Trwa ładowanie...
Opowieść o kosmicie 11-12 lat Czytanie 16 min.

Klucz w polu słoneczników

Chłopiec o imieniu Kuba spotyka w polu słoneczników trzech łagodnych kosmitów, którym pomaga odnaleźć zgubiony klucz, ucząc się odwagi i zaufania.

Pobierz tę opowieść w formacie PDF

Idealne do dzielenia się lub drukowania tej opowieści!

Pobierz e-booka (.epub)

Przeczytaj tę opowieść na swoim czytniku e-booków.

Dwunastoletni chłopiec o okrągłej twarzy i piegach, rozczochranych brązowych włosach i ciekawych oczach, trzyma w prawej ręce mały błyszczący srebrny klucz i nosi miętowy, dopasowany futurystyczny kombinezon; po jego lewej stoi smukła istota Liri o kremowo‑miętowej skórze, kroplowatej głowie i małych czarnych oczach, uśmiechająca się i wyciągająca rękę, za nim stoi nieco wyższy Nomo o bladej skórze z małym świecącym urządzeniem rzucającym niebieską linię światła wskazującą na świetlną szczelinę między dwoma słonecznikami, a na pobliskiej łodydze oklaskuje radosny, mniejszy Pęk o perłowej skórze; sceneria to pole wysokich słoneczników o zachodzie słońca, różowo‑fioletowe niebo, unoszące się świetliki, ciemna ziemia i cienka srebrna mgiełka; główna sytuacja: chłopiec wyciąga klucz ku migoczącemu otworowi powietrznemu między słonecznikami, obcy otaczają go i dopinguje, atmosfera jest czuła, tajemnicza i pełna zachwytu, w nasyconych kolorach i ostrych kontrastach w stylu pop art. zgłoś problem z tym obrazem

Rozdział 1: Światło nad słonecznikami

Miałem jedenaście lat i byłem w tym wieku, w którym człowiek wierzy w dwie rzeczy naraz: że kosmici istnieją i że dorosłym nie należy ufać, kiedy mówią „nic się nie stało”.

Nazywam się Kuba. Mieszkam na skraju wsi, tam gdzie asfalt kończy się nagle, jakby ktoś urwał drogę nożyczkami. Za naszym płotem zaczyna się pole słoneczników. Latem wygląda jak morze żółtych głów, które patrzą w jedną stronę i udają, że nie widzą twoich sekretów.

Tego wieczoru pole wcale nie udawało.

Najpierw usłyszałem dźwięk, jakby ktoś dmuchał w pustą butelkę, tylko tysiąc razy ciszej i tysiąc razy dziwniej. Potem ponad słonecznikami mignęło zielonkawe światło. Pomyślałem, że to dron. Albo burza. Albo… no dobra, kosmici.

— Kuba! Kolacja! — zawołała mama z kuchni.

— Już idę! — skłamałem.

Bo w tej samej chwili między słonecznikami coś się poruszyło. Nie wiatr. To było zbyt równe, zbyt celowe, jak ścieżka wycięta w gęstych łodygach.

Wsunąłem się pod płotem w miejscu, gdzie deska była luźna. Ziemia pachniała ciepłem dnia, a słoneczniki szurały o moje ramiona, jakby szeptały: „Serio? Teraz?”

I wtedy zobaczyłem ich.

Nie wyglądały jak w filmach. Żadnych strasznych szczęk czy świecących oczu, które chcą cię zjeść na kolację zamiast zupy pomidorowej. Były… małe. Trochę wyższe ode mnie, ale bardzo chude. Miały skórę koloru mleka z miętą i głowy jak krople wody. Na czole każdej istoty błyszczał mały metalowy znaczek.

Jedna z nich trzymała coś, co przypominało piłkę do koszykówki, tylko że zrobioną z mgły.

— Hej — powiedziałem, zanim mózg zdążył mnie zatrzymać. — Yyy… cześć?

Trzy głowy odwróciły się w moją stronę jednocześnie. W tej sekundzie poczułem się jak robak na talerzu… tylko że talerz był kosmiczny.

Najwyższa istota uniosła dłonie w geście, który wyglądał jak „spokojnie, nie gryziemy”.

— Nie bój się — powiedziała po polsku. Trochę inaczej, jakby układała słowa z klocków. — Jesteś… Kuba.

Zamarłem.

— Skąd… skąd wiecie?

Druga istota, mniejsza, kiwnęła głową.

— Słuchamy fal. Mały dom. Mama. Zupa. — Zrobiła minę, jakby to słowo było trudne. — Pomidorowa.

— Okej — bąknąłem. — To brzmi… dziwnie. Ale w sumie trafiliście.

Piłka z mgły zadrżała i wyświetliła w powietrzu mapę pola. Maleńkie punkciki światła mrugały między słonecznikami jak świetliki na sterydach.

— Szukamy zguby — powiedziała ta najwyższa. — Klucz do bramy. Bez tego… nie wrócimy.

W mojej klatce piersiowej coś się poruszyło. Strach? Ekscytacja? A może jedno i drugie, jak wtedy, gdy pierwszy raz wsiadasz na rollercoaster i jeszcze udajesz, że to „nic takiego”.

— Mogę pomóc — powiedziałem.

Trzecia istota uśmiechnęła się tak, jakby właśnie usłyszała najlepszą rzecz w galaktyce.

— Możesz. Ale potrzebujesz… kombinezonu.

Rozdział 2: Miękka jak chmura, dziwna jak sen

Zaprowadzili mnie głębiej w pole, do miejsca, gdzie słoneczniki tworzyły okrągłą przerwę, jakby ktoś ustawił je w kręgu. W środku stało coś małego i gładkiego, przycupniętego na ziemi. Wyglądało jak czarna walizka, tylko bez rączki i z migającą linią światła na boku.

— To wasz statek? — zapytałem, bo nie umiałem nie pytać.

— To… kieszeń — odpowiedziała najwyższa istota. — Mały magazyn.

Walizka otworzyła się bez dźwięku. W środku leżał kombinezon. Nie jak ciężka zbroja. Raczej jak piżama z przyszłości. Z materiału, który wyglądał na jedwab, ale kiedy dotknąłem, poczułem coś jak… ciepłą piankę. Miękki. Przyjemny. Jakby ktoś zrobił ubranie z delikatnego mchu i chmur.

— Po co mi to? — zapytałem.

— Pole ma… ostre fale — wyjaśniła mniejsza istota. — Dla nas nic. Dla ciebie… ból głowy. I zgubisz trop.

— Aha — powiedziałem, choć nie byłem pewien, czy „ostre fale” to coś, co można spotkać obok słoneczników.

Najwyższa istota podała mi kombinezon.

— Nazywam się Liri — powiedziała. — To Nomo. To Pęk.

— Pęk? — powtórzyłem.

Trzecia istota, Pęk, wzruszyła ramionami.

— Twój język ma śmieszne dźwięki. Mój też — powiedział i parsknął krótkim śmiechem, jakby kichnął.

Wsunąłem nogi w kombinezon. Materiał sam dopasował się do ciała, delikatnie, bez szarpania. Gdy zapiąłem coś, co wyglądało jak pasek, poczułem lekkie mrowienie na skórze, jak bąbelki w oranżadzie.

— Jest… wygodny — przyznałem.

— To ważne — powiedziała Liri. — Wygoda pomaga ufać.

Poczułem, jak na moment robi mi się gorąco w uszach. Ufać. Łatwo powiedzieć, kiedy obok stoją kosmici i w polu słoneczników dzieje się coś, co nie powinno się dziać.

— Dobra — powiedziałem, starając się brzmieć jak ktoś, kto codziennie pomaga obcym cywilizacjom. — Co zgubiliście?

Nomo podniósł mglistą „piłkę” i w powietrzu pojawił się obraz: mały, srebrny przedmiot, jak spłaszczona kropla.

— Klucz — powiedział. — Upadł w tym polu, kiedy… uciekaliśmy przed burzą radiową.

— Burzą radiową? — powtórzyłem.

Pęk zmarszczył czoło.

— To jak… kiedy u was grzmi, tylko zamiast deszczu spadają krzywe sygnały.

— Super — mruknąłem. — Krzywe sygnały. Idealne na wakacje.

Liri położyła mi dłoń na ramieniu. Jej palce były chłodne, ale nie nieprzyjemne.

— Kuba, chcesz przestać? — zapytała spokojnie. — Jeśli nie, powiedz. Zaufanie to wybór, nie pułapka.

To było dziwne. Żaden dorosły nie mówił tak wprost.

— Nie — powiedziałem. — Pomogę. Tylko… niech to będzie szybko. Mama naprawdę ma supermoc wyczuwania kłamstw.

Pęk zachichotał.

— Mama to wyższa forma życia — orzekł poważnie. — U nas też.

Rozdział 3: Trop wśród żółtych głów

Ruszyliśmy między słonecznikami. Kombinezon sprawiał, że czułem się lekki, jakbym miał o jeden problem mniej na plecach. W dodatku słyszałem inaczej. Nie głośniej — wyraźniej. Szuranie liści było jak szept, a trzepot skrzydeł jak szybkie bębny.

— Ten strój… daje supermoce? — zapytałem.

— Nie super — poprawiła Liri. — Po prostu… porządkuje.

Nomo uniósł urządzenie, a na jego powierzchni zapaliła się cienka linia.

— To tropiciel — powiedział. — Szuka metalu klucza.

— U nas to się nazywa „wykrywacz” — stwierdziłem.

— Wykrywacz — powtórzył Nomo z dumą, jakby właśnie nauczył się czaru.

Szliśmy w ciszy, przerywanej tylko krótkimi komendami.

— W lewo — mówił Nomo.

— Nie, tu jest za dużo żółtego — wtrącał Pęk i udawał, że się przewraca, żeby rozśmieszyć mnie. Działało. Trochę.

Kiedy doszliśmy do miejsca, gdzie ziemia była bardziej ubita, tropiciel zaczął pikać. Nie jak alarm, raczej jak niecierpliwy ptak.

— Tu — powiedział Nomo.

Schyliłem się. W ziemi było coś błyszczącego, ale tuż obok leżała stara puszka po napoju, zgnieciona i rdzawa.

— O, no jasne — westchnąłem. — Ludzkość. Zostawiamy śmieci nawet kosmitom.

Pęk przyjrzał się puszce.

— To wasz… artefakt? — zapytał z zainteresowaniem.

Artefakt lenistwa — mruknąłem. Wyciągnąłem puszkę i wrzuciłem do kieszeni. — Zabiorę. Mama będzie dumna. Albo podejrzliwa. Albo oba naraz.

Tropiciel znów zapiszczał, ale tym razem wskazał głębiej. Ziemia zaczęła być dziwna. Jakby pod nią coś drgało.

— Czujecie to? — zapytałem.

Liri zmrużyła oczy.

— To burza radiowa, resztki. Wsiąkła w glebę.

— Brzmi smakowicie.

— Nie liż ziemi — powiedział Pęk szybko.

— Nie planowałem!

Wtedy słoneczniki poruszyły się w jednym miejscu, choć nie było wiatru. Łodygi odchyliły się, tworząc wąski korytarz. Jakby pole samo chciało nas poprowadzić.

Nomo zamarł.

— Pole pamięta — szepnął.

— Pole… co? — zapytałem, ale odpowiedzi nie było. Korytarz czekał.

Spojrzałem na Liri. Na jej twarzy zobaczyłem coś, czego się nie spodziewałem: nie strach, tylko niepewność.

— Kuba — powiedziała cicho. — Teraz musimy sobie zaufać. Ty… prowadzisz. Ty znasz to miejsce.

Moje serce zrobiło „bum”, jakby ktoś puknął od środka.

— Okej — powiedziałem. — To chodźcie. Tylko trzymajcie się blisko. I nie depczcie kwiatów… bo one wszystko widzą.

Rozdział 4: Krzywe sygnały i prosta odwaga

Korytarz prowadził do małej polanki między słonecznikami. Tam ziemia była ciemniejsza, jakby ktoś ją przypalił. Nad nią unosiła się delikatna mgła, ledwie widoczna.

I nagle poczułem to w głowie. Nie ból, raczej… zamieszanie. Jak gdyby ktoś włączył pięć radiów naraz i każde grało inną piosenkę.

— Ugh — jęknąłem.

Kombinezon natychmiast zareagował. Materiał na karku lekko się napiął, a w uszach zrobiło się ciszej. Piosenki zniknęły, została tylko jedna, spokojna melodia — prawie jak szum morza.

— Działa? — zapytała Liri.

— Działa — powiedziałem. — Bez niego pewnie bym zaczął tańczyć polkę i recytować tabliczkę mnożenia.

Pęk uniósł palec.

— Co to polka?

— Taniec, który brzmi jak choroba — wyjaśniłem.

Nomo podszedł do środka polanki z tropicielem. Urządzenie zapiszczało wściekle. Mgła zadrżała.

— Klucz jest tu — powiedział.

— To czemu go nie weźmiecie? — zapytałem.

Liri odchrząknęła.

— Bo burza… splata się z naszymi sygnałami. Jeśli dotkniemy, może nas… rozłączyć.

— Rozłączyć? Jak internet?

— Gorzej — powiedziała cicho. — Jak rodzina.

Zrobiło mi się zimno. Zrozumiałem, że to nie jest zabawa w chowanego.

— Czyli ja mam go wziąć — powiedziałem powoli.

Nomo skinął głową.

— Twój mózg jest… inny. Prostszy sygnał. Burza cię nie rozpozna jak nas.

— Hej! — oburzyłem się. — Mój mózg nie jest prosty.

Pęk przechylił głowę.

— Jest wspaniały. Tylko… mniej świeci.

Nie wiedziałem, czy to komplement. Postanowiłem uznać, że tak, bo inaczej musiałbym się obrazić na kosmitę, a to brzmi jak coś, co potem zapisują w podręcznikach.

Wszedłem na środek polanki. Mgła otuliła mi buty. Kombinezon był miękki i ciepły, jakby mówił: „Spokojnie, mam cię”.

— Kuba — powiedziała Liri. — Jeśli poczujesz strach, powiedz. Nie musisz być bohaterem.

— A jeśli powiem, że się boję? — zapytałem.

— Wtedy też będziesz bohaterem — odparła.

To było… dziwnie proste. I bardzo mocne.

Przykucnąłem. W ziemi błysnęło srebro. Wsunąłem palce w chłodną glebę i dotknąłem klucza. Przez chwilę usłyszałem w głowie ciche trzaski, jak łamane gałązki. Obrazy mignęły: obce niebo, nieznane miasta, fioletowe chmury.

— Okej, wystarczy — mruknąłem i szarpnąłem.

Klucz wyskoczył z ziemi jak ryba z wody. Mgła zawirowała, potem opadła, jakby obraziła się i poszła spać.

Wróciłem do nich, trzymając srebrną kroplę w dłoni.

— Mam to — powiedziałem, zadyszany.

Nomo wziął klucz ostrożnie, jakby był zrobiony ze szkła.

— Udało się — szepnął.

Pęk zaklaskał. Brzmiało to jak stukanie dwóch łyżek.

— Kuba jest… człowiekiem-kluczem! — ogłosił.

— Proszę nie rozpowiadać — powiedziałem. — Jeszcze mi każą otwierać szafki w szkole.

Rozdział 5: Brama, która nie lubi hałasu

Wróciliśmy do okręgu w słonecznikach. „Kieszeń” — ten czarny magazyn — zamrugała, kiedy Nomo zbliżył do niej klucz. Na powierzchni pojawiła się szczelina jak uśmiech.

— Brama jest blisko — powiedziała Liri.

— Tu? — rozejrzałem się. — W polu?

Nomo wskazał na przestrzeń między dwoma słonecznikami, gdzie powietrze wyglądało inaczej. Jakby ktoś rozciągnął folię i zapomniał ją wygładzić.

— Tam — powiedział.

Pęk wziął głęboki oddech, choć nie byłem pewien, czy kosmici muszą oddychać tak jak my.

— Brama nie lubi hałasu. A twoja planeta… jest głośna.

— To prawda — westchnąłem. — Nawet nasze cisze potrafią krzyczeć.

Liri spojrzała na mnie uważnie.

— Kuba, dziękujemy. Zaufaliśmy ci. Ty zaufałeś nam.

W tym momencie z daleka usłyszałem głos mamy.

— Kuuuuba! Kolacja stygnie!

Zamarłem.

— O nie.

Pęk zbladł. A to było osiągnięcie, bo już miał skórę jak mięta z mlekiem.

— To burza? — zapytał.

— Gorzej — powiedziałem. — To mama.

Liri spojrzała na pole, potem na mnie.

— Musisz wrócić.

— Wiem — odpowiedziałem. — Ale… wy?

Nomo wsunął klucz do szczeliny w „kieszeni”. Z wnętrza wysunęło się małe urządzenie, jak opaska na rękę. Liri podała mi je.

— To tłumacz dotyku — powiedziała. — Jeśli kiedyś usłyszysz światło… dotknij tego. Pomyślimy o tobie.

— Serio? — zapytałem, a gardło ścisnęło mi się jak przy pożegnaniu na dworcu, którego nie planowałeś.

Pęk pochylił się do mnie.

— A ty pomyśl o nas, kiedy zobaczysz słoneczniki. One pamiętają.

Nomo aktywował bramę. Powietrze zafalowało i otworzyło się jak zasłona. Zobaczyłem na moment coś po drugiej stronie: błękit tak intensywny, że aż nierealny, i miasto z wieżami przypominającymi muszle.

— Wow — wydusiłem.

— To nasz dom — powiedziała Liri. Jej głos był miękki. — A ty masz swój.

Mama zawołała znowu, bliżej.

— Kuba! Gdzie ty jesteś?!

— Już! — krzyknąłem i spojrzałem na kosmitów. — Dobra. Idźcie, zanim… zanim zrobi się naprawdę głośno.

Liri uśmiechnęła się.

— Odwaga nie zawsze polega na zostaniu. Czasem na powrocie.

Przeszli przez bramę jeden po drugim. Pęk odwrócił się na sekundę i pomachał. Brama zamknęła się bez huku, tylko z cichym „puf”, jak zamykana książka.

Stałem sam w okręgu słoneczników, w miękkim kombinezonie, z opaską w dłoni.

Kombinezon zaczął się rozluźniać, jakby rozumiał, że czas wracać do zwykłości. W sekundę zmienił się w cienką, składną tkaninę. Zwinąłem go i schowałem do kieszeni bluzy, czując się jak ktoś, kto nosi w kieszeni kawałek gwiazd.

Przecisnąłem się przez słoneczniki, wróciłem pod płotem i wpadłem do kuchni, dysząc.

Mama stała z chochlą w ręku.

— Gdzie ty byłeś? — zapytała podejrzliwie.

— Na… spacerze — powiedziałem i pokazałem puszkę. — I posprzątałem.

Mama zmrużyła oczy.

— Spacer w czasie kolacji?

— To był… kosmicznie krótki spacer — palnąłem, a potem ugryzłem się w język.

Mama patrzyła na mnie chwilę, a potem westchnęła.

— Umyj ręce. I siadaj. Zupa naprawdę stygnie.

— Tak jest — powiedziałem, a serce biło mi jak szalone, bo wiedziałem, że mam sekret, który pachnie słonecznikami i obcym niebem.

Rozdział 6: Szept, który leci dalej niż światło

W nocy nie mogłem zasnąć. Leżałem w łóżku i słuchałem, jak dom oddycha: skrzypią podłogi, szumi lodówka, gdzieś daleko szczeka pies. A w mojej kieszeni, na szafce nocnej, leżała opaska od Liri. Cicha, zwyczajna. A jednak ciężka od znaczenia.

Wstałem po cichu i podszedłem do okna. Pole słoneczników było czarne, tylko ich głowy rysowały się jak cienie na tle księżyca. Wyglądały jak tłum, który pilnuje tajemnicy.

Dotknąłem opaski. Była chłodna.

Nie usłyszałem światła. Nie otworzyła się brama. Nic nie zaświeciło.

A jednak poczułem coś w środku — jak spokojną pewność, że to, co się wydarzyło, nie było snem.

Pomyślałem o Liri, Nomo i Pęku. O tym, jak powiedzieli „zaufanie to wybór”. O tym, jak bałem się i mimo to zrobiłem krok.

I wtedy zrobiłem coś, co robi się tylko wtedy, gdy nikt nie patrzy, nawet słoneczniki.

Nachyliłem się do szyby i szepnąłem, tak cicho, że słowa prawie się nie narodziły:

— Chciałbym, żebyśmy zawsze znajdowali drogę do siebie… nawet przez najdziwniejsze pola.

Opaska w mojej dłoni lekko zadrżała, jakby odpowiedziała: „Słyszę”.

Za oknem słoneczniki poruszyły się odrobinę, choć nie było wiatru.

A ja wróciłem do łóżka i zasnąłem wreszcie, ufając, że gdzieś daleko, po drugiej stronie falującej zasłony powietrza, ktoś też pomyślał o mnie.

Bez reklam 3€ na miesiąc

Czy pragną Państwo nieprzerwanej lektury? Wesprzyjcie Oh My Tales, usuńcie wszystkie reklamy i korzystajcie z innych wliczonych korzyści już od 3€ miesięcznie.

Zobacz plany i ceny
Udostępnij

zgłoś problem z tą opowieścią

Co sądziliście o tej opowieści?

Podaj swoją opinię, przyznając ocenę tej opowieści w zależności od tego, co Ty i/lub Twoje dziecko o niej myśleliście. Z góry dziękujemy!

Dziękuję! Twój głos został uwzględniony!

Quiz: czy dobrze zrozumiałeś opowieść?

Asfalt
Czarna, twarda nawierzchnia drogi, po której jeżdżą samochody.
Kieszeń
Tu: mały schowek lub pojemnik, gdzie trzymają ważne rzeczy.
Kombinezon
Specjalne ubranie, które chroni i pomaga w trudnych warunkach.
Tropiciel
Urządzenie, które szuka czegoś, na przykład metalu w ziemi.
Burza radiowa
Zaburzenie fal radiowych, które może przeszkadzać w łączności.
Artefakt
Stary lub niecodzienny przedmiot znaleziony w ziemi lub miejscu.
Polka
Rodzaj tańca ludowego, szybki i rytmiczny, popularny w Europie.
Opaska
Mały przedmiot do noszenia na ręce, tu: pomaga rozmawiać z obcymi.
Mgła
Gruba chmura blisko ziemi, która ogranicza widoczność.
Brama
Przejście lub wejście, które można otworzyć lub zamknąć.

Stwórz magiczną i unikalną opowieść dla swojego dziecka!

Stwórz spersonalizowaną przygodę w zaledwie kilka minut, w której twoje dziecko staje się bohaterem. Z naszym ekskluzywnym narzędziem to łatwe, darmowe i zabawne!

Stworzyć opowieść

Pobierz tę opowieść:

Pobierz tę opowieść w formacie PDF Pobierz e-booka (.epub)

Do przeczytania następnie w Opowieści o kosmitach dla 11-12 lat

Otrzymuj nowe opowieści w każdą niedzielę wieczorem!

Otrzymaj 7 ekscytujących i fascynujących opowieści, dostosowanych do wieku i gustów Twojego dziecka, każdej niedzieli o 17:00*. To jest darmowe i gwarantowane bez spamu!
*E-mail wysyłany o 17:00 czasu środkowoeuropejskiego (CET).
Nie lubimy też spamu. Dlatego nie będziemy wysyłać Ci nic poza opowieściami. Będziesz mógł się wypisać, kiedy tylko zechcesz.