Rozdział 1: Mosty, które mają humory
W naszym mieście rzeka nie płynęła po prostu. Ona opowiadała. Szeptała pod filarami, chichotała o świcie i zgrzytała lodem zimą, jakby ostrzyła sobie zęby. Nad nią wisiały mosty — wysokie, stalowe i kamienne — i każdy miał własny charakter. Jeden zawsze skrzypiał, gdy ktoś kłamał. Drugi nie znosił pośpiechu i potrafił „przedłużyć się” o kilka metrów, żeby spóźnialscy spóźnili się jeszcze bardziej. A trzeci, najstarszy, lubił robić psikusy: nagle zsuwał mgłę jak zasłonę i udawał, że wcale go nie ma.
Tomek miał dwanaście lat i nauczył się z tym żyć tak, jak inni uczą się rozkładu jazdy tramwajów. Wychodził z plecakiem, sprawdzał pogodę w telefonie, a potem — dla bezpieczeństwa — zerkał na wodę. Jeśli rzeka wyglądała, jakby mrugała do niego srebrnym okiem, wiedział, że dziś miasto będzie trochę bardziej… sobą.
Tego popołudnia wracał ze szkoły. Na ekranie smartfona migała wiadomość od Kuby, jego najlepszego kumpla przez całe trzy lata:
„Nie idź za mną. I nie udawaj, że nic nie było.”
Tomek zatrzymał się na chodniku. Krawężnik nagle wydał mu się zbyt wysoki, jak mur. Obok przejechał autobus, a w jego szybie zobaczył swoje odbicie: chłopak z potarganymi włosami, w czapce zsuniętej na ucho, z miną, jakby właśnie zgubił coś ważniejszego niż portfel.
„Ale co było?” wyszeptał.
Wiedział. Tylko nie chciał tego dotykać.
Wczoraj na boisku Tomek, chcąc zaimponować starszym, powiedział, że to Kuba boi się skakać z murka przy bulwarze. To była głupia przechwałka, lekka jak papier. Ale papier potrafi ciąć. Kuba usłyszał i nie zaśmiał się. Po prostu odwrócił głowę, jakby ktoś zgasił światło.
Tomek ruszył w stronę rzeki. Most „Pośpiech” — tak go nazywali — prowadził na drugą stronę, do starych kamienic i nowego centrum handlowego, gdzie czarodzieje kupowali kawę na wynos, a wróżki udawały, że są studentkami grafiki.
Na początku mostu stał znak: „Przejście w remoncie”. Tyle że nikt nie remontował. Znak pojawiał się, kiedy most miał zły humor.
— Daj spokój — mruknął Tomek. — Mam do przejścia.
Most zaskrzypiał tak, jakby odpowiedział: „A ja mam do obrażenia.”
Tomek wszedł mimo to. I wtedy zauważył coś jeszcze: po poręczy, tuż przy jego dłoni, sunęło maleńkie światło, jak kropla latarni, która zgubiła się w drodze.
Światło zatrzymało się, zakręciło w miejscu i… przyjęło kształt małego klucza.
Tomek mrugnął.
Klucz nie zniknął. To nie była zmęczona wyobraźnia ani odbicie neonów. To było coś realnego, tylko zrobionego z czegoś, co zwykle nie ma kształtu — z błysku.
— Serio? — zapytał Tomek w pustkę.
Klucz zafalował, jakby kiwnął głową, i poleciał przed niego, w stronę mgły na środku mostu.
Tomek przełknął ślinę. „Iluzja czy rzeczywistość?” — pomyślał. W tej części miasta granica bywała cienka jak folia na kanapce. Nieraz widział rzeczy, które okazywały się reklamą na hologramie albo sprytnym mappingiem na murze. Ale ten klucz… miał w sobie ciepło.
I w tym cieple było coś jak zaproszenie.
Rozdział 2: Korytarz pod wodą
Mgła na moście zgęstniała. Tomek wszedł w nią, a świat wokół przycichł, jakby ktoś ściszył miasto. Tramwaje oddaliły się w szept, syreny stały się bajką, a kroki Tomka brzmiały jak w starym kinie.
Klucz ze światła zawisł przed nim i stuknął o powietrze. Wtedy powietrze… pękło.
Nie jak szkło — bardziej jak bańka mydlana, którą ktoś dotknął palcem. Powstała szczelina, a za nią widać było schody w dół. Schody wyglądały zwyczajnie: betonowe, z żółtą linią bezpieczeństwa, jak w przejściu podziemnym. Tylko że na końcu schodów migotała woda, jakby przejście prowadziło pod rzekę.
— Okej. To na pewno nie jest mural — mruknął Tomek.
Zrobił krok. Potem drugi. Klucz leciał przed nim, trochę jak latarka, która zna drogę lepiej od człowieka.
Schody zeszły pod ziemię, a potem korytarz skręcił. Ściany były mokre, ale nie brudne; lśniły jak łuska ryby. Z sufitu zwisały kabelki z małymi lampkami, które świeciły jak świetliki w słoiku. Ktoś tu zadbał o klimat.
Tomek szedł ostrożnie. Serce miał szybkie, ale głowę — jasną. To nie był sen: czuł ciężar plecaka, chłód betonu, zapach rzeki.
„Jeśli to pułapka,” pomyślał, „to przynajmniej jest dobrze oświetlona.”
Nagle z bocznej niszy wysunęła się postać.
Była niska, może do pasa Tomka, ubrana w odblaskową kamizelkę jak pracownik drogowców. Miała czapkę z daszkiem i… brodę z wodorostów.
— Stój! — powiedziała ochryple. — Kontrola przejścia. Masz bilet?
Tomek cofnął się o pół kroku.
— Jaki bilet? To… to jest przejście?
Stworzonko zmrużyło oczy, jakby oceniał jego buty.
— To jest Korytarz Między-Mostowy. Tu się nie wchodzi bez powodu. Rzeka ma swoje zasady, mosty też. A ty pachniesz kłopotem. — Wąchał powietrze jak pies. — I… wstydem.
Tomek poczuł, jak policzki mu płoną.
— Muszę… znaleźć Kubę. Pokłóciliśmy się. To moja wina.
— Aha! — Stworzonko klasnęło. — Naprawa przyjaźni. To naprawa ważniejsza niż asfalt. Nazywam się Witek, konserwator nastrojów mostów. — Ukłonił się przesadnie, aż wodorostowa broda zafalowała. — A to? — wskazał klucz.
Klucz zawisł przy Tomku, jakby czekał na decyzję.
— On mnie tu przyprowadził — powiedział Tomek.
Witek cmoknął.
— Klucz z błysku. To narzędzie do rozróżniania. Otwiera tylko to, co naprawdę jest. Reszta to sztuczki, reklamy i cudze oczekiwania. — Spojrzał Tomkowi prosto w twarz. — Ale musisz umieć go użyć. Inaczej utkniesz w iluzji jak mucha w miodzie.
— A Kuba? — zapytał Tomek.
Witek wskazał w głąb korytarza.
— Jeśli mosty są kapryśne, to dlatego, że przechowują ludzkie słowa. Wczorajsze słowa często spadają w rzekę. A rzeka… lubi je przetwarzać. Kuba jest tam, gdzie słowa robią się ciężkie.
Tomek zacisnął palce na pasku plecaka.
— To idę.
— Sam? — Witek uniósł brwi.
Tomek zawahał się. Zwykle w takich momentach dorośli mówili: „Nie idź,” „Zadzwoń,” „Poczekaj.” Ale dorośli nie rozumieli mostów, które potrafią się obrażać.
— Sam — powiedział Tomek, zaskoczony własnym głosem. — To moja sprawa.
Witek uśmiechnął się tak, jak uśmiecha się ktoś, kto właśnie zobaczył, że młody człowiek robi pierwszy krok bez trzymania za rękę.
— No to idź. Tylko pamiętaj: klucz świeci mocniej, kiedy jesteś szczery. Z innymi, nawet przed sobą, robi się przygaszony.
Klucz zapulsował.
Tomek ruszył.
Rozdział 3: Reklama, która kłamie
Korytarz skończył się jak nagłe urwanie piosenki. Tomek wyszedł na platformę, która wyglądała jak przystanek metra, tylko zamiast torów była spokojna, ciemna woda. Nad nią unosiły się świetliste linie jak mapy, które ktoś narysował laserem.
Po drugiej stronie wody stał most — ale nie ten, który znał. Most był zrobiony z neonów i szkła, a po jego łukach płynęły kolorowe napisy: „BĄDŹ NAJLEPSZY”, „NIE PRZEPRASZAJ”, „ZASŁUGUJESZ NA WIĘCEJ”.
Tomek poczuł, jak te słowa wchodzą mu do głowy jak reklama zbyt głośna w telefonie.
— Wystarczy, że przejdziesz — odezwał się głos, miękki jak koc. — Tam wszystko będzie proste.
Na moście stał ktoś w bluzie z kapturem. Twarz miał rozmazaną, jakby była zrobiona z pikseli.
— Kim jesteś? — zapytał Tomek.
— Jestem tym, co najłatwiejsze — odpowiedział głos. — Po co się męczyć? Kuba i tak przesadza. Powiedz, że to był żart. Albo że to on źle zrozumiał. Ludzie lubią proste wytłumaczenia. Ty też.
Klucz ze światła zadrżał. Tomek spojrzał na niego i zobaczył, że przygasł.
„Bo to nie jest szczere,” pomyślał.
Zrobił krok w stronę neonowego mostu. Napisy rozbłysły mocniej.
— Zobacz — mówił głos. — Tu nie ma wstydu. Tu jesteś bohaterem bez przeprosin.
Tomek poczuł ukłucie ulgi. To była ulga jak słodki napój: natychmiastowa, ale potem zostawia lepki posmak. Już prawie wszedł na most, gdy zauważył coś w wodzie.
W odbiciu neonów pływały ciężkie, czarne litery. Układały się w zdanie, które pamiętał z boiska: „Kuba się boi.”
Litery były jak kamienie. Rzeka je nosiła.
Tomek poczuł, jak w brzuchu robi mu się zimno.
— To nie było śmieszne — powiedział głośno, bardziej do siebie niż do głosu. — To było… podłe.
Klucz zapłonął jaśniej, jakby ktoś podkręcił jego jasność.
Pikselowa postać na moście poruszyła się niespokojnie.
— Nie musisz tego nazywać — szepnął głos. — Nazwy bolą.
— Ale prawda też leczy — powiedział Tomek, zaskoczony, że to brzmi jak coś z książki, a jednak jest prawdziwe.
Podniósł klucz. Ten dotknął powietrza, jak wtedy na moście, tylko teraz pęknięcie pojawiło się na neonowej konstrukcji.
Neonowy most zadrżał, a potem — jak źle działający ekran — zaczął migać. Napisy posypały się jak konfetti, tylko że ostre. Pikselowa postać zasyczała, zrobiła się cieńsza, aż w końcu zniknęła.
Zamiast neonowego mostu pojawiła się zwyczajna kładka serwisowa, metalowa, trochę zardzewiała, z tabliczką „Tylko dla upoważnionych”. I nagle wszystko przestało być kuszące. Zostało realne.
— No dobra — mruknął Tomek. — To teraz trudna wersja.
Przeszedł kładką. Metal pod stopami brzmiał uczciwie.
Po drugiej stronie zobaczył drzwi z napisem „MAGAZYN SŁÓW ZGUBIONYCH”. Ktoś dorysował pod spodem markerem: „Nie dotykać, bo gryzie”.
Klucz podskoczył i wpadł w zamek, choć Tomek nie widział żadnej dziurki. Drzwi otworzyły się z westchnieniem.
W środku było cicho jak w bibliotece, ale nie pachniało papierem. Pachniało rozmowami: kakao i żalem, gumą balonową i zazdrością, deszczem i tajemnicą.
A gdzieś w tym zapachu był Kuba.
Rozdział 4: Magazyn, w którym słowa mają wagę
Magazyn wyglądał jak ogromna hala z regałami aż pod sufit. Na półkach stały słoiki, pudełka i metalowe skrzynki. W każdym z nich coś się poruszało: czasem jak dym, czasem jak pióra, czasem jak małe rybki ze znaków interpunkcyjnych.
Tomek przeszedł między regałami. Na jednym słoiku była etykieta: „KOMPLEMENTY — OSTROŻNIE, UZALEŻNIAJĄ”. Na innym: „OBIETNICE — NIE OTWIERAĆ PO TERMINIE”. W skrzynce z napisem „KŁÓTNIE RODZINNE” coś stukało, jakby chciało się wydostać.
— Tomek? — usłyszał cichy głos.
Odwrócił się.
Kuba siedział na podłodze między regałami, oparty o skrzynkę „NIEWYPOWIEDZIANE”. Miał czerwone oczy, jakby długo patrzył w wiatr. Obok niego leżał jego plecak, a z kieszeni wystawał bilet tramwajowy, pognieciony jak cierpliwość.
— Kuba… — Tomek poczuł, że słowa w gardle robią się ciężkie. Jak te litery w rzece.
Kuba spojrzał na niego bez uśmiechu.
— Śledzisz mnie?
— Nie. Znaczy… tak. Ale nie dlatego, że… — Tomek splątał się. — Dostałem twoją wiadomość. I… chciałem to naprawić.
Kuba prychnął.
— Naprawić? Jak ekran w telefonie? Przykleisz folię i udasz, że pęknięcia nie ma?
Tomek zrobił krok bliżej.
— Nie chcę udawać.
Kuba wstał. Był trochę wyższy od Tomka, zawsze był, i teraz wyglądał jak ktoś, kto stara się być twardy, choć w środku jest mokry jak deszcz.
— Wszyscy słyszeli — powiedział Kuba. — Nawet Maks. A on tylko czeka, żeby się śmiać. Ty… byłeś moim kumplem.
Tomek poczuł, że klucz w jego dłoni drży. Nie świecił mocno ani słabo. Po prostu czekał.
— Byłem. Jestem. Tylko… zawaliłem — powiedział Tomek. Słowo „zawaliłem” było jak przyznanie się do przegranej, ale też jak otwarcie okna. — Chciałem, żeby starsi mnie zauważyli. I zrobiłem z ciebie… żart. To było tchórzliwe.
Kuba zacisnął szczękę.
— A teraz co? Powiesz „sorry” i mam zapomnieć?
Tomek poczuł, jak w nim walczą dwa głosy. Jeden szeptał: „Powiedz cokolwiek, byle szybko.” Drugi: „Powiedz prawdę, nawet jeśli będzie bolała.”
Wybrał drugi.
— Nie chcę, żebyś zapomniał — powiedział Tomek. — Chcę, żebyś wiedział, że rozumiem, co zrobiłem. I że jeśli nie będziesz chciał… to okej. Ale ja i tak chcę spróbować być lepszy. Sam. Bez publiczności.
Kuba milczał. W magazynie coś zaszeleściło, jakby półki słuchały.
— Widzisz? — Kuba wskazał na skrzynkę „NIEWYPOWIEDZIANE”. — Tu wszystko trafia. Tak jak twoje słowa. One teraz ważą. Czujesz?
Tomek przytaknął.
— Czuję. I nie chcę ich już rzucać jak kamieni.
Klucz zaświecił mocniej, rozlewając miękkie światło po ich twarzach. W tym świetle Kuba wyglądał mniej jak wściekłość, a bardziej jak ktoś, kto został zraniony.
— To co mam zrobić? — zapytał Tomek cicho. — Powiedz mi. Ja… ja sam tego nie ogarnę idealnie, ale mogę próbować.
Kuba parsknął, tym razem krótko i bez złośliwości.
— Ty nigdy nic nie ogarniasz idealnie.
— Dzięki — mruknął Tomek.
Kuba spojrzał na klucz.
— Co to jest?
— Coś, co pokazuje, co jest prawdziwe — odpowiedział Tomek. — I że nie da się naprawić przyjaźni ściemą.
Kuba odetchnął. Potem zrobił coś zaskakującego: podszedł do skrzynki „NIEWYPOWIEDZIANE” i położył na niej dłoń.
— Ja też coś zawaliłem — powiedział, bardzo cicho. — Bo… udawałem, że mi nie zależy. A zależy. Tylko nie chciałem wyjść na mięczaka.
Tomek spojrzał na niego.
— To nie jest bycie mięczakiem.
— Wiem — mruknął Kuba. — Ale wczoraj nie wiedziałem.
Klucz zapulsował, jakby przyjął tę odpowiedź.
Nagle magazyn zadrżał. Z półek posypał się kurz zrobiony z liter. Gdzieś w oddali rozległ się dźwięk, jak otwieranie ogromnej kłódki.
— Oho — powiedział ktoś z góry.
Na górnej kładce między regałami stał Witek, konserwator mostów, i machał do nich.
— Naprawa w toku! Ale teraz najważniejsze: wyjść, zanim magazyn zacznie sprzątać. On nie lubi świadków.
— Sprzątać? — Tomek podniósł brwi.
— Oddzielać prawdę od reszty — odkrzyknął Witek. — A reszta jest… lepka.
Jak na zawołanie z najbliższej skrzynki wylała się czarna masa, która wyglądała jak cień zmieszany z atramentem.
— To co? — zapytał Tomek. — Uciekamy?
Kuba spojrzał na niego, wciąż ostrożnie, ale już bez muru w oczach.
— Razem — powiedział.
I to jedno słowo było lżejsze niż wszystkie ciężkie litery w rzece.
Rozdział 5: Pościg przez miasto z dwóch warstw
Uciekali korytarzami między regałami, a za nimi sunęła lepka masa. Nie biegła jak potwór z filmu. Ona raczej pełzła jak wyrzut sumienia: powoli, ale uparcie, znajdując każdą szczelinę.
— Szybciej! — krzyknął Witek z kładki. — Do wyjścia serwisowego! Tylko uważajcie na iluzje, bo magazyn lubi robić skróty, które nie istnieją!
— Super, czyli klasycznie — sapnął Kuba.
Klucz w dłoni Tomka świecił jak mała latarnia. Kiedy mijali drzwi z napisem „WYJŚCIE”, które wyglądały zachęcająco, klucz nagle przygasł.
— To nie to — powiedział Tomek. — To ściema.
— Skąd wiesz? — Kuba spojrzał na niego, zdyszany.
— Klucz — Tomek potrząsnął dłonią. — Jak świeci, to prawda. Jak gaśnie, to… ładne kłamstwo.
— Przydatne — mruknął Kuba. — Szkoda, że nie ma wersji na sprawdziany.
Witek zniknął z kładki i pojawił się niżej, jakby zjechał po niewidzialnej zjeżdżalni.
— Tu! — zawołał, wskazując drzwi małe, brzydkie, bez szyldu. Wyglądały jak wejście do składziku na miotły.
Klucz rozbłysnął.
Tomek pchnął drzwi, a za nimi… było miasto. Tylko nie takie, jakie znali.
Wyszli na nocny bulwar, ale lampy uliczne miały wokół siebie aureole jak małe księżyce. Reklamy na billboardach nie krzyczały, tylko śpiewały cicho, jakby ktoś je nauczył grzeczności. A rzeka płynęła obok, ogromna i czarna, z błyskami jak rybie łuski.
Nad nimi wisiał most — ten kapryśny — i wyglądał, jakby się zastanawiał, czy ich przepuścić.
Za plecami Tomka drzwi trzasnęły, a z szpary wysunęła się czarna masa, już węższa, jakby w świecie na zewnątrz traciła siłę.
— Ona nie może wyjść daleko — powiedział Witek, otrzepując kamizelkę. — Ale może wam popsuć drogę, jeśli będziecie udawać. Mosty to czują.
Kuba spojrzał na Tomka.
— Czyli… żadnych tekstów typu „nic się nie stało”?
— Żadnych — odpowiedział Tomek.
Ruszyli w stronę mostu. Deski chodnika były mokre, a wiatr przynosił zapach pieczonych kasztanów z budki, której Tomek nie pamiętał. Może była tu zawsze, tylko dziś świat miał ostrzejsze kontury.
Na wejściu na most stała latarnia, a obok niej — mała tabliczka: „MOST WYBACZEŃ. TYLKO DLA ODWAŻNYCH.”
— To nowa? — zapytał Kuba.
Witek parsknął.
— Mosty zmieniają nazwy, kiedy ludzie zmieniają serca. Nie bierzcie tego zbyt dosłownie. Ale też… nie ignorujcie.
Weszli na most. Deski zaskrzypiały. Z mgły wynurzyły się sylwetki przechodniów: ktoś z torbą na zakupy, ktoś na hulajnodze, ktoś z psem. Wyglądali normalnie, tylko ich twarze były jak z wody: nie do końca wyraźne.
— To ludzie? — szepnął Tomek.
— To wspomnienia przejść — odparł Witek. — Echo miasta. Iluzja, ale nie zła. Po prostu… odbicie.
Klucz świecił spokojnie, jakby mówił: „Nie panikuj, tylko patrz.”
Na środku mostu mgła zgęstniała i ułożyła się w kształt ogromnego słowa: „DUMA”. Słowo wisiało przed nimi jak brama.
— To twoje — mruknął Kuba do Tomka.
— Wiem — powiedział Tomek. — Ale twoje też tu jest.
Za „DUMĄ” pojawiło się drugie słowo, mniejsze: „MILCZENIE”.
Stali tak przez chwilę, a miasto wokół brzmiało jak oddech.
— Co robimy? — zapytał Kuba.
Tomek uniósł klucz. Światło dotknęło „DUMY”. Litery zadrżały.
— Nie chcę już być taki — powiedział Tomek głośno. — Nie kosztem ciebie.
„DUMA” pękła jak skorupka i opadła w dół w postaci drobnych liter, które wpadły do rzeki i natychmiast stały się lekkie.
Kuba zrobił krok do przodu. Spojrzał na „MILCZENIE”.
— A ja… — zaczął i przełknął ślinę. — Ja nie chcę udawać, że mnie nie obchodzi. Bo obchodzi. I to bardzo.
„MILCZENIE” rozpuściło się jak para.
Most przestał skrzypieć. Jakby zadowolony, pozwolił im przejść.
Witek skinął głową.
— No i proszę. Autonomicznie. Bez żadnych dorosłych kazań.
— Ty jesteś dorosły? — zapytał Kuba podejrzliwie.
Witek oburzył się.
— Jestem konserwatorem. To stan umysłu.
Tomek uśmiechnął się pierwszy raz tego dnia, tak naprawdę.
Rozdział 6: Rozmowa, która zostaje
Na drugim końcu mostu mgła rozrzedziła się, a miasto wróciło do swojej zwykłej wersji: trochę hałaśliwej, trochę kolorowej, z normalnymi latarniami i billboardami, które znów zaczęły krzyczeć.
Klucz w dłoni Tomka stał się mniejszy, jakby jego praca dobiegała końca.
Witek zatrzymał się przy barierce i spojrzał na rzekę.
— No. Tu się rozchodzimy — powiedział.
— Tak po prostu? — Tomek poczuł nagły żal. Witek był dziwny, ale w dobry sposób. Jak parasol, który pojawia się, kiedy zaczyna padać.
— Magia nie lubi, jak się ją trzyma na smyczy — odparł Witek. — Poza tym, to wasza przyjaźń, nie moja.
Kuba wsadził ręce do kieszeni.
— A ten klucz? — zapytał.
Klucz z błysku podskoczył z dłoni Tomka i zawisł między nimi. Przez sekundę świecił jasno jak gwiazda, a potem rozpadł się na drobne iskry, które wsiąkły w powietrze.
Tomek poczuł ciepło w klatce piersiowej, jakby ktoś zapalił małą lampkę pod żebrami.
— Czyli… teraz my musimy rozróżniać sami — powiedział.
— Dokładnie — mruknął Witek. — Iluzje będą. Zawsze. Ale prawda ma ten plus, że da się na niej stanąć.
Witek zsunął czapkę na oczy i… po prostu odszedł. Nie zniknął w dymie. Nie zamienił się w kruka. Poszedł chodnikiem jak zwykły pracownik w odblaskowej kamizelce, aż zlał się z nocą.
Tomek i Kuba stali chwilę w ciszy. Ta cisza była inna niż wczoraj. Nie była karą. Była miejscem na słowa.
— Tomek — odezwał się Kuba. — Ja… nie obiecuję, że jutro będzie normalnie. Nadal jestem wkurzony. Trochę.
— Masz prawo — powiedział Tomek. — Ja też bym był.
Kuba popatrzył na niego.
— Ale… dzięki, że przyszedłeś. Że nie uciekłeś w te neonowe bzdury.
Tomek wzruszył ramionami, choć poczuł, jak robi mu się gorąco.
— Sam bym się w to wkręcił, gdybym nie… no, nie zobaczył tych liter w wodzie. — Zawahał się. — Kuba, ja nie chcę już robić rzeczy tylko po to, żeby ktoś się śmiał. Chcę umieć powiedzieć „nie”, nawet jak to głupio wygląda.
Kuba kiwnął głową powoli.
— To… może jutro pogadamy z Maksem? — zaproponował. — Nie żeby się bić. Tylko… żeby ustawić, że to nie temat do śmiechu.
Tomek poczuł, że to brzmi strasznie, ale też uczciwie.
— Okej — powiedział. — Zrobimy to. Razem.
Ruszyli w stronę przystanku. Rzeka obok szumiała spokojnie, jakby była zadowolona, że dziś zamiast ciężkich słów dostała coś lżejszego: decyzję.
Kiedy czekali na tramwaj, Tomek zobaczył w szybie swoje odbicie. Wyglądał prawie tak samo jak wcześniej: ta sama czapka, ten sam plecak. Tylko w oczach miał coś nowego — nie pewność, nie pychę, ale cichą gotowość, żeby samemu wybierać, co jest prawdziwe.
Tramwaj nadjechał, drzwi syknęły.
— Ej — powiedział Kuba, gdy wchodzili. — Jak ten most się nazywał? Wybaczeń?
— Może — odparł Tomek. — A może Most „Spróbuj Jeszcze Raz”.
Kuba prychnął.
— Brzmi jak gra, w którą zawsze przegrywasz.
— Ale gram dalej — powiedział Tomek.
Usiedli obok siebie. Za oknem mosty migały w ciemności — kapryśne, stare i nowe — a miasto płynęło do przodu jak rzeka, w której czasem odbija się prawda, jeśli tylko ma się odwagę spojrzeć.