Wejście na światełka
W kurtynie jeszcze pachniało trocinami i cukrem, a reflektory mrugały jak wielkie ciekawskie oczy. Hania, jedenaście lat i z głową pełną figlarnych pomysłów, przytuliła do siebie kapelusz — kapelusz z pstrokatą tasiemką i małym, groźnym piórkiem. To był jej szczęśliwy kapelusz. Odnalazła go pod stertą starych rekwizytów, zupełnie przypadkowo, kiedy szukała kawałka czerwonej wstążki.
— No proszę — powiedziała Hania, stawiając kapelusz na głowie. — Jesteś z powrotem. Teraz możemy ćwiczyć.
W namiocie panował gwar: szept sprężyn jednokołowca, donośne przeżuwanie waty cukrowej i ktoś nucił fałszywki melodii z występu. Monocykl, o którym Hania czytała w starych plakatach, stał oparty o skrzynię, a obok niego siedział Tonio, monocyklista — wysoki, skupiony jak kot polujący na mysz, z włosami jak rozczochrana szczotka.
— Masz minutę? — zagadnął Tonio, gdy Hania przetestowała kapelusz, obracając się w miejscu. — Ćwiczymy nowy trik z kokardą.
— Chwila — odparła Hania. — Najpierw muszę poćwiczyć rzut kapeluszem. Gdy rzucę go idealnie, skoczę na twoje piętro... znaczy na siedzenie.
Tonio rozłożył ręce teatralnie. — Um — powiedział. — Wypadniesz z cyrku wprost do gwiazd, jeśli się nie wstrzelisz.
Hania uśmiechnęła się szeroko. Gwiazdy brzmiały jak dobry plan.
Plan i pierwsze próby
W centralnym kręgu rozłożyli linę, kilka podestów i stary stolik, na którym stał zegarek bez wskazówek. Wokół biegały pomocnice z błyszczącymi różkami, podając kostiumy i klaksony.
— Rzut kapeluszem to precyzja, pamiętaj — upominała ich reżyserka, pani Bufetowa, która zawsze miała przy sobie małą książeczkę z listą rzeczy do zrobienia. — Nie wyślizgniesz go byle jak.
Hania wzięła głęboki oddech. Kapelusz był lekki jak chmurka po czymś słodkim. Odrzuciła go w tył, łapiąc go zgrabnie w lewą dłoń, a potem cisnęła. Kapelusz wzbił się w powietrze jak mały ptak, zatoczył półokrąg i... spadł prosto na głowę pana Kłapka, który niósł reklamówkę z marchewkami.
— Ups! — zaśmiała się Hania.
Pan Kłapek spojrzał na nią przez pomarańczowe marchewki i zająknął się: — Idealnie wycelowane... w moje zapasy!
Wszyscy wybuchnęli śmiechem. Hania poprawiła kapelusz i znów ustawiła się do rzutu. Próba numer dwa: kapelusz wylądował na palcu Tonio, który akurat balansował na jednym kole. Tonio zamruczał zaskoczony, ale równowaga go nie opuściła.
— Jesteś jak magnes — skomentował, a Hania poczuła, że lata jej się w uszach.
Ćwiczyli i ćwiczyli. Kapelusz krążył nad głowami, czasami zahaczając o lampy, innym razem lądując na ogonie pluszowego lwa, który tylko udawał groźnego.
Monocykl i mała katastrofa
Tonio postanowił połączyć swoje umiejętności z chwilą Hani. — Zróbmy to razem — zaproponował. — Rzucasz kapelusz, ja przejeżdżam, ty skaczesz, kapelusz ląduje z powrotem na twojej głowie — jak panna młoda odbierająca bukiet.
Hania klasnęła z radości. Ustawili trasę: start przy starym telebimie, skręt wokół stołu z zegarkiem, skok z niskiego podestu i lądowanie na miękkim materacu. Tonio wsiadł na monocykl, spojrzał poważnie, jakby to była jego dziadkowa parada.
— Liczę do trzech — powiedział. — Jeden... dwa... trzy!
Tonio ruszył jak strzała. Hania cisnęła kapelusz wysoko. Wszystko szło świetnie, aż nagle mały pies Cyrkulek wbiegł na parkiet, goniąc własny ogon. Monocykl zrobił elegantkę półobrotu, Tonio zawołał: — Uwaga! — a Hania poleciała w powietrze jak lotna wróżka.
Kapelusz zatoczył łuk i... zamiast wylądować na jej głowie, owinął się wokół klofa lampy i zaczął się turlać ku środkowi, robiąc sinusoidę.
— Pies! — krzyknęła Hania, chwytając powietrze.
W końcu kapelusz spoczął na nosie pluszowego lwa, a Hania wylądowała miękko na materacu, z sercem dudniącym jak bębenek. Publiczność próbna — czyli pomocnicy i kilku stałych bywalców — klasnęła, a Tonio zjechał do niej i podał rękę.
— Nieźle — powiedział. — Ale chyba kapelusz ma dzisiaj własne pomysły.
Hania westchnęła. — Moje też mają własne pomysły.
Kłopoty w kulisach
Gdy wieczór zbliżał się do próby generalnej, kłopoty zaczęły sypać się jak konfetti. Liny się poplątały, klaun zgubił czerwony nos, a wieża z krzeseł przechyliła się dwa razy za dużo. Hania pobiegła do kulis, gdzie szło się jak przez labirynt starych skrzyń i zapomnianych aplauzów.
— Gdzie jest mój kapelusz? — zapytała pani Różyczka, śpiewaczka, która zawsze miała kapelusz jak parasol.
— To mój! — odparł ktoś, i z kulis wyskoczył Chrupek, pomocnik z oczami jak dwie oliwki. — Ktoś go zostawił na podłodze i myślałem, że jest to moja czapka do zupy.
Wszyscy spojrzeli na siebie. Hania zrozumiała: kapelusz nie był zwykłym rekwizytem, miał charakter i zdolność do wędrowania. Postanowiła go odzyskać jak detektyw odzyskujący sekretne bilety.
— Zróbmy to strategicznie — nakazała, rozpoczynając operację poszukiwania. Rozdzielili się: jedni sprawdzali za fortepianem, inni pod baletem kostiumów. Hania przejrzała każdy zakamarek, aż znalazła pasujący ślad — mała plamka brokatu.
Kapelusz siedział na podium magazynu, obok starego megafonu, jakby czytał gazetę. Hania podniosła go delikatnie.
— Aha — wyszeptała. — Ty mi tu nie uciekniesz.
Wielka próba i perfekcyjny rzut
Na scenie zrobiło się jak przed prawdziwym występem: światła przygasły, dźwięki się wypłaszczyły, a każdy oddech brzmiał jak nuta. Tonio czuwał, pies Cyrkulek wsunął się między nogami, a pan Kłapek niósł marchewki jak trofeum.
Hania ustawiła się na linii startu, spojrzała na kapelusz, wzięła trzy oddechy jak zegar i poczuła, że wszystko do niej pasuje: trampolina, echo, oddechy publiczności, ciepło reflektorów. Rzuciła kapelusz wysoko, z takim wyczuciem, że wydawało się, iż czas się zatrzymał.
Tonio przejechał jak równy błysk, Hania skoczyła, zrobiła obrót w powietrzu i wylądowała prosto na materacu. Kapelusz, jakby wrócił do domu, zadomowił się na jej głowie idealnie. Wokół rozległ się okrzyk i brawa — jeszcze przed premierą. Pani Bufetowa uśmiechnęła się szeroko.
— To był rzut! — szepnęła.
Hania wyciągnęła rękę, przytuliła do czoła kapelusz i poczuła, że sens gry to jest właśnie ten moment: myśl, plan, skok i śmiech.
Refren, który zostaje
Po przedstawieniu wszyscy zasiedli w kręgu, jedli watę cukrową i nucili coś, co brzmiało jak piosenka, lecz słowa wszyscy znali na pamięć. Tonio zaczął, a reszta dołączyła: radosny, prosty refren.
— Graj, graj, niech się kręci świat, — zaintonował Tonio.
— Rzuć kapelusz, skocz, zatańcz dwa kółka! — dorzuciła Hania.
— Śmiech to bilet wstępu, serce to kierownik, — dokończyli wszyscy chórem.
Refren wracał jeszcze kilka razy, jak echo w namiocie, i każdy zapamiętał pierwszą linijkę na długo.
Gra j, graj, niech się kręci świat.