Trwa ładowanie...
Fantastyczny mit 11-12 lat Czytanie 17 min.

Chłopak, który liczył gwiazdy i ocalił światło księżyca

Aulis, chłopiec marzący o policzeniu wszystkich konstelacji, wyrusza z tajemniczą Tuli na nocną wyprawę, w której pomaga napotkanym istotom i odkrywa, że liczenie nieba splata się z liczeniem cudzych potrzeb.

Pobierz tę opowieść w formacie PDF

Idealne do dzielenia się lub drukowania tej opowieści!

Pobierz e-booka (.epub)

Przeczytaj tę opowieść na swoim czytniku e-booków.

Główną postacią jest około 12-letni chłopiec o zdecydowanym, pełnym zachwytu wyrazie twarzy, rozczochranych brązowych włosach, łatawym wełnianym płaszczu i zabłoconych kolanach; ostrożnie wkłada rzeźbione drewniane pudełko (Skrzynka Kuutar) do szczeliny pod dużym głazem, ręce drżące lecz pewne. Obok stoi młoda kobieta ~25 lat — Tuli — o łagodnym, figlarnym wyrazie, jasnych włosach unoszących się jak puch, lekkim płaszczu, wskazująca niebo jedną ręką i ściskająca mały czarno-niebieski pędzelek w drugiej. W tle starszy mężczyzna ~70 lat siedzi przy szałasie z kory, z długą splecioną brodą i dobrotliwym spojrzeniem, trzymając bęben na kolanach i obserwując z dystansu. Na horyzoncie, na szczycie skalistego Wzgórza Północnego Oka, surowy pejzaż: wypolerowane kamienie, niskie trawy, duży monolit pokryty białymi runami; nocne niebo głębokie jak tusz. Niebo usiane wyraźnymi konstelacjami, srebrzystymi smugami i świetlistymi nicieniami, kilka drobnych gwiezdnych smug spada jak pył. Główna scena: uroczysty, spokojny gest — chłopiec wsuwa rozświetlone pudełko pod kamień, Tuli go zachęca, stary mężczyzna wybija wolny rytm na bębnie; światło pudełka rozprasza szarą mgiełkę przy skraju pola, kontrastując zimny cień z ciepłą złotą poświatą. Styl graficzny: wyraźne kontury, nasycone lecz miękkie kolory, wyraźne tekstury wełny, drewna i kamienia, czytelne emocjonalne rysy twarzy, kompozycja skupiona na trójce postaci z głazem i gwiaździstym niebem w tle. zgłoś problem z tym obrazem

Rozdział 1: Chłopak, który liczył niebo

Nazywał się Aulis i miał w sobie tyle zadziornej odwagi, co kieszeń kamyków po całym dniu nad rzeką. W jego wiosce, ukrytej między ciemnymi świerkami i błyszczącymi jeziorami, ludzie mówili o rzeczach nadzwyczajnych tak zwyczajnie, jak o pogodzie.

— Dziś w nocy znów tańczyły ogniki na mokradłach — rzuciła sąsiadka, mieszając zupę.

— A wczoraj widziałem, jak niedźwiedź ukłonił się kamieniowi — odpowiedział ktoś, jakby opowiadał o stłuczonym garnku.

Aulis słuchał, ale jego serce było wysoko, wysoko. Liczył gwiazdy.

Nie te pojedyncze, które każdy umie wskazać palcem, lecz całe konstelacje: Łosia, Łodzi, Ptaków-Wiatrów, Splotu Rybich Łusek. W starych opowieściach mówiono, że konstelacje są jak święte znaki wyhaftowane na płaszczu nocy, a kto je policzy wszystkie, zrozumie, jak oddycha świat.

— To niemożliwe — mruknął jego wuj, ostrząc nóż. — Niebo jest jak las. Wchodzisz, liczysz drzewa, a rano i tak jest ich więcej.

— Właśnie dlatego muszę próbować — odparł Aulis. — Jeśli nie spróbuję, to skąd będę wiedział, ile ich było?

Tego wieczoru wyszedł za wioskę. Na ramiona zarzucił ciepły płaszcz, do torby wsunął krzemień, suszone jagody i mały bębenek, który odziedziczył po babce. Mówiła, że bębenek przyciąga dobre słowa.

Nad jeziorem unosiła się mgła jak mleko rozlane na czarny stół. Aulis usiadł na płaskim kamieniu, odchylił głowę i zaczął liczyć.

Raz — Łoś, którego rogi rozcinały ciemność.

Dwa — Łódź z wiosłem, w której nikt nie siedział, a jednak płynęła.

Trzy — Wąż Północny, zwinięty w chłodny pierścień.

Gdy doszedł do dwunastu, usłyszał cichy, dźwięczny śmiech.

— Liczysz, jakbyś chciał złapać wiatr do kieszeni — odezwał się głos.

Z mgły wysunęła się postać niewysoka, z włosami jasnymi jak poranne puchy i oczami, w których migały iskierki. Jej stopy nie chlupały w wodzie. Jakby ziemia pamiętała, że ma ją nieść bez hałasu.

— Kim jesteś? — Aulis wstał od razu. Tchórz by się cofnął, on zrobił krok do przodu.

— Jestem Tuli — powiedziała. — Przynoszę płomień, kiedy ktoś gubi drogę. A ty gubisz się w liczbach.

— Nie gubię się. Szukam. — Aulis przycisnął torbę do boku. — Muszę policzyć wszystkie konstelacje.

Tuli zmrużyła oczy.

— W takim razie musisz zobaczyć Niebo od spodu. Nie z brzegu jeziora, nie z progu chaty. Tylko stamtąd, gdzie gwiazdy zaglądają do wody, a woda oddaje im imiona.

Aulis poczuł, jak coś w nim zadrżało. Strach? Nie. Raczej radosne „a jednak!”.

— Zaprowadzisz mnie? — zapytał.

— Zaprowadzę, jeśli obiecasz jedną rzecz — odparła Tuli. — Po drodze będziesz pomagał. Bo kto liczy znaki świata, musi też liczyć cudze potrzeby.

Aulis skinął głową. Nad jeziorem wiatr zakręcił smugą mgły jak wstążką. Gdzieś daleko zapiał nocny ptak. Noc otworzyła się jak księga.

Rozdział 2: Most z poroża i pieśń jeziora

Szli wzdłuż brzegu, aż drzewa zgęstniały, a ścieżka stała się miękka od mchu. W pewnym miejscu woda w jeziorze nie była czarna, tylko srebrna, jakby ktoś wlał do niej roztopiony księżyc.

— Tu — powiedziała Tuli.

Z mgły wynurzył się most. Nie z desek, nie z kamieni, lecz z poroża. Ogromne, splecione rogi łosia tworzyły łuk nad wodą.

— To Most Sarvasa — szepnęła. — Stary jak pierwsze ślady na śniegu.

Aulis przełknął ślinę.

— Kto go zbudował?

— Sarvas, łoso-jeleń z dawnych pieśni. Kiedyś prowadził ludzi przez ciemności. Teraz most stoi, dopóki ktoś pamięta jego imię.

Aulis postawił stopę na porożu. Było ciepłe, jakby w środku płynęła krew opowieści. Most lekko zadrżał, ale nie ugiął się.

Na środku usłyszeli plusk i ciche stęknięcie. Z wody wynurzyła się głowa foki, a raczej czegoś podobnego do foki: miała wąsy jak trawy i oczy wielkie, smutne.

— Zgubiłam mój kamień-śpiewak — wychlipnęła. — Bez niego moje dzieci nie zasną. One zasypiają tylko przy kołysance z kamienia.

— Kamień-śpiewak? — Aulis spojrzał na Tuli.

— W tych stronach nawet kamienie mają głos — odparła. — Niektóre śpiewają cicho, inne głośno, a te najstarsze pamiętają melodie sprzed ludzi.

Aulis uklęknął, spojrzał w wodę. Pod powierzchnią migały cienie jak rybie strzały. Nagle zobaczył między glonami coś okrągłego, jasnego.

— To? — zapytał.

— Tak! — zawołała istota i zaczęła chlapać, aż krople poleciały na most.

Aulis nie zastanawiał się długo. Zsunął płaszcz, przywiązał torbę do poroża i zanurzył ręce w lodowatej wodzie. Zimno ugryzło go w palce, ale wyciągnął kamień. Był gładki i drżał jak małe serce.

Gdy podał go istocie, kamień wydał dźwięk: „o-ooo”, jakby ktoś dmuchnął w pustą muszlę.

— Dziękuję — szepnęła. — Za twoją odwagę dam ci coś w zamian.

Zanurzyła się na moment, a gdy wynurzyła, na jej nosie spoczywało pióro, czarne z niebieskim połyskiem.

— Pióro Ptaka-Wiatru — powiedziała. — Kiedy będziesz liczył niebo i coś ci ucieknie, dotknij nim powieki. Zobaczysz ukryte połączenia.

Aulis wziął pióro ostrożnie, jakby to była iskra.

— Nie robię tego dla nagrody — burknął, trochę zawstydzony.

Tuli uśmiechnęła się tak, jak uśmiecha się ogień w kominku.

— Wiem. Dlatego nagroda działa.

Przeszli przez most, a po drugiej stronie ścieżka wspięła się ku wzgórzom. Nad nimi migotały gwiazdy, jakby ktoś rozsypał sól na czarnym chlebie nocy. Aulis, choć zmęczony, nie mógł się powstrzymać.

— Trzynaście… czternaście… — szeptał, idąc. — Jeszcze tyle przede mną.

Rozdział 3: Stary szaman i konstelacje w kieszeni

Na wzgórzu stała jurta z brzozowej kory, a obok niej wisiał bęben, większy od koła wozu. Kiedy podeszli, bęben poruszył się sam, jakby w środku siedział wiatr i sprawdzał, czy jest słyszany.

Z jurtu wyszedł starzec z brodą tak długą, że mógłby nią zamiatać ślady. Jego oczy były bystre jak u wiewiórki.

— Tuli — powiedział, jakby czekał. — Przyniosłaś mi tego, który liczy.

Aulis wyprostował się.

— Jestem Aulis. I liczę, bo chcę wiedzieć.

— A ja jestem Väinö, strażnik pieśni i milczenia — odparł starzec. — Wejdźcie, zanim noc nas podsłucha.

W środku pachniało dymem jałowcowym i suszonymi ziołami. Na ścianie wisiały małe woreczki, a w nich… Aulis zmarszczył brwi.

— To… gwiazdy? — zapytał.

Bo w woreczkach błyszczały drobne iskierki, jak okruszki nieba.

Väinö parsknął.

— Nie gwiazdy. Ich odbicia w wodzie, zebrane o świcie. Dla kogoś to śmieć, dla mnie — mapa.

Aulis poczuł nagle, że jego marzenie robi się cięższe, prawdziwsze.

— Czy znasz liczbę konstelacji? — wypalił.

Tuli szturchnęła go łokciem, ale było już za późno.

Väinö spojrzał na niego długo.

— Znasz liczbę dobrych uczynków, które trzeba zrobić, żeby zasłużyć na sen bez koszmarów? — zapytał spokojnie.

Aulis otworzył usta, zamknął je, a potem powiedział uczciwie:

— Nie.

— No właśnie. Są rzeczy, które się liczy, żeby iść dalej, a nie żeby je mieć. — Väinö podszedł do półki i wyjął mały przedmiot: drewnianą szkatułkę z wyrzeźbionym znakiem spirali. — To Skrzynka Kuutar, Pani Księżyca. Kiedyś przechowywano w niej światło na zimę.

— Po co nam? — zapytała Tuli.

— Bo ktoś je kradnie — odpowiedział Väinö. — A bez światła konstelacje zaczną się mylić. Gwiazdy zmienią miejsca jak owce w panice. Liczenie stanie się kłamstwem.

Aulis poczuł ukłucie w brzuchu.

— Kto kradnie?

— Harmaa, Szary, duch mgły z mokradeł. Nie jest zły jak bajkowy potwór, ale jest głodny ciszy. Zjada blask, bo blask budzi wspomnienia, a on woli, gdy świat zapomina.

Väinö podał Aulisowi szkatułkę.

— Weź ją. Doniesiesz ją na Wzgórze Północnego Oka. Tam, pod kamieniem z runami, jest miejsce, gdzie światło może się schować.

— Ja? — Aulis aż pisnął. — Dlaczego ja?

— Bo ty patrzysz w górę — odparł starzec. — A czasem trzeba patrzeć w górę, żeby zobaczyć, komu na dole brakuje ognia.

Tuli skinęła głową.

— Pójdę z nim.

Väinö położył dłoń na bębenku Aulisa.

— Pamiętaj rytm — powiedział. — Raz, dwa, trzy. Raz, dwa, trzy. Jak kroki. Jak serce. Jak liczenie, które nie męczy.

Aulis schował szkatułkę do torby, obok jagód. Miał ochotę natychmiast pobiec, ale starzec zatrzymał go jednym gestem.

— Jeszcze jedno. Gdy Harmaa nadejdzie, nie walcz z nim krzykiem. On żywi się krzykiem. Daj mu coś, czego nie umie zjeść.

— Co takiego? — zapytał Aulis.

Väinö uśmiechnął się krzywo.

— Czyjąś ulgę.

Rozdział 4: Szary, który bał się śmiechu

Wyruszyli przed świtem. Las był cichy, ale nie martwy: skrzypiały gałęzie, szurały lisy, a gdzieś daleko sowa przekładała noc z półki na półkę.

Kiedy dotarli do mokradeł, powietrze zgęstniało. Mgła wisiała nisko, lepka jak pajęczyna. Aulis poczuł, że szkatułka w torbie robi się zimna.

— To Harmaa jest blisko — szepnęła Tuli. — Nie patrz mu prosto w środek. Tam jest pustka, która wciąga.

Aulis pokiwał głową, choć tak naprawdę miał ochotę zajrzeć od razu. Taki już był: ciekawość chodziła przed nim jak pies na zbyt długiej smyczy.

Nagle mgła zwinęła się w kształt człowieka. Był wysoki, bezbarwny, a jego ręce wyglądały jak dym.

— Daj… światło… — wyszeptał Harmaa. Głos miał jak szelest mokrych liści.

Aulis cofnął się o pół kroku, ale zaraz przypomniał sobie słowa Väinö: nie krzyczeć. Serce waliło mu jak bęben, więc… wyjął swój bębenek.

— Co robisz?! — syknęła Tuli.

— Trzymam rytm — wyszeptał Aulis i uderzył lekko: raz, dwa, trzy. Raz, dwa, trzy.

Dźwięk był ciepły, drewniany, prawdziwy. Mgła zadrżała.

— Światło… — Harmaa wyciągnął ręce.

Aulis szybko dotknął powieki piórem Ptaka-Wiatru. Obraz świata zmienił się na chwilę: zobaczył cienkie nitki łączące wszystko ze wszystkim. Zobaczył, że Harmaa ma w środku nie tylko pustkę, ale też coś jak skręcony supeł bólu.

— On jest… głodny, bo jest samotny — wyszeptał Aulis.

— Uważaj! — zawołała Tuli, bo mgła sunęła naprzód.

Aulis pomyślał gorączkowo. „Daj mu czyjąś ulgę.” Jak?

Wtedy usłyszał cienki pisk. Tuż obok, na kępie trawy, utknęło małe stworzenie — zając, ale z uszami tak długimi, że wyglądał jakby nosił dwa liście.

Zając szarpał się, a noga była zaplątana w stary sznurek.

— O nie — mruknął Aulis. Harmaa był już o krok.

Aulis rzucił się w bok, niemal po pas w błoto. Rozciął sznurek nożem wujka. Zając wyskoczył, a potem… zamiast uciec, usiadł i spojrzał na niego, jakby chciał zapytać: „Naprawdę? Dla mnie?”

— No idź! — syknął Aulis.

Zając skoczył i… kichnął. Tak głośno i śmiesznie, że Aulis parsknął śmiechem, choć wcale nie planował.

Harmaa zatrzymał się. Mgła zawirowała, jakby coś ją łaskotało.

— Co… to… — wyszeptał.

Aulis śmiał się krótko, bardziej z ulgi niż z dowcipu. Tuli też się uśmiechnęła, a jej uśmiech był jak mała latarnia.

— To jest ulga — powiedział Aulis, łapiąc oddech. — Tego nie zjesz.

Harmaa drgnął. Jego ręce opadły.

— Ulga… boli — wyszeptał, jakby słowo było gorące.

— Bo przypomina, że kiedyś mogło być lepiej — powiedziała Tuli łagodnie. — Ale może znów być.

Mgła zaczęła się rozpraszać. Harmaa nie zniknął całkiem, tylko cofnął się, jakby nie wiedział, co zrobić z nowym uczuciem.

— Nie oddam ci światła — powiedział Aulis stanowczo, ale bez złości. — Ale… mogę ci dać coś innego.

Wyjął z torby suszone jagody i położył je na kępie. Potem uderzył w bębenek: raz, dwa, trzy.

Harmaa pochylił się. Jagody nie były światłem, więc nie mógł ich ukraść w ten sam sposób. A jednak… mgła zadrżała, jakby wąchała zapach lata.

— Pamiętam… — wyszeptał Harmaa. — Słońce… na dłoni.

I rozpłynął się w ciszy, zostawiając mokradła trochę jaśniejsze. Jakby ktoś odsunął zasłonę.

Aulis stał ubłocony po kolana.

— Chyba właśnie wygrałem z mgłą… jagodami — powiedział z niedowierzaniem.

— W mitach najskuteczniejsze rzeczy są czasem najprostsze — odparła Tuli. — Chodź. Wzgórze Północnego Oka czeka.

Rozdział 5: Wzgórze Północnego Oka i liczenie, które rozświetla

Wzgórze było nagie, kamieniste, a na jego szczycie stał głaz z wyrytymi znakami. Runy wyglądały jak ślady ptasich pazurów i fale na wodzie. Wiatr był tu ostrzejszy, ale czysty.

Tuli wskazała miejsce pod kamieniem.

— Tu schowamy szkatułkę. Światło odpocznie.

Aulis wyjął Skrzynkę Kuutar. Była cięższa, niż się wydawało, jakby niosła w sobie całą zimę i całe lato naraz. Gdy dotknął wieczka, poczuł delikatne ciepło, jak gdyby w środku ktoś trzymał mały płomień w dłoniach.

— Gotowy? — zapytała Tuli.

Aulis skinął głową. Odsunęli płaski kamień, pod którym była wnęka sucha i gładka. Włożyli szkatułkę i zasunęli wejście.

W tej samej chwili niebo nad nimi poruszyło się — nie jak sufit, ale jak wielka rzeka. Gwiazdy zamigotały, ustawiły się wyraźniej, a ciemność zrobiła się aksamitna, spokojna.

Aulis odetchnął tak głęboko, jakby pierwszy raz w życiu miał w płucach dość miejsca.

— Teraz — powiedziała Tuli — możesz liczyć.

Usiadł na kamieniu, wyciągnął pióro Ptaka-Wiatru i bębenek. Najpierw uderzył cicho: raz, dwa, trzy. Raz, dwa, trzy. Rytm uspokoił myśli.

Potem spojrzał w górę.

Widział Łosia. Widział Łódź. Widział Węża Północnego. Ale widział też coś więcej: nitki opowieści między nimi. Łoś nie był tylko rogatym kształtem, był też drogą dla tych, którzy się boją. Łódź nie była tylko łukiem gwiazd, była obietnicą powrotu. Wąż nie był strachem, tylko granicą, którą da się nazwać.

— Piętnaście… szesnaście… — liczył.

— Nie spiesz się — mruknęła Tuli, a w jej głosie było ciepło ogniska. — Licz tak, żeby każda konstelacja poczuła się zauważona.

Aulis uśmiechnął się.

— To brzmi, jakby gwiazdy miały ego.

— Mają — odparła Tuli. — I czasem się obrażają, jeśli ktoś je pomija. Wtedy spadają meteory, żeby zwrócić uwagę. Bardzo teatralne.

Aulis parsknął. Liczył dalej. Kiedy dotarł do dwudziestu dziewięciu, zatrzymał się, bo nagle poczuł, że nie chodzi o to, by dobić do jakiejś tajemnej liczby. Chodzi o drogę: o most z poroża, o zająca z liśćmi-uszami, o Harmaa, który przypomniał sobie słońce. O to, że liczenie nieba może być sposobem, by komuś na ziemi zrobiło się lżej.

— Tuli — powiedział cicho. — Myślisz, że kiedyś policzę wszystkie?

Tuli spojrzała na niego, a w jej oczach błysnęły iskierki.

— Może tak. A może nie. Ale jeśli po drodze będziesz pomagał, to nawet niedokończone liczenie będzie miało sens.

Aulis popatrzył jeszcze raz na niebo. Gwiazdy były spokojne, poukładane, jak stado, które znalazło pastwisko.

Wstał, otrzepał błoto z nóg, choć trochę zostało.

— Wrócimy do wioski? — zapytał.

— Wrócimy — odpowiedziała Tuli. — A jutro znów spojrzysz w górę.

Schodzili ze wzgórza powoli. Nad nimi konstelacje świeciły jak przyjazne znaki na drodze. Aulis czuł zmęczenie, ale było dobre, miękkie, jak koc.

Kiedy na skraju lasu obejrzał się ostatni raz, niebo wyglądało jak wielkie, czyste oko. I choć wciąż było tajemnicą, nie było już straszne.

Aulis spojrzał na gwiazdy z uspokojonym, pewnym wzrokiem. Potem ruszył dalej, niosąc w sobie rytm: raz, dwa, trzy. Raz, dwa, trzy. Jak kroki. Jak serce. Jak świat, który świeci, kiedy się nim dzielisz.

Bez reklam 3€ na miesiąc

Czy pragną Państwo nieprzerwanej lektury? Wesprzyjcie Oh My Tales, usuńcie wszystkie reklamy i korzystajcie z innych wliczonych korzyści już od 3€ miesięcznie.

Zobacz plany i ceny
Udostępnij

zgłoś problem z tą opowieścią

Co sądziliście o tej opowieści?

Podaj swoją opinię, przyznając ocenę tej opowieści w zależności od tego, co Ty i/lub Twoje dziecko o niej myśleliście. Z góry dziękujemy!

Dziękuję! Twój głos został uwzględniony!

Quiz: czy dobrze zrozumiałeś opowieść?

Zadziornej
Trochę ostrej, nieco złośliwej lub wrażliwej cechy charakteru
Konstelacje
Układy gwiazd na niebie, które tworzą kształty i opowieści
Płomień
Mały, jasny ogień, który daje ciepło i światło
Wnęka
Małe, zagłębione miejsce w skale lub ścianie
Runy
Stare znaki lub napisy wyryte na kamieniu, jak tajemne symbole
Jurta
Okrągły, przenośny namiot z drewna i skóry, używany przez koczowników
Mokradeł
Teren podmokły, gdzie ziemia jest stale wilgotna i rosną trawy
Poroża
Rogi zwierząt, które są twarde i rozgałęzione, jak u łosia
Ulga
Przyjemne uczucie, gdy zniknie ból lub troska
Kołysance
Piosenka śpiewana cicho, by uśpić dziecko
Bębenek
Mały instrument, który się uderza, by zrobić rytm

Stwórz magiczną i unikalną opowieść dla swojego dziecka!

Stwórz spersonalizowaną przygodę w zaledwie kilka minut, w której twoje dziecko staje się bohaterem. Z naszym ekskluzywnym narzędziem to łatwe, darmowe i zabawne!

Stworzyć opowieść

Pobierz tę opowieść:

Pobierz tę opowieść w formacie PDF Pobierz e-booka (.epub)

Do przeczytania następnie w Fantastyczny Mit (Myth Fantasy) dla 11-12 lat

Otrzymuj nowe opowieści w każdą niedzielę wieczorem!

Otrzymaj 7 ekscytujących i fascynujących opowieści, dostosowanych do wieku i gustów Twojego dziecka, każdej niedzieli o 17:00*. To jest darmowe i gwarantowane bez spamu!
*E-mail wysyłany o 17:00 czasu środkowoeuropejskiego (CET).
Nie lubimy też spamu. Dlatego nie będziemy wysyłać Ci nic poza opowieściami. Będziesz mógł się wypisać, kiedy tylko zechcesz.