Rozdział 1: Przysięga pod dębem, który pamięta
W dolinie Caer-Lumen poranki miały smak miodu i mgły. Mgła snuła się nisko, jakby uczyła się chodzić, a słońce wstawało spokojnie, jak król w złotej koronie. Eira szła ścieżką między paprociami i wrzosami, niosąc torbę z ziołami. Była uzdrowicielką — nie taką z bajek o czarownicach z brodą, tylko młodą kobietą, która znała ciepło dłoni, szept liści i cierpliwość.
Na skraju wioski stał dąb, wielki jak opowieść. Mówiono, że jego korzenie oplatają stare kamienie, a te kamienie pamiętają pierwszą pieśń świata. Pod dębem czekał stary Barden Morcant, z harfą na kolanach i oczami, które widziały więcej, niż mówiły.
— Eiro — odezwał się, kiedy podeszła. — Dziś twoja obietnica budzi się z drzemki.
Eira przełknęła ślinę. W kieszeni miała mały, srebrny węzełek — pamiątkę po matce. Obiecała kiedyś, jeszcze jako dziewczynka, że odda go Przodkom w miejscu, gdzie zasłona między światem a Zaświatami jest najcieńsza. „Uhonorujesz nas, gdy będziesz gotowa” — powiedziała matka, a jej głos brzmiał jak deszcz o dach.
— Myślałam, że to będzie prostsze — mruknęła Eira.
— Obietnice nigdy nie są proste — odparł Morcant, szarpiąc struny. — Są jak rzeka: płyną, nawet jeśli udajesz, że ich nie słyszysz.
Z mgły wynurzył się chłopak z wioski, Taran, posłaniec szybki jak wiatr i równie gadatliwy.
— Eira! — zawołał. — Krowa pani Branwen znowu ugryzła wiadro, a… o! Barden! Panie, czy to prawda, że w jeziorze śpi rycerz?
Morcant uśmiechnął się krzywo.
— W wielu jeziorach coś śpi. Czasem rycerz. Czasem sum. A czasem pamięć.
Eira przyklękła przy pniu dębu. Kora była chropowata, jak skóra starego wojownika. Z drugiej strony świata musiał istnieć ktoś, kto czeka, by obietnica została spełniona. Eira poczuła to wyraźnie, jak ciepło kubka w dłoniach.
— Dokąd mam iść? — zapytała.
Barden wyjął z kieszeni kawałek płótna i rozwinął go. Na tkaninie widniała mapa, narysowana atramentem i czymś, co wyglądało jak popiół.
— Do Źródła Trzech Szeptów — powiedział. — Po drodze spotkasz Kamienny Krąg, Most z Mgieł i Jezioro, które nie odbija twarzy, tylko serca. Tam, u progu Zaświatów, złożysz dar Przodkom. A wtedy zasłona… — zawiesił głos — …zostanie domknięta.
— Domknięta? — Taran zrobił wielkie oczy. — To jak zamykanie drzwi przed smokiem?
— Raczej jak zasłanianie okna przed zimnem — odparła Eira, choć sama nie była pewna.
Morcant podał jej cienki, dębowy kij z wyrytymi znakami.
— To Różdżka Wędrowca. Nie czaruje. Ale przypomina, że idziesz, bo wybrałaś iść.
Eira wzięła kij. Poczuła w nim drżenie, jakby drewno pamiętało kroki wielu stóp.
— Idę — powiedziała. — Bo obiecałam. Bo chcę. Bo… bo czas już przestać udawać, że obietnice to tylko słowa.
Taran podskoczył.
— A ja? Mogę iść? Niosę torbę! I umiem gwizdać tak, że kruki się obrażają!
Eira spojrzała na niego z rozbawieniem.
— Nie potrzebuję kruków obrażonych na nas — powiedziała. — Ale przyda się ktoś, kto nie boi się ciszy. Dasz radę?
— Ciszy? — Taran skrzywił się. — Spróbuję. Ale jak będzie za cicho, to będę myślał na głos.
Morcant skinął głową, jakby to był rozsądny plan. A dąb zaszumiał, jakby zgadzał się z ich wyruszeniem.
Rozdział 2: Kamienny Krąg i język, którego nie uczą w szkole
Ścieżka prowadziła przez wrzosowiska, gdzie fiolet był tak intensywny, że aż pachniał. Nad nimi krążyły sokoły, a w trawie przemykały jaszczurki, szybkie jak plotki. Eira szła przodem, Taran obok, a Różdżka Wędrowca stukała o kamienie jak cierpliwy metronom.
— Myślisz, że Przodkowie naprawdę… słuchają? — zapytał Taran, kiedy wiatr ucichł.
— Myślę, że pamiętają — odparła Eira. — A pamięć czasem bywa głośniejsza niż krzyk.
Wkrótce zobaczyli Kamienny Krąg: dwanaście głazów stojących w okręgu, każdy inny, każdy z wyrytym znakiem. W środku rosła niska trawa, tak zielona, jakby ktoś ją malował codziennie.
Eira weszła do kręgu i poczuła mrowienie w skórze. Powietrze było tu inne — cięższe i jaśniejsze naraz.
— Nie dotykaj znaków — ostrzegła Tarana. — To nie są bazgroły.
— A skąd wiesz? — szepnął.
— Bo czuję, że one… patrzą.
Wtedy głazy zabrzmiały cicho, jakby ktoś uderzył w kamienne dzwonki. Na jednym z nich pojawił się blask, układający się w kształt spirali. Z blasku wysunęła się postać — nie duch i nie człowiek, raczej coś pomiędzy, jak odbicie w wodzie, które nagle staje na brzegu. Miała włosy jak srebrny mech i oczy w kolorze burzy.
— Wędrowczyni z dłoniami, które leczą — powiedziała. Jej głos był miękki, ale twardy jak skała. — Dlaczego budzisz krąg?
Eira zebrała odwagę jak płaszcz.
— Przychodzę, by dotrzymać obietnicy. Mam oddać dar Przodkom w Źródle Trzech Szeptów.
Postać spojrzała na Tarana.
— A ten? Przypadek czy wybór?
Taran wyprostował się tak mocno, że prawie przewrócił.
— Jestem… towarzysz od noszenia rzeczy i od myślenia na głos — wypalił. — Jeśli trzeba, potrafię też milczeć. Przez chwilę.
Postać uniosła kącik ust. To był prawie uśmiech.
— Otwartość ma wiele twarzy — powiedziała. — Jedna mówi, druga słucha. Jedna się boi, druga idzie mimo strachu.
Zbliżyła się do Eiry i dotknęła końcem palca srebrnego węzełka w jej kieszeni, choć nie powinna móc go dotknąć.
— Dar niesie w sobie węzeł między światami. Jeśli zasłona ma się domknąć, musisz przejść Most z Mgieł. Ale most nie lubi tych, którzy myślą, że wiedzą wszystko.
— Nie wiem prawie nic — przyznała Eira.
— To dobry początek — odpowiedziała postać. — Pamiętaj: pytaj, zanim osądzisz. Patrz, zanim nazwiesz. Słuchaj, zanim odpowiesz.
Głazy zamilkły. Postać rozpłynęła się jak para nad herbatą. Na trawie w środku kręgu leżało pióro — czarne, ale połyskujące zielonkawo.
Taran podniósł je ostrożnie.
— To… od kruka? — szepnął.
— Może od pamięci — odparła Eira. — Weź. Przyda się, jeśli zgubimy drogę.
— Jak pióro ma pomóc?
— Nie wiem — Eira wzruszyła ramionami. — I znowu: to dobry początek.
Ruszyli dalej, a Kamienny Krąg patrzył za nimi w ciszy, która nie była pusta, tylko pełna znaczeń.
Rozdział 3: Most z Mgieł i rycerz bez imienia
Po południu mgła zgęstniała. Nie taka zwykła, tylko taka, która wyglądała, jakby ktoś rozsypał po świecie mleko. W tej bieli dźwięki stawały się bliskie: krople rosy brzmiały jak kroki, a szelest trawy jak szept.
Nagle ziemia urwała się w wąwóz. Nad nim wisiał Most z Mgieł — cienka, falująca wstęga, jakby zrobiona z oddechu.
— To… to jest most? — Taran przechylił głowę. — Wygląda jak coś, co powinno być w kuchni nad garnkiem, a nie nad przepaścią.
Eira poczuła, jak serce chce jej wyskoczyć i pobiec samo.
— Musimy przejść — powiedziała. — Krok po kroku. I bez udawania bohaterów.
— Ja nie udaję — odparł Taran. — Ja tylko… ćwiczę bycie dzielnym w przyszłości.
Eira postawiła stopę na mgle. Ku jej zaskoczeniu była sprężysta, jak mokry mech. Most drżał, ale trzymał.
W połowie drogi mgła przed nimi zgęstniała w kształt człowieka. Stał tam rycerz w zbroi matowej jak popiół. Hełm trzymał pod pachą, a twarz miał młodą, ale zmęczoną. Na piersi nie było herbu.
— Zatrzymajcie się — powiedział. — Most nie przepuszcza tych, którzy niosą pychę.
— Nie niesiemy pychy — odparła Eira. — Niesiemy zioła, suszone jabłka i trochę strachu.
Rycerz przyjrzał się jej uważnie.
— Uzdrowicielka… — szepnął. — Znam taki dotyk. Mój brat zmarł, bo nikt go nie umiał uleczyć.
Taran otworzył usta, ale Eira dotknęła go łokciem, żeby nie wtrącał się zbyt szybko.
— Przykro mi — powiedziała spokojnie. — Ale nie mogę cofnąć czasu.
Rycerz skinął głową.
— Wiem. Dlatego stoję tu i pilnuję. Żeby inni nie marnowali tego, co mają. Powiedz mi, wędrowczyni: czego nie wiesz?
Eira zamknęła oczy na moment. W tej mgle łatwiej było usłyszeć siebie.
— Nie wiem, czy dam radę spełnić obietnicę — przyznała. — Nie wiem, co mnie czeka przy Źródle. Nie wiem, czy Przodkowie będą… łagodni.
Rycerz odetchnął, jakby jej odpowiedź była kluczem.
— Most lubi prawdę — powiedział. — Przepuści was.
Taran chrząknął.
— A pan? Dlaczego pan tu jest? I czemu nie ma pan imienia na zbroi?
Rycerz uśmiechnął się smutno.
— Bo imię oddałem, kiedy poprosiłem o zapomnienie. Myślałem, że jeśli nikt mnie nie będzie pamiętał, przestanie boleć. Ale ból ma własną pamięć.
Eira poczuła ukłucie współczucia.
— Może nie potrzebujesz zapomnienia — powiedziała. — Może potrzebujesz, żeby ktoś wysłuchał.
Rycerz spojrzał na nią, jakby pierwszy raz widział światło.
— Uzdrowicielko… jeśli dotrzesz do Źródła, przekaż Przodkom, że nawet ci, którzy błądzą, chcą wrócić.
Eira skinęła głową.
— Przekażę.
Rycerz cofnął się i rozpłynął w mgle, jakby nigdy go nie było. Most pod stopami przestał drżeć.
Kiedy zeszli na drugi brzeg, Taran wypuścił powietrze, które chyba trzymał od samego początku.
— To było… to było prawie jak rozmowa z legendą — powiedział cicho. — I wcale nie było śmieszne.
— Legendy rzadko są śmieszne — odparła Eira. — Ale czasem są życzliwe. W dziwny sposób.
Rozdział 4: Jezioro, które odbija serce
Następnego dnia dotarli do jeziora. Leżało w zagłębieniu ziemi jak ogromne, ciemne oko. Woda była gładka, a jednak nie odbijała chmur ani twarzy. Kiedy Eira nachyliła się, zobaczyła nie swoje odbicie, tylko scenę: siebie jako małą dziewczynkę, stojącą przy łóżku matki.
Taran też spojrzał i aż cofnął się.
— Ja widzę… siebie, jak mówię komuś „to głupie”, a potem ten ktoś płacze — wyszeptał. — Ojej.
Eira dotknęła jego ramienia.
— To jezioro pokazuje, co nosimy w środku — powiedziała. — Nie po to, żeby nas zawstydzić. Po to, żebyśmy zrozumieli.
— To ja już rozumiem — mruknął Taran. — Że czasem jestem… za szybki w języku.
Na brzegu jeziora stała kobieta w zielonej sukni, a jej włosy wyglądały jak wodorosty, choć były suche. Trzymała w ręku misę z wodą, która świeciła bladym światłem.
— Witajcie — powiedziała. — Jestem Strażniczką Jeziora. Kto chce przejść dalej, musi zostawić tu jeden ciężar.
— Ciężar? — Taran przełknął. — Ja mam tylko torbę.
— Nie ten ciężar — odparła Strażniczka i spojrzała prosto na niego. — Ten, którego nie widać.
Eira zacisnęła palce na Różdżce Wędrowca.
— Co mamy zrobić?
Strażniczka podała im misę.
— Wypowiedzcie na głos to, co w sobie nosicie, a czego nie chcecie nieść dalej. Nie kłamcie. Jezioro nie lubi kłamstw.
Taran westchnął.
— Ja… czasem śmieję się z rzeczy, których nie rozumiem — powiedział szybko. — Bo wtedy nie wyglądam na głupiego. A potem… robię się jeszcze głupszy.
Woda w misie zadrżała. Jakby przyjęła jego słowa.
Eira podniosła wzrok. W jej gardle pojawiła się twarda kula.
— Ja boję się, że jeśli spełnię obietnicę… to coś się skończy — powiedziała powoli. — Że jeśli zasłona się domknie, zostanę sama. Że nie będę już czuła matki w powietrzu.
Strażniczka skinęła głową, a jej oczy zmiękły.
— To nie jest egoizm. To miłość — powiedziała cicho. — Ale miłość nie znika, gdy drzwi się zamykają. Ona tylko znajduje inne przejście.
Eira poczuła, jakby ktoś poluzował węzeł w jej klatce piersiowej.
Strażniczka wlała wodę z misy do jeziora. Na powierzchni pojawiły się kręgi, a potem — na krótką chwilę — odbiła się twarz matki Eiry. Uśmiechała się spokojnie, jakby mówiła: „Idź. Jestem.”
Eira mrugnęła, a obraz zniknął.
— Możecie iść — powiedziała Strażniczka. — Pamiętajcie: otwarte serce jest jak latarnia. Nie oślepia. Pokazuje drogę.
Taran pochylił się do Eiry.
— Czy ja mogę mieć taką latarnię w kieszeni? — szepnął.
— Zacznij od latarni w głowie — odszepnęła, a on parsknął śmiechem, tym razem cichym i nie raniącym nikogo.
Rozdział 5: Źródło Trzech Szeptów
Wieczorem dotarli do miejsca, gdzie ziemia pachniała jak mokry kamień po burzy. Między trzema głazami biło źródło — woda wypływała cienkimi strużkami, splatając się w jeden strumień. Nad nim unosił się delikatny blask, jak światło świecy, które nie gaśnie na wietrze.
Eira uklękła. Woda nie była zimna ani ciepła — była jak dotyk, który dopasowuje się do człowieka.
— To tu — wyszeptała.
Z kieszeni wyjęła srebrny węzełek. Był gładki, cięższy, niż powinien. Taran ukląkł obok.
— Jeśli chcesz, mogę… nie wiem… potrzymać ci torbę — powiedział, jakby to była najważniejsza misja świata.
Eira uśmiechnęła się wdzięcznie.
— Potrzymaj.
Wtedy usłyszeli trzy szeptania, różne jak trzy instrumenty: pierwszy był jak liście, drugi jak struny harfy, trzeci jak fala uderzająca o brzeg. Szepty nie brzmiały groźnie. Brzmiały jak dom.
Z blasku wyłoniły się cienie postaci. Nie były straszne; raczej przejrzyste, jakby utkane z księżycowego pyłu. Jedna z nich była wysoka, z ramionami szerokimi jak u drwala. Druga miała warkocz długi jak rzeka. Trzecia przypominała młodzieńca o bystrych oczach.
— Eiro z Caer-Lumen — zabrzmiał szept, który był jak liście. — Przynosisz dar?
— Przynoszę — odpowiedziała Eira, a głos trochę jej zadrżał. — I przynoszę też wiadomość. Od rycerza bez imienia, który stoi na Moście z Mgieł. Powiedział, że nawet ci, którzy błądzą, chcą wrócić.
Cienie poruszyły się, jakby przeszła przez nie łagodna fala.
— Wysłuchamy go — powiedział szept jak struny.
Eira wzięła głęboki oddech.
— Przynoszę też… swoje serce — dodała. — Bo obietnica to nie tylko przedmiot. To pamięć. To wybór. To szacunek.
Wyciągnęła srebrny węzełek nad źródło. Przez moment zawahała się, bo poczuła, jakby trzymała w dłoni ostatnią nitkę łączącą ją z matką.
— Mamo — szepnęła. — Jeśli mnie słyszysz… idę dalej.
I wrzuciła węzełek do wody.
Nie było plusku. Węzełek rozpuścił się w świetle, jakby był zrobiony z samej obietnicy. Źródło rozbłysło mocniej, a trzy szepty stały się jednym, ciepłym tonem.
Eira poczuła w dłoniach delikatne mrowienie — nie moc, ale spokój. Jak po dobrze wykonanej pracy.
Taran patrzył szeroko otwartymi oczami.
— I co teraz? — zapytał. — Zasłona…?
Cienie podniosły ręce. Powietrze nad źródłem zafalowało, jak tkanina poruszona wiatrem. Eira zobaczyła na chwilę drugi świat: zielone wzgórza świecące od środka, długi stół, przy którym siedzieli ludzie i istoty z legend, i jej matkę, stojącą wśród nich. Matka skinęła głową, jakby mówiła: „Dobrze.”
Potem światło zaczęło się zwijać, jak zasłona w teatrze po ostatniej scenie.
— Zasłona domyka się — powiedział szept jak fala. — Nie po to, by odciąć. Po to, by chronić.
Eira poczuła łzę na policzku. Nie była gorzka.
— Czy to znaczy, że już nigdy…? — zaczęła.
— Będziesz słyszeć Przodków w tym, co robisz — powiedział szept jak liście. — W twojej trosce. W twojej odwadze. W twojej otwartości na tych, którzy są inni. To jest ich język.
Taran chrząknął i spojrzał na swoje dłonie.
— A ja? — zapytał nieśmiało. — Czy ja też mogę… być trochę częścią tej obietnicy?
Cienie zwróciły się ku niemu.
— Każdy, kto uczy się słuchać, jest częścią — odpowiedział szept jak struny. — Nawet jeśli czasem myśli na głos.
Taran parsknął, ale zaraz spoważniał, jakby chciał zapamiętać każde słowo.
Blask przy źródle przygasł. Cienie rozpłynęły się, a powietrze stało się zwyczajne — jednak nie puste. Raczej ułożone, jak łóżko po pościeleniu.
Rozdział 6: Powrót, kiedy światło zostaje z tobą
Droga powrotna była łatwiejsza, choć wcale nie krótsza. Most z Mgieł wciąż wisiał nad przepaścią, ale nie drżał tak mocno. Jezioro nadal nie odbijało twarzy, ale kiedy Eira spojrzała, zobaczyła siebie — nie jako dziecko, tylko jako młodą kobietę, która stoi prosto.
— Wiesz — odezwał się Taran, gdy minęli Kamienny Krąg — myślałem, że w takich wyprawach dostaje się miecz albo przynajmniej magiczny pierścień.
— Dostałeś coś lepszego — odparła Eira.
— Co?
— Umiejętność przyznania, że nie wiesz wszystkiego. To rzadsze niż pierścienie.
Taran udawał obrażonego.
— Ja zawsze wiedziałem, że nie wiem wszystkiego. Tylko… nie zawsze się do tego przyznawałem.
Eira roześmiała się, a śmiech rozsunął resztki lęku jak chmury.
Kiedy dotarli do dębu na skraju Caer-Lumen, Morcant czekał, jakby ani na chwilę nie wstał z miejsca. Spojrzał na Eirę i od razu zrozumiał.
— Obietnica spełniona? — zapytał.
Eira dotknęła kieszeni. Była pusta, a jednak nie czuła pustki.
— Spełniona — odpowiedziała. — Zasłona się domknęła.
Barden zagrał cichy akord, jak zamknięcie księgi.
— I jak się czujesz? — zapytał łagodnie.
Eira popatrzyła na wioskę: na dym z kominów, na dzieci ganiające za psem, na stare kobiety kłócące się o to, czy chleb powinien być bardziej chrupiący. Wszystko było zwyczajne. I wszystko było trochę bardziej świetliste.
— Czuję, że Przodkowie nie są za zasłoną — powiedziała. — Są w tym, jak żyjemy. W tym, kogo dopuszczamy do stołu. W tym, czy potrafimy słuchać, nawet gdy ktoś mówi inaczej niż my.
Morcant skinął głową, zadowolony.
Taran podrapał się po karku.
— A ja czuję, że jak następnym razem będę chciał się śmiać z czegoś, czego nie rozumiem, to najpierw… zapytam — powiedział. — Bo to jest… odważniejsze.
Eira spojrzała na niego z ciepłem.
— Właśnie tak — powiedziała. — Pytaj. Patrz. Słuchaj.
Dąb zaszumiał nad nimi. Nie jak ostrzeżenie, nie jak rozkaz, tylko jak kołysanka. Zasłona była domknięta — a jednak świat wydawał się bardziej otwarty. Bo niektóre drzwi trzeba zamknąć, żeby okna mogły świecić.
Eira ruszyła w stronę swojej chaty z ziołami, już nie jako ktoś, kto dźwiga obietnicę, lecz jako ktoś, kto ją spełnił — i kto wciąż potrafi iść dalej, krok po kroku, w cieple zwyczajnego światła.