Trwa ładowanie...
Fantastyczny mit 11-12 lat Czytanie 21 min.

Izel i obłok bez imienia: droga do światła

Izel, cicha dziewczynka, wyrusza z magicznymi towarzyszami, by odnaleźć zagubione światło miasta i przekonać tajemniczy Obłok Bez Imienia, że strach można zrozumieć zamiast się go bać.

Pobierz tę opowieść w formacie PDF

Idealne do dzielenia się lub drukowania tej opowieści!

Pobierz e-booka (.epub)

Przeczytaj tę opowieść na swoim czytniku e-booków.

Główna dziewczynka: Izel, 12 lat, zdecydowane łagodne spojrzenie, odważna postawa, drobna sylwetka w tkanej sukience z motywem amarantusa, długie brązowe włosy w warkoczu, ręce nad małym okrągłym amuletem świecącym złotym światłem; spokojne wzruszenie na twarzy, wilgotne lecz uśmiechnięte oczy. Drugi chłopiec: Tlakotzin, ok. 13 lat, nieco niezdarny lecz lojalny, krótkie włosy, jasna skóra, trzyma prowizoryczny kij, stoi po lewej na schodach, zaskoczony i rozczulony. Mały nie-ludzki towarzysz: Posłaniec, malutki ptak o jasnych opalizujących piórach na prawym ramieniu Izel, delikatne światło wokół niego. Drugi nie-ludzki: Koliber-ognik, mały koliberek z pomarańczowych płomieni nad amuletem, za nim świetlista smuga popiołu. Symboliczna postać: Obłok Bez Imienia, przezroczysta chmura za grupą, falujące kształty i zarys twarzy, wrażliwa i uspokojona, szaro-niebieska z jasną pękniętą linią emitującą ciepłe światło. Miejsce: szczyt wielkiej czarnej kamiennej piramidy, szeroka okrągła platforma z dużą pustą kamienną wazą, miasto z dachami i ciemnymi kanałami poniżej, pierwsze pomarańczowe światło słońca na horyzoncie. Sytuacja: Izel wkłada amulet do wazy; złota poświata wznosi się promieniami przecinając mgłę; towarzysze obserwują; scena pokazuje przejście nocy w świt, magiczna i spokojna atmosfera. Styl: gwasz o nasyconych, matowych kolorach, widoczne pociągnięcia pędzla, wyraźne faktury kamienia i tkanin, ciepłe oświetlenie twarzy, kompozycja czytelna i przyjazna dzieciom. zgłoś problem z tym obrazem

Rozdział 1

Kiedy słońce zniknęło, nikt nie krzyczał. To było najdziwniejsze: ciemność spłynęła na miasto Tenochtli jak czarny welon, cicho, równo, bez burzy. Kanały przestały błyszczeć, targowisko ucichło, a piramidy świątyń stały się tylko ciężkimi kształtami na tle jeszcze cięższego nieba.

Izel lubiła być niewidoczna. Miała dwanaście lat, warkocz gruby jak lina i oczy, które potrafiły dostrzec rzeczy, których inni nie zauważali: pęknięcie w glinianym dzbanie, smutek w czyimś uśmiechu, a czasem… szczelinę w cieniu.

Tamtego wieczoru siedziała na dachu domu swojej ciotki i skubała ziarna amarantusa, jakby to była jej jedyna odwaga.

— Izel! — zawołała ciotka Nenetl z dołu. — Schodź. Zimno.

— Zaraz — odpowiedziała Izel, choć nie była pewna, czy „zaraz” w ogóle ma jeszcze sens, gdy nie ma słońca.

Ciemność miała smak. Lekko metaliczny, jak woda z kanału, gdy trafi się na stary gwóźdź. Izel zamknęła oczy. Wtedy coś usłyszała: nie kroki, nie krzyk. Ciche, staranne szeptanie, jakby ktoś przesypywał piasek przez palce.

Otworzyła oczy i zobaczyła na płaskim kamieniu obok siebie maleńkie pióro. Niby zwykłe, a jednak jarzyło się delikatnie, jakby pamiętało światło.

— Skąd ty się tu wzięłoś? — mruknęła.

Pióro drgnęło. A potem wydarzyło się coś, co wcale jej nie przestraszyło, tylko uderzyło w serce jak ciepła fala: wzdłuż pióra przebiegła iskra i z iskry ułożył się malutki ptak, jasny jak świt, choć świtu nie było.

— Jestem Posłaniec — powiedział ptak głosem, który brzmiał jak śmiech dzwonków. — Zjadłaś kiedyś promień?

— Promień? — Izel uniosła brwi. — Jadłam kukurydzę. I dynię. Promień nie jest w menu.

— A jednak masz go w środku — odparł ptak. — Dlatego cię znalazłem.

Izel odruchowo przyłożyła dłoń do piersi. Serce biło spokojnie. Jakby już dawno wiedziało.

— Co się stało ze słońcem? — zapytała.

Posłaniec złożył skrzydła, a jego światło przygasło, jak świeca osłonięta dłonią.

— Ktoś przykrył je Obłokiem Bez Imienia. Nie z gniewu. Ze strachu. Świat stał się ciemny, bo ktoś gdzieś w środku stał się bardzo, bardzo samotny.

Izel przełknęła ślinę.

— I co ja mam z tym wspólnego?

Ptak wskazał dzióbkiem w stronę Wielkiej Świątyni, której schody ginęły w mroku.

— W świętym kamieniu śpi Ogniste Serce. Tylko ktoś cichy może je obudzić. Ktoś, kto nie biegnie na oślep, ale słucha. Kto widzi pęknięcie w cieniu.

Izel spojrzała na swoje dłonie. Były małe, trochę poplamione od farby, bo pomagała malować maski na święta. Małe dłonie nie zmieniają świata, pomyślała. A potem przypomniała sobie, jak czasem mały sęk potrafi zatrzymać całą deskę, jeśli go nie naprawisz.

— Dobrze — powiedziała cicho. — Pójdę.

Posłaniec rozjaśnił się. A ciemność wokół, choć wciąż gęsta, jakby cofnęła się o krok.

Rozdział 2

W drodze do świątyni Izel szła kanałami, po wąskich kładkach, gdzie zwykle pachniało smażonymi plackami, a teraz pachniało mokrym kamieniem. Przed nią sunął Posłaniec, zostawiając za sobą nitkę światła — nie taką, która oślepia, tylko taką, która mówi: „tu jest bezpiecznie”.

Pod murami Wielkiej Świątyni stał strażnik w hełmie z piór, ale nawet pióra wydawały się wyblakłe.

— Nie wolno wchodzić — burknął.

Izel ścisnęła dłonie. Zawsze, gdy musiała mówić głośniej, czuła się jak żółw próbujący tańczyć na rynku.

— Słońce… zniknęło — powiedziała. — A ja… muszę zobaczyć kamień.

Strażnik prychnął.

— Wszyscy chcą zobaczyć. Wszyscy mają „muszę”. A potem płaczą i uciekają.

Posłaniec usiadł na ramieniu Izel i szepnął:

— Zapytaj go, czego się boi. Nie pytaj, co chroni.

Izel spojrzała strażnikowi w oczy. W mroku błyszczały dwa zmęczone punkty.

— Czego się boisz? — zapytała.

Strażnik zamarł. Jakby nikt nigdy nie zapytał go o to wprost, tylko zawsze traktował go jak drzwi.

— Że… jeśli wpuściłbym kogoś i stanie się coś złego… — zaczął, a głos mu się złamał. — Że to będzie moja wina. Że bogowie… że ludzie…

Izel skinęła głową. Rozumiała to aż za dobrze: ten ciężar, gdy świat jest za duży, a ty masz tylko dwie ręce.

— Nie chcę, żebyś był sam z tym strachem — powiedziała. — Wpuszczasz mnie nie dlatego, że musisz, tylko dlatego, że razem będzie lżej.

Strażnik patrzył na nią chwilę, potem powoli odsunął włócznię.

— Wejdź. Ale jeśli spotkasz coś… — urwał.

— To wrócę i powiem ci prawdę — obiecała Izel.

Schody świątyni były zimne. Każdy stopień brzmiał jak krótkie „tok”, jakby kamień odliczał jej odwagę.

W środku panował zapach kadzidła i starego pyłu. Na ścianach tańczyły cienie, chociaż nie było ognia. Izel poczuła, że w tej ciemności jest porządek — jak w jaskini, która od dawna zna swoje sekrety.

W samym centrum stał ołtarz. Na nim leżał kamień, gładki i czarny, a w nim tkwiła szczelina, jak usta, które nie chcą się otworzyć.

— Ogniste Serce? — wyszeptała.

Posłaniec zniżył lot.

— Śpi. Obudź je słowami, które niosą światło. Nie rozkazem. Prośbą.

Izel położyła dłoń na kamieniu. Był zimny jak noc. Wzięła oddech.

— Jeśli słyszysz… — zaczęła. — Nie chcę cię zmuszać. Ale świat jest w ciemności. Dzieci potykają się o własne zabawki. Starsi nie widzą swoich dłoni. A ja… ja też się boję.

Kamień milczał.

Izel przełknęła łzy. Nie pasowały do niej, a jednak były prawdziwe.

— Boję się, że jestem za mała. Że moje „proszę” jest zbyt ciche. Ale jeśli ktoś ma zostać wysłuchany, to może właśnie ktoś cichy.

Szczelina w kamieniu drgnęła. Jakby ktoś w środku poruszył powieką.

Z ciemnej szczeliny wysunęła się iskra. A potem druga. I nagle w powietrzu stanął koliber z płomieni, maleńki, a jednak tak jasny, że Izel musiała przymknąć oczy.

— Kto mnie woła? — zapytał koliber głosem przypominającym trzepot skrzydeł.

— Izel — odpowiedziała.

Koliber zawisł tuż przed jej twarzą.

— Ciche imię. Dobre do wędrówek. Chcesz światła?

— Tak.

— Światło nie jest rzeczą. To droga — powiedział koliber. — A droga ma cenę: musisz zanieść je tam, gdzie nikt nie chce patrzeć.

Izel poczuła, że coś w niej drga jak struna.

— Dokąd?

Koliber zakręcił w powietrzu spiralkę.

— Do Jeziora Luster, gdzie mieszka Obłok Bez Imienia. Tam, gdzie odbicia mówią prawdę.

Rozdział 3

Ranku nie było, ale czas płynął i to wystarczyło. Izel wyruszyła z kolibrem-ognikiem i Posłańcem, który teraz był bardziej piórem niż ptakiem — jakby oddał część swojej jasności, żeby jej starczyło na odwagę.

Szli przez chinampy, pływające ogrody. Zwykle zielone jak śmiech, teraz wyglądały jak ciemne wyspy. Kiedy Izel stąpała po wilgotnych deskach, słyszała w oddali żaby, które nadal kumkały uparcie, jakby mówiły: „Ciemno? Trudno. My robimy swoje”.

— One się nie boją? — zapytała.

Koliber-ognik zatrzepotał.

— Boją się. Tylko nie pozwalają, by strach nimi rządził. Strach to dobry doradca, ale kiepski wódz.

Na skraju ogrodów spotkali chłopca, który klęczał przy uschniętej roślinie kakaowca i mruczał pod nosem zaklęcia, które brzmiały jak obrażanie deszczu.

— Hej! — zawołał, gdy zobaczył światło kolibra. — Ty masz ogień w kieszeni?

— W sumie… przed twarzą — odparła Izel.

Chłopiec podniósł się. Miał na imię Tlakotzin, był o rok starszy i miał minę kogoś, kto zawsze udaje pewnego siebie, żeby nikt nie zauważył, że w środku jest mu miękko.

— Wszyscy mówią, że ciemność to kara — powiedział. — A ja mówię, że to głupota. Słońce jest jak kot: nie wraca, jak się na nie krzyczy.

Izel parsknęła śmiechem, choć przez chwilę.

— Dokąd idziesz? — zapytał.

— Do Jeziora Luster.

Tlakotzin gwizdnął.

— Tam? Przecież tam człowiek widzi swoją prawdziwą minę. Ja ledwo znoszę tę zwykłą.

Posłaniec, który znów przybrał kształt ptaka na moment, zatrzepotał.

— Właśnie dlatego — powiedział.

Tlakotzin spojrzał na Izel, potem na kolibra. W końcu westchnął.

— Nie lubię, jak ktoś idzie sam w miejsce, które wygląda jak kłopoty. Pójdę z tobą. Ale ostrzegam: jak zobaczę w lustrze, że mam na nosie coś zielonego, to udaję, że to moda.

— Umowa — uśmiechnęła się Izel.

Wędrówka przez mokradła była jak chodzenie po śnie: każdy krok cicho skrzypiał w wodzie. Cienie zwieszały się z drzew, ale gdy koliber przelatywał obok, cienie cofały się, jakby nie lubiły przypominać sobie o kolorach.

Dotarli do kamiennej bramy, porośniętej pnączami. Na niej wyrzeźbione były dwa węże, które zjadały własne ogony.

— To znak cyklu — powiedział koliber. — Światło znika. Światło wraca. Ale nigdy w tej samej postaci.

Izel dotknęła bramy. Była zimna, ale pod palcami czuła słaby puls. Jakby kamień oddychał.

— Jesteśmy gotowi? — zapytała Tlakotzina.

— Ja? Zawsze — skłamał z rozmachem.

— A ja… — Izel spojrzała na swoje dłonie. — Ja nie wiem. Ale idę.

Brama uchyliła się bez dźwięku. Za nią była ścieżka w dół, do miejsca, gdzie powietrze pachniało jak mokre szkło.

Rozdział 4

Jezioro Luster nie było wielkie, ale wydawało się nieskończone. Woda była gładka jak obsydian. Nie falowała nawet, gdy wiatr przechodził po niej jak palec po bębnie.

Nad brzegiem stały kamienne kolumny z wyrytymi symbolami: słońce, jaguar, kukurydza, serce, łza. Między nimi unosiła się mgła, a w mgle — coś jeszcze. Cień, który nie miał jednego kształtu, tylko zmieniał się jak myśl.

— Obłok Bez Imienia — szepnął Posłaniec.

Izel poczuła, jak robi jej się sucho w ustach. Koliber-ognik przygasł trochę, jakby też był ostrożny.

Z mgły wysunął się głos, niski, miękki, niemal uprzejmy.

— Przyszliście po światło? — zapytał.

Tlakotzin odruchowo stanął przed Izel.

— Tak! I oddaj je, bo… — zaczął.

Izel dotknęła jego ramienia.

— Nie groź — powiedziała cicho. — On i tak jest większy od naszych gróźb.

Tlakotzin mruknął coś, co mogło być „racja”, ale brzmiało jak „ble”.

Izel zrobiła krok do przodu. Jej odbicie w jeziorze było wyraźne, aż za wyraźne: widziała piegi, których zwykle nie liczyła, widziała też cień pod oczami — ślad po bezsennych nocach całego miasta.

— Nie przyszłam zabrać — powiedziała do mgły. — Przyszłam zapytać, czemu je schowałeś.

Cień zadrżał, jakby to pytanie było kamykiem rzuconym w stojącą wodę.

— Bo światło boli — odpowiedział Obłok. — W świetle wszyscy widzą. Widzą błędy. Widzą słabość. Widzą… mnie.

Woda w jeziorze pociemniała jeszcze bardziej. Izel nagle zobaczyła w odbiciu nie tylko siebie, ale też czyjś profil — zgarbiony, skulony. Nie potwór. Ktoś, kto się ukrywa.

— Widziałam ludzi, którzy mylą się i nadal są kochani — powiedziała Izel. — Moja ciotka raz przypaliła placki. Nikt jej nie wygnał do dżungli.

Tlakotzin prychnął.

— Ja bym zjadł nawet przypalone.

— Widzisz? — Izel uśmiechnęła się do mgły. — Światło pokazuje, ale nie musi ranić. To zależy, kto patrzy.

Obłok poruszył się, a mgła zgęstniała w kształt postaci: wysokiej, z twarzą jak gładki kamień, bez oczu, bez ust.

— A jeśli spojrzą i się roześmieją? — zapytał głos. — Jeśli powiedzą: „jesteś niczym”?

Izel poczuła, że serce ściska jej się jak owoc w dłoni. To był strach, który znała: być niezauważoną albo zauważoną w zły sposób.

— To będzie bolało — powiedziała szczerze. — Ale w ciemności też boli. Bo w ciemności nawet ci, którzy chcieliby cię zrozumieć, nie widzą, gdzie jesteś.

Z jeziora uniósł się chłód. W odbiciu Izel zobaczyła siebie mniejszą, skuloną. Usłyszała w głowie dawne głosy: „Nie przeszkadzaj”, „Siedź cicho”, „Nie wychylaj się”. Obłok karmił się tymi słowami jak dym.

Koliber-ognik podleciał bliżej jej dłoni i zapłonął jaśniej.

— Pamiętaj drogę — szepnął. — Pamiętaj, po co idziesz.

Izel zamknęła oczy. Zamiast walczyć z ciemnością, wsłuchała się w nią. W ciszy usłyszała coś prostego: czyjeś pragnienie bycia przyjętym.

Otworzyła oczy i spojrzała w miejsce, gdzie powinny być oczy Obłoku.

— Nie znam twojego imienia — powiedziała. — Ale mogę cię wysłuchać. I mogę być przy tobie, kiedy będziesz się bał.

Tlakotzin aż przestał udawać odważnego.

— Serio? — szepnął. — Z takim… Obłokiem?

Izel nie odwróciła głowy.

— Każdy ma jakiś obłok w środku — odparła.

Mgła zadrżała. W jeziorze pojawiło się pierwsze małe koło, jak łza, która spadła na wodę.

— Ja… — głos Obłoku pękł. — Nie chciałem, żeby było tak ciemno. Chciałem tylko, żeby nikt nie widział, że drżę.

— Drżenie to nie zbrodnia — powiedziała Izel. — To znak, że coś jest dla ciebie ważne.

Obłok cofnął się o krok. A wtedy stało się coś niezwykłego: na gładkiej kamiennej twarzy pojawiła się rysa, a z rysy wypłynęła smużka światła, jakby gdzieś w środku wciąż było słońce.

Rozdział 5

— Jeśli oddam światło — wyszeptał Obłok — co zostanie ze mną?

Posłaniec wylądował na jednym z kamiennych symboli serca i powiedział:

— Zostaniesz ty. Nie twoje zasłony.

Izel podeszła bliżej. Czuła, jak chłód mgły owija jej kostki, ale nie cofała się. Wyciągnęła dłoń — nie jak do chwytania, tylko jak do powitania.

— Chodź z nami — zaproponowała. — Nie musisz siedzieć tu sam, pilnując ciemności jak skarbu, którego nikt nie chce.

Tlakotzin spojrzał na Obłok, potem na Izel.

— To będzie… dziwne — stwierdził. — Ale ja już i tak widziałem węża, który zjada swój ogon, więc mój dzień jest kompletny.

Obłok poruszył się, a mgła wokół niego zaczęła się zwijać jak koc składany po nocy. Z jego wnętrza wyłonił się mały amulet w kształcie okręgu — jak miniaturowe słońce, ale przygaszone.

— To zamek — powiedział Obłok. — Zamknąłem światło w moim strachu. Otworzyć może je tylko… ktoś, kto nie wyśmieje ciemności.

Izel wzięła amulet. Był chłodny, ale w środku drżała maleńka iskra, jak serce świerszcza.

— Nie wyśmieję — obiecała. — Ciemność często jest tylko zmęczeniem.

Zadęło. Jezioro Luster zafalowało po raz pierwszy, a fale wyglądały jak rozcinane nożem kawałki szkła. Odbicia zaczęły tańczyć: twarze, wspomnienia, słowa.

Z jednej fali wyskoczył cień-jaguar, wielki i cichy, z oczami jak dwa puste doły. Skoczył w stronę Izel.

— To Strażnik Odbić! — krzyknął Posłaniec. — Sprawdza, czy twoje słowa są prawdziwe!

Tlakotzin zadarł kij, który znalazł po drodze, i stanął jak bohater z opowieści… tylko że ręce mu się trzęsły.

— Nie zje jej! — wrzasnął.

Jaguar nie warczał. Po prostu patrzył. A Izel nagle zrozumiała: on nie chce jej rozszarpać. On chce zobaczyć, co w niej jest.

Izel nie uciekła. Podniosła amulet, który trzymała w dłoni, i powiedziała do jaguara:

— Też się boisz? Możesz być blisko. Ale nie musisz atakować.

Cień-jaguar zbliżył pysk do jej dłoni. Dotknął amuletu nosem. Iskra w środku zapaliła się jaśniej, jakby ktoś dmuchnął na węgielek.

Jaguar rozmył się w powietrzu, zostawiając po sobie tylko ciepło, które spłynęło na ziemię jak promień.

— Zdałaś próbę — szepnął Obłok.

Izel poczuła, że amulet pulsuje. Wokół nich mgła stawała się coraz rzadsza, jakby ktoś otwierał okno.

— Teraz trzeba zanieść to do serca miasta — powiedział koliber-ognik. — Na szczyt świątyni. Tam, gdzie ludzie czekają, choć nie wiedzą, na co.

— A ty? — zapytała Izel Obłok.

Cień zawahał się, a potem odpowiedział:

— Pójdę. Ale… czy mogę iść z tyłu?

Izel skinęła głową.

— Możesz iść tak, jak potrafisz. Ważne, żebyś szedł.

Rozdział 6

Droga powrotna była inna. Ciemność nie zniknęła od razu, ale stała się mniej ciężka, jak mokry płaszcz, który zaczyna schnąć. Koliber-ognik leciał przodem, Posłaniec krążył wokół, a Obłok Bez Imienia sunął za nimi, mniejszy, bardziej ludzki w swojej niepewności.

Kiedy dotarli do miasta, ludzie wychylali się z domów. Nikt nie klaskał, nikt nie śpiewał. Po prostu patrzyli, jakby w ich oczach zapalały się małe lampki.

Strażnik przy świątyni rozpoznał Izel.

— Wróciłaś — powiedział, jakby nie dowierzał. — I… co to jest?

— Ktoś, kto bał się światła — odpowiedziała Izel. — Tak jak czasem my.

Strażnik spojrzał na Obłok. Przez chwilę wahał się, a potem odsunął się jeszcze bardziej, robiąc miejsce.

— Wejdźcie — powiedział. — Wszyscy. Nawet strach.

Wspinaczka na szczyt była długa. Izel czuła ból w łydkach, a w ustach smak kurzu. Tlakotzin dyszał głośno, jakby chciał, żeby schody usłyszały, jaki jest dzielny.

— Jak dojdziemy, to poproszę bogów o windę — sapnął.

— Poproś też o mniej gadania — odparła Izel, ale uśmiechała się.

Na szczycie świątyni było widać całe miasto: kanały jak ciemne wstążki, dachy jak rozlane kamienie. Nad nimi — niebo bez gwiazd, jakby ktoś je pozamiatał.

Na środku platformy stała misa z czarnego kamienia. W niej kiedyś płonął święty ogień. Teraz była pusta.

Koliber-ognik zawisł nad misą.

— To tutaj — powiedział. — Otwórz amulet. Ale pamiętaj: światło wraca nie jak rozkaz, tylko jak zaproszenie.

Izel stanęła przy misie. Czuła na sobie spojrzenia kapłanów, strażników, zwykłych ludzi. Czuła też Obłok stojący z tyłu, cichy jak jej własne dawne lęki.

— Nie wiem, czy umiem — szepnęła.

Posłaniec usiadł na jej ramieniu.

— Umiesz, bo nie udajesz, że umiesz — odparł.

Izel wzięła głęboki oddech. Podniosła amulet nad misę i powiedziała, głośniej niż zwykle, ale nadal po swojemu:

— Światło… jeśli chcesz wrócić, wróć. Ludzie są różni. Czasem głupi, czasem dobrzy. Czasem ranią, bo sami boli ich w środku. Ale mogą się uczyć. Ja też. Wróć, bo w świetle łatwiej zobaczyć, komu trzeba podać rękę.

Amulet zadrżał. Z okręgu wysunęła się smużka złota i opadła do misy. Misa zapłonęła — nie ogniem, który parzy, tylko ogniem, który ogrzewa spojrzenie.

Światło wystrzeliło w niebo jak strzała. Ciemność pękła. Nie z hukiem, tylko jak pęka skorupka jajka: cicho, a jednak nieodwracalnie.

Na wschodzie pojawiła się jasna linia. Potem druga. Słońce wynurzyło się jak wielki, spokojny owoc.

W mieście rozległy się westchnienia. Ktoś zaczął płakać. Ktoś się zaśmiał. Tlakotzin, bez żadnego wstydu, usiadł na ziemi i powiedział:

— Ojej. Jednak lubię światło. Widać, że mam brudne kolana.

Izel roześmiała się krótko, a potem odwróciła się do Obłoku.

W pełnym świetle nie wyglądał już jak potwór. Był jak człowiek w płaszczu z mgły, z twarzą, na której powoli pojawiały się rysy: zmęczone, ale prawdziwe.

— I jak? — zapytała cicho. — Boli?

Obłok zamknął oczy, których wcześniej nie miał, i odpowiedział:

— Trochę. Ale… oddycham. I nikt mnie nie uderzył śmiechem.

Strażnik podszedł bliżej i, ku własnemu zdziwieniu, skinął Obłokowi głową.

— Strach też może pilnować — powiedział. — Tylko niech pilnuje mądrze.

Obłok Bez Imienia, który jakby zaczynał mieć w sobie jakieś imię, przytaknął.

Izel poczuła, jak w jej piersi rozlewa się spokój. Nie była wielką wojowniczką. Nie miała miecza ani zbroi. Miała tylko słowa, uważność i rękę, którą potrafiła podać.

Słońce wspięło się wyżej. Kanały znów zabłysły. Pióra na hełmach znów stały się kolorowe. A Izel, cicha Izel, patrzyła na świat i myślała, że światło naprawdę wraca tak, jak powiedział koliber: jako droga.

Droga, na której nikt nie musi iść sam.

Jej serce, które dotąd biło ostrożnie, teraz biło równo i spokojnie, jak bębenek do snu. W sam raz na koniec dnia, który znów miał jasny początek.

Bez reklam 3€ na miesiąc

Czy pragną Państwo nieprzerwanej lektury? Wesprzyjcie Oh My Tales, usuńcie wszystkie reklamy i korzystajcie z innych wliczonych korzyści już od 3€ miesięcznie.

Zobacz plany i ceny
Udostępnij

zgłoś problem z tą opowieścią

Co sądziliście o tej opowieści?

Podaj swoją opinię, przyznając ocenę tej opowieści w zależności od tego, co Ty i/lub Twoje dziecko o niej myśleliście. Z góry dziękujemy!

Dziękuję! Twój głos został uwzględniony!

Quiz: czy dobrze zrozumiałeś opowieść?

Welon
Lekka tkanina zasłaniająca coś, tu: obrazowo o zasłonie ciemności
Szczelina
Wąska i długa przerwa albo pęknięcie w czymś twardym
Kadzidła
Rozdrobnione zioła lub żywica, które pali się dla zapachu i rytuału
Obsydian
Twarda, czarna skała wulkaniczna, gładka jak szkło
Chinampy
Rodzaj pływających ogrodów uprawianych na wodzie
Amulet
Mały przedmiot noszony, żeby przynieść ochronę lub szczęście
Smużka
Wąski pasek czegoś, na przykład światła albo dymu
Trzepot skrzydeł
Szybkie poruszanie skrzydłami, dźwięk i ruch ptaka
Cień-jaguar
Obrazy zwierzęcia zrobione z cienia, tu: groźny cień przypominający jaguara
Ołtarz
Podwyższone miejsce w świątyni, gdzie składa się dary lub modlitwy

Stwórz magiczną i unikalną opowieść dla swojego dziecka!

Stwórz spersonalizowaną przygodę w zaledwie kilka minut, w której twoje dziecko staje się bohaterem. Z naszym ekskluzywnym narzędziem to łatwe, darmowe i zabawne!

Stworzyć opowieść

Pobierz tę opowieść:

Pobierz tę opowieść w formacie PDF Pobierz e-booka (.epub)

Otrzymuj nowe opowieści w każdą niedzielę wieczorem!

Otrzymaj 7 ekscytujących i fascynujących opowieści, dostosowanych do wieku i gustów Twojego dziecka, każdej niedzieli o 17:00*. To jest darmowe i gwarantowane bez spamu!
*E-mail wysyłany o 17:00 czasu środkowoeuropejskiego (CET).
Nie lubimy też spamu. Dlatego nie będziemy wysyłać Ci nic poza opowieściami. Będziesz mógł się wypisać, kiedy tylko zechcesz.