Trwa ładowanie...
Opowieść o podróży kosmicznej 11-12 lat Czytanie 20 min.

Echo z cichego światła: zagubiony dron Pip i kosmiczna pętla

Na stację „Ciche Światło” przybywa technik Kamil, by odnaleźć zaginiony dron „Pip” i zmierzyć się z tajemniczym, powtarzającym się sygnałem „ECHO”, który zakłóca działanie placówki; razem z załogą musi rozwiązać zagadkę i przywrócić porządek.

Pobierz tę opowieść w formacie PDF

Idealne do dzielenia się lub drukowania tej opowieści!

Pobierz e-booka (.epub)

Przeczytaj tę opowieść na swoim czytniku e-booków.

Kamil (30–35 lat) na pierwszym planie, skoncentrowany i lekko zaniepokojony, w hełmie kosmicznym z przezroczystą wizjerą i szarej kombinezonie z niebieskimi detalami, wyciąga rękawicę, by wyjąć z panelu na pierścieniu małego, połamango szafirowego drona; Inga (28–32 lata) po prawej, rude związane włosy, zdeterminowana, trzyma otwartą włazę i latarkę kosmiczną stojąc tuż za Kamilem; Marek (35–40 lat) po lewej, krótkie włosy, spokojny i opiekuńczy, trzyma się liny bezpieczeństwa i obserwuje z niewielkiego odstępu; dron „Pip” ma sześć metalowych ramion, grafitowy kolor, bladą lampkę stanu, skrzydełko powyginane i drobne kryształy mikroglacjalne na kadłubie, częściowo wyjęty z panelu; miejsce: metalowy pierścień stacji kosmicznej z satynową fakturą, otwartymi panelami, widocznymi śrubami i cienkim szronem, w tle ostre gwiazdy i blada mgławica; sytuacja: delikatna akcja ratunkowa na segmencie 12, napięta atmosfera, ciszę kosmosu przerywają pulsujące niebiesko‑fioletowe pasy świetlne wokół pierścienia symbolizujące sygnał ECHO; styl: łagodne kolory, zaokrąglone kontury, kontrast zimnego blasku gwiazd i ciepłego światła latarek, czytelne mimiki i gesty dla młodej widowni. zgłoś problem z tym obrazem

Rozdział 1: Człowiek, który liczył gwiazdy

Kamil Orzechowski nie był astronautą, który krzyczy z radości, kiedy rakieta odrywa się od Ziemi. On raczej liczył.

— Trzy… dwa… jeden… — mruknął pod nosem, choć komputer już dawno zrobił to za niego.

Siedział w fotelu „Wydry-7”, lekkiego statku badawczego z kadłubem jak srebrna łuska. W kabinie pachniało plastikiem, czystym powietrzem z filtrów i czymś, co Kamil nazywał „aromatem nowych instrukcji”.

Był „astronautą mózgowym”, jak żartowali w załodze stacji przy Księżycu. Nie dlatego, że miał wielką głowę (choć hełm zawsze wydawał mu się o numer za duży), tylko dlatego, że wolał rozumieć, niż zgadywać. Zamiast machać rękami, sprawdzał parametry. Zamiast mówić „chyba”, mówił „sprawdźmy”.

Na ekranie pojawił się komunikat: KIERUNEK: KLASZTOR GWIEZDNY „CICHE ŚWIATŁO”. CEL: ODBIÓR DRONA SERWISOWEGO „PIP”.

— Klasztor… — Kamil prychnął. — Wyobrażam sobie mnichów w skafandrach, którzy zamiatają pył kosmiczny.

„Ciche Światło” to nie bajka. — Głos AI statku był spokojny, lekko ironiczny. Nazywała się Luma i potrafiła brzmieć tak, jakby uśmiechała się w środku procesora. — To stara placówka obserwacyjna. Cisza jest tam prawdziwa. Nawet łącza nie lubią gadać.

Kamil zerknął na okno. Czerń była gęsta jak atrament, ale miejscami świeciła od drobnych, zimnych punktów.

— A dron „Pip”? — zapytał.

— Zaginął podczas przeglądu zewnętrznej kopuły. Ostatni sygnał: sektor północny, przy pierścieniu komunikacyjnym. Od pięciu dni cisza.

— Cisza w kosmosie to norma — mruknął Kamil.

— Cisza w systemach bezpieczeństwa to kłopot.

Włączył tryb zbliżenia. „Wydra-7” sunęła łagodnie, bez szarpnięć, jakby pływała w powietrzu, którego nie było. Z daleka „Ciche Światło” wyglądało jak niewielki, ciemny kwiat. Kilka promieniście rozchodzących się modułów, a pośrodku kopuła obserwacyjna. Nie świeciło prawie nic. Tylko cienka obręcz błyszczała jak nitka lodu.

Kamil odchrząknął.

— Luma, procedura dokowania.

— Potwierdzam. Zbliżenie: piętnaście metrów. Prędkość: minimalna. Uwaga: stacja w trybie oszczędnym. Możliwe automatyczne blokady.

— Jak mi zatrzaśnie drzwi przed nosem, to napiszę skargę do… kogoś.

— Do „kogoś” w kosmosie — odpowiedziała Luma. — Brzmi groźnie.

Kamil uśmiechnął się, choć poczuł, jak w żołądku robi mu się ciasno. „Ciche Światło” miało być spokojnym miejscem. A jednak czuł, że ta cisza może mieć ostre krawędzie.

Rozdział 2: Klasztor, który słucha

Sas dokujący stacji przyjął „Wydrę-7” z opóźnieniem, jakby zastanawiał się, czy warto się otwierać.

Kamil uniósł dłoń do panelu.

— Identyfikacja: Kamil Orzechowski, misja serwisowa. Proszę o zgodę na wejście.

Z głośnika popłynął szum, a potem głos człowieka — zachrypnięty, ale uprzejmy.

— Tu brat-operator Marek. „Ciche Światło” wita. Przepraszam za zwłokę. Systemy są… ostrożne.

— Rozumiem — odparł Kamil. — Też bym był ostrożny, gdybym mieszkał w próżni.

Sas zasyczał. Dwie śluzy pracowały jak płuca: najpierw wyrównanie ciśnień, potem kliknięcie blokad. Drzwi rozsunęły się, odsłaniając korytarz o matowych ścianach. Na podłodze biegły pasy świetlne, przygaszone do poziomu nocnej lampki.

Na progu stał mężczyzna w prostym kombinezonie stacyjnym, z naszywką w kształcie małej gwiazdy. Miał krótko przycięte włosy i oczy zmęczone, ale uważne.

— Kamil? — zapytał. — Jestem Marek. U nas mówi się „brat”, bo kiedyś to był klasztor nauki. Został zwyczaj. Nie musisz klękać.

— Uff — Kamil rozejrzał się. — Miałem nadzieję, że wystarczy zdjąć buty.

— Buty zostaw. Kurz kosmiczny i tak nie istnieje… a przynajmniej udajemy, że nie.

Marek poprowadził go korytarzem. Stacja była cicha, ale nie martwa. Słychać było miękki szmer wentylatorów, czasem ciche „klik” przekaźnika, jakby „Ciche Światło” mrugało.

— Ilu was tu jest? — Kamil zapytał.

— Trójka. Ja, siostra Inga i brat Oskar. Obserwujemy pulsary, mapujemy mikrometeoryty, zbieramy dane o pyłach międzygwiezdnych. Nuda dla bohaterów. Raj dla cierpliwych.

— Jestem cierpliwy — odparł Kamil. — Czasem aż za bardzo.

Weszli do pomieszczenia wspólnego. Na stole stał kubek przyczepiony magnetycznym spodem i kilka saszetek z jedzeniem. Na ścianie wisiał stary, papierowy plakat: „Słuchaj ciszy, bo ona mówi.”

— Kto to wymyślił? — Kamil wskazał plakat.

— Ktoś, kto nie musiał naprawiać filtrów — burknął Marek. — Ale… czasem ma rację.

Do pokoju weszła kobieta o rudych włosach związanych w węzeł, z tabletem w dłoni.

— To ten od drona? — zapytała bez wstępu.

— To ja — Kamil skinął głową. — Kamil. A pani?

— Inga. „Pani” brzmi jak z muzeum. Słuchaj, „Pip” nie jest tylko dronem. On nosi nasze narzędzia, robi inspekcje, łata mikropęknięcia. Ostatnio zachowywał się… zbyt samodzielnie.

— Drony bywają ambitne — powiedział Kamil. — Mój odkurzacz kiedyś próbował wjechać na ścianę.

Inga parsknęła, ale zaraz spoważniała.

„Pip” zniknął przy pierścieniu komunikacyjnym. A potem stacja zaczęła oszczędzać energię, jakby bała się sama siebie. Oskar twierdzi, że to przez burzę plazmową.

— A ty?

— Ja twierdzę, że coś tam jest i nie chce, żebyśmy to zobaczyli.

Marek odchrząknął.

— Kamil, możemy cię poprosić o jedno? Nie działaj sam. Tu nie ma tłumu ratowników za rogiem.

Kamil spojrzał na nich. Trójka ludzi na małej stacji, w ogromnej ciemności. I dron, który zamilkł.

— Nie jestem typem samotnego bohatera — powiedział. — Jestem typem list kontrolnych. A na liście kontrolnej jest: „działać w zespole”.

Inga uniosła tablet.

— To zaczynamy. Najpierw: sprawdzimy logi. Potem: wyjście zewnętrzne. I oby ten „klasztor” nie miał tajemnych piwnic.

— W kosmosie wszystkie piwnice są na zewnątrz — mruknął Marek.

Kamil przyznał mu w myślach rację. I poczuł, że spokój „Cichego Światła” jest jak cienki lód: piękny, ale lepiej stąpać ostrożnie.

Rozdział 3: Ślad w danych

W centrum sterowania panował półmrok. Ekrany świeciły zielenią i błękitem, jak akwarium z cyfrowymi rybami. Oskar siedział przy konsoli, wysoki i chudy, z dłonią opartą na brodzie.

— Przywiozło nam świeży mózg? — zapytał, nie odwracając się.

— Przywiozło — odparła Inga. — Kamil, to Oskar. Oskar, to Kamil. Zachowuj się.

Oskar wreszcie spojrzał i uniósł brew.

— Mózg wygląda normalnie.

— Dziękuję — powiedział Kamil. — Też się cieszę.

Usiadł przy wolnej konsoli. Luma połączyła się ze stacją przez bezpieczny kanał, a na ekranie pojawiły się logi drona „Pip”. Linie danych wyglądały jak ślady stóp w śniegu — tylko że ten śnieg był z liczb.

— Ostatni rozkaz: „inspekcja pierścienia komunikacyjnego, segment 12” — przeczytał Kamil na głos. — Potem: automatyczne ostrzeżenie o zakłóceniach magnetycznych. Następnie… hm.

Zatrzymał przewijanie.

— Tu jest dziura — powiedział. — Brakuje dwóch minut zapisu. Jakby ktoś wyciął kawałek.

— Burza plazmowa potrafi poszarpać dane — wtrącił Oskar.

Kamil pokręcił głową.

— Plazma nie robi równych krawędzi. A tu jest czysto. Wycięte nożyczkami.

Marek pochylił się nad ekranem.

— Kto miałby wycinać? Dron sam?

— Dron ma tryby awaryjne — wyjaśnił Kamil. — Jeśli wykryje coś, czego nie rozumie, może przejść w „ciszę operacyjną”, żeby nie rozsiewać błędów. Ale… — dotknął palcem następnej linijki — tu jest coś jeszcze. Minimalny sygnał pingowy, krótki jak kichnięcie: „ECHO”.

Inga zmrużyła oczy.

— Echo?

— Tak. Ktoś albo coś próbowało się z nim skontaktować. Albo on próbował się skontaktować z czymś.

Oskar stuknął w klawiaturę.

„ECHO” to nazwa starego przekaźnika. Był w pierścieniu komunikacyjnym, zanim go wyłączyliśmy. Pożerał energię jak smok.

— Dlaczego go wyłączyliście? — zapytał Kamil.

Marek wzruszył ramionami.

— Zaczynał słać sygnały do nikogo. Sam do siebie. Pętla. Brzmiało to… niespokojnie.

Kamil patrzył na wykres. W tle szumiały wentylatory, jak dalekie morze.

— Jeśli „ECHO” się obudziło, mogło przyciągnąć „Pipa” jak latarnia ćmę — powiedział. — Drony lubią sygnały. To ich język.

Inga odsunęła tablet.

— Czyli idziemy do segmentu 12.

— Zanim wyjdziemy — wtrącił Marek — sprawdzimy skafandry, linki i plan awaryjny. U nas nawet bohaterowie robią rozgrzewkę.

Kamil skinął głową.

— Zrobimy to razem. Ja biorę diagnozę i łączność, Inga narzędzia, Marek asekurację. Oskar zostaje w środku jako oczy stacji.

Oskar uśmiechnął się krzywo.

— Czyli ja mam siedzieć i się bać za was? Z przyjemnością.

— Nie bać — poprawił Kamil. — Monitorować. Strach nie ma przycisku „wyłącz”, ale ma przycisk „działaj mądrze”.

Inga spojrzała na niego z uznaniem.

— Ładnie powiedziane. Trochę jak z plakatu, ale lepiej.

Kamil poczuł, że napięcie w jego klatce piersiowej zmienia kształt: z ciężkiej bryły na coś, co da się unieść. Plan był prosty, ludzie obok niego prawdziwi, a procedury — jak poręcz w ciemnym korytarzu.

Tylko ta dwuminutowa dziura w danych… brzmiała jak cisza, która coś ukrywa.

Rozdział 4: Spacer po zimnym pierścieniu

W śluzie zewnętrznej Kamil sprawdził zapięcia skafandra jeszcze raz, potem drugi. Inga przewróciła oczami.

— Wiesz, że jak będziesz tak klikał, to zepsujesz zatrzaski od samego patrzenia?

— Wolę zepsuć zatrzask w śluzie niż w próżni — odparł.

Marek podpiął im linki asekuracyjne do wspólnej liny.

— Zasada „trzech punktów”: ty, ja, stacja — powiedział. — Zawsze jesteśmy połączeni.

— A jeśli coś będzie chciało nas odłączyć? — zapytała Inga pół żartem.

— To będzie musiało wypełnić formularz — odpowiedział Kamil.

Śluza otworzyła się na kosmos.

Nie było tam ani wiatru, ani dźwięku. Była tylko czerń i światło gwiazd, ostre jak szpilki. Pierścień komunikacyjny stacji ciągnął się łukiem, metalowy, z żebrami i panelami. Kamil poruszał się powoli, odpychając delikatnie, jak pływak w basenie bez wody.

— Łączność? — zapytał.

— Stabilna — odpowiedział Oskar w słuchawkach. — Widzę was na markerach. Segment 12 pięćdziesiąt metrów przed wami.

— Widzisz też potwory? — Inga zapytała.

— Tylko wasze tętno. Potworne.

Kamil uśmiechnął się, choć w gardle miał sucho. Skupił się na detalach: temperatura skafandra, poziom tlenu, siła naciągu linki. Procedury były jak rytm serca.

Dotarli do segmentu 12. Panel serwisowy był uchylony, jakby ktoś go niedomknął.

— To robota „Pipa” — powiedział Kamil. — On lubi zostawiać po sobie bałagan, żebyśmy wiedzieli, gdzie był. Taka… metalowa karteczka samoprzylepna.

Marek uniósł latarkę. Światło przecięło czerń, odbijając się od drobin lodu. Coś błysnęło pod panelem.

— Widzę go — szepnęła Inga.

W szczelinie tkwił dron: mały, sześcioramienny, z obudową w kolorze grafitu. Jedno ramię było wygięte, jak złamany palec. Lampka statusu migała słabo.

— Pip, ty łobuzie — mruknął Kamil i sięgnął ostrożnie.

W tej samej chwili w słuchawkach trzepnęło zakłócenie, jakby ktoś przejechał paznokciem po szkle. A potem… głos. Nie ludzki. Nie Lumy. Suchy, powtarzalny, spokojny do przesady.

— ECHO… ECHO… ECHO…

Kamil zamarł.

— Oskar, słyszysz to? — zapytał.

— Tak — odpowiedział Oskar, a jego głos stracił żartobliwość. — To idzie z pierścienia. Z przekaźnika „ECHO”, chociaż jest odłączony. Nie powinien działać.

Marek uniósł dłoń, jakby mógł zatrzymać sygnał gestem.

— Niech nikt nie panikuje — powiedział. — Kamil, wyjmuj drona. Inga, osłaniaj.

— Jak mam osłaniać przed… dźwiękiem? — Inga prychnęła, ale jej oddech przyspieszył.

Kamil wysunął „Pipa” z gniazda. Dron był zimny jak kamień z dna rzeki. Na jego obudowie widniały drobne zadrapania, a na jednej z kamer — cienka warstwa czegoś jak szklisty pył.

— Co to jest? — zapytał, przybliżając drona do światła.

— To… mikrokrystaliczny osad — odparł Oskar po chwili, analizując obraz z kamery Kamila. — Taki tworzy się przy wyładowaniach plazmowych. Ale tu jest go za dużo.

Sygnał „ECHO” nasilił się. W tle pojawiły się dodatkowe impulsy, jak stukanie w metal.

— On nas namierza — powiedziała Inga cicho.

— Przekaźnik nie ma oczu — odparł Kamil. — Ale ma anteny. A my świecimy jak latarnie: skafandry, nadajniki, wszystko.

Marek nie dyskutował.

— Wracamy. Teraz. Wolno, pewnie, bez szarpania. Trzymamy linki.

Kamil przycisnął „Pipa” do klatki piersiowej, przypinając go do uchwytu transportowego. Dron zamigał mocniej, jakby poczuł, że jest bezpieczniej.

— Pip, jeśli zaraz zaczniesz śpiewać z tym „Echo”, to cię wyłączę — mruknął Kamil.

W odpowiedzi dron wydał cichy klik. Może to było „przepraszam”. A może „nie obiecuję”.

W drodze powrotnej sygnał „ECHO” nie ustępował. Brzmiał jak ktoś, kto powtarza jedno słowo, żeby się nie zgubić w ciemności.

Kamil zrozumiał: nie chodziło o potwora. Chodziło o coś, co utknęło w pętli i teraz próbowało wciągnąć wszystkich do swojego rytmu.

A pętle w kosmosie bywają niebezpieczne. Nie dlatego, że są głośne. Tylko dlatego, że są uparte.

Rozdział 5: Gdy cisza się zacina

W śluzie wewnętrznej Kamil dopiero poczuł, jak bardzo boli go kark od napięcia. Kiedy drzwi zamknęły się za nimi, dźwięk wentylacji wydał mu się prawie muzyką.

— Mamy „Pipa” — powiedziała Inga, zdejmując rękawice. — Ale „Echo” też nas ma.

Oskar odezwał się z interkomu:

— Sygnał wciąż rośnie. Przekaźnik budzi inne systemy. W trybie oszczędnym stacja miała spać, a ona… zaczyna gadać sama do siebie.

Marek wszedł do centrum sterowania szybkim krokiem.

— Co może się stać? — zapytał.

Oskar wskazał ekran, gdzie wykresy rosły jak zbyt ambitne ciasto w piekarniku.

— Jeśli „ECHO” zacznie przejmować kanały sterowania, może uruchomić automatyczne procedury bezpieczeństwa. Na przykład: odcięcie modułów. Albo blokadę śluz. Albo… restart całej stacji.

Inga zagwizdała.

— Restart w kosmosie brzmi jak: „wyłącz i włącz życie”.

Kamil postawił „Pipa” na stole serwisowym i podłączył do diagnostyki. Dron zamrugał i wyświetlił na małym panelu prosty symbol: spiralę.

— Spirala to… pętla — powiedział Kamil. — On wpadł w pętlę sygnałową. Prawdopodobnie „ECHO” go złapało, a „Pip” próbował się zsynchronizować, żeby naprawić przekaźnik. Tylko że zamiast naprawy mamy sprzężenie zwrotne: przekaźnik woła, dron odpowiada, przekaźnik woła głośniej…

— I stacja zaczyna to powtarzać — dodał Marek.

Kamil spojrzał na ich twarze. Zmęczenie, napięcie, ale też gotowość.

— Potrzebujemy współpracy — powiedział. — Nie w stylu „kto jest bohaterem”, tylko „kto trzyma kabel”.

— Mów — rzuciła Inga.

Kamil wziął głęboki oddech i zaczął jak na odprawie:

— Plan. Punkt pierwszy: odizolować „Pipa”, żeby przestał odpowiadać na „Echo”. Punkt drugi: odciąć zasilanie przekaźnika, ale ręcznie, bo zdalnie już mu nie ufamy. Punkt trzeci: przywrócić stację do spokojnego trybu.

Oskar uniósł palec.

— Punkt drugi wymaga wyjścia na zewnątrz. Znowu.

Marek spojrzał na Inge, potem na Kamila.

— Zrobimy to, ale mądrzej. Kamil, ty jesteś mózg. Inga, ty jesteś ręce. Ja jestem… nerwy, które mówią „stop”.

— A ty? — Inga zapytała Oskara.

— Ja jestem oczy i uszy — odparł. — I będę krzyczał, jeśli zobaczę, że coś się pali.

Kamil odpiął moduł komunikacyjny „Pipa” — małą płytkę, która wyglądała jak srebrny listek.

Dron zgasł na moment, a potem jego lampka zapaliła się spokojnym światłem.

— Dobrze — powiedział Kamil. — Pip już nie śpiewa w chórze „Echo”.

W słuchawkach panowała przez chwilę ulga: sygnał „ECHO” osłabł, jakby ktoś skręcił gałkę.

— To działa! — ucieszyła się Inga.

— Częściowo — powiedział Oskar. — „ECHO” nadal nadaje, ale mniej. Jak ktoś, kto stracił rozmówcę i teraz gada do ściany.

Marek przyjrzał się schematowi pierścienia.

— Ręczne odcięcie zasilania jest w skrzynce serwisowej przy segmencie 12. Musimy otworzyć panel i przełączyć bezpiecznik.

— A jeśli „ECHO” nie lubi, kiedy mu się wyłącza prąd? — zapytała Inga.

— To mu powiemy „dobranoc” — odpowiedział Kamil. — Uprzejmie, ale stanowczo.

Przygotowali się szybko. Kamil spisał procedurę na tabliczce, jakby to była lista zakupów: LINKI, CZAS, KOMUNIKATY, BEZPIECZNIK, POWRÓT. Proste słowa, proste kroki.

Kiedy znów stanęli w śluzie, Marek położył dłoń na ramieniu Kamila.

— Pamiętaj: jeśli coś pójdzie nie tak, wycofujemy się. Współpraca to także umiejętność powiedzenia „dość”.

Kamil skinął głową.

— Zrozumiałem. Bohaterowie w bajkach pędzą. My mamy listę.

Śluza otworzyła się ponownie na czerń.

A „ECHO” czekało, powtarzając swoje imię, jakby nie znało żadnego innego słowa.

Rozdział 6: Przełącznik i oddech

Na zewnątrz świat wyglądał tak samo, ale Kamil czuł różnicę. Teraz wiedzieli, z czym walczą: z usterką, która udaje ducha.

— Zbliżamy się do segmentu 12 — powiedział Oskar w słuchawkach. — Macie trzy minuty, zanim „ECHO” znów podniesie moc. Widzę, jak próbuje znaleźć inne kanały.

— Trzy minuty to luksus — mruknął Kamil. — Na Ziemi tyle trwa decyzja, czy wstać z kanapy.

Inga otworzyła panel serwisowy, wsuwając narzędzie w szczelinę. Metal ustąpił z oporem.

— Szkoda, że nie ma tu klucza „odkręć strach” — powiedziała.

— Jest — odpowiedział Marek. — Nazywa się „oddech”. Razem: wdech… wydech.

Zrobili to, jakby byli jednym organizmem w trzech skafandrach. Kamil poczuł, jak jego tętno zwalnia o jeden, dwa uderzenia.

W środku skrzynki serwisowej były przewody i mały moduł z czerwonym przełącznikiem zabezpieczonym klapką.

— To on — powiedział Kamil. — Odcięcie zasilania przekaźnika „ECHO”. Inga, możesz?

— Mogę — odpowiedziała, ale jej ręka zawahała się.

W słuchawkach sygnał „ECHO” nagle przybrał na sile. Zamiast jednego słowa pojawił się szereg impulsów, jakby przekaźnik próbował mówić szybciej, zanim ktoś go uciszy.

— On wie — szepnęła Inga.

— To tylko algorytm — powiedział Kamil, choć sam poczuł dreszcz. — Nie wie. Reaguje.

Marek poprawił napięcie linki.

— Inga, ja trzymam cię stabilnie. Kamil, licz.

Kamil spojrzał na przełącznik.

— Trzy… dwa… jeden… teraz.

Inga uniosła klapkę i pociągnęła przełącznik w dół. Czerwone światło przy module zgasło.

W tej samej chwili w słuchawkach zapadła cisza tak głęboka, że Kamil przez sekundę pomyślał, że stracił łączność albo słuch.

— Oskar? — zawołał.

— Jestem — odpowiedział Oskar, wyraźnie, spokojnie. — Sygnał „ECHO” zniknął. Systemy stacji wracają do normy. Dobra robota.

Inga wypuściła powietrze.

— Uff. Czy ktoś inny też ma ochotę przytulić przełącznik?

— Nie przytulaj sprzętu pod napięciem — odpowiedział Marek. — Nawet jeśli już nie ma napięcia.

Kamil spojrzał na gwiazdy. Zawsze były te same, a jednak teraz wydawały się bliższe. Jakby wszechświat doceniał, że trójka ludzi potrafiła dogadać się z maszyną, która się zacięła.

Wrócili do śluzy. Kamil niósł ze sobą poczucie, że nie wygrali z kosmosem — bo z kosmosem się nie „wygrywa”. Po prostu nauczyli się w nim działać razem, krok po kroku.

Wewnątrz stacji powietrze było cieplejsze. Ściany nie wyglądały już na przygaszone ze strachu, tylko z oszczędności.

— Teraz naprawimy „Pipa” i przywrócimy przekaźnik w trybie bezpiecznym — powiedział Kamil. — Bez pętli, bez samotnych rozmów.

— A może — wtrąciła Inga — zostawimy mu małą notatkę: „Jeśli chcesz gadać, najpierw zapytaj”.

Oskar roześmiał się w interkomie.

— Zrobimy mu plakat. „Słuchaj ciszy, bo ona mówi… ale nie zapętlaj jej.”

Marek spojrzał na panel śluzy.

— Najpierw jednak: wracamy do środka i zamykamy, jak należy. Żeby cisza została tam, gdzie jej miejsce.

Kamil przyłożył dłoń do przycisku. Drzwi śluzy przesunęły się i zatrzasnęły z miękkim, pewnym kliknięciem.

Sas został refermé. I tym razem ten dźwięk brzmiał jak obietnica bezpieczeństwa.

Bez reklam 3€ na miesiąc

Czy pragną Państwo nieprzerwanej lektury? Wesprzyjcie Oh My Tales, usuńcie wszystkie reklamy i korzystajcie z innych wliczonych korzyści już od 3€ miesięcznie.

Zobacz plany i ceny
Udostępnij

zgłoś problem z tą opowieścią

Co sądziliście o tej opowieści?

Podaj swoją opinię, przyznając ocenę tej opowieści w zależności od tego, co Ty i/lub Twoje dziecko o niej myśleliście. Z góry dziękujemy!

Dziękuję! Twój głos został uwzględniony!

Quiz: czy dobrze zrozumiałeś opowieść?

Kadłubem
Główna część statku, która chroni wnętrze i sprzęt.
Aromatem nowych instrukcji
Zapach, który autor porównuje do świeżych poleceń lub dokumentów.
Procesora
Część komputera, która przetwarza informacje i podejmuje decyzje.
Oszczędnym
Tryb działania, który zużywa mniej energii lub zasobów.
Blokady
Urządzenia lub programy, które zatrzymują dostęp lub ruch.
Przekaźnika
Urządzenie do wysyłania i odbierania sygnałów między częściami systemu.
Pętla
Powtarzający się ciąg działań lub sygnałów, który się nie kończy.
Sprzężenie zwrotne
Sytuacja, gdy sygnał wraca i wzmacnia lub zmienia działanie systemu.
Impulsy
Krótkie sygnały elektroniczne lub fale, które coś uruchamiają.
Plazmowych
Związane z plazmą — gorącym, naładowanym stanem gazu.
Mikrometeoryty
Bardzo małe kamyczki z kosmosu, które mogą uderzać w urządzenia.
Asekurację
Działanie polegające na zabezpieczeniu kogoś lub czegoś, by nie doszło do wypadku.

Stwórz magiczną i unikalną opowieść dla swojego dziecka!

Stwórz spersonalizowaną przygodę w zaledwie kilka minut, w której twoje dziecko staje się bohaterem. Z naszym ekskluzywnym narzędziem to łatwe, darmowe i zabawne!

Stworzyć opowieść

Pobierz tę opowieść:

Pobierz tę opowieść w formacie PDF Pobierz e-booka (.epub)

Do przeczytania następnie w Opowieści o podróżach kosmicznych dla 11-12 lat

Otrzymuj nowe opowieści w każdą niedzielę wieczorem!

Otrzymaj 7 ekscytujących i fascynujących opowieści, dostosowanych do wieku i gustów Twojego dziecka, każdej niedzieli o 17:00*. To jest darmowe i gwarantowane bez spamu!
*E-mail wysyłany o 17:00 czasu środkowoeuropejskiego (CET).
Nie lubimy też spamu. Dlatego nie będziemy wysyłać Ci nic poza opowieściami. Będziesz mógł się wypisać, kiedy tylko zechcesz.