Trwa ładowanie...
Fantastyczny mit 11-12 lat Czytanie 15 min.

Leon i zagubiona dusza z doliny cyprysów

Leon, strażnik świątyni, prowadzi zagubioną duszę Myrto przez dolinę pełną prób, bogów i iluzji, ucząc ją odwagi i prawdy, podczas gdy oboje mierzą się z pokusami pamięci i tożsamości.

Pobierz tę opowieść w formacie PDF

Idealne do dzielenia się lub drukowania tej opowieści!

Pobierz e-booka (.epub)

Przeczytaj tę opowieść na swoim czytniku e-booków.

Główny bohater: dorosły mężczyzna Leon, spokojna, lekko pomarszczona twarz, zrogowaciałe dłonie, wyraz życzliwy, w brązowym wełnianym płaszczu, w zużytych skórzanych sandałach, trzyma małą naftową lampę z ciepłym płomieniem; idzie powoli na czele grupy, stawiając stopę na płytach mostu. Postać drugorzędna: dziewczynka Myrto, ok. 12–14 lat, półprzezroczysta jak jasny dym, szaroniebieskie unoszące się włosy, nieśmiałe lecz zdecydowane spojrzenie; podąża za Leonem po moście, dłoń przy piersi jakby powstrzymując imię. Strażnik mostu: dorosły mężczyzna, wysoki i prosty, patynowany mosiężny hełm, ciemna peleryna, trzyma długą srebrną włócznię; stoi nieruchomo u progu mostu, obserwuje podróżnych surowo lecz sprawiedliwie. Miejsce: stary ciemny kamienny most, wypolerowane płyty, masywne arkady nad przepaścią z chmur, czarne cyprysy w sylwetkach, lekka mgła, deszcz małych światełek (świetliki/ gwiazdy) unoszących się w powietrzu, niewyraźne odbicie lampy na wilgotnym kamieniu. Sytuacja: nocne przejście mostu ku miękkiemu światłu po drugiej stronie; Leon prowadzi Myrto spokojnym krokiem, Myrto idzie odważnie mimo przezroczystości, strażnik ich obserwuje; magiczna atmosfera, ciepłe barwy lampy kontra zimne mgły, mocny kontrast między ciemnym kamieniem a drobnymi rozbłyskami światła. zgłoś problem z tym obrazem

Rozkaz z marmurowego dziedzińca

Poranek miał smak fig i soli. Nad białymi kolumnami świątyni unosiły się mewy, a w oddali morze mrugało jak wypolerowana tarcza. Leon, dorosły mężczyzna o spracowanych dłoniach i spokojnych oczach, zamiatał dziedziniec, choć nikt mu tego nie kazał. Lubił, kiedy kamień był czysty — jak myśl przed snem.

Gdy ostatni listek laurowy potoczył się pod miotłą, powietrze zadrżało, jakby ktoś dotknął struny liry. Z cienia posągu Ateny wysunęła się sowa. Nie byle jaka: jej pióra lśniły srebrzysto, a w spojrzeniu miała mądrą cierpliwość.

— Leonie — odezwała się wyraźnie, jak nauczycielka, która nie podnosi głosu, bo nie musi. — W dolinie Cyprysów błąka się dusza. Nie znajduje ścieżki. Ty ją poprowadzisz.

Leon oparł się na miotle. Mógłby zapytać: „Dlaczego ja?” Mógłby udawać, że nie słyszy, albo że jest zbyt zajęty. Ale w jego świecie bogowie, nimfy i znaki były tak zwyczajne jak wiatr w żaglach.

— Jestem tylko strażnikiem świątyni — mruknął.

Sowa przekręciła głowę.

— Właśnie dlatego. Znasz schody i ciszę. Znasz pokorę. A wędrówka z duszą wymaga serca, nie trąby.

Leon uśmiechnął się krótko, jak ktoś, kto rozumie żart, ale nie chce się nim chwalić.

— Dobrze. Pójdę. Tylko… jak rozpoznam duszę?

Sowa wzbiła się, zostawiając w powietrzu drobny blask.

— Poznasz ją po tym, że będzie się bała własnego echa.

Leon zostawił miotłę opartą o kolumnę, wziął płaszcz, skórzaną torbę i małą oliwną lampkę. Wyruszył bez fanfar, bez świadków. Tylko słońce, tylko kurz na sandałach, tylko rytm kroków: raz, dwa, raz, dwa — jak spokojne serce.

Dolina Cyprysów i szept, który nie ma ust

Dolina Cyprysów była chłodniejsza niż reszta świata. Drzewa stały prosto, jakby ktoś je narysował cienką kreską. Między pniami krążyła mgiełka, a w niej dźwięk — nie głos, raczej zawahanie.

Leon zapalił lampkę, choć dzień był jasny. Płomień oliwny nie walczył z mrokiem, tylko go oswajał.

— Halo? — zawołał. — Jeśli tu jesteś, nie musisz się chować.

Odpowiedziało mu echo, ale jakby niepewne, jak echo dziecka, które dopiero uczy się swojego imienia.

Wtedy zobaczył ją: postać zrobioną z półprzezroczystego światła, w kształcie dziewczyny mniej więcej w wieku uczennicy z agory. Miała włosy jak dym, a na szyi cienką nić, która znikała w powietrzu.

— Nie podchodź — powiedziała. Brzmiała, jakby każde słowo było kamykiem w zbyt dużej dłoni. — Kiedy ktoś podchodzi,… robię się gorsza.

— Gorsza? — Leon usiadł na kamieniu, żeby nie górować nad nią. — Jak można zrobić się gorszym od samego siebie?

— Można — odparła. — Kiedy pamiętasz za dużo.

Leon nie naciskał. W świątyni nauczył się, że niektóre drzwi otwierają się od środka. Podniósł tylko lampkę, by płomień był między nimi jak mały most.

— Mam na imię Leon. Nie jestem sędzią ani bohaterem z pieśni. Mam zadanie: przeprowadzić cię tam, gdzie ścieżka jest już gotowa. Pójdziesz?

Postać drgnęła.

— A jeśli nie mogę? Zgubiłam… — urwała, jakby połknęła słowo.

— Zgubiłaś drogę? — podsunął łagodnie.

— Zgubiłam odwagę — wyszeptała.

Leon skinął głową, jakby usłyszał coś bardzo zwyczajnego.

— To się zdarza nawet żywym. Wiesz, co wtedy robię? Nie udaję, że jej mam. Idę powoli. Krok po kroku.

Dziewczyna przyjrzała się płomykowi.

— Jak mam cię nazywać?

— Leon wystarczy. A ty?

Zawahała się, a mgła między cyprysami zagęściła się jak zasłona.

— Nazywali mnie Myrto — powiedziała w końcu. — Ale teraz to imię jest jak ubranie, które spada z ramion.

— To weźmiemy je ze sobą — odparł Leon. — Podniesiemy, otrzepiemy i nie będziemy się śmiać.

I wtedy, po raz pierwszy, dusza nie uciekła przed własnym echem. Stanęła obok niego, trochę bliżej.

Ślady na piasku, których nie zostawia wiatr

Ruszyli w stronę wzgórz. Leon szedł zwyczajnie, a Myrto sunęła obok, jakby nie dotykała ziemi. Mimo to na piasku pojawiały się ślady — blade, ledwie widoczne. Wiatr próbował je zdmuchnąć, ale nie potrafił, jakby ktoś chronił je dłonią.

— To moje? — zapytała Myrto, zaskoczona.

— Twoje — potwierdził Leon. — Jeśli idziesz, zostawiasz znak. Nawet jeśli jesteś zrobiona ze światła.

Szlak prowadził obok źródełka, przy którym przysiadały nimfy. Nie wyglądały jak z pomników: miały bose stopy ubrudzone błotem i śmiały się z jakiegoś dowcipu, którego Leon nie znał. Gdy go zobaczyły, ucichły na moment.

— Oho, śmiertelnik z zadaniem — mruknęła jedna, splatając włosy z trzciny.

— I z duszą w kieszeni! — zachichotała druga.

Leon uniósł brwi.

— Nie w kieszeni. Obok. Nie jest przedmiotem.

Nimfa zmierzyła go spojrzeniem, a potem… zrobiła coś niespodziewanego: ukłoniła się lekko.

— Dobrze powiedziane. Chcesz wody? Droga jest długa.

Leon napił się, a Myrto pochyliła się nad źródłem. Nie mogła pić, ale woda odbiła jej twarz na sekundę — i to wystarczyło, by jej ramiona przestały drżeć.

— Nie jesteś jak inni — powiedziała cicho.

— Inni to szerokie słowo — odparł Leon. — A ja jestem tylko człowiekiem. Człowiek czasem robi mądre rzeczy przypadkiem.

Myrto parsknęła krótkim śmiechem. Brzmiał jak pęknięcie lodu na wiosnę.

W południe dotarli do kamiennego łuku, pod którym stał Hermes. Nie cały, nie jak z posągu. Raczej jak ktoś, kto wyskoczył z opowieści i nie zdążył zawiązać sandałów. Skrzydlate buty miał przekrzywione, a w dłoni trzymał kij, którym stukał o ziemię.

— Leon! — zawołał wesoło. — Znowu idziesz tam, gdzie inni wolą zawrócić. I nie wziąłeś nawet fanfary. To okrutne dla mojej reputacji.

— Nie mam fanfary — odparł Leon. — Mam lampkę.

Hermes spojrzał na Myrto i od razu spoważniał, ale tak, jak spoważnia ktoś życzliwy.

— Dusza zagubiona. Hm. Przed wami trzy próby, ale nie bój się, Leonie. To nie będą próby na mięśnie, tylko na… — zawiesił głos i uśmiechnął się krzywo — …na brak zadęcia.

— To moja specjalność — mruknął Leon.

Hermes podał mu mały woreczek.

Popiół z ołtarza Hestii. Jeśli zgubicie drogę, rozsyp odrobinę. Popiół nie pokazuje kierunku na skróty, tylko przypomina, gdzie jest dom.

Myrto dotknęła woreczka, a jej palce prześlizgnęły się przez materiał jak przez mgłę.

— Czy dom… może być po drugiej stronie? — zapytała.

Hermes nie zażartował.

— Jeśli przejdziesz uczciwie, dom może być nawet tam, gdzie nigdy nie byłaś. Ruszajcie. A gdy zobaczycie most… nie spieszcie się z odpowiedziami.

Leon kiwnął głową. W drodze dalej powtarzał w myślach słowa jak rytm kroków: nie na skróty, nie z zadęciem, nie w pośpiechu.

Labirynt z ciszy i kłamliwych drzwi

Wieczorem znaleźli wejście do labiryntu. Nie był to labirynt z murów, tylko z ciszy. Skały tworzyły korytarze, ale najgorsze były drzwi: stały samotnie, bez ścian, z tabliczkami.

„WYJŚCIE”

„PRAWDZIWA PAMIĘĆ”

„ZAPOMNIENIE”

„BOHATER”

Myrto stanęła jak wryta.

— Ja… ja nie wiem, co wybrać.

Leon przyjrzał się tabliczce „BOHATER”. Litery błyszczały złotem, jakby ktoś je polerował próżnością.

— Labirynty lubią, kiedy człowiek chce wyglądać mądrze — powiedział. — A ja nie mam ochoty wyglądać na cokolwiek. Chcę tylko przejść.

Z kieszeni płaszcza wyjął woreczek od Hermesa, wysypał szczyptę popiołu na dłoń i dmuchnął lekko. Popiół nie poleciał na jedne drzwi. Opadł spokojnie… na ziemię, tworząc cienką linię, która prowadziła między drzwiami, omijając je wszystkie.

— Czyli… żadnych drzwi? — zdziwiła się Myrto.

— Czasem najlepsze wyjście to nie dać się wciągnąć w wybór, który ktoś za ciebie wymyślił — odparł Leon.

Szli za popiołem. Co chwilę słyszeli głosy, które próbowały ich zaczepić.

— Leonie, wejdź do „BOHATER”! Ludzie będą śpiewać o tobie!

— Myrto, wejdź do „ZAPOMNIENIE”! Przestanie boleć!

Myrto zacisnęła dłonie.

— To kuszące — przyznała. — Ja… nie chcę pamiętać.

Leon przystanął.

— Pamięć bywa ciężka. Ale zapomnienie bywa puste. Jeśli pójdziesz ze mną, nie obiecuję, że będzie lekko. Obiecuję, że nie będziesz sama.

Myrto spojrzała na niego. W jej świetle pojawił się odcień cieplejszy, jakby wschód słońca przypomniał sobie o niej.

— Dobrze — powiedziała. — Nie chcę być bohaterką. Chcę być… prawdziwa.

W środku labiryntu czekała ostatnia sztuczka: kamienna sala z lustrem. W lustrze Leon zobaczył siebie w zbroi, z laurem na skroni, otoczonego tłumem.

— Leon Wielki! — krzyczały odbicia. — Leon Nieomylny!

Leon prychnął.

— Nieomylny? Ja wczoraj spaliłem kaszę.

Lustro zadrżało, jakby ktoś je spoliczkował śmiechem. Obraz pękł w pajęczynę rys, a potem rozsypał się w piasek. Przeszli dalej, wolni od cudzych tytułów.

Rzeka, która pamięta imiona

Gdy wyszli z labiryntu, noc była miękka jak wełniany koc. Przed nimi płynęła rzeka — ciemna, szeroka, milcząca. Nad wodą unosiła się mgła, a w niej słowa: imiona szeptane przez prąd.

— To rzeka, która pamięta — powiedział Leon. — Słyszę… „Myrto”.

Dziewczyna cofnęła się o krok.

— Boję się, że jeśli podejdę, rzeka mnie zabierze.

— Rzeka i tak zabiera — odparł Leon spokojnie. — Pytanie, czy zabierze cię w chaos, czy w drogę.

Na brzegu siedział starzec przewoźnik. Miał brodę jak mech na kamieniu i oczy, w których paliła się cierpliwość wieku. Obok niego stała łódź, a wiosło wyglądało jak gałąź z drzewa, które nigdy nie było młode.

— Opłata? — zapytał Leon.

Starzec uśmiechnął się, jak ktoś, kto słyszał to pytanie tysiąc razy.

— Dla żywych: moneta. Dla dusz: prawda. Dla tych, co prowadzą: pokora.

Leon pogrzebał w torbie, znalazł jedną srebrną monetę i podał ją bez słowa. Potem uklęknął na brzegu, dotknął dłonią zimnego piasku.

— Nie jestem tu, by błyszczeć — powiedział. — Jestem tu, by prowadzić.

Przewoźnik skinął głową i wskazał Myrto.

— A ty?

Myrto stała, jakby wiatr ją przygwoździł.

— Ja… — zaczęła, ale głos ugrzązł jej w gardle.

Leon nie popędzał. Lampka paliła się równo. Rzeka szeptała. Noc oddychała.

— Powiedz jedną prawdę — podsunął przewoźnik.

Myrto zacisnęła powieki.

— Boję się, że nie zasługuję na przejście — wyszeptała. — Że zrobiłam coś… głupiego. Że wszyscy będą patrzeć.

Przewoźnik nie roześmiał się ani nie zganił. Tylko odsunął łódź bliżej.

— Strach to nie wyrok. Wsiadaj.

Gdy płynęli, woda zaczęła świecić słabo pod łodzią, jakby rzeka była drogą z gwiazd. Myrto siedziała cicho, ale jej światło nie było już drżące. Leon wiosłował powoli, czując, że każdy ruch ma znaczenie.

Po drugiej stronie przewoźnik wskazał ścieżkę prowadzącą ku wzgórzu.

— Dalej nie popłynę. Tam jest most. Tam jest straż.

Leon podziękował. Nie teatralnie, tylko zwyczajnie.

— Chodź, Myrto — powiedział. — Jeszcze kawałek.

Most strzeżony i najprostsze słowo

Ścieżka wspinała się wśród kamieni, na których rosły małe, uparte kwiaty. Nad nimi krążyły świetliki, jakby noc rozrzuciła okruchy lampy. W końcu zobaczyli most: szeroki łuk z ciemnego kamienia, przerzucony nad przepaścią. W dole nie było dna, tylko wirujące obłoki, jakby świat kończył się na oddechu.

Przed mostem stał strażnik. Nie był potworem z koszmaru, ale budził respekt: miał hełm z brązu, pelerynę jak skrzydło kruka i włócznię, której grot błyszczał jak zimny księżyc. Jego oczy były spokojne i uważne — jak u kogoś, kto potrafi rozpoznać kłamstwo po kroku.

— Kto idzie? — zapytał.

Leon stanął przed Myrto, ale nie zasłonił jej jak rzeczy. Raczej jak ktoś, kto mówi: „Jestem z tobą”.

— Leon, strażnik świątyni. Prowadzę Myrto, duszę zagubioną.

Strażnik spojrzał na Myrto, a potem na Leona.

— Dusza może przejść, jeśli jest gotowa. A przewodnik… jeśli nie przywiązał do siebie chwały. Powiedz, Leonie: co chcesz dostać za tę drogę?

Pytanie uderzyło w ciszę jak kamyk w wodę. Myrto wstrzymała oddech.

Leon mógłby powiedzieć: „Wdzięczność bogów”. Mógłby powiedzieć: „Nagrodę”. Mógłby powiedzieć: „Żeby o mnie pamiętano”.

Zamiast tego rozejrzał się po mostowych kamieniach, po świetlikach, po twarzy Myrto, która czekała, jak czeka się na wyrok.

— Nic — odpowiedział. — Jeśli coś dostałem, to już w drodze: to, że mogłem komuś nieść światło. To wystarczy.

Strażnik uniósł włócznię, ale nie groźnie. Raczej jak znak.

— Dobrze. A ty, Myrto — zwrócił się do duszy — czy potrafisz wypowiedzieć swoje imię bez ucieczki?

Myrto drgnęła. Spojrzała na most. Most był długi. Most był poważny. Most był ostatnim krokiem.

— Nazywam się Myrto — powiedziała głośniej niż wcześniej. Jej głos zabrzmiał pewniej, jak struna, która wreszcie złapała właściwe napięcie. — I idę dalej.

Strażnik odsunął się na bok. Kamienie mostu rozjarzyły się delikatnym światłem, jakby same chciały pomóc stopom.

Leon ruszył pierwszy, spokojnie, bez triumfu. Myrto szła obok, a jej ślady na kamieniu mieniły się jak perły. W połowie mostu Myrto spojrzała na niego.

— Leonie… dlaczego się nie chwalisz? Po takiej drodze każdy by się chwalił.

Leon zaśmiał się cicho.

— Bo wtedy musiałbym nosić swoją głowę wyżej niż serce. A to niewygodne. I łatwo uderzyć w próg.

Myrto też się zaśmiała — już swobodnie. Śmiech popłynął w noc i nie zgubił się w przepaści. Dotarli do końca mostu, gdzie powietrze było jaśniejsze, jak świt za zasłoną.

Tam Myrto zatrzymała się na moment.

— Nie wiem, co jest dalej — powiedziała.

— Ja też nie — odparł Leon. — Ale ty już idziesz.

Myrto skinęła głową, a jej światło stało się miękkie i pełne, jak lampka w oknie domu. Zrobiła krok naprzód i jeszcze jeden, aż zaczęła stapiać się z jasnością po drugiej stronie.

Leon odwrócił się. Strażnik wciąż stał przy moście, czuwając, milczący jak kamień, czujny jak gwiazda.

Leon skłonił mu się z prostotą.

— Dziękuję.

Potem wrócił tą samą drogą, bez fanfar, za to z ciszą, która była już nie ciężarem, ale spokojem. A w kieszeni miał tylko popiół i jedno najprostsze słowo, które świeci dłużej niż laur: „wystarczy”.

Bez reklam 3€ na miesiąc

Czy pragną Państwo nieprzerwanej lektury? Wesprzyjcie Oh My Tales, usuńcie wszystkie reklamy i korzystajcie z innych wliczonych korzyści już od 3€ miesięcznie.

Zobacz plany i ceny
Udostępnij

zgłoś problem z tą opowieścią

Co sądziliście o tej opowieści?

Podaj swoją opinię, przyznając ocenę tej opowieści w zależności od tego, co Ty i/lub Twoje dziecko o niej myśleliście. Z góry dziękujemy!

Dziękuję! Twój głos został uwzględniony!

Quiz: czy dobrze zrozumiałeś opowieść?

Marmurowego
Zrobionego z marmuru, twardego i błyszczącego kamienia używanego w budynkach
Dziedzińca
Otwartego miejsca pośrodku budynku, gdzie można stać lub chodzić
Półprzezroczystego
Trochę przezroczystego, można częściowo zobaczyć przez to
Nić
Bardzo cienki kawałek materiału lub włókna, jak sznurek
Popiół
Prosty, szary proszek po spaleniu drewna lub ognia
Pokorę
Cechę polegającą na skromnym i spokojnym zachowaniu, bez wynoszenia się
Zadęcia
Postawy pełnej wyniosłości i nadmiernej powagi, jakby ktoś się przechwalał
Labirynt
Zagmatwane miejsce z wieloma drogami, łatwo się w nim zgubić
Pajęczynę
Delikatna sieć zrobiona przez pająka, składa się z cienkich nici
Przewoźnik
Osoba, która przeprawia innych przez rzekę lub przewozi ich łodzią

Stwórz magiczną i unikalną opowieść dla swojego dziecka!

Stwórz spersonalizowaną przygodę w zaledwie kilka minut, w której twoje dziecko staje się bohaterem. Z naszym ekskluzywnym narzędziem to łatwe, darmowe i zabawne!

Stworzyć opowieść

Tematy związane z tą opowieścią:

odwaga empatia sowa rzeka dolina lęk strażnik labirynt

Pobierz tę opowieść:

Pobierz tę opowieść w formacie PDF Pobierz e-booka (.epub)

Otrzymuj nowe opowieści w każdą niedzielę wieczorem!

Otrzymaj 7 ekscytujących i fascynujących opowieści, dostosowanych do wieku i gustów Twojego dziecka, każdej niedzieli o 17:00*. To jest darmowe i gwarantowane bez spamu!
*E-mail wysyłany o 17:00 czasu środkowoeuropejskiego (CET).
Nie lubimy też spamu. Dlatego nie będziemy wysyłać Ci nic poza opowieściami. Będziesz mógł się wypisać, kiedy tylko zechcesz.