Trwa ładowanie...
Fantastyka miejska 11-12 lat Czytanie 19 min.

Kroplix i Basia: tajemnica portalu pod studzienką

Kroplix, chochlik z rynien, wraz z Basią stają na straży podziemnego portalu, by powstrzymać fałszywy „Cukrowy Deszcz” i nauczyć miasto słuchać prawdziwego, życzliwego deszczu.

Pobierz tę opowieść w formacie PDF

Idealne do dzielenia się lub drukowania tej opowieści!

Pobierz e-booka (.epub)

Przeczytaj tę opowieść na swoim czytniku e-booków.

Kroplix — mały chochlik z miedzi, figlarny lecz skupiony, oczy jak dwie błyszczące krople rtęci; ciało z falistej blachy i sklejonych blaszanych płatów tworzących pelerynę; kuca na krawędzi włazu kanalizacyjnego, jedna dłoń porośnięta mchem na żeliwnej pokrywie, gotowy do ochrony. Basia — nastolatka w krótkiej dżinsowej kurtce, zdeterminowana i ciekawa, niechlujny kucyk; trzyma plastikową torbę z butelkami, kuca obok włazu i delikatnie uderza w butelkę, wydając dźwięk. Cukrowy Deszcz (Strona-Parasol) — wtórna postać groźna lecz krucha, sylwetka z błyszczącej czarnej folii o lepkich brzegach, zwisające przezroczyste lepkawe krople; cofa się przy świetlistym progu podziemnego wejścia, waha się. Miejsce — chodnik nocnej ulicy: mokra brukowana nawierzchnia, ławka, żółte światło latarni, wyblakłe plakaty na słupie, fakturowana żeliwna pokrywa włazu w centrum, niebiesko-zielone odbicia i miedziane refleksy przy krawędzi rynny. Sytuacja główna — łagodnie napięta konfrontacja: chochlik strzeże włazu, dziewczyna tworzy sygnał dźwiękowy butelkami; parasolowa postać cofa się ku świetlistemu przejściu; atmosfera między niepokojem a nadzieją, kontrastowe kolory (głębokie błękity, ciepła miedź, akcenty zieleni i żółci). zgłoś problem z tym obrazem

Rozdział 1: Strażnik w rynnie

Wielkie miasto miało swoje zwyczaje: tramwaje dzwoniły jak metalowe dzięcioły, kioski pachniały gazetą i gumą do żucia, a na murach wisiały plakaty z krzywymi uśmiechami gwiazd. Były lata siedemdziesiąte — wszystko miało kolor lekko przykurzony, jakby świat ktoś delikatnie oprószył popiołem z papierosów.

A jednak pod tą warstwą codzienności miasto świeciło. Nie neonami, tylko czymś spokojniejszym: szeptem ukrytej wody.

Ja, Kroplix, nie byłem człowiekiem. Byłem chochlikiem z rynien i rur spustowych, ulepionym z miedzi, wilgoci i odrobiny miejskiej piosenki. Miałem palce cienkie jak druciki, oczy jak dwie krople rtęci i płaszcz uszyty z liści, które utknęły kiedyś w kratce ściekowej. Zwykle siedziałem wysoko, pod krawędzią dachu kamienicy przy ruchliwej ulicy, gdzie autobus warczał jak stary niedźwiedź, i pilnowałem mojego zadania.

Portalu.

Nie wyglądał jak brama z legend. To była niepozorna szczelina pod żeliwną pokrywą studzienki, tuż obok przystanku. Ludzie deptali po niej codziennie: pani z siatkami, chłopak z radiem pod pachą, listonosz z czapką przekrzywioną jak znak zapytania. Nikt nie zauważał, że czasem, gdy padało, spod pokrywy unosiła się para o zapachu mokrego kamienia i… czegoś starszego.

Portal prowadził do ukrytych cystern — ogromnych zbiorników z czasów, gdy miasto uczyło się przechowywać deszcz jak skarb. Cysterny były tak głębokie, że echo potrafiło się tam zgubić i wrócić dopiero następnego dnia.

Ja organizowałem nadzór. Brzmi poważnie, ale w praktyce oznaczało to: liczyć krople, słuchać rur, rozmawiać z wiatrem i czasem przeganiać ciekawskie szczury, które miały zbyt wielkie ambicje.

Najważniejsze było jedno: uczynić deszcz życzliwym.

Bo deszcz bywał różny. Czasem padał jak złość: bębnił o parapety, zalewał przejścia podziemne, wpychał ludziom zimno pod kołnierze. A czasem… czasem potrafił być jak ręka na czole — chłodna, ale dobra. Taki deszcz chciałem sprowadzać.

Tamtego wieczoru miasto pachniało rozgrzanym asfaltem, chociaż słońce już zgasło. Z rynny spłynęła pojedyncza kropla, zatrzymała się na moim paznokciu i zadrżała.

— Za suchy dzień — mruknąłem do niej.

Kropla odpowiedziała tylko błyskiem. Wtedy usłyszałem coś, czego nie lubi żaden strażnik: cienkie, fałszywe brzęczenie pod pokrywą studzienki. Jakby ktoś pocierał szkło o szkło.

Portal się budził. A kiedy portal budzi się bez zaproszenia, znaczy to, że ktoś próbuje przejść.

Rozdział 2: Pokrywa, która udaje zwyczajną

Zsunąłem się po rynnie w dół. Miedź była chłodna i śliska, ale znałem ją jak własne myśli. Wylądowałem za słupem ogłoszeniowym, gdzie wisiała kartka: „Zaginął papużek. Nagroda”. Papier falował w przeciągu jak skrzydło.

Pokrywa studzienki wyglądała dokładnie tak, jak powinna: ciężka, okrągła, z wzorem kratki. Nikt by nie pomyślał, że pod nią drzemie przejście do podziemnego świata.

Przykucnąłem i przyłożyłem ucho. Z dołu płynął zapach mokrego żelaza i starej wody. I jeszcze jeden aromat, obcy: słodkawy, jak przypalone cukierki. To nie był zapach deszczu. To był zapach… sztuczności.

— Kto tam? — syknąłem w szczelinę. — Jeśli to znowu ty, Panie Karpie z Kanału, to mówię od razu: nie ma dziś żadnych okruszków.

Z dołu dobiegł chichot, cienki jak nitka. Potem głos, który próbował brzmieć grzecznie, ale nie umiał:

— Otwórz. Tylko na chwilę. Chcę się przewietrzyć.

— Cysterny nie są sanatorium — odparłem. — A portal nie jest drzwiami od kuchni.

Zaszeleściło. Coś przesunęło się po kamieniach. I wtedy szczelina pod pokrywą rozjarzyła się na zielonkawo, jakby ktoś zapalił pod ziemią świetlówkę.

Nie byłem sam. Z bocznej uliczki wyszła dziewczyna w kurtce dżinsowej, z włosami związanymi w niedbały kucyk. Niosła siatkę z butelkami do skupu i pogwizdywała melodię, która mogła być przebojem, ale brzmiała jak zaklęcie.

Zatrzymała się, spojrzała na pokrywę, potem na mnie. Normalnie ludzie mnie nie widzieli — byłem dla nich tylko drgnieniem powietrza. Ale ona zmrużyła oczy, jakby patrzyła przez szybę zaparowaną od środka.

— Ty jesteś… z rynny? — zapytała.

— Jestem z obowiązku — odburknąłem. — Idź sobie, zanim deszcz postanowi cię polubić aż za bardzo.

Uśmiechnęła się krzywo.

— Deszcz mnie nigdy nie lubił. Zawsze pada, jak mam wracać ze skupu.

To była odpowiedź tak zwyczajna, że aż magiczna. Tylko ktoś, kto potrafi mówić z miastem bez udawania, mógł ją wypowiedzieć.

— Jak się nazywasz, człowie… — zacząłem, ale ugryzłem się w język. Przecież miałem nie rozmawiać z przechodniami.

— Basia — powiedziała. — A ty?

Westchnąłem.

— Kroplix. Strażnik portalu. I mam dziś problem.

Basia przykucnęła obok pokrywy, jakby to była ławka w parku.

— Słyszę to brzęczenie. Jak mój magnetofon, kiedy taśma się zacina.

Z dołu znów dobiegł chichot.

— Otwórzcie, otwórzcie… — szeptał głos. — Przyniosę wam deszcz. Taki, co zawsze smakuje jak cukier.

Basia przechyliła głowę.

— Deszcz o smaku cukru? Brzmi fajnie.

— Brzmi jak kłopot — odpowiedziałem. — Prawdziwy deszcz nie musi być słodki. Ma być życzliwy. To różnica.

I wtedy poczułem, że decyzja, którą zwykle podejmowałem sam, dziś będzie musiała być podjęta… z kimś. A to było nowe. I trochę straszne.

Rozdział 3: Schody do cystern i mapa z mokrych śladów

Nie lubiłem wpuszczać ludzi do cystern. Ludzie mają tendencję do dotykania wszystkiego i zadawania pytań w złych momentach. Ale Basia nie pchała rąk w szczeliny. Czekała, aż powiem.

— Jeśli zejdziesz, nie dotykasz ścian — ostrzegłem. — One pamiętają. I lubią się odwdzięczać wspomnieniami.

— Jasne — mruknęła. — Nie dotykać, nie gapić się, nie oddychać?

— Oddychać możesz. Byle spokojnie.

Podważyłem pokrywę cienkim metalowym kluczem, który nosiłem w rękawie z liści. Pokrywa ustąpiła bez jęku, jakby sama chciała, by ją podnieść. Pod nią było ciemno, ale ciemność miała fakturę: była wilgotna i chłodna, jak wnętrze muszli.

Zeszliśmy. Basia ostrożnie stawiała stopy na metalowych stopniach drabinki. Gdzieś w górze słychać było miasto — odległe, przytłumione, jak radio grające u sąsiada.

W cysternach powietrze było gęstsze. Woda spała w ogromnych zbiornikach, a po powierzchni pływały małe światełka — nie lampy, tylko świetliki wodne, które żywiły się echo.

Portal nie był tu już szczeliną. Był drzwiami z mgły, stojącymi w korytarzu między dwiema komorami. Drzwi szeleściły, jakby ktoś przewracał stronice książki.

Przed drzwiami stała postać, która nie miała prawa istnieć: była jak parasol zrobiony z cienia. Rączkę miała cienką, a płótno — z czarnej folii, tej od pakowania kanapek, tylko że falowało jak żywe.

— O, strażnik przyniósł gościa — zaszemrał Parasolo-Cień. — Dobrze, dobrze. Lubię publiczność.

Basia szepnęła:

— To… jest parasol?

— To jest coś, co udaje parasol — odpowiedziałem. — I próbuje udawać deszcz.

Parasolo-Cień ukłonił się przesadnie.

— Nazywaj mnie Cukrowym Deszczem. Przyniosę wam pogodę, przy której wszyscy będą się śmiać. Krople będą słodkie, ludzie będą tańczyć, a miasto… miasto będzie lepkie i posłuszne.

— Po co ci posłuszne miasto? — spytała Basia.

Cień zafalował.

— Bo posłuszeństwo jest wygodne. A ja lubię, gdy wszystko spływa tam, gdzie ja chcę.

Woda w cysternie poruszyła się niespokojnie. Świetliki wodne przygasły.

Poczułem w środku ciężar. Moje zadanie było proste: pilnować portalu. Ale tu nie chodziło tylko o portal. Chodziło o deszcz, o ludzi, o miasto.

— Nie dostaniesz go — powiedziałem.

— W takim razie — zaszeptał Cukrowy Deszcz — zabiorę wam wasz.

I rozpostarł swoje foliowe płótno. Z jego krawędzi zaczęły kapać krople. Nie były wodą. Były czymś lepko-przezroczystym, co spadało na kamienie i zostawiało błyszczące plamy.

Basia cofnęła się.

— Fuj.

— Widzisz? — syknąłem. — To nie jest życzliwe. To jest pułapka.

Basia spojrzała na mnie poważnie.

— To co robimy?

To było pytanie o autonomię, choć ona pewnie nie użyłaby takiego słowa. „Co robimy?” — nie „co ty zrobisz?”. Nagle nie byłem tylko strażnikiem. Byłem kimś, kto może podjąć decyzję razem z kimś innym, ale nie za niego.

— Najpierw — powiedziałem — musimy znaleźć Zawór Słuchu. Bez niego cysterny nie odróżnią prawdziwego deszczu od fałszywego.

Basia uniosła siatkę z butelkami.

— A ja mam coś, co lubi dźwięk. Szkło.

Rozdział 4: Zawór Słuchu i koncert butelek

Biegliśmy korytarzem, a nasze kroki odbijały się echem, które brzmiało jak ktoś, kto biegnie obok, ale jest o pół sekundy spóźniony. Z tyłu szeleścił Cukrowy Deszcz. Nie pędził. On się wylewał.

Zawór Słuchu był stary jak pierwsza studzienka. Znajdował się w komorze z cegły, gdzie na ścianie wisiała tabliczka „UWAGA” — już prawie nieczytelna. Zawór wyglądał jak wielkie ucho z metalu: muszla, w której zbierały się drgania miasta.

Kiedyś wystarczało, że go przekręcę i poproszę wodę o cierpliwość. Ale teraz ucho było zaklejone lepkimi kroplami, które dotarły tu szybciej, niż powinny.

— On nas wyprzedza — mruknąłem.

Basia stanęła przede mną.

— To niech usłyszy coś innego.

Wyciągnęła z siatki trzy butelki. Jedna po oranżadzie, jedna po mleku, jedna po czymś, co pachniało ogórkami. Ustawiła je na mokrej posadzce jak instrumenty.

— Co ty robisz? — zapytałem, choć już się domyślałem.

— Mój tata mówi, że miasto ma rytm. Jak umiesz wystukać odpowiedni, to tramwaj przyjedzie szybciej — powiedziała i stuknęła palcem w butelkę po oranżadzie. Odezwał się dźwięk jasny, wysoki.

Potem uderzyła w butelkę po mleku — brzmiała głęboko, jak bęben. Na końcu w ogórkową — chropowato, śmiesznie, jak kichnięcie.

— To nie jest muzyka — szepnąłem.

— To jest sygnał — poprawiła. — Dla ucha.

I zaczęła grać. Prosto, ale pewnie. Trzy dźwięki, powtarzane w rytmie kroków, które słyszałem dziś na ulicy: stuk, stuk, przerwa, stuk. Jak przechodnie na pasach. Jak monety w automacie telefonicznym. Jak życie.

Metalowe ucho na ścianie zadrżało. Lepkie krople na nim zaczęły drżeć i pękać, jakby dźwięk był dla nich zbyt prawdziwy.

— Jeszcze! — syknąłem i wsunąłem swoje miedziane palce pod zawór. Był zimny, ale żywy.

Basia przyspieszyła rytm. Jej twarz była skupiona, ale w oczach miała ten błysk: „Sama to robię”. Nie czekała, aż ktoś ją uratuje. To ona wybierała, co zrobić z tym, co miała pod ręką.

Przekręciłem zawór. Ucho otworzyło się na miasto.

Nagle usłyszałem wszystko naraz: tramwaje, szum drzew w parku, kroki nocnego strażnika, śmiech w klatce schodowej, radio grające cicho „niech pada, niech pada”. A wśród tego — prawdziwy deszcz, który jeszcze nie spadł, ale już był w powietrzu, jak obietnica.

Cukrowy Deszcz dotarł do wejścia komory. Jego foliowe płótno błyszczało lepkim światłem.

— Ha! — zaszeptał. — Myślicie, że dźwięk mnie zatrzyma?

— Nie dźwięk — odpowiedziałem. — Słuch.

Zawór Słuchu zassał fałszywe krople jak odkurzacz, ale delikatny: nie ranił wody, tylko oddzielał ją od oszustwa. Lepkość zaczęła znikać, spływać w szczelinę, której wcześniej nie było.

Cukrowy Deszcz zafalował nerwowo.

— To nie fair.

Basia parsknęła.

— Życie nie jest z cukru.

A ja poczułem, że pora na ostatnią rzecz: sprawić, by prawdziwy deszcz był życzliwy, nie tylko „prawdziwy”. To była praca, której nie dało się zrobić samym zaworem. Trzeba było rozmowy.

Rozdział 5: Negocjacje z chmurą, której nikt nie widzi

Wróciliśmy do głównej komory cystern. Portal wciąż stał — drzwi z mgły — ale teraz nie świecił zielono. Świetliki wodne znów tańczyły, jakby odetchnęły.

Cukrowy Deszcz był słabszy. Skurczył się, jak parasol, który ktoś zostawił na słońcu. Ale wciąż syczał:

— I co teraz? Zamkniesz mnie na zawsze?

Spojrzałem na niego. Był oszustem, ale był też częścią miejskiej magii: powstał z ludzkich pragnień, żeby wszystko było łatwiejsze, słodsze, bardziej „natychmiast”.

— Nie zamknę cię na zawsze — powiedziałem ostrożnie. — Ale nie będziesz rządził deszczem.

— To gdzie mam pójść? — warknął.

Basia wzruszyła ramionami.

— Może… do cukierni?

Cień spojrzał na nią, jakby nie wiedział, czy to żart, czy wyrok.

— Do miejsc, gdzie słodycz jest wyborem — dodałem. — Nie pułapką. Tam twoje krople nikogo nie skrzywdzą.

Portal zaszeleścił, jakby zgadzał się z tą myślą. Drzwi z mgły uchyliły się odrobinę, pokazując błysk: uliczkę, w której pachniało wanilią i drożdżami. Może to była prawdziwa cukiernia, a może tylko jej idea.

Cukrowy Deszcz zawahał się.

— A jeśli nie pójdę?

Wtedy z cysterny podniósł się szum. Woda nie krzyczała, ale brzmiała stanowczo. To nie była siła, która miażdży. To była siła, która mówi: „Tu są zasady”.

Cień złożył się w siebie jak parasol zamykany po burzy i wślizgnął się przez drzwi z mgły. Portal zadrżał i znów stał się tylko lekko jaśniejszym powietrzem.

Basia otarła dłonie o kurtkę.

— Uff. To teraz deszcz?

— Teraz trzeba z nim pogadać — odpowiedziałem.

— Z deszczem?

— Z tym, co go niesie. Z chmurą, której nikt nie widzi.

Chmury nad miastem bywały jak pociągi: jechały swoimi trasami. Ale te, które karmiły cysterny, słuchały podziemi. Gdy zawór był otwarty, można było wysłać do nich wiadomość przez rurę, która brzmiała jak flet.

Podszedłem do rury i przyłożyłem do niej usta. Basia stanęła obok, jak ktoś, kto nie chce, by rozmówca czuł się samotny.

— Deszczu — szepnąłem. — Słyszysz mnie?

Z góry odpowiedziało ciche mruknięcie, dalekie jak grzmot, który dopiero się zastanawia, czy warto.

— Nie chcemy, żebyś bił ludzi po głowach — mówiłem dalej. — Nie chcemy, żebyś zalewał piwnice i sklepy. Chcemy, żebyś umiał przejść przez miasto jak gość, który wyciera buty.

Basia dodała:

— I żebyś nie padał zawsze na mnie, jak wracam ze skupu. Może czasem na tych, co palą pod daszkiem i myślą, że są sprytni.

Mruknięcie z góry zamieniło się w coś, co brzmiało jak śmiech w chmurach.

Poczułem, jak w rurze pojawia się chłód. To była zgoda — nie obietnica idealna, bo deszcz nie jest maszyną. Ale życzliwość nie polega na perfekcji. Polega na intencji.

— Dziękuję — powiedziałem.

I zamknąłem zawór tak, by miasto dalej mogło oddychać, ale nie gubiło słuchu.

Rozdział 6: Deszcz, który umie przepraszać

Wyszliśmy na ulicę. Pokrywa studzienki wróciła na miejsce z cichym „klang”, jak kropka na końcu zdania. Miasto było to samo: tramwaj, kiosk, plakaty. Ale powietrze zmieniło się, jakby ktoś je przetarł mokrą szmatką.

Basia spojrzała w górę.

— Pachnie… jak przed burzą, ale nie strasznie.

— Bo to nie burza — powiedziałem. — To deszcz, który wie, gdzie jest.

Pierwsze krople spadły ostrożnie, jakby sprawdzały teren. Jedna trafiła w daszek przystanku i zadzwoniła cichutko. Druga spadła na liść w kałuży i zrobiła krąg, który wyglądał jak uśmiech.

Ludzie zaczęli otwierać parasole. Normalne parasole, materiałowe, trochę krzywe. Ktoś zaklął, ktoś się roześmiał. Ale nikt nie wyglądał, jakby deszcz go karał.

Basia podstawiła dłoń. Kropla usiadła na jej skórze i nie była słodka ani lepka. Była chłodna, czysta, prawdziwa.

— Jakby… przeprasza — powiedziała cicho.

— Deszcz potrafi — odparłem. — Jeśli go nauczyć.

Szliśmy obok siebie wzdłuż kamienic. Ja trzymałem się rynien, parapetów i poręczy, ona — chodnika. Od czasu do czasu ktoś mijał Basię i nawet nie zauważał, że obok niej maszeruje chochlik z miedzi. Ale Basia zerkała czasem w moją stronę, jakby sprawdzała, czy wciąż tu jestem.

— Kroplix? — zapytała, kiedy mijaliśmy sklep z radiami, z którego dobiegała piosenka o dalekich drogach.

— Co?

— Ty to robisz codziennie? Pilnujesz portalu i gadasz z deszczem?

— Codziennie. Czasem nudno. Czasem… jak dziś.

Basia przystanęła.

— To czemu nikt ci nie pomaga?

Spojrzałem na rynnę nad nami, na wodę spływającą równym strumieniem.

— Bo zwykle myślę, że muszę sam. Strażnik, wiesz. Obowiązek. Samotność w komplecie.

Basia wzruszyła ramionami.

— A jakbyś nie musiał?

To było proste pytanie. I właśnie dlatego trudne.

Deszcz przyspieszył odrobinę, ale łagodnie. Jakby miasto biło brawo bez hałasu.

— Jakbyś chciała… — zacząłem, a potem przerwałem. Nie chciałem jej wciągać w coś, czego nie wybierze.

Basia spojrzała prosto na mnie.

— Mogę przychodzić czasem. Nie codziennie. Mam szkołę i skup i… no. Ale czasem. Sama zdecyduję kiedy.

Autonomia. Nie obietnica na zawsze, nie przysięga zrobiona pod naciskiem. Własny wybór.

— Dobrze — powiedziałem. — A ja nauczę cię, jak słuchać rur.

Basia uśmiechnęła się.

— A ja nauczę cię, jak grać na butelkach. Tylko nie na ogórkowej, bo ona jest najgorsza.

— Jest najlepsza — zaprotestowałem. — Brzmi jak prawda.

Basia roześmiała się, a jej śmiech zmieszał się z deszczem tak, że trudno było odróżnić jedno od drugiego.

Tego wieczoru miasto było mokre, ale nie smutne. Deszcz mył szyby, jakby chciał zobaczyć, co jest w środku. A ja, Kroplix, strażnik portalu pod przystankiem, poczułem coś nowego: że pilnowanie nie musi oznaczać bycia samemu.

Nad ranem deszcz ustał dokładnie wtedy, kiedy powinien. Zostawił po sobie kałuże jak małe lustra. W jednym z nich zobaczyłem na chwilę swoje oczy — krople rtęci — i odbicie Basi, która machała mi z chodnika, idąc do szkoły.

Portal spał spokojnie pod pokrywą studzienki. A ja wiedziałem, że jeśli znów obudzi się fałszywe brzęczenie, nie będę musiał udawać, że jestem jedyną odpowiedzią. Wystarczy, że będę sobą — i że poproszę o pomoc, kiedy sam wybiorę, że jej potrzebuję.

Bo w wielkim mieście magia nie zawsze błyszczy jak fajerwerki. Czasem jest jak życzliwy deszcz: spada po cichu i zostawia świat trochę jaśniejszym.

Bez reklam 3€ na miesiąc

Czy pragną Państwo nieprzerwanej lektury? Wesprzyjcie Oh My Tales, usuńcie wszystkie reklamy i korzystajcie z innych wliczonych korzyści już od 3€ miesięcznie.

Zobacz plany i ceny
Udostępnij

zgłoś problem z tą opowieścią

Co sądziliście o tej opowieści?

Podaj swoją opinię, przyznając ocenę tej opowieści w zależności od tego, co Ty i/lub Twoje dziecko o niej myśleliście. Z góry dziękujemy!

Dziękuję! Twój głos został uwzględniony!

Quiz: czy dobrze zrozumiałeś opowieść?

Chochlikiem
Mała, zabawna istota z bajek, która mieszka przy rynnach i rurach
Rynien
Rury przy dachu, którymi spływa deszcz z dachu
Cysterny
Duże podziemne zbiorniki na wodę lub deszcz dla miasta
Studzienki
Otwory w ziemi z pokrywą, przez które widać kanalizację lub rury
żeliwną pokrywą
Ciężka metalowa płytka ze żeliwa zakrywająca studzienkę
Kratce ściekowej
Metalowa siatka, która zatrzymuje większe brudy w odpływie
Zawór Słuchu
Specjalny zawór w cysternie, który „słucha” i reguluje wodę
świetliki wodne
Małe świetliste istotki w wodzie, świecące jak lampki
Drabinki
Metalowe stopnie, po których schodzi się w dół, do studzienki
Echo
Powtórzenie dźwięku, które wraca po odbiciu od ścian

Stwórz magiczną i unikalną opowieść dla swojego dziecka!

Stwórz spersonalizowaną przygodę w zaledwie kilka minut, w której twoje dziecko staje się bohaterem. Z naszym ekskluzywnym narzędziem to łatwe, darmowe i zabawne!

Stworzyć opowieść

Pobierz tę opowieść:

Pobierz tę opowieść w formacie PDF Pobierz e-booka (.epub)

Do przeczytania następnie w Fantazja miejska (Urban fantasy) dla 11-12 lat

Otrzymuj nowe opowieści w każdą niedzielę wieczorem!

Otrzymaj 7 ekscytujących i fascynujących opowieści, dostosowanych do wieku i gustów Twojego dziecka, każdej niedzieli o 17:00*. To jest darmowe i gwarantowane bez spamu!
*E-mail wysyłany o 17:00 czasu środkowoeuropejskiego (CET).
Nie lubimy też spamu. Dlatego nie będziemy wysyłać Ci nic poza opowieściami. Będziesz mógł się wypisać, kiedy tylko zechcesz.