Trwa ładowanie...
Fantastyka miejska 11-12 lat Czytanie 22 min.

Tramwaj linii zero i pakt szczerości

Troje dzieci wsiada w tajemniczy tramwaj linii 0 i musi odnaleźć prawdę oraz odwagę, by naprawić zerwany pakt między starym drzewem a milczącą fontanną.

Pobierz tę opowieść w formacie PDF

Idealne do dzielenia się lub drukowania tej opowieści!

Pobierz e-booka (.epub)

Przeczytaj tę opowieść na swoim czytniku e-booków.

Trzech około 11-letnich dzieci: Maks — niechlujne brązowe włosy, ciekawy wzrok, plecak z wystającą starą mapą, trzyma mały niebieski wygrawerowany kamyk; Ada — ciemne włosy w kucyku, żywa twarz, khaki kurtka, stojąca przy grubym pniu kasztanowca; Olek — nieco długie czarne włosy, siedzi w starym metalowym wózku inwalidzkim, szara szalina, ręka na brzegu kamiennej fontanny. Miejsce: mały miejski skwer o zmierzchu z brukowanym placem, starymi ceglanymi fasadami, kręconymi balkonami, okrągłą kamienną fontanną z rzeźbą ryby, nieruchomą jeszcze wodą, wielkim kasztanowcem i migoczącą latarnią; sytuacja: dzieci oddają do fontanny magiczny kamyk, by odnowić pakt — wokół kamyka świetliste kropelki, srebrne refleksy w wodzie i poruszające się liście, podczas gdy w cieniu alejki oddala się w długi płaszczu szczupła, chłodnie zarysowana sylwetka mężczyzny. zgłoś problem z tym obrazem

Rozdział 1: Przystanek, którego nie było

Wielkie miasto wieczorem brzmiało jak orkiestra, która stroi instrumenty: dzwoniły rowery, syczały autobusy, a w oddali śpiewały szyny. Tylko tramwaje miały tu jeszcze drugi głos — ten starszy, z czasów między wojnami, kiedy dżentelmeni nosili kapelusze, a latarnie mówiły do przechodniów miękkim światłem.

Maks i Ada wracali ze szkolnej biblioteki. Maks miał w plecaku książkę o starych mapach miasta, Ada — piórnik, który zawsze brzęczał, jakby mieszkały w nim małe pszczoły.

— Wiesz — powiedział Maks, kiedy minęli kiosk z gazetami — że w tej książce jest narysowany przystanek tramwajowy, którego dziś nie ma?

— Pewnie go zjedli deweloperzy — Ada wzruszyła ramionami. — Albo koty.

— Koty nie jedzą przystanków.

— Nie znasz wszystkich kotów.

Skręcili w wąską uliczkę, gdzie kamienice stały tak blisko siebie, że ich balkony niemal szeptały sobie do ucha. Na rogu, między sklepem z naprawą zegarków a barem z pierogami, wisiała tabliczka: „PRZYSTANEK — LINIA 0”.

— Linia zero? — Ada przybliżyła twarz do tabliczki. — Jak w matematyce: niby nic, ale bez tego wszystko się rozsypuje.

— W książce była właśnie „zero” — Maks przełknął ślinę. — To chyba… to chyba ten.

Na ławce przy przystanku siedział chłopiec mniej więcej w ich wieku. Miał ciemne włosy, trochę za długie, i oczy, które wyglądały, jakby widziały dwa filmy naraz. Obok stał wózek inwalidzki; chłopiec opierał dłonie o jego obręcze, jak o kierownicę roweru.

— Hej — odezwał się, zanim zdążyli się odezwać. — Wy też czekacie na coś, co nie powinno przyjechać?

Ada uśmiechnęła się ostrożnie.

— Raczej na wyjaśnienie — powiedziała. — Kim jesteś?

— Olek. A wy?

— Maks.

— Ada.

Olek wskazał brodą na torowisko. Szyny błyszczały jak cienkie wstążki z rtęci.

— Jeśli przyjedzie tramwaj, nie udawajcie, że go nie widzicie — mruknął. — To go obraża.

— Tramwaje mają uczucia? — Maks uniósł brwi.

— W tym mieście? Wszystko ma uczucia. Nawet hydranty.

Wtedy powietrze stężało, jakby ktoś wstrzymał oddech. Latarnie przygasły o pół tonu. I z zakrętu, bez dźwięku, wysunął się tramwaj.

Nie był nowoczesny. Był drewniany, kremowo-zielony, z mosiężnymi uchwytami w oknach. Na przodzie miał tablicę: „LINIA 0 — OGRODY”.

— Przecież tu nie ma żadnych ogrodów — szepnęła Ada.

— Są — powiedział Olek. — Tylko nie zawsze.

Drzwi tramwaju otworzyły się z westchnieniem. W środku pachniało kurzem, mokrym liściem i czymś jeszcze — jak wspomnienie po burzy.

Weszli.

Konduktor w mundurze z epoki skłonił się nisko. Miał wąsy, które wyglądały, jakby ktoś je narysował ołówkiem.

— Bilety? — zapytał uprzejmie.

Maks odruchowo sięgnął do kieszeni, ale znalazł tylko paragon i guzik.

Ada rozłożyła dłonie.

— Nie mamy.

Konduktor przechylił głowę.

— W porządku. Linia zero nie bierze pieniędzy. Bierze… — zawiesił głos i uśmiechnął się. — …szczerość.

Olek chrząknął.

— To my jedziemy do miejsca, gdzie trzeba coś naprawić, prawda?

Konduktor mrugnął.

— Dziś tak. Ktoś przerwał pakt. Drzewo i fontanna nie rozmawiają ze sobą od tygodnia. A kiedy przestają rozmawiać, miasto zaczyna zrzucać sny do kanalizacji.

— Pakt? — Maks poczuł, że plecak nagle jest cięższy, jakby książka w środku próbowała się otworzyć. — Między drzewem i fontanną?

— Stare przyjaźnie bywają delikatne — odparł konduktor. — Czasem wystarczy jedno małe kłamstwo, żeby zaszumiało jak wichura.

Tramwaj ruszył, a za oknami nowoczesne ulice zaczęły się rozmazywać, jakby ktoś rozlał akwarele. Sygnalizacja świetlna zamieniła się w lampki naftowe. Reklamy w neonach w mleczne szyldy z czarnymi literami.

Ada pochyliła się do Maksa.

— Okej — szepnęła. — To jest dziwniejsze niż koty jedzące przystanki.

Maks skinął, nie odrywając wzroku od torów.

— Tylko… jak naprawia się pakt?

Olek uśmiechnął się krzywo.

— Zależy, co go zepsuło. Ale jeśli konduktor mówi o szczerości, to… — wzruszył ramionami. — …pewnie będzie bolało.

Rozdział 2: Skwer, który pamięta

Tramwaj zatrzymał się tam, gdzie nie było żadnego przystanku. Po prostu: między dwoma drzewami, obok muru pokrytego bluszczem. Drzwi otworzyły się, a w twarze dzieci uderzył chłodny zapach wody i kamienia.

— Skwer Północny — oznajmił konduktor, jakby czytał z niewidzialnej tablicy. — Proszę wysiąść ostrożnie. Uważać na wspomnienia, są śliskie.

Wysiedli. Tramwaj odjechał bez pośpiechu, zostawiając po sobie tylko drżenie w szynach, jak po przejeździe wielkiego kota.

Skwer był niewielki, schowany między kamienicami. W centrum stała fontanna — okrągła, z rzeźbą ryby, która wyglądała, jakby zaraz miała mrugnąć. Woda jednak nie płynęła. Była nieruchoma, ciemna, jakby ktoś zamienił ją na szkło.

Obok fontanny rosło drzewo. Ogromny kasztan, z pniem tak szerokim, że Ada musiałaby obejść go pięć razy, żeby go objąć. Jego liście jednak były poszarzałe, jakby ktoś posypał je popiołem.

— To one? — zapytał Maks, czując dziwną nieśmiałość, jak przed rozmową z kimś bardzo starym.

— Tak — powiedział Olek cicho. — Drzewo i fontanna. A właściwie… ich ducha też.

Podszedł do fontanny. Obręcze wózka cicho zazgrzytały o żwir. Położył dłoń na kamiennym brzegu.

— Halo? — zapytał. — Słyszycie nas?

Woda zadrżała. Na powierzchni pojawił się krąg, jak po wrzuconym kamyku, choć nikt nic nie wrzucił.

— Słyszymy — odpowiedział głos. Nie był głośny, raczej jak szept pod powierzchnią. — Ale nie wierzymy.

Liście kasztana zaszumiały, choć powietrze było bezwietrzne.

— My też słyszymy — dodało drzewo. Głos miał jak skrzypiące schody w starym domu. — I my też nie wierzymy.

Ada aż podskoczyła.

— Dobra, to jest… — zaczęła, ale Maks szturchnął ją łokciem.

— Co się stało? — zapytał Maks. — Czemu zerwaliście pakt?

Fontanna milczała chwilę. Potem woda poruszyła się wolno, jakby ktoś mieszał ją łyżką.

— Ktoś zabrał z dna mój kamień życzeń — powiedziała fontanna. — Kamień, na którym było zapisane pierwsze słowo, jakie wypowiedziałam do drzewa.

Kasztan zaszeleścił liśćmi.

— A ktoś powiedział mi, że fontanna sama go oddała — dodało drzewo. — Że już nie chce pamiętać.

Ada zmarszczyła czoło.

— Kto wam to powiedział?

— Człowiek w płaszczu — odpowiedziała fontanna. — Pachniał atramentem i kłamstwem.

— I zostawił mi ten listek — drzewo zadrżało, a z gałęzi opadł suchy liść, który wylądował u stóp Maksa. Na liściu były narysowane linie, jak miniaturowa mapa.

Maks podniósł liść. Linie układały się w plan skweru, z zaznaczonym miejscem… pod ławką obok muru.

— To wygląda jak wskazówka — powiedział.

Olek kiwnął głową.

— Albo pułapka. Ale pułapki też są wskazówkami, jeśli się patrzy uważnie.

Ada podeszła do ławki. Na pierwszy rzut oka była zwykła: drewno, żeliwne boki. Tylko że pod nią cień był zbyt czarny, jakby zbierał światło do kieszeni.

— Maks — zawołała. — Pomóż.

Razem klęknęli i zajrzeli pod ławkę. Leżała tam metalowa skrzynka, wielkości pudełka na buty. Na wieku miała wygrawerowane litery: „PRAWDA OTWIERA”.

— To brzmi jak zagadka — mruknęła Ada.

— Albo jak ostrzeżenie — dodał Olek.

Maks dotknął wieka. Było zimne. I nagle, bez żadnego zamka, skrzynka uchyliła się sama, jakby rozpoznała jego palce.

W środku leżał kamień. Niewielki, gładki, błękitnoszary. Na nim było wyryte jedno słowo: „WIERZĘ”.

— To chyba to — szepnął Maks.

Kiedy wyciągnął kamień, skwer zadrżał, jakby pod spodem przejechało metro. Liście kasztana zaszumiały głośniej, a w fontannie pojawiły się drobne bąbelki, jakby woda chciała coś powiedzieć naraz.

I wtedy usłyszeli kroki.

Ktoś szedł alejką, powoli, pewnie, jak właściciel miejsca. Z cienia wyłonił się mężczyzna w długim płaszczu, z teczką pod pachą. Jego twarz była uśmiechnięta, ale oczy miał bez koloru.

— Ach — powiedział miękko. — Widzę, że znaleźliście pamiątkę.

Ada stanęła przed Maksem odruchowo.

— To nie jest pana — powiedziała.

Mężczyzna roześmiał się cicho.

— W mieście wszystko jest czyjeś. A ja zbieram… niedomówienia. Półprawdy. To, co ludzie chowają pod językiem, gdy mówią „wszystko w porządku”.

Olek ścisnął obręcze wózka.

— Pan jest tym od kłamstwa?

Mężczyzna skłonił się teatralnie.

— Nazywają mnie Notariuszem. A ten kamień… to kontrakt. Bez niego drzewo i fontanna nie mogą sobie ufać. A bez zaufania pakt nie działa, prawda?

Maks poczuł, że kamień w dłoni jest cięższy, jakby ważył tyle, co słowo.

— Oddamy go — powiedział, zanim zdążył pomyśleć.

Notariusz uniósł brwi.

— Oczywiście. Możecie. Tylko… czy jesteście pewni, że wasza prawda jest prawdziwa?

Rozdział 3: Pakt na ostrzu języka

Notariusz przesunął palcem po krawędzi teczki, jakby głaskał kota.

— Dzieci są cudowne — powiedział. — Jeszcze wierzą, że szczerość jest prosta. „Powiem prawdę i będzie dobrze”. Tymczasem prawda czasem jest jak kamyk w bucie. Niewielki, ale idzie się przez niego krzywo.

Ada zacisnęła usta.

— A kłamstwo jest jak…?

— Jak miękka poduszka — odparł Notariusz natychmiast. — Wygodna. Do pierwszego koszmaru.

Kasztan zaszeleścił gniewnie.

— Oddaj słowo — zaskrzypiało drzewo. — Oddaj „WIERZĘ”.

Fontanna zaszumiała cicho.

— Przywróć nasz szept.

Notariusz rozłożył ręce.

— Ależ ja niczego nie trzymam. To wy trzymacie. — Spojrzał na Maksa. — Mały strażniku plecaka, powiedz: dlaczego tak bardzo chcesz naprawić pakt?

Maks zamarł. W głowie miał gotową odpowiedź: „bo trzeba”. Ale poczuł, że to byłaby tylko ładna etykietka.

— Bo… — zaczął i zawahał się. Kamień w dłoni jakby pulsował. — Bo boję się, że jeśli nie, to miasto… będzie inne. Że zniknie coś ważnego, czego nawet nie umiem nazwać.

Notariusz uśmiechnął się szerzej.

— Ach, strach. Zawsze szczery. A ty? — zwrócił się do Ady. — Ty wyglądałaś na odważną.

Ada prychnęła.

— Ja jestem ciekawa — przyznała. — I trochę… — spojrzała na fontannę, na kasztan, na nieruchomą wodę. — …wkurzona. Ktoś was skłócił, bo tak mu pasowało. To niesprawiedliwe.

Notariusz przytaknął, jak nauczyciel słuchający odpowiedzi.

— A ty, Olek?

Olek milczał dłużej. Potem powiedział:

— Ja chcę, żeby ktoś zrobił gest. Taki prawdziwy. Nie udawany. Żeby ktoś wreszcie powiedział „przepraszam” albo „wierzę ci” i naprawdę to znaczył. Bo bez tego wszystko… trzeszczy.

W chwili, gdy wypowiedział słowa, z fontanny uniósł się delikatny, srebrny dźwięk, jakby kropla spadła na dzwonek.

Notariusz zmrużył oczy.

— Pięknie. Naprawdę pięknie. A teraz sprawdzian. — Wskazał kamień. — Jeśli położycie go w fontannie, pakt wróci. Ale tylko jeśli wypowiecie prawdę, której nie chcecie wypowiedzieć. Inaczej kamień pęknie. A wtedy… — wzruszył ramionami. — …miasto będzie musiało nauczyć się żyć bez części siebie. Co też jest możliwe. Miasta są elastyczne. Ludzie mniej.

Ada szeptem:

— To on stawia warunki.

— On chce, żebyśmy się potknęli — odpowiedział Maks równie cicho.

Notariusz roześmiał się.

— Ja tylko porządkuję. Jestem notariuszem, pamiętacie? Lubię podpisy. Lubię, kiedy rzeczy są nazwane.

Maks spojrzał na kamień. „WIERZĘ”. Proste słowo, a brzmiało jak most.

— Jaką prawdę? — zapytał, starając się mówić pewnie.

Notariusz podszedł bliżej. Pachniał papierem i zimną kawą.

— Tę, którą chowacie w kieszeni, bo myślicie, że jest wstydliwa. Tę, która mogłaby kogoś zranić… albo uratować.

Ada przewróciła oczami, ale w jej spojrzeniu pojawił się cień.

— To głupie.

— Głupie? — Notariusz pochylił się. — Głupie jest kłamstwo, które udaje uprzejmość. „Nie szkodzi”, kiedy szkodzi. „Nie jestem zły”, kiedy jest się wściekłym. To moje ulubione.

Fontanna zabulgotała, jakby się oburzyła.

— Dosyć — zaszeptała. — Dzieci, to nie on ma podpisywać. To wy. Pakt jest między nami a ludźmi. Zawsze był.

Kasztan szurnął gałęzią po powietrzu.

— Kiedyś przychodziły tu rodziny i mówiły prawdę na głos — zaskrzypiał. — Mówili: „pogodziliśmy się”. Albo: „nie rozumiemy się, ale próbujemy”. I wtedy woda płynęła jaśniej.

Maks nagle zrozumiał. To nie była tylko zagadka. To była prośba.

— Gest — szepnął do siebie. — Olek miał rację. Tu chodzi o gest.

Podszedł do fontanny. Notariusz cofnął się pół kroku, jakby ciekawiło go widowisko.

Maks trzymał kamień nad wodą.

— Ja… — zaczął, ale głos mu zadrżał. Spojrzał na Adę i Olka. — Ja czasem kłamię, że wszystko pamiętam z lekcji. A potem udaję mądrego. Bo boję się, że jak powiem, że nie rozumiem, to… ludzie pomyślą, że jestem głupi.

Cisza. Nawet miasto jakby przystanęło.

Ada otworzyła usta, lecz nie parsknęła śmiechem. Zamiast tego powiedziała:

— Ja też czasem udaję. Udaję, że mnie nic nie rusza. A tak naprawdę… łatwo mnie zranić. I wtedy mówię ostro, żeby nikt nie zauważył.

Olek wciągnął powietrze.

— A ja — powiedział — czasem mówię, że nie potrzebuję pomocy, nawet kiedy potrzebuję. Nie dlatego, że chcę być bohaterem. Tylko dlatego, że nie lubię, kiedy ktoś się nade mną pochyla jak nad zepsutą zabawką.

Notariusz zaklaskał powoli.

— Ach, jakie wzruszające. Ale to jeszcze nie podpis. — Jego głos był jak miękki papier. — Prawda, która łączy, musi mieć adresata.

Maks zrozumiał, co to znaczy. Spojrzał na fontannę i kasztan.

— Wierzę wam — powiedział głośno. — I przepraszam, że przez chwilę pomyślałem, że to tylko bajka. Że to nie jest ważne.

Ada podeszła bliżej i położyła dłoń na pniu drzewa.

— Wierzę, że można się pogodzić — powiedziała. — Nawet jeśli ktoś nam miesza.

Olek dotknął palcami brzegu fontanny.

— Wierzę ci — powiedział do fontanny. — Że nie oddałaś kamienia. I wierzę tobie — dodał, patrząc na kasztan — że też zostałeś oszukany.

Kasztan zaszumiał tak mocno, że liście zadrżały jak setki małych dłoni. Fontanna odpowiedziała miękkim, jasnym dźwiękiem. Woda poruszyła się od dna, jakby budziła się po długim śnie.

Maks opuścił kamień do fontanny.

Kamień nie pękł. Zanurzył się i zabłysnął jak mały księżyc w studni. Woda zaczęła płynąć. Najpierw nieśmiało, potem pewniej, wreszcie z radosnym pluskiem, jak śmiech.

Notariusz cofnął się gwałtownie, jakby krople go parzyły.

— Och — syknął. — To jeszcze nie koniec.

— Właśnie że tak — powiedziała Ada, choć głos jej drżał.

— Pakt wrócił — dodał Olek spokojnie. — A pan? Pan chyba nie lubi, kiedy ludzie mówią wprost.

Notariusz zmrużył oczy. Z teczki wysunął kartkę, białą jak śnieg.

— Jeszcze jeden podpis — wyszeptał. — Jeden mały. Ktoś musi przyznać się do tego, że znalazł skrzynkę. Ktoś musi powiedzieć, że to on ją otworzył. Ktoś musi wziąć na siebie odpowiedzialność. Inaczej pakt będzie kruchy.

Maks poczuł, jak serce robi mu się ciężkie. Przypomniał sobie, jak skrzynka otworzyła się pod jego dotykiem.

— Ja — powiedział. — To ja ją otworzyłem.

Notariusz uśmiechnął się triumfalnie.

— No proszę. A więc… — wyciągnął kartkę.

Ale fontanna prychnęła wodą, jakby kichnęła.

— Nie dla ciebie — powiedziała. — To nie twoje dokumenty.

Kasztan zaszumiało groźnie.

— Odpowiedzialność nie jest twoją walutą.

Notariusz zawahał się pierwszy raz.

— Jak to?

— Jeśli Maks mówi prawdę, to wystarczy — odpowiedziała fontanna. — Pakt nie potrzebuje pieczątek. Potrzebuje gestów. A gest już był.

Notariusz spojrzał na dzieci, jakby chciał im coś odebrać spojrzeniem. Ale ich twarze były spokojniejsze niż wcześniej.

— Czasem — powiedział chłodno — prawda jest zaraźliwa. — I odwrócił się.

W mroku alejki jego płaszcz zwinął się jak cień, a potem… nie było już nikogo.

Rozdział 4: Woda wraca do miasta

Kiedy Notariusz zniknął, skwer jakby rozjaśniał. Nawet jeśli słońca nie było, światło zrobiło się cieplejsze, bardziej domowe. Fontanna tryskała już równym strumieniem, a woda brzmiała jak opowieść opowiadana szybko, bo ktoś długo milczał.

Maks nachylił się nad wodą. W jej powierzchni zobaczył odbicie nie tylko swojej twarzy, ale też fragmentów miasta: ulice, po których biegną cienie; okna, w których ktoś czyta; tramwaje, które śnią o dawnych trasach.

— To działa — szepnął.

Ada wyciągnęła rękę i pozwoliła, by krople spadły jej na palce.

— Jest chłodna. Prawdziwa.

Olek uśmiechnął się.

— A drzewo?

Kasztan zaszumiało miękko. Szare liście jakby wessały kolor z powietrza; zieleń wróciła, żywa i gęsta, a między gałęziami pojawiły się pąki, zupełnie niepasujące do pory roku. Pachniało słodko, jak w maju.

— Dziękujemy — powiedziało drzewo. — Pakt znów oddycha.

— Ale co to właściwie za pakt? — spytała Ada. — Co on daje?

Fontanna zaśmiała się wodą.

— Zwykłe rzeczy, które są niezwykłe, kiedy ich brakuje — odpowiedziała. — Że w upał ktoś znajdzie cień. Że w smutny dzień ktoś usłyszy w tramwaju cichy śmiech. Że sny nie uciekają do kanałów, tylko wracają do ludzi.

Maks przypomniał sobie słowa konduktora: „Linia zero bierze szczerość”.

— Czy to znaczy, że my… zapłaciliśmy?

— Zapłaciliście prawdą — powiedział kasztan. — I to jest najuczciwsza moneta.

Ada spojrzała na Olka.

— A gest?

Olek wskazał na nich wszystkich.

— To był gest. Powiedzieliśmy to, czego się wstydziliśmy. I do tego… — zawahał się i dodał ciszej: — …uwierzyliśmy sobie nawzajem.

Maks poczuł, że coś mu się rozluźnia w środku, jak zbyt mocno zawiązany sznurek.

Wtedy z daleka usłyszeli dzwonek tramwaju. Ale nie był metaliczny jak w nowoczesnych pojazdach. Brzmiał jak stara melodia, którą zna się od zawsze, choć nie pamięta się skąd.

— Linia zero — powiedziała Ada.

Na uliczce obok skweru pojawił się tramwaj. Ten sam: drewniany, kremowo-zielony. Drzwi otworzyły się z grzecznym westchnieniem.

Konduktor skinął głową.

— Czas wracać — powiedział. — Miasto już zapięło swój płaszcz.

Weszli do środka. Tramwaj był prawie pusty, tylko na końcu siedziała starsza pani z siatką pełną jabłek, a obok niej drzemał mężczyzna z gazetą z 1936 roku. Jakby to było najbardziej normalne na świecie.

Ada oparła czoło o szybę.

— Myślisz, że ktoś zauważy różnicę?

Maks spojrzał na ulicę. Na przystanku stał chłopak i podał dziewczynie rękawiczkę, którą upuściła. Dziewczyna spojrzała na niego i powiedziała coś, co wyglądało na „dziękuję”. Mały gest, a jednak jakby jaśniejszy niż neon.

— Może nie od razu — odpowiedział Maks. — Ale… może ludzie będą trochę bardziej… uczciwi.

Olek poprawił się na siedzeniu.

— Albo przynajmniej spróbują.

Konduktor podszedł i przyjrzał im się uważnie, jakby sprawdzał, czy nie zostawili czegoś na skwerze.

— Macie jeszcze coś do powiedzenia? — zapytał.

Maks poczuł, że to ważne. Prawda lubi domknięcia.

— Tak — powiedział. — Ja naprawdę nie rozumiem jednego zadania z matematyki. Tego o ułamkach. I jutro zapytam panią, zamiast udawać.

Ada parsknęła śmiechem, ale tym razem ciepłym.

— A ja powiem mojej przyjaciółce, że mnie zabolało, kiedy mnie wyśmiała. Zamiast udawać, że mam to gdzieś.

Olek kiwnął głową.

— A ja, jeśli będę potrzebował, powiem „pomóż mi”, a nie „daj spokój”.

Konduktor uśmiechnął się, jakby ktoś zapalił mu lampkę w środku.

— Wystarczy — powiedział. — Tak działa pakt. Zaczyna się od jednego gestu, a potem idzie dalej jak fala.

Tramwaj przyspieszył. Za oknem międzywojenne szyldy mieszały się z nowoczesnymi reklamami, lampy naftowe mrugały do świateł LED, a miasto składało się z epok jak z kart w talii. Wszystko było jednocześnie stare i nowe, jakby czas był tylko kolejną ulicą do przejścia.

Nagle znów byli na swoim przystanku, tym zwykłym, gdzie automaty biletowe świecą niebiesko. Tylko tabliczka „LINIA 0” zniknęła, jakby jej nigdy nie było.

Wysiedli. Tramwaj — duch — zadzwonił raz, uprzejmie, i odjechał w zakręt, który wyglądał na zbyt wąski, by zmieścić cokolwiek oprócz tajemnicy.

Ada odwróciła się do chłopców.

— To było… — szukała słowa.

— Jak sen, który jest uczciwy — powiedział Maks.

Olek roześmiał się cicho.

— I jak miasto, które słucha.

Szli razem przez wieczór. Niebo nad kamienicami miało kolor atramentu, ale nie tego Notariusza — raczej takiego, którym pisze się listy do kogoś ważnego.

Kiedy mijali skwer — ten zwyczajny, inny, nie Północny — usłyszeli gdzieś daleko plusk wody. Może to była zwykła fontanna. A może pakt oddychał dalej, rozprowadzając po ulicach odrobinę odwagi.

Maks poprawił plecak. Książka o starych mapach wydawała się lżejsza.

— Ada — powiedział nagle. — Dzięki, że nie śmiałaś się ze mnie.

Ada wzruszyła ramionami, ale jej oczy były poważne.

— Nie ma z czego. Każdy czasem udaje. Ważne, żeby przestać, kiedy można.

Olek spojrzał na nich oboje.

— To jest właśnie ten gest — powiedział. — Taki mały, a robi miejsce na wodę.

I gdzieś, bardzo cicho, jak szept spod powierzchni, miasto odpowiedziało szumem drzew.

Bez reklam 3€ na miesiąc

Czy pragną Państwo nieprzerwanej lektury? Wesprzyjcie Oh My Tales, usuńcie wszystkie reklamy i korzystajcie z innych wliczonych korzyści już od 3€ miesięcznie.

Zobacz plany i ceny
Udostępnij

zgłoś problem z tą opowieścią

Co sądziliście o tej opowieści?

Podaj swoją opinię, przyznając ocenę tej opowieści w zależności od tego, co Ty i/lub Twoje dziecko o niej myśleliście. Z góry dziękujemy!

Dziękuję! Twój głos został uwzględniony!

Quiz: czy dobrze zrozumiałeś opowieść?

Orkiestra
Grupa muzyków grająca razem różne instrumenty, tworząc muzykę.
Dżentelmeni
Mężczyźni zachowujący się uprzejmie i kulturalnie wobec innych.
Wózek inwalidzki
Specjalny wózek na kółkach, który pomaga poruszać się osobom niechodzącym.
Mosiężnymi
Zrobionymi z mosiądzu, czyli z żółtawego, metalicznego materiału.
Hydranty
Metalowe słupy na ulicy, z których straż pożarna pobiera wodę.
Konduktor
Osoba w tramwaju lub pociągu, która sprzedaje bilety i pomaga pasażerom.
Pakt
Umowa między stronami, często ważna i oparta na zaufaniu.
Szczerość
Mówienie prawdy i pokazywanie swoich uczuć bez udawania.
Westchnieniem
Głośny oddech lub cichy dźwięk, gdy ktoś wzdycha z uczuciem.
WIERZĘ
Słowo oznaczające, że ktoś ufa drugiej osobie lub jej słowom.

Stwórz magiczną i unikalną opowieść dla swojego dziecka!

Stwórz spersonalizowaną przygodę w zaledwie kilka minut, w której twoje dziecko staje się bohaterem. Z naszym ekskluzywnym narzędziem to łatwe, darmowe i zabawne!

Stworzyć opowieść

Pobierz tę opowieść:

Pobierz tę opowieść w formacie PDF Pobierz e-booka (.epub)

Do przeczytania następnie w Fantazja miejska (Urban fantasy) dla 11-12 lat

Otrzymuj nowe opowieści w każdą niedzielę wieczorem!

Otrzymaj 7 ekscytujących i fascynujących opowieści, dostosowanych do wieku i gustów Twojego dziecka, każdej niedzieli o 17:00*. To jest darmowe i gwarantowane bez spamu!
*E-mail wysyłany o 17:00 czasu środkowoeuropejskiego (CET).
Nie lubimy też spamu. Dlatego nie będziemy wysyłać Ci nic poza opowieściami. Będziesz mógł się wypisać, kiedy tylko zechcesz.