła.

—Czyli uratowaliśmy kosmiczne serce. Brzmi jak tytuł filmu.

Maks podał element Liri. Przez chwilę ich palce się dotknęły. Skóra Liri była gładka, jak kamień wypolerowany wodą.

—Obietnica — powiedziała Liri cicho. —Trzymana.

Maks poczuł, że w jego brzuchu robi się lekko, jakby ktoś odwiązał ciężki worek.

—Jeszcze jedno — dodał. —Skoro jesteś dyplomatką… czy twoi też mają dyplomatów?

Liri spojrzała w górę, na skrawek nieba między gałęziami.

—Tak. I oni czekają na mój raport. Jeśli powiem: „tu jest bezpiecznie”… wtedy przyjdą. Może nie dzisiaj. Ale przyjdą.

Hania wzięła głęboki oddech.

—No to… powiedz im. Tylko może dodaj, że żaby są śliskie i trzeba uważać.

Liri znów jakby się zaśmiała.

—Dodam.

Rozdział 6: Raport, który świeci jak latarnia

Wrócili na polanę. Latawiec wciąż był w powietrzu, uparcie trzymał się wiatru, jakby chciał pokazać, że obietnice nie spadają łatwo.

Liri weszła do swojej „kropli” i po chwili wyszła z małą płytką, którą położyła na trawie. Płytka rozwinęła się jak składany wachlarz. Zrobiła z siebie niski, okrągły stół, a nad nim uniósł się obraz: wirujące punkty światła, jak miniaturowe niebo.

Maks i Hania usiedli obok, nie dotykając niczego, ale czując się częścią tego, co się dzieje.

—Teraz wysyłam — powiedziała Liri.

Włożyła „serce nadajnika” w szczelinę. Obraz zadrżał. Potem uspokoił się i rozbłysnął. Z góry popłynął cichy, melodyjny dźwięk, jakby ktoś śpiewał przez wodę.

Hania szepnęła:

—To… ładne.

—Tak — powiedział Maks. —Jak latarnia dla kogoś w ciemności.

Liri mówiła do urządzenia w swoim języku, szybko i miękko. Czasem jej tłumacz powtarzał pojedyncze słowa po polsku, jakby uczył się razem z nimi: „pokój”, „zaufanie”, „mech”, „latawiec”.

W końcu Liri odsunęła ręce. Obraz zgasł powoli, jak żarówka, której ktoś przykręca jasność.

—Wysłane — powiedziała. —Teraz czekamy.

—A jeśli oni… nie uwierzą? — zapytał Maks, chociaż już wiedział, że musi zapytać. Dyplomata nie udaje, że nie ma trudnych pytań.

Liri spojrzała na niego.

—Wtedy będę trwać. Wy też możecie trwać. Wysyłać znaki. Małe. Jasne. Prawdziwe.

Maks popatrzył na swój latawiec wysoko nad nimi. Na kartkę w kieszeni, której nikt z tej odległości nie mógł przeczytać, a jednak… ktoś przeczytał.

—Będę — powiedział. —Bo obiecałem.

Hania przeciągnęła się.

—A ja będę pomagać, bo ktoś musi pilnować, żeby dyplomaci nie latali za wysoko bez kanapek.

Liri uniosła brwi, jakby to słowo było ciekawe.

—Kanapka?

—To taki ziemski raport o tym, że jesteś głodny — wyjaśniła Hania poważnie.

Maks zaśmiał się, aż w gardle zrobiło mu się ciepło.

Nagle dysk-zwiadowca zapikał. Tym razem cicho, delikatnie, jak dzwonek do drzwi, który nie chce przestraszyć gospodarzy.

Na niebie pojawił się nowy punkt światła. Nie spadał. Zbliżał się powoli, jak ktoś, kto naprawdę stara się być grzeczny.

Liri wstała. Jej postawa była spokojna, ale w oczach miała błysk.

—Odpowiedź — powiedziała.

Światło zatrzymało się wysoko, a potem z niego popłynął cienki promień, który nie dotknął ziemi. Zamiast tego ułożył się w kształt prostego znaku: dwóch połączonych kółek. Jak okulary. Albo jak dwa światy, które stykają się na chwilę.

Tłumacz Liri zaskrzeczał miękko:

„Słyszymy. Przyjdziemy. Bez broni. Z darami. W terminie: trzy wschody słońca.”

Hania spojrzała na Maksa.

—Trzy wschody. Czyli… musimy dotrzymać. Być tu.

Maks skinął głową. W środku czuł strach, ale był to strach, który nie paraliżuje. Raczej ostrzega: „To ważne. Bądź uważny.”

—Będziemy — powiedział. —Przygotujemy przyjęcie dyplomatyczne. Najlepsze, jakie miasteczko widziało.

Liri spojrzała na latawiec.

—A znak zostaje?

Maks zacisnął palce na sznurku.

—Zostaje. Do końca. Do obietnicy.

Rozdział 7: Trzy wschody i dotrzymana obietnica

Przez trzy dni Maks ćwiczył cierpliwość tak, jak inni ćwiczą rzuty do kosza. Rano wstawał i sprawdzał niebo. Po południu przygotowywał na polanie miejsce spotkania: ułożył kamienie w krąg, żeby nikt nie wszedł przypadkiem w środek, postawił słoik z wodą „dla gości”, a Hania przyniosła dwie paczki ciastek, bo uznała, że kosmici, jeśli nawet nie jedzą, to mogą powąchać.

—To są ciasteczka o smaku odwagi — oznajmiła, wsuwając je do plecaka.

—One są o smaku czekolady — poprawił Maks.

—Czekolada to też odwaga — upierała się Hania.

Trzeciego wieczoru poszli na polanę ścieżką z mchu, która teraz wydawała się mniej obca. Jakby wiedziała, że potrafią być delikatni.

Liri czekała już przy swojej kapsule. Gdy ich zobaczyła, podniosła dłoń.

—Jesteście — powiedziała. —Trwaliście.

—Obietnica — odpowiedział Maks. I poczuł, że słowo znów robi się ciężkie, ale tym razem w dobry sposób. Jak medal w kieszeni.

Wiatr był idealny. Latawiec wzbił się szybko, a jego ogon zadzwonił jak zaproszenie.

Na niebie pojawiły się trzy punkty światła. Nie jeden. Trzy. Ułożyły się w trójkąt, powoli schodząc w dół, aż nad polaną zawisły trzy „krople”, podobne do tej Liri, ale większe.

Maks poczuł, jak Hania ściska jego rękaw.

—Okej — szepnęła. —To jest ten moment, w którym moje serce robi fikołki.

—Moje też — przyznał Maks. —Ale pamiętaj: oddychać.

—Oddycham. Trochę za szybko, ale oddycham.

Z pierwszej kapsuły wysunęła się postać. Potem druga. Potem trzecia. Każda trochę inna: jedna wyższa, jedna o skórze bardziej zielonkawej, jedna z oczami mniejszymi, ale wciąż uważnymi. Wszystkie trzymały w dłoniach coś, co wyglądało jak zamknięte pudełka.

Liri zrobiła krok naprzód i powiedziała coś w swoim języku. Tłumacz zaskrzeczał:

„To są gospodarze. Bez broni. Z kanapką… to znaczy z gościną.”

Hania zakryła usta, żeby nie parsknąć śmiechem.

Najwyższa z istot podeszła bliżej i zatrzymała się w bezpiecznej odległości. Uniosła dłonie, pokazując, że są puste, a potem wskazała na latawiec.

—Znak — powiedziała po polsku, wolno, jakby próbowała nie pogubić „sz”. —Dobry.

Maks przełknął ślinę. Zrobił krok do przodu.

—Witamy na Ziemi — powiedział. —Jestem Maks. Dyplomata. To Hania. A to Liri… nasza przyjaciółka.

Hania dodała szybko:

—Mamy ciastka. I wodę. I… dużo pytań, ale możemy je dawkować, żeby was nie przytłoczyć.

Istota poruszyła się w sposób, który wyglądał jak ukłon.

—Jestem Sora. Dyplomata. Też.

Maks poczuł ulgę tak mocną, że aż chciało mu się usiąść.

—To dobrze — powiedział. —Bo ja dopiero się uczę.

Sora podała mu jedno z pudełek. Maks wziął je ostrożnie. Było lekkie. W środku leżał cienki, przezroczysty pasek, który mienił się jak bańka mydlana.

—Dar — powiedziała Sora. —To jest… słuchanie. Uczy słuchać lepiej. Dla dyplomaty.

Maks spojrzał na Liri, jakby pytał, czy to bezpieczne. Liri skinęła głową.

—To jest dobre — powiedziała. —Pomaga słyszeć, co ktoś czuje, nie tylko co mówi.

Hania wyciągnęła swoje ciastka.

—To jest… chrupanie. Uczy nie być ponurym — oznajmiła, podając paczkę Sorze.

Sora powąchała, a potem powiedziała z powagą:

—Zapach: odwaga.

Hania spojrzała na Maksa triumfalnie.

Spotkanie trwało długo, ale spokojnie. Były pytania i odpowiedzi, przerwy na ciszę, kiedy wszyscy patrzyli w gwiazdy, jakby sprawdzali, czy są na swoim miejscu. Był też moment, kiedy dysk-zwiadowca próbował zjechać po kamieniu jak po zjeżdżalni, a Hania powiedziała:

—Patrz, on też chce się bawić!

Na koniec Sora spojrzała na Maksa.

—Dotrzymaliście znaku. Dotrzymaliście obietnicy. Więc my dotrzymamy swojej. Wrócimy. Z mapami. Z historiami. I bez strachu.

Maks zacisnął palce na sznurku latawca. Spojrzał w górę, gdzie jego papierowy romb wciąż świecił srebrną taśmą w blasku księżyca.

—Ja też dotrzymam — powiedział. —Będę wysyłał znaki. I będę tu, kiedy wrócicie. Bo mosty buduje się długo. I nie wolno przestać, kiedy dopiero zaczynają trzymać.

Wiatr zaszemrał w trawie, jakby przytaknął. Latawiec zadzwonił nakrętkami, cicho i wesoło.

A kiedy obce kapsuły uniosły się z polany i zniknęły w niebie, Maks nie poczuł pustki. Poczuł coś lepszego: pewność, że jego obietnica została spełniona, i że następna już czeka — jasna jak gwiazda, która nie jest daleko, tylko po drugiej stronie rozmowy.

Bez reklam 3€ na miesiąc

Czy pragną Państwo nieprzerwanej lektury? Wesprzyjcie Oh My Tales, usuńcie wszystkie reklamy i korzystajcie z innych wliczonych korzyści już od 3€ miesięcznie.

Zobacz plany i ceny
Udostępnij

zgłoś problem z tą opowieścią

Co sądziliście o tej opowieści?

Podaj swoją opinię, przyznając ocenę tej opowieści w zależności od tego, co Ty i/lub Twoje dziecko o niej myśleliście. Z góry dziękujemy!

Dziękuję! Twój głos został uwzględniony!

Quiz: czy dobrze zrozumiałeś opowieść?

Dyplomatą
Osoba, która stara się rozwiązywać spory przez rozmowę i słuchanie innych.
Kieszeni
Małe miejsce w ubraniu, gdzie można schować kartki lub drobne przedmioty.
Sznurka
Cienka, mocna lina z włókien, używana do trzymania lub wiązania rzeczy.
Burmistrz
Osoba kierująca miastem lub miasteczkiem, podejmuje ważne decyzje.
Framugę
Drewniana lub metalowa część otworu drzwiowego lub okiennego, przy krawędzi.
Kamieniołomem
Miejsce, gdzie wydobywa się kamień z ziemi, często duże i skaliste.
Tłumił
Sprawiał, że dźwięk lub ruch stawał się cichszy albo słabszy.
Pulsowały
Świeciły lub poruszały się rytmicznie, jak serce bijące w rytmie.
Opływowy
Gładki kształt, taki że powietrze lub woda łatwo po nim płynie.
Przyjaźni
Stan bycia dla kogoś miłym i pomocnym, chęć bycia blisko i ufać.

Stwórz magiczną i unikalną opowieść dla swojego dziecka!

Stwórz spersonalizowaną przygodę w zaledwie kilka minut, w której twoje dziecko staje się bohaterem. Z naszym ekskluzywnym narzędziem to łatwe, darmowe i zabawne!

Stworzyć opowieść

Tematy związane z tą opowieścią:

przyjaźń współpraca odwaga empatia polana zaufanie

Pobierz tę opowieść:

Pobierz tę opowieść w formacie PDF Pobierz e-booka (.epub)

Do przeczytania następnie w Opowieści o kosmitach dla 11-12 lat

Otrzymuj nowe opowieści w każdą niedzielę wieczorem!

Otrzymaj 7 ekscytujących i fascynujących opowieści, dostosowanych do wieku i gustów Twojego dziecka, każdej niedzieli o 17:00*. To jest darmowe i gwarantowane bez spamu!
*E-mail wysyłany o 17:00 czasu środkowoeuropejskiego (CET).
Nie lubimy też spamu. Dlatego nie będziemy wysyłać Ci nic poza opowieściami. Będziesz mógł się wypisać, kiedy tylko zechcesz.