Rozdział 1: Studio, w którym mikrofony chichoczą
W dziecięcym studiu radiowym „Bąbel FM” pachniało kakao, plasteliną i odrobiną paniki. Na ścianie wisiał plakat: „Mów wyraźnie. Nie gryź mikrofonu”. Ktoś dopisał flamastrem: „Chyba że mikrofon pierwszy”.
Główna prowadząca dzisiejszej audycji, dwunastoletnia Hania, siedziała na kręcącym się krześle i obracała się tak szybko, że jej warkocz wyglądał jak śmigło.
— Haniu, przestań się kręcić — jęknął Olek, realizator dźwięku, który miał trzynaście lat i minę wiecznie obrażonego jeża. — Zaraz usłyszymy wiatr w eterze.
— To będzie efekt specjalny! „Huragan w szklance soku” — odpowiedziała Hania i zatrzymała się z teatralnym piskiem.
Do studia wpadła pani Basia, opiekunka, z kartką tak poważną, jakby była to recepta na koniec świata.
— Dzieci, mamy… wyzwanie — powiedziała, a słowo „wyzwanie” zabrzmiało jak „ojoj”.
— Jakie? — Hania aż pochyliła mikrofon do przodu, jakby chciał podsłuchać.
Pani Basia przeczytała: — „Jutro Festyn Dzielnicy. Radio ma nadać na żywo przez pełną godzinę. Warunek: audycja ma być bez jednej przerwy, bez zacięć, bez ‘yyy', bez pomyłek i… bez powtórzeń.”
Zapadła cisza, w której nawet zegar na ścianie wydawał się szeptać: „To niemożliwe”.
— Bez „yyy”? — Olek złapał się za głowę. — Przecież „yyy” to mój ulubiony dźwięk!
— I bez powtórzeń? — dodała Mela, która pisała scenariusze i miała talent do dramatyzowania. — A jeśli powiem dwa razy „cześć”?
— To się liczy? — zapytał Kacper, specjalista od efektów, który nosił w kieszeni gwizdek i trzy gumki recepturki, „na wszelki wypadek”.
Pani Basia rozłożyła ręce. — Takie są zasady. Organizator twierdzi, że dziecięce radio powinno być „perfekcyjne”.
Hania prychnęła. — Perfekcyjne dzieci? To jak sucha zupa. Albo kwadratowe lody.
— Albo… cichy Kacper — mruknął Olek.
— Hej! Ja potrafię być cichy! — oburzył się Kacper i natychmiast potrząsnął pudełkiem z grochem, bo „sprawdzał brzmienie”.
Hania wstała. — Dobra. To „niemożliwe” brzmi jak „świetna zabawa”. Zrobimy godzinę bez przerwy i bez zacięć. Ale nie będziemy udawać robotów. Zrobimy to po naszemu.
— Po waszemu, czyli jak? — pani Basia uniosła brew.
Hania uśmiechnęła się tak szeroko, że aż mikrofon wyglądał na zazdrosny.
— Z inicjatywą. I z planem, którego nikt się nie spodziewa. Nawet my.
Olek westchnął. — To brzmi… groźnie.
— Spokojnie — Hania poklepała go po ramieniu. — Najgorsze, co może się stać, to że powiem „yyy”.
Wszyscy spojrzeli na nią.
— Żartowałam! — Hania podniosła ręce. — Już zaczynam trening. Bez „yyy”. Bez powtórzeń. Bez paniki. Tylko… dużo śmiechu.
Zegar tyknął, jakby mówił: „Powodzenia, ludzie”. A studio „Bąbel FM” nagle stało się areną dla najbardziej absurdalnego wyzwania w historii dzielnicy.
Rozdział 2: Plan, który wygląda jak naleśnik
Hania rozłożyła na stole kartkę i narysowała wielkie koło.
— To nasza godzinna audycja — wyjaśniła. — Koło, bo jak naleśnik: jak dobrze zrobisz, nie pęka i każdy chce dokładkę.
— A jak źle zrobisz, przykleja się do sufitu — dodał Kacper.
— Szczegóły — Hania machnęła długopisem. — Zasada pierwsza: żadnych długich monologów, bo wtedy człowiek zaczyna gadać i gadać, a potem wchodzi „yyy” na scenę jak nieproszony klaun.
— Ja lubię klauny — powiedział Kacper.
— Też lubię, ale nie w mikrofonie — odparła Hania. — Zasada druga: robimy segmenty, krótkie i różne. Zasada trzecia: jeśli ktoś się potknie, nie ukrywamy tego. Zamieniamy potknięcie w żart, ale tak, żeby nie powtórzyć słów. Wymyślamy nowe.
Mela zamrugała. — Jak mam nie powtarzać, jeśli słuchacz czegoś nie zrozumie?
— To mu to pokażemy dźwiękiem — wtrącił Olek, nagle zainteresowany. — Efektami.
Hania klasnęła. — Właśnie! Zrobimy „audycję-pantomimę”. Słowa będą, ale nie będą musiały wracać jak bumerang.
Kacper już wyciągał rekwizyty: folię bąbelkową, dwa kubki, sprężynkę i mały dzwoneczek.
— Segment pierwszy: „Wiadomości z Kosmosu” — oznajmiła Hania. — Zamiast powtarzać, opowiemy w stylu, który sam w sobie jest jasny: krótkie zdania, śmieszne metafory, konkret.
Mela zanotowała i dodała:
— Segment drugi: „Zaginione dźwięki studia”. Słuchacze mają zgadnąć, co słyszą. Wtedy nikt nie musi niczego tłumaczyć dwa razy, bo zagadka działa raz.
— Segment trzeci: „Minuta odwagi” — powiedziała Hania. — Ktoś z nas robi coś rzekomo niemożliwego na antenie. Bez pomyłek.
Olek parsknął. — Niemożliwe? To może Kacper będzie przez minutę cicho.
Kacper nadął policzki. — Potrafię! A nawet przez dwie!
— Nie przesadzaj, bo się udusisz — ostrzegła Mela.
Hania oparła łokcie na stole. — Najważniejsze: w środku audycji będzie „Wielki Niemożliwy Test”.
— To brzmi jak tytuł programu dla dorosłych — mruknął Olek.
— Spokojnie. Nasz test będzie dziecinny, ale sprytny — Hania uśmiechnęła się łobuzersko. — Organizator postawił warunki, żebyśmy się wywrócili. Więc my zrobimy tak, żeby jego warunki stały się naszym placem zabaw.
— Jak? — pani Basia weszła akurat po herbatę i usłyszała ostatnie zdanie.
Hania przesunęła kartkę w jej stronę. — Stworzymy „Koło ratunkowe”: jeśli ktoś ma ochotę powiedzieć „yyy”, zamiast tego uruchamia umówiony dźwięk. Na przykład: „pstryk” długopisu albo „plum” kropli wody. To będzie nasz sekret.
Kacper aż zaklaskał, ale w porę przypomniał sobie o ciszy i zaklaskał… w kieszeń.
— A powtórzenia? — zapytała pani Basia.
— Każdy z nas ma własny zestaw synonimów — odparła Hania. — Jak zabraknie słowa, przeskakujemy na inne. A jeśli ktoś powie „cześć” dwa razy… to za drugim razem powie „hejka” albo „dzień dobry, ludzkości”.
Olek spojrzał na Hanię jak na osobę, która właśnie próbowała ujeżdżać odkurzacz.
— A jeśli coś pójdzie nie tak? — zapytał.
Hania wzruszyła ramionami. — Wtedy inicjatywa. Nie czekamy, aż ktoś nas uratuje. Ratujemy się sami. I śmiejemy się po drodze.
Pani Basia uśmiechnęła się w końcu. — Dobrze. Macie zielone światło. Tylko… nie gryźć mikrofonu.
— Mikrofon pierwszy — mruknął Olek, a wszyscy wybuchli śmiechem.
Wyzwanie nadal wyglądało jak góra lodowa, ale Hania już zaczęła rysować po niej ślizgawkę.
Rozdział 3: Próba generalna i buntujące się „yyy”
Następnego dnia, na godzinę przed festynem, studio „Bąbel FM” było napięte jak gumka recepturka w rękach Kacpra.
— Próba generalna! — zarządziła Hania. — Jedziemy równo. Kto powie „yyy”, płaci… jednym żartem. Od razu.
— To brzmi jak kara, którą da się polubić — stwierdziła Mela.
Olek podkręcił suwaki. — Start w trzy, dwa, jeden…
Hania nachyliła się do mikrofonu. — Witajcie w „Bąbel FM”, gdzie nawet cisza ma swoje kapcie—
— Yyy… — wyrwało się Kacprowi, bo właśnie zobaczył pająka na kablu.
Wszyscy zamarli.
Kacper poczerwieniał. — To… to był odruch! Pająk!
Hania bez wahania stuknęła ołówkiem: pstryk!
— To nie było „yyy”, to był… sygnał alarmowy. Kacper, żart. Natychmiast.
Kacper wyprostował się jak żołnierz.
— Uwaga, komunikat: pająk chciał zostać DJ-em, ale nie przeszedł testu, bo nie umiał trafić odnóżem w przycisk „play”.
Olek prychnął, a napięcie opadło o pół centymetra.
— Dobra, kontynuujemy — powiedziała Hania, jakby potknięcie było częścią planu. — Dzisiaj sprawdzimy, czy da się przejść przez „niemożliwe” bez skarpetek… to znaczy, bez zacięć!
Mela weszła w segment „Wiadomości z Kosmosu”:
— Doniesienia z planety Marchewka: mieszkańcy domagają się prawa do chrupania w kinie. Koniec komunikatu.
— Szybko, jasno — pochwalił Olek.
Kacper włączył efekt: chrup, chrup, chrup.
— To brzmi jak dinozaur jedzący chipsy — zachichotała Hania.
Wszystko szło świetnie… przez trzy minuty.
Potem Olek, skupiony, powiedział:
— Teraz przechodzimy do… do… — i zawiesił się, jakby jego mózg wczytywał aktualizację.
W studiu zrobiło się tak cicho, że słychać było, jak folia bąbelkowa tęskni za pękaniem.
Hania błyskawicznie nacisnęła dzwoneczek: ding!
— O, to nasz dżingiel „Winda w głowie Olka” — oznajmiła. — Winda utknęła między piętrami „wiem” a „zapomniałem”. Olek, spokojnie, oddychaj.
Olek mrugnął i parsknął śmiechem. — Dobra. Segment „Zaginione dźwięki studia”!
— Widzicie? — szepnęła Hania do reszty, ale tak, żeby mikrofon nie złapał tego jako tajemnicy. — Nie czekamy, aż ktoś nas popchnie. Sami pchamy… windę.
Próba generalna zakończyła się sukcesem, jeśli za sukces uznać fakt, że nikt nie płakał i nikt nie zjadł mikrofonu.
Jednak gdy pani Basia włączyła transmisję testową na głośnik, usłyszeli coś jeszcze: własne serca, które biły w rytm „tyk-tyk, damy radę”.
Hania spojrzała na zegar.
— Za chwilę na żywo. Czas na „Wielki Niemożliwy Test”.
— A co jest testem? — zapytał Kacper.
Hania uśmiechnęła się tajemniczo. — My.
Rozdział 4: Festyn, czyli godzina bez siatki
Na festynie pachniało watą cukrową, kiełbaską i zwycięstwem, które jeszcze nie wiedziało, czy chce przyjść. Wokół namiotu „Bąbel FM” kręciły się dzieci, rodzice i pan Heniek z organizacji, który miał minę kontrolera biletów do perfekcji.
— Pamiętajcie — powiedział pan Heniek, zaglądając do studia. — Bez zacięć. Bez powtórzeń. Godzina jak po sznurku.
— My mamy sznurek tylko do skakania — odparła Hania słodko. — Ale damy radę.
Olek dał znak. Czerwona lampka „ON AIR” zapaliła się jak oko smoka, który bardzo lubi słuchać radia.
Hania zaczęła:
— Dzień dobry! Tu „Bąbel FM” na żywo z festynu! Jeśli słyszysz w tle śmiech, to znak, że jesteś w dobrym miejscu. Jeśli słyszysz w tle chrupanie… to Kacper testuje sprzęt.
— To test naukowy! — oburzył się Kacper i natychmiast zrobił efekt „chrup” folią bąbelkową.
— Startujemy z „Wiadomościami z Kosmosu”! — Mela weszła pewnym głosem. — Na planecie Kapcie ogłoszono konkurs na najcichsze stąpanie. Zwyciężył ślimak, bo… nie miał butów.
— Brawo! — szepnął Olek i przesunął suwak, jakby głaskał dźwięk po głowie.
Segmenty szły jak domino, które ktoś ustawił w kształt uśmiechu. Zagadka z dźwiękami wywołała tłum przy namiocie.
— Co to było?! — krzyczały dzieci.
— Podpowiedź: to nie kaczka i nie trąbka — mówiła Hania.
Kacper potrząsnął sprężynką: brrręk!
— To brzmi jak komar w hełmie! — zawołał ktoś z tłumu.
W połowie audycji pan Heniek stanął z boku, z zegarkiem w dłoni, i wyglądał, jakby mierzył czas do wybuchu wulkanu.
Hania skinęła do ekipy.
— Teraz „Wielki Niemożliwy Test”! — oznajmiła do mikrofonu. — Przed nami zadanie, którego nikt normalny nie robi na żywo: opowieść, w której nie da się powtórzyć żadnego słowa kluczowego.
Olek wytrzeszczył oczy. Mela złapała się za notatki. Kacper niemal połknął gwizdek.
— Spokojnie — syknęła Hania, ale nadal uśmiechała się do słuchaczy. — Słuchajcie uważnie. Będzie śmiesznie.
Zaczęła:
— Pewna dziewczynka weszła do sklepu z żartami. Poprosiła o dowcip. Sprzedawca podał jej… banana. Dziewczynka zdziwiła się tak bardzo, że aż jej brwi zrobiły fikołek. Sprzedawca wyjaśnił: „To nie owoc. To pułapka na powagę”.
Olek włączył delikatny „plum” kropli wody, jakby historia kapała śmiesznymi szczegółami.
Hania ciągnęła:
— Dziewczynka wyszła na ulicę i zobaczyła człowieka, który niósł drabinę, ale patrzył w telefon. Krzyknęła, jednak zamiast krzyku wyszedł jej… klopsik. Tak, klopsik. Poleciał jak mała kometa i trafił prosto w znak „Uwaga, śmiech”.
Kacper prawie pisnął, ale zacisnął usta i zrobił efekt: „ding!”, jakby klopsik był dzwonkiem do drzwi.
Hania nie powtarzała ważnych słów — zamiast „dziewczynka” raz mówiła „ona”, raz „młoda bohaterka”, raz „ta z warkoczem”. Zamiast „żart” używała „dowcip”, „psikus”, „śmieszka”. A gdy czuła, że jakieś słowo chce wrócić, zmieniała tor jak rowerzystka omijająca kałużę.
I wtedy wydarzyło się coś naprawdę „niemożliwego”: pan Heniek… uśmiechnął się. Najpierw jednym kącikiem ust. Potem drugim. A na końcu parsknął tak głośno, że ktoś w tłumie pomyślał, że to nowy efekt dźwiękowy.
— Kontrola jakości… pozytywna — mruknął pan Heniek do siebie, zaskoczony własnym śmiechem.
Audycja pędziła dalej. Zostały trzy minuty. Dwie. Jedna.
I nagle Olek spojrzał na ekran.
— Hania… bateria w mikserze awaryjnym. Prawie zero.
Hania poczuła, jak żołądek robi jej salto.
To miał być koniec. Przerwa. Zacięcie. Niemożliwe do uratowania.
A jednak Hania już wstawała.
Rozdział 5: Najdziwniejsze źródło prądu na festynie
— Kacper! — syknęła Hania. — Twoje gumki recepturki!
— Co mają gumki do prądu? — Kacper wyglądał, jakby ktoś poprosił go o ugotowanie burzy.
— Mają do inicjatywy — odparła Hania. — Olek, przełącz na mikrofon ręczny. Mela, mów do publiczności. Ja wracam.
Wyskoczyła z namiotu tak szybko, że warkocz znów stał się śmigłem. Rozglądała się po festynie: stoiska, balony, scena, dmuchany zamek… i generator prądu przy budce z lemoniadą, pilnowany przez pana od napojów, który miał wąsy jak dwa rogaliki.
Hania podbiegła.
— Przepraszam! Potrzebuję na chwilę… odrobiny prądu dla radia! Ratujemy godzinę!
Pan od lemoniady zmrużył oczy.
— A co ja z tego będę miał?
Hania wskazała na jego budkę, gdzie wisiała tabliczka: „LEMONIADA: kwaśna jak mina sąsiada”.
— Zrobię reklamę na żywo. Taką, że ludzie będą ustawiać się w kolejce jak pingwiny do zjeżdżalni.
Wąsy-rogaliki uniosły się.
— Deal.
Hania miała kabel, ale brakowało jej… przedłużacza. Spojrzała na dmuchany zamek. Przy nim stał chłopak, który pompował powietrze pompą nożną.
— Hej! — zawołała Hania. — Pożyczysz mi rurę? Na moment!
Chłopak mrugnął. — Rurę? Ja mam tylko tę do zamku.
— Idealnie! To będzie „tymczasowy tunel energetyczny”! — Hania już działała.
Kacper dopadł do niej z gumkami.
— Co robimy?
— Z gumek robimy mocowanie, żeby kabel nie wyskoczył — powiedziała Hania, jakby całe życie budowała elektrownie z przyborów szkolnych.
W trzydzieści sekund zamocowali kabel tak sprytnie, że wyglądało to jak wynalazek z konkursu „Zrób to z niczego”. Generator mruczał, radio dostało zasilanie, a w namiocie lampka „ON AIR” nadal świeciła.
Hania wróciła do mikrofonu, łapiąc oddech, ale bez „yyy”. Wzięła do ręki dzwoneczek, zadzwoniła raz i powiedziała radośnie:
— Słuchacze! Właśnie przeszliśmy przez tunel przygody i wracamy z powrotem! A teraz obiecana reklama: jeśli twoja mina jest kwaśna jak cytryna, idź po lemoniadę pana z wąsami jak rogaliki. Jedno łykniecie i nawet skarpetki będą się uśmiechać.
Tłum roześmiał się, a kolejka do lemoniady naprawdę zaczęła rosnąć.
Olek patrzył na wskaźniki jak na cud.
— Działa… działa! — szepnął.
— Oczywiście, że działa — odparła Hania. — W „Bąbel FM” niemożliwe to tylko słowo, które potrzebuje śrubokręta.
Zostało dziesięć sekund do końca. Hania podsumowała:
— Dzięki, że byliście z nami! Pamiętajcie: kiedy coś wygląda na nie do przejścia, można zrobić z tego grę. A teraz… koniec audycji, zanim mikrofony zaczną tańczyć!
Czerwona lampka zgasła.
Przez chwilę było cicho. A potem studio wybuchło śmiechem i ulgą, jakby ktoś otworzył butelkę z bąbelkami.
Rozdział 6: Węzeł rozwiązany, a „niemożliwe” robi fikołka
Pan Heniek wszedł do namiotu, nadal trzymając zegarek, ale już nie wyglądał jak kontroler, tylko jak człowiek, który właśnie odkrył, że perfekcja może mieć piegi.
— Godzina. Bez przerwy — powiedział powoli. — Bez… katastrofy. I bez tych waszych „yyy”.
Kacper aż napompował policzki, ale w porę ugryzł się w język.
Hania spojrzała na pana Heńka prosto, pewnie, choć w środku wciąż miała biegającego chomika emocji.
— Dało się, bo nie czekaliśmy na cud. Sami go skręciliśmy gumką recepturką.
Pan Heniek chrząknął. — Nie wiem, czy to jest zgodne z regulaminem.
Olek zesztywniał.
Mela wstrzymała oddech.
Pan Heniek po chwili dodał:
— Ale jest zgodne z… duchem festynu. I z czymś jeszcze. Z inicjatywą.
Pani Basia, która stała w drzwiach, aż klasnęła.
— Widzicie? — powiedziała, dumna. — Nie chodzi o to, by nigdy się nie potknąć. Chodzi o to, co zrobisz, kiedy już czujesz, że lecisz.
Kacper uniósł rękę. — Ja mogę coś powiedzieć?
— Możesz — zgodziła się Hania.
— To… — Kacper zawahał się, ale zamiast zakazanego dźwięku zrobił pstryk długopisem. — To było super. I… przepraszam pająka. Może jednak byłby dobrym DJ-em.
Wszyscy roześmiali się znów.
Wieczorem, gdy festyn gasł, a balony traciły powietrze jak zmęczone księżyce, Hania wróciła jeszcze na chwilę do pustego studia. Usiadła na krześle, tym razem nie kręcąc się tak szybko. Pogładziła mikrofon palcem, jakby dziękowała mu za współpracę.
— No i co? — szepnęła. — Nie ugryzłeś mnie.
Mikrofon oczywiście nic nie odpowiedział, ale Hania mogłaby przysiąc, że w ciszy zabrzmiało cichutkie, zadowolone „ding”.
Węzeł „niemożliwego” rozwiązał się w najprostszy sposób: ktoś go nie ciągnął w panice, tylko rozplątał śmiechem, pomysłem i działaniem.
A Hania? Wróciła później, tydzień po festynie, do „Bąbel FM” z nową kartką i nowym kołem-naleśnikiem.
— Mam kolejny plan — oznajmiła ekipie.
Olek westchnął, ale już się uśmiechał. — Znowu coś „niemożliwego”?
— Oczywiście — Hania mrugnęła. — Tym razem zrobimy audycję, w której… mikrofon opowie dowcip.
Kacper aż podskoczył. — A mikrofon umie mówić?
Hania stuknęła dzwoneczkiem: ding!
— Jak nie umie, to go nauczymy. Z inicjatywy.