Część 1: Spokojny brzeg i dziwne „bip”
W zatoce Koralowego Księżyca stało drewniane molo. Deski były ciepłe od słońca i pachniały solą. Pod nimi pluskała woda, a między palami przepływały srebrne rybki.
Na końcu mola siedział Wysiołek — mały, puchaty stwór z wyspy Chmurogrzybów. Nie był człowiekiem. Miał cztery miękkie łapki, długi ogon jak wstążka i oczy jak dwa zielone guziki. Lubił ciszę, liczenie fal i naprawianie drobiazgów, które inni uznawali za „za trudne”.
Wysiołek układał obok siebie muszle w równy rządek, kiedy usłyszał ciche:
— Bip… bip… BIIIp!
Dźwięk dochodził spod skrzynki na linę. Wysiołek przechylił łepek.
— Kto tam? — zapytał łagodnie.
Skrzynka zadrżała. Potem coś z niej wytoczyło się na deski: mała, okrągła zabawka. Wyglądała jak śmigająca kulka z przezroczystą kopułką. W środku migały światełka w kolorach landrynek. Kulkę podtrzymywały trzy cieniutkie nóżki, które teraz klapnęły bezradnie.
Za zabawką wynurzyła się… głowa. A potem całe stworzonko. Było błękitne, gładkie jak kropla wody, z czułkami jak dwa sprężynki.
— Ja… ja jestem Nimi — powiedziało szybko. — To jest mój Wesołobiegacz. I on… umarł.
— Zabawki nie umierają — odparł Wysiołek spokojnie. — One się psują. A to da się naprawić.
Nimi zamrugała.
— Naprawić? Na mojej planecie, jak coś przestaje świecić, to się z nim rozmawia, aż znowu świeci.
Wysiołek uniósł ogon.
— Możemy i porozmawiać. Ale najpierw zobaczmy, czemu przestał biegać.
Wesołobiegacz wydał ostatnie:
— Biiip… — i zamilkł.
Część 2: Sekrety Wesołobiegacza
Wysiołek położył zabawkę na miękkiej szmatce, żeby deski jej nie porysowały. Molo lekko skrzypnęło, jakby też chciało pomóc.
— Czy on spadł? — zapytał.
— Trochę… — Nimi skrzywiła się. — Skakał po gwiazdach w mojej kieszeni. A potem kieszeń zrobiła „puf” i już byłam tutaj. Na tym długim drzewie bez liści… jak to się nazywa?
— Molo — powiedział Wysiołek. — Drewniane. Bardzo dzielne.
Nimi dotknęła deski.
— Jest cieplejsze niż metal w moim statku. I pachnie jak… zupa z chmur.
Wysiołek uśmiechnął się po swojemu, cicho.
— Otworzymy kopułkę. Tylko delikatnie.
Z boku zabawki był maleńki zatrzask. Wysiołek wsunął pazurek, kliknął i kopułka uniosła się. W środku leżały trzy rzeczy: świecący kryształek, sprężynka jak spiralka oraz śmieszny, płaski krążek z rysunkiem uśmiechu.
— O! To mój krążek-chichotek! — zawołała Nimi. — Jak działa, to Wesołobiegacz opowiada żarty. Bardzo mądre.
— Zobaczmy, co jest nie tak — mruknął Wysiołek.
Kryształek był matowy. Sprężynka wysunęła się ze swojego miejsca. A krążek-chichotek… był odwrotnie włożony, jakby ktoś założył czapkę na ogon.
— Tu jest problem — powiedział Wysiołek. — Sprężynka uciekła. A krążek jest przekręcony.
Nimi zwinęła czułki.
— To przez moje gwiazdoskoki. Przepraszam, Wesołobiegaczku…
Wesołobiegacz milczał, ale Wysiołek zauważył coś jeszcze. Na dnie obudowy leżało ziarenko piasku. Tylko jedno, ale w samym środku.
— A to? — Wysiołek podniósł ziarenko. — Piasek lubi się wciskać tam, gdzie nie powinien.
— U mnie piasek jest zakazany — szepnęła Nimi. — Bo łaskocze anteny.
Wysiołek parsknął cichym śmiechem.
— Tutaj jest go dużo. Ale jest przyjazny, jeśli się go szanuje.
Nagle powiał wiatr. Molo zaskrzypiało głośniej, a fale uderzyły mocniej. Szmatka prawie uciekła. Kryształek poturlał się w stronę szpary między deskami.
— O NIE! — krzyknęła Nimi.
Wysiołek zareagował szybko. Ogonem, jak wstążką, zahaczył kryształek w ostatniej chwili.
— Mam cię — powiedział spokojnie, choć serce mu tupnęło w łapkach.
Nimi spojrzała z zachwytem.
— Twój ogon jest jak ratunkowa lina!
— Czasem ogon się przydaje — odparł Wysiołek. — A czasem służy do wycierania nosa, kiedy jest zimno.
Nimi zachichotała.
— Na mojej planecie nie mamy nosów. Ale brzmi to… śmiesznie.
Część 3: Naprawa i mały żart z kosmosu
Wysiołek ułożył kryształek z powrotem. Potem, bardzo ostrożnie, wsunął sprężynkę w jej gniazdo. Na końcu odwrócił krążek-chichotek tak, by uśmiech patrzył do góry.
— Teraz potrzebujemy iskry — powiedział.
— Iskry? — Nimi cofnęła się. — U nas iskry robią „trzask” i wszystko zaczyna tańczyć. Raz mi zatańczyły skarpetki.
— Nie trzeba wielkiej iskry — uspokoił ją Wysiołek. — Wystarczy dotyk i… odrobina cierpliwości.
Wysiołek przyłożył łapkę do kryształka. Był stworem z Chmurogrzybów, więc w jego futerku zawsze mieszkało trochę ciepła i lekka elektryczność, jak po pocieraniu koca. Zamknął oczy i policzył trzy fale: raz… dwa… trzy…
Kryształek zamigotał. Najpierw blado. Potem jaśniej, jak mała latarenka.
— Działa! — pisnęła Nimi. — Wesołobiegaczku, oddychaj światłem!
Wesołobiegacz nagle podniósł nóżki i zrobił:
— Bip-bip! — a potem zaczął kręcić kółka po desce.
— Uwaga, bo wpadnie do wody! — zawołał Wysiołek.
Ale Wesołobiegacz skręcił w ostatniej chwili i zatrzymał się przy Nimi. Kopułka rozświetliła się na różowo, zielono i żółto. Krążek-chichotek zapiszczał cienkim głosikiem:
— ŻART KOSMICZNY: Dlaczego kometa nie nosi czapki? Bo i tak ma ogon!
Nimi zastygła. Potem wybuchła śmiechem tak głośno, że aż mewa (nie człowiek, tylko mewa) odleciała z pomostu.
— On… on mówi o ogonie! — Nimi wskazała na Wysiołka. — To znak!
Wysiołek poruszył ogonem jak wachlarzem.
— Wesołobiegacz ma dobry gust — stwierdził.
Nimi usiadła obok niego na końcu mola. Wesołobiegacz kręcił ósemki i co chwilę mówił „bip”, jakby śpiewał.
— Dziękuję — powiedziała Nimi ciszej. — Myślałam, że tu będzie strasznie. Obce miejsce, obce drewno, obce fale.
— Obce nie znaczy złe — odparł Wysiołek. — Tylko… jeszcze nieznane. Jak nowa muszla. Trzeba ją obejrzeć z każdej strony.
Nimi skinęła czułkami.
— A ty nie bałeś się mnie?
Wysiołek popatrzył na jej sprężynkowe czułki.
— Trochę się zdziwiłem. Ale ty mówisz miłym głosem. I martwiłaś się o zabawkę. To znaczy, że masz dobre serce. Nieważne, z jakiej planety.
Nimi przytuliła Wesołobiegacza do siebie.
— U nas mówią: „Kto naprawia, ten jest przyjacielem”.
— U nas też coś takiego mówią — szepnął Wysiołek. — Tylko trochę inaczej: „Kto pomaga, temu fale śpiewają”.
Wiatr ucichł. Słońce zsunęło się niżej i zrobiło na wodzie złotą ścieżkę. Molo przestało skrzypieć, jakby też się uspokoiło.
Nimi i Wysiołek siedzieli obok siebie. Wesołobiegacz w końcu też zwolnił, zwinął nóżki i zamigotał łagodnym światłem, jak mały śpiący lampion.
— Posłuchaj — szepnęła Nimi.
Słychać było tylko fale pod deskami. Plusk, plusk. Dalekie „kra” mewy. I oddech spokojnego morza.
Wysiołek przymknął oczy.
— To jest dobre zakończenie dnia — powiedział.
Nimi skinęła głową, bardzo powoli, żeby nie spłoszyć ciszy.
— Tak. Miękka cisza. Jak koc z gwiazd.
I siedzieli jeszcze chwilę, razem, w łagodnym milczeniu.