Część 1: Opowieść o lekkiej grawitacji
W wiosce było cicho jak w kocu z waty. Farma państwa Kwiatkowskich odpoczywała po żniwach. Stodoła stała z zamkniętymi drzwiami, na podwórku spały traktory, a kury chodziły wolno, jakby liczyły kroki.
Cztery dziewczynki miały po sześć lat i uwielbiały tu przychodzić: Hania, Maja, Zosia i Lena. Usiadły na belach siana, które pachniały słońcem.
— Dzisiaj opowiem wam coś kosmicznego — powiedział dziadek Staszek, który pilnował farmy, kiedy wszyscy odpoczywali. Miał czapkę z daszkiem i kieszenie pełne śrubek.
— O kosmitach? — zapytała Maja, a jej oczy zrobiły się okrągłe.
— O Księżycu! — uśmiechnął się dziadek. — Wiecie, że grawitacja na Księżycu jest lżejsza?
— Gra… wi… ta… cja? — powtórzyła Zosia, wolno i ostrożnie.
— To taka siła, która trzyma nas na ziemi — wyjaśnił dziadek, stukając butem o klepisko. — Dzięki niej nie latamy jak balony. A na Księżycu jest jej mniej. Tam można skakać wysoko, jak żabka na trampolinie.
Lena zachichotała.
— To ja bym skoczyła aż na dach stodoły!
— Tylko uważaj, bo dach nie lubi stóp — mruknęła Hania, poważna jak mała pani nauczycielka.
Dziadek wyjął z kieszeni małą metalową kulkę na sznurku.
— To mój stary wahadełek. Widzicie? Jak puszczę, spada. Bo grawitacja. A gdybyśmy byli na Księżycu… spadałoby wolniej.
— A kosmici też mają grawitację? — spytała Maja.
— Nie wiem — odpowiedział dziadek szczerze. — Ale w kosmosie jest dużo niespodzianek.
W tej samej chwili z daleka, zza sadu, dobiegło ciche: „biiip… biiip… biiip”.
Dziewczynki zamarły.
— To mój zegarek? — zdziwił się dziadek i spojrzał na nadgarstek. — Nie, ja nie mam takiego.
„Biiip… biiip…” było coraz bliżej. A potem, jakby ktoś szeptem dmuchnął w powietrze, usłyszały: „fiuuu”.
Zosia złapała Maję za rękę.
— Dziadku, to… to chyba nie kura.
— Na pewno nie kura — mruknęła Lena. — Kury mówią „ko-ko”, a nie „biiip”.
Wyszli powoli z stodoły. Na trawie, obok starej studni, świeciło małe, srebrne coś. Wyglądało jak miska odwrócona do góry dnem. Z boku miało okienko jak oczko.
— To… latający talerz? — szepnęła Maja, tak cicho, jakby bała się obudzić księżyc.
— To wygląda jak pokrywka od garnka — oceniła Hania. — Tylko błyszczy.
Dziadek przyklęknął.
— Spokojnie. Nie dotykamy. Najpierw patrzymy.
W okienku mignęło światło. A potem coś, co przypominało zielony paluszek, zapukało w szybkę: puk, puk.
Dziewczynki cofnęły się o krok.
— Halo? — powiedziała Lena. — Czy… ktoś tam jest?
Okienko otworzyło się z cichym „klik”. I wysunęła się mała głowa w hełmie. Hełm miał przezroczystą szybkę, a za nią widać było wielkie, błyszczące oczy.
— Dzień… do… bry… — powiedziała głowa, trochę jak robot i trochę jak dziecko.
Zosia aż klasnęła z radości, ale szybko przypomniała sobie o ciszy i przytuliła dłonie do policzków.
— On mówi po polsku!
— Uczę… się… — odpowiedział przybysz. — Ja… Piko.
— Ja jestem Maja! — wypaliła Maja. — A to Hania, Zosia i Lena. A to dziadek Staszek. To jest farma. Ona teraz odpoczywa.
Piko mrugnął.
— Farma… odpoczywa. Dobrze.
Dziadek odchrząknął delikatnie.
— Witaj, Piko. Czy potrzebujesz pomocy?
Piko poruszył czułkami, które wysunęły się spod hełmu jak dwie cienkie sprężynki.
— Tak. Zgubiłem… klucz.
Część 2: Tajemnica na spokojnej farmie
Piko wyszedł ostrożnie. Był malutki, prawie jak pięcioletnie dziecko. Miał kombinezon w kolorze mięty i buty, które świeciły jak latarki.
— Klucz? — powtórzyła Hania. — Do czego?
— Do… domu — powiedział Piko i wskazał na swój srebrny statek. — Bez klucza nie zamknę. Bez zamknięcia… nie wolno lecieć. Bezpiecznie musi być.
— To bardzo mądre — pochwaliła Zosia.
Piko wziął głęboki oddech, jakby przypominał sobie trudne słowa.
— Ja przyleciałem z… Księżyca Pasku. Tam grawitacja… lekka. Skaczę tak! — I podskoczył.
Podskoczył wysoko. Naprawdę wysoko. Dziewczynki aż uniosły głowy. Piko zawisł przez chwilę, jak piórko, i opadł miękko na trawę.
— Wow! — westchnęła Lena. — Jak bańka mydlana!
— U nas ciężej — powiedziała Maja. — Ale możemy spróbować skakać razem.
Hania zmarszczyła brwi.
— Najpierw klucz. Gdzie go zgubiłeś?
Piko pokazał na podwórko.
— Tutaj. Szukałem miejsca cichego. Widzę… dużą stodołę. Wchodzę… oglądam. I „brzdęk”! Klucz spadł. Potem kura mnie przestraszyła. Uciekłem. Teraz nie wiem.
— Kura kosmitów przestraszyła! — Lena parsknęła śmiechem. — Nasze kury są odważne.
— To była kura w kropki — dodała Maja poważnie. — Ona nawet psa potrafi pogonić.
Dziadek Staszek podrapał się po brodzie.
— Dobrze, dzieci. Szukamy razem. Ale uważnie. Farma odpoczywa, nie robimy hałasu.
Dziewczynki przytaknęły. To była misja, jak w prawdziwym kosmosie.
Podzielili się zadaniami.
— Ja szukam przy studni — powiedziała Hania.
— Ja przy sianie! — zawołała Lena.
— Ja przy kurniku — powiedziała Zosia.
— A ja będę z Piko i będę pytać, jak wygląda klucz — dodała Maja.
Piko wyciągnął z kieszonki mały obrazek. Narysowany był klucz jak spiralka z gwiazdką na końcu.
— Klucz jest srebrny, ale ma niebieski błysk. Jak woda nocą.
Maja kiwnęła głową.
— Dobrze. Niebieski błysk. Pamiętajmy.
Zosia zajrzała pod drewnianą ławkę obok kurnika. Kury patrzyły na nią, przechylając głowy.
— Przepraszam, panie kury, szukamy klucza. Nie zjadłyście? — spytała grzecznie.
Kury odpowiedziały „ko-ko”, co mogło znaczyć wszystko: „nie” albo „może” albo „daj ziarenko”.
Lena weszła na palce i zaglądała między bele siana.
— Kluczu, kluczu, gdzie jesteś? — szeptała, jakby klucz mógł się zawstydzić i wyjść sam.
Hania obchodziła studnię dookoła. W pewnym miejscu zauważyła ślady w trawie, jakby coś okrągłego się przetoczyło.
— Tu coś było — zawołała cicho. — Piko, stąd startowałeś?
Piko podbiegł i przytaknął.
— Tak. Tu… lądowałem. A klucz… może spadł, gdy wysiadałem.
Maja kucnęła i zobaczyła coś błyszczącego pod wiadrem.
— O! Niebieski błysk!
Wszyscy podbiegli. Ale to był tylko kapsel od butelki po oranżadzie, który ktoś zostawił dawno temu.
— To fałszywy kosmiczny klucz — jęknęła Lena dramatycznie.
Piko wyglądał na smutnego. Jego czułki opadły.
— Bez klucza… ja zostanę tutaj. A ja mam w domu… małą roślinę. Ona lubi, gdy ją podlewam.
Zosia podeszła i delikatnie dotknęła jego rękawa.
— Pomożemy. Razem łatwiej.
Hania klasnęła w dłonie, jakby dawała sygnał startu.
— Zrobimy plan. Piko, pokaż nam dokładnie, gdzie uciekłeś przed kurą.
Piko wskazał ścieżkę obok stodoły, potem pod płotem, a potem w stronę sadu.
— Kura goniła? — spytała Maja.
— Tak. Ona miała spojrzenie… jak laser — powiedział Piko.
Lena zachichotała.
— To na pewno kropkowana Krysia.
Ruszyli wzdłuż płotu. W trawie leżały jabłka. Jedno było lekko nadgryzione.
— Może klucz jest w sadzie — powiedziała Zosia. — Jak spadł, mógł się potoczyć.
— Potoczyć jak kulka — dodała Hania.
Piko nagle podskoczył.
— Ja mam magnes! — wykrzyknął, dumny jak odkrywca. — Magnes łapie metal.
Z kieszeni wyjął mały krążek z rączką. Maja od razu zrozumiała.
— To jak w zabawie w skarby! Przeciągamy po trawie!
Dziadek Staszek uśmiechnął się.
— Sprytne. Ale powoli. Nie chcemy złapać gwoździa z płotu.
Chodzili krok po kroku. Piko prowadził magnes tuż nad ziemią. Dziewczynki patrzyły uważnie, jak cztery pary reflektorów.
Nagle magnes „kliknął”.
— Mam coś! — zawołał Piko.
Wszyscy wstrzymali oddech.
Piko uniósł magnes. Wisiał na nim… stary gwóźdź.
Lena opadła na trawę jak aktorka w teatrze.
— O nie. Gwóźdź. To nie klucz.
Piko westchnął, ale potem spojrzał na gwóźdź z ciekawością.
— Gwóźdź… też metal. Dobrze działa magnes.
Hania nie dała za wygraną.
— Skoro działa, to dalej. Razem.
I wtedy Zosia zauważyła coś pod małym kamieniem przy płocie. Coś srebrnego z niebieskim błyskiem, jak woda nocą.
— Tu! — pisnęła. — Tu jest!
Piko podbiegł. Delikatnie odsunął kamień. Rzeczywiście, leżał tam mały klucz-spiralka z gwiazdką.
— Mój! — zawołał Piko. Czułki podskoczyły mu jak sprężynki. — Dziękuję!
Maja klasnęła.
— Udało się! Bo szukaliśmy razem!
Dziadek Staszek skinął głową.
— Współpraca. Najlepsza technologia na świecie.
Część 3: Skok jak na Księżycu i klucz, który się przekręca
Piko zaprowadził ich do statku. Z boku była mała klapka, a przy niej okrągła dziurka jak do zamka.
— Teraz… chwila prawdy — powiedział Piko uroczyście. — Mogę spróbować?
— Spróbuj! — powiedziały dziewczynki chórem.
Piko wsunął klucz. Pasował idealnie. Zrobiło się cicho. Nawet kury, jakby z ciekawości, przestały gdakać.
— Uwaga — szepnęła Lena. — Najważniejszy moment.
Piko złapał klucz i powoli go przekręcił.
Klucz obrócił się z miękkim „klik”.
W tej samej chwili statek zamrugał niebieskimi światełkami, jakby mrugał do nich okiem. Z wnętrza popłynął ciepły dźwięk, jak kołysanka: „pi-pi-pi”.
— Jest! — zawołał Piko. — Zamknięte. Bezpieczne.
Maja odetchnęła.
— Czyli możesz wrócić do domu i podlać swoją roślinę.
— Tak — powiedział Piko. — Ale… ja chcę zostawić wam coś.
Wyjął z kieszeni mały woreczek. W środku były cztery lekkie, przezroczyste opaski.
— To opaski skokowe — wyjaśnił. — Dają trochę… lekkiej grawitacji. Tylko na chwilę. Żebyście poczuły Księżyc Pasku. Ale ostrożnie. I razem.
Hania spojrzała na dziadka.
— Możemy?
Dziadek zaśmiał się cicho.
— Jeśli będziecie trzymać się za ręce. I skakać na miękkiej trawie. Wspólnie.
Dziewczynki założyły opaski na kostki. Piko ustawił je w kółku.
— Trzymajcie się. Raz, dwa, trzy… skok!
Skoczyły.
Nagle świat stał się lżejszy. Ich stopy oderwały się od ziemi wyżej niż zwykle. Sukienki i kurtki zafalowały. Lena pisnęła z radości. Zosia śmiała się jak dzwoneczek. Maja patrzyła w niebo, jakby mogła dotknąć chmur. Hania, choć zawsze ostrożna, też uśmiechnęła się szeroko.
— Jestem rakietą! — zawołała Lena.
— Jesteśmy drużyną rakiet! — poprawiła Hania.
Piko klaskał w swoje małe ręce.
— Pięknie! Widzicie? Razem łatwiej. Razem bezpieczniej.
Po kilku skokach opaski przestały świecić. Dziewczynki wylądowały miękko i usiadły na trawie, trochę zdyszane, ale szczęśliwe.
— Piko — powiedziała Zosia. — Czy kosmos jest straszny?
Piko pokręcił głową.
— Kosmos jest… duży. Czasem ciemny. Ale gdy masz przyjaciół… robi się jasny.
Maja podniosła kapsel od oranżady i podała go dziadkowi.
— Posprzątamy. Żeby farma też miała dobrze.
— Dziękuję — powiedział dziadek. — Farma odpoczywa, ale lubi porządek.
Piko wszedł do statku i stanął w okienku.
— Przyślę wam wiadomość. Może… obrazek mojej rośliny.
— A my narysujemy ci naszą kurę Krysię! — zawołała Lena.
— Tylko niech nie ma spojrzenia jak laser — dodała Maja i wszyscy wybuchnęli śmiechem.
Statek zabuczał cicho, jak mruczący kot. Niebieskie światełka zatańczyły po trawie. Wiatr poruszył liście jabłoni.
Piko pomachał.
— Do zobaczenia!
— Do zobaczenia! — odpowiedziały dziewczynki.
Srebrny statek uniósł się powoli, spokojnie, jakby nie chciał przestraszyć żadnej kury. Potem poleciał w górę, w jasne popołudniowe niebo, aż stał się małą kropką.
Dziewczynki patrzyły jeszcze chwilę w ciszy.
— Wiecie co? — powiedziała Hania. — Dzisiaj nauczyłam się, że klucz jest ważny.
— I że współpraca jest jeszcze ważniejsza — dodała Zosia.
— I że kury mogą być kosmiczne — mruknęła Lena.
Maja uśmiechnęła się do dziadka.
— A grawitacja? Teraz już wiem. Trzyma nas tu. Ale czasem można ją poczuć inaczej. Dzięki przyjacielowi.
Dziadek Staszek poklepał je po ramionach.
— A teraz wracamy do domu. I pamiętamy: gdy coś się zgubi, nie panikujemy. Robimy plan. I działamy razem.
Wrócili przez podwórko. Farma nadal odpoczywała, spokojna i ciepła. A w pamięci dziewczynek został dźwięk „klik”, kiedy klucz się przekręcił, i myśl, że gdzieś daleko, na lekkim Księżycu Pasku, mały przyjaciel podlewa swoją roślinę — dzięki nim.