Rozdział 1 — Mała Ela i niebo pełne świateł
Ela miała pięć lat i włosy jak siano po złotym lecie. Oczy miała duże i wścibskie, tak jak lornetka pana Stasia. Każdego ranka budziła się, nasłuchując nieba. Niebo nad jej domem nie było zwyczajne. Było usiane małymi punktami, które mrugały tak, jakby ktoś w oddali porozumiewał się miganiem.
Ela znała każdy dźwięk z podwórka: szczek psa, brzdęk wiaderka, świst liścia. Ale najbardziej lubiła dźwięk, który pojawiał się w nocach targowych — delikatne dzwonki z kosmicznych straganów. Tego dnia mama wzięła ją za rękę i powiedziała: „Idziemy na targ międzygwiezdny. Dzisiaj nauczysz się czegoś ważnego”.
Ela skakała ze szczęścia. Była mała, ale ciekawość miała wielką. Chciała zobaczyć sprzedawców, którzy handlowali świecącymi owocami i papierowymi planetami. Chciała usłyszeć języki, które brzmiały jak muzyka z muszli. I najbardziej — chciała spotkać kosmitę, bo mama zawsze mówiła: „Na targu spotkasz świat”.
Mama trzymała ją mocno, choć targ był spokojny. Gwiazdy wisiały nisko, jakby można było ich dotknąć. Stragany błyszczały wszystkimi kolorami: zielenią, która pachniała miętą, błękitem, który smakował jak woda z fontanny, i różem, który śmiał się jak bąbelek.
„Pamiętaj, Ela” — szepnęła mama — „zauważysz znak. To znak pokoju. Jeśli go zobaczysz, możesz się uśmiechnąć i podać rękę. To zawsze działa”.
Ela przyssała się do słowa „znak” jak mały rysunek przyczepiony do kredkowego pudełka. Chciała go złapać i przytulić. Nie wiedziała, jak wygląda znak, ale uwierzyła, bo wierzyła w mamę.
Rozdział 2 — Targ i olbrzymi banan kosmiczny
Na targu wszystko było mniej straszne, a bardziej śmieszne. Sprzedawca jabłek miał trzy nosy i śmiał się jak dzwon. Pani z planetami miała kieszenie pełne miniaturowych satelitów, które puszczały banieczki. Był też stoisko z olbrzymimi bananami, które mrugały oczami. Ela pogłaskała jeden i banan pocałował ją powietrznym muszlanym dźwiękiem. Ela pisnęła i wybuchła śmiechem.
— Jak się tu nazywasz? — zapytała niewinnie.
Banan odpowiedział, że nazywa się Bazi. Mówił powoli i z nutką cienkiego śpiewu.
Obok stoisk stała fontanna z mleczkiem gwiezdnym. Dzieci skakały po jej krawędzi. W oddali, przy straganie z mapami, stał stożkowaty kosmita z włochatymi dłońmi. Miał dwie pary oczu i jedną dłonią trzymał kropkowaną mapę. Jego uśmiech był jak zagniótłanie papieru — nie do końca pewny, ale serdeczny.
Ela chciała podejść. Jej serce trzepotało jak motylek. Mama uśmiechnęła się i powiedziała: „Pamiętasz znak pokoju? Szukaj prostego symbolu. Wygląda jak gwiazda, ale z ręką”. Ela wyobraziła sobie gwiazdę machającą do niej.
Gdy podeszli bliżej, kosmita zauważył Elę i skinął. Z jego kieszeni wystawała mała, świetlista zawieszka. Miała kształt prostego kręgu z kreską i małym oczkiem. To był symbol. Nie był skomplikowany. Był jasny i ciepły. Ela poczuła, że coś w niej się uspokaja.
— To znak pokoju — powiedziała mama. — Kiedy go zobaczysz, możesz się uśmiechnąć.
Ela uśmiechnęła się szeroko. Jej uśmiech był jak promyk słońca. Kosmita odwzajemnił uśmiech i podał jej mały kamyczek, który odbijał kolory całego targu.
— Dla odwagi — powiedział cichutko.
Ela przycisnęła kamyk do serca. Kamyk był ciepły jak herbata. Poczuła, że może rozmawiać bez słów. Mogła rozumieć gesty. Mogła czuć radość.
Rozdział 3 — Mały kłopot i symbol pokoju
Nagle z tłumu wyskoczył rozbrykany skoczek — to był mały robotek z resztkami balonów przy antenie. Chciał pobawić się w pogoń, ale potknął się i przewrócił. Z jego spodniej części wysypały się tysiące kolorowych śrubek, które zaczęły turlać się po targu jak małe kulki.
Ela podbiegła. Zobaczyła, że jedna śrubka utknęła w małym słoiku z muzyczną herbatą i zaczęła grać fałszywe nuty. Ludzie i kosmici spojrzeli z troską. Nikt nie wiedział, jak naprawić robotka. Robotek był smutny. Jego antena dyndała.
Ela poczuła, że może coś zrobić. Przypomniała sobie kamyk i znak. Uśmiechnęła się i uniosła rękę. W jej dłoni kamyk zajaśniał tak jasno, że wszyscy zatrzymali się i spojrzeli. Światło nie było silne — było miękkie jak kocyk.
Ela wyszeptała: „Proszę, pomóżmy”.
Kilka kosmicznych dłoni natychmiast pomogło. Sprzedawca bananów podał taśmę, pani z planetami użyła małych szczypiec, a kosmita z mapą trzymał śrubki, które zaczęły same wskakiwać z powrotem na swoje miejsce. Wszystko wyglądało jak wspólna piosenka: ręka podaje, druga łapie, trzecia klei.
Kiedy robotek znowu stanął, zagrał radosną melodię i wykonał ukłon. Wszyscy oklaskiwali. Ela poczuła dumę. Jej kamyk nie był magiczny sam w sobie. To jej odwaga i pomysł pomogły. Kamyk tylko przypomniał innym, że warto być dobrym.
— To symbol — szepnął kosmita. — Nie tylko znak. To zaproszenie do działania.
Ela dotknęła zawieszki na szyi kosmity. Była chłodna i gładka. Narysowała w powietrzu prosty obrazek: koło, kreska, oczko. Ludzie zaczęli rysować ten symbol na kartkach, na owocach, nawet na balonie robotka. Symbol krążył jak ciepły kłębek wełny.
Rozdział 4 — Pożegnanie i małe „a bientôt”
Wieczór zbliżał się powoli. Światełka targu zapalały się jedno po drugim. Ela miała na palcach plamki błękitnego pyłku z fontanny. Mama patrzyła na nią z uśmiechem, który był jak zawsze — cichy i pełen dumy.
Przyszedł czas, by wracać. Kosmita pochylił się i dał Eli mały szkicownik. W środku była biała kartka z narysowanym symbolem pokoju. „Rysuj, gdzie chcesz. Nie zapomnij go pokazywać” — powiedział. Jego głos brzmiał jak dzwonek, który nie spieszy się z końcem.
Ela przytuliła szkicownik mocno. Zrozumiała coś ważnego. Symbol nie był tylko znakiem. Był pomysłem. Miał przypominać, że każdy może tworzyć spokój: przez uśmiech, pomoc, dzielenie się jabłkiem, przez rysunek dla przyjaciela.
Na ulicy stała mała grupa dzieci i kosmitów. Jedni malowali na ziemi pisakiem świetlnym, inni śpiewali piosenkę o zielonym bananie. Ela dołączyła. Narysowała wielką gwiazdę z ręką — swój sposób na symbol. Dzieci klaskały.
Kiedy stali już w drzwiach, kosmita położył rękę na sercu i zrobił lekki ukłon. Ela zrobiła to samo. Wymienili spojrzenia, które mówiło: „Dobrze, do następnego razu”.
Mama wzięła Elę za rękę. Na niebie rozbłysła jedna wyjątkowa gwiazda. Była jak winko na pożegnanie. Ela spojrzała na gwiazdę i do siebie wyszeptała: „Do zobaczenia”.
Ale zanim odeszli, kosmita pochylił się jeszcze raz i zrobił gest — milczący szept, gest, który wszyscy na targu rozumieli. Nie było w tym słów. Była tam obietnica spotkania. Ela poczuła, że już nie boi się nieba pełnego świateł.
Szli powoli. Ulica pachniała czymś ciepłym, jak kakao. Ela trzymała szkicownik i kamyk. Czuła, że ma przy sobie cały targ w małej torbie. W głowie miała obraz prostego symbolu. Wiedziała, że narysuje go jutro na oknie. Po to, by sąsiad z dołu też mógł się uśmiechnąć.
W domu mama pocałowała ją w czoło i zgasła lampkę. Ela leżała w łóżku. Słuchała oddechu mamy i dalekiego brzęczenia targowych świateł. Złapała kamyk i przycisnęła go do serca. W myślach rysowała nową mapę świata — taką, na której są mosty z uśmiechów.
Kiedy zasypiała, myślała, że pewnego dnia narysuje symbol dużymi kredkami na niebie. Ale wystarczyło jej, że narysuje go każdej nocy sobie na dłoni. Była mała, ale wiedziała jedno: świat jest miejscem do tworzenia. Każde spotkanie to kawałek opowieści. Każde „dzień dobry” to nowe okno.
Światło gwiazd powoli zamykało powieki. Na końcu snu Ela jeszcze raz zobaczyła kosmitę i banan Bazi. W ich dłoniach migotał symbol pokoju. Uśmiechnęli się. Popełnili cichy zakład, że znów się zobaczą.
a bientôt