Rozdział 1: Poranek, który pachniał słońcem
Kuba obudził się, zanim jeszcze budzik zdążył zapiszczeć. Lubił poranki w wakacje. Wtedy wszystko było ciche, a powietrze miało świeży, lekko słodki zapach. Z pokoju słychać było tylko szum morza, jakby ktoś daleko szeptał „szszsz”.
Kuba usiadł na łóżku i przeciągnął się tak mocno, że aż mu chrupnęły palce.
„O! Gotowy do dnia!” szepnął do siebie z uśmiechem.
Na krześle czekały jego wakacyjne skarby: jasna czapka z daszkiem, bidon z wodą i krem z filtrem. Mama zawsze powtarzała, że latem trzeba dbać o siebie, nawet gdy jest się bardzo zajętym zabawą.
W kuchni tata smarował kanapki.
„Wstałeś jak skowronek, Kuba” powiedział.
„Lubię, kiedy plaża jest jeszcze pusta” odpowiedział Kuba i od razu spojrzał na okno. Słońce dopiero wspinało się nad dachami.
Do kuchni wpadł Leon, prawie rówieśnik Kuby. Miał osiem lat, tak jak Kuba, i włosy sterczące, jakby spał na jeżu.
„Cześć! Idziemy już?” zawołał.
Za nim przyszedł Szymek, też prawie osiem. Był trochę niższy i zawsze nosił w kieszeni mały notesik, w którym rysował mapy.
„Najpierw śniadanie” przypomniała mama, stawiając na stole miskę truskawek. Pachniały latem tak mocno, że aż chciało się gwizdać.
Po śniadaniu chłopcy wyszli na zewnątrz. Na chodniku było jeszcze chłodno w cieniu, ale tam, gdzie padało słońce, kamienie robiły się ciepłe jak tost.
„Dzisiaj plan: plaża, a potem miasteczko” powiedział tata. „I pamiętajcie o czapkach.”
„Mam!” Kuba klepnął daszek.
„Ja też!” Leon poprawił swoją, trochę za dużą.
Szymek wyjął krem do opalania z plecaka i pokazał go jak puchar.
„I filtr!” oznajmił poważnie.
Na plaży było spokojnie. Mewy krążyły nad wodą, a piasek był gładki, jakby ktoś go w nocy uczesał wielkim grzebieniem. Chłopcy zbudowali mały tor dla kapsli i robili zawody.
„Mój kapsel to rakieta!” śmiał się Leon.
„A mój to krokodyl, bo zawsze wygrywa” odpowiedział Szymek.
Kuba biegał, ale co chwilę zerkał na niebo. Słońce robiło się coraz jaśniejsze.
„Zrobimy przerwę?” zaproponował. „Woda i cień.”
Leon westchnął teatralnie.
„Przerwa? Już? Przecież dopiero się rozkręciłem!”
Kuba podniósł bidon.
„Wakacje są po to, żeby się bawić, ale też po to, żeby mieć siłę na jutro.”
Usiedli na ręczniku, a Kuba popił kilka łyków. Woda była chłodna i przyjemna. Poczuł, że jego ciało mówi mu ciche „dziękuję”.
Rozdział 2: Chłopiec na ławce i gra z mapą
Po południu poszli do miasteczka. Ulice były wąskie, a w sklepikach pachniało goframi i słonymi preclami. Nad drzwiami jednego z budynków wisiała tabliczka: „Informacja Turystyczna”. Przed wejściem stała ławka.
Na ławce siedział chłopiec. Miał mniej więcej tyle lat co oni, może siedem. Trzymał w rękach ulotkę i wyglądał, jakby nie wiedział, co z nią zrobić. Rozglądał się, ale nikt do niego nie podchodził.
Kuba zwolnił. Coś go lekko ukłuło w środku, tak jak wtedy, gdy widział zgubioną rękawiczkę na chodniku.
„Hej” powiedział cicho do Leona i Szymka. „Widzicie go?”
„Tego chłopaka?” Leon zmrużył oczy. „Siedzi sam.”
Szymek kiwnął głową.
„Może czeka. Ale wygląda smutno.”
Kuba podszedł pierwszy. Serce mu trochę przyspieszyło, ale uśmiechnął się.
„Cześć. Jestem Kuba. Chcesz z nami pograć w coś prostego?”
Chłopiec spojrzał niepewnie.
„Ja… jestem Bartek” odpowiedział. „Tata poszedł coś załatwić. A ja nie znam tu nikogo.”
Leon od razu się rozluźnił.
„To teraz znasz nas! Ja Leon, a to Szymek. Szymek umie robić mapy lepsze niż dorośli.”
Szymek zaczerwienił się lekko.
„Tylko trochę.”
Kuba wskazał na ulotkę w rękach Bartka.
„Masz mapę?”
„Tak. Ale nie umiem się w niej połapać” przyznał Bartek.
Kuba poczuł, że to idealny moment.
„To zróbmy grę! ‘Poszukiwacze Chłodnego Cienia'. Zasady są takie: szukamy miejsc w miasteczku, gdzie jest cień i gdzie można chwilę odpocząć. Zaznaczamy je na mapie. Kto znajdzie trzy, wygrywa… dodatkowy gofr!” dodał i mrugnął.
Bartek parsknął śmiechem.
„Dodatkowy gofr brzmi poważnie.”
Leon uniósł palec.
„Ale bez biegania jak szalone. Bo wtedy człowiek robi się czerwony jak pomidor.”
„Pomidory są pyszne, ale ja nie chcę być pomidorem” stwierdził Bartek i wstał z ławki.
Weszli do małego biura informacji turystycznej. W środku było chłodniej, a powietrze pachniało papierem i drewnem. Na ścianie wisiały plakaty z latarnią morską, parkiem i ścieżką rowerową. Za ladą siedziała pani w okularach i układała pocztówki w równy rządek.
„Dzień dobry” powiedział Kuba grzecznie. „Czy możemy dostać mapę miasteczka? Taką dla dzieci… albo normalną.”
Pani uśmiechnęła się ciepło.
„Oczywiście. Mam nawet mapkę z zaznaczonymi fontannami i placami zabaw.”
„Fontanny!” Leon aż podskoczył.
„Tylko nie wchodzić całkiem do fontanny” dodała pani wesoło. „Można się schłodzić, ale rozsądnie.”
Szymek rozłożył mapę na małym stoliku.
„Dobra. Szukamy cienia. Na start: park.”
„I lody” dorzucił Leon.
„Lody to też cień dla języka” zaśmiał się Bartek.
Wyszli na zewnątrz. Słońce świeciło mocniej, ale chłopcy mieli czapki. Kuba poczuł pod palcami daszek i zrobiło mu się jakoś bezpieczniej.
Pierwszy cień znaleźli pod wielkim kasztanem przy parku. Liście szeleściły cicho, jakby klaskały.
„Punkt!” zawołał Szymek i zaznaczył na mapie kółko.
Drugi cień był przy małej bibliotece, gdzie w wejściu stała chłodna kamienna wnęka.
„Tu można poczuć się jak rycerz w zamku” stwierdził Leon, stając w cieniu i robiąc poważną minę.
Bartek też wszedł do wnęki i wypuścił powietrze.
„Fajnie. Tu nie piecze.”
Trzeci cień znaleźli obok informacji turystycznej, gdzie stała ławka pod daszkiem. To było to samo miejsce, na którym Bartek siedział wcześniej, tylko teraz już nie był sam.
„To mój ulubiony cień” powiedział Bartek. „Bo tu was poznałem.”
Kuba poczuł w brzuchu przyjemne ciepło, inne niż od słońca. Takie od środka.
Rozdział 3: Słońce, przerwy i małe mądre decyzje
Chłopcy usiedli na ławce pod daszkiem. Kuba wyjął bidon.
„Kto chce wody?” zapytał.
Leon zrobił minę jak wielbłąd.
„Ja! Mój język jest jak suchy naleśnik.”
Bartek napił się ostrożnie.
„Dzięki. Tata mówi, żebym pił, ale czasem zapominam.”
Szymek otworzył swój plecak i podał małą tubkę kremu.
„Smarać nosy. Nosy są pierwsze do opalania.”
Leon spojrzał podejrzliwie na krem.
„Czy to nie jest ta rzecz, po której człowiek błyszczy jak naleśnik z masłem?”
„Trochę tak” przyznał Kuba. „Ale lepiej błyszczeć niż piec.”
Bartek roześmiał się.
„To ja wolę błyszczeć.”
Posmarowali twarze i ramiona. Kuba zrobił to dokładnie, bo pamiętał, jak rok temu wrócił z plaży z czerwonym karkiem i przez dwa dni mówił „au” nawet, gdy nic go nie dotykało.
Potem ruszyli dalej, ale już spokojniej. Ustalili, że gra ma też drugą część: „Równowaga”. To znaczy: po każdym kawałku zabawy musi być krótka przerwa w cieniu.
„To jak huśtawka” wyjaśnił Szymek. „Raz w górę, raz w dół. Nie da się cały czas tylko w górę.”
Leon pokiwał głową.
„Bo by człowiek spadł na pupę.”
„I wtedy trzeba by iść do mamy po plaster” dodał Bartek.
„A ja mam w plecaku tylko kredki” powiedział Szymek. „Plastra nie narysuję.”
Poszli do małego sklepiku z pamiątkami, gdzie było przyjemnie chłodno. Oglądali magnesy z latarnią i muszelki w przezroczystych pudełkach. Leon przystawił do ucha wielką muszlę.
„Słyszę morze!” zawołał.
Kuba też spróbował i usłyszał cichy szum. Pomyślał, że lato jest jak taka muszla: kiedy przyłożysz ją blisko, słychać spokój.
Wyszli na zewnątrz i znów zrobiło się jasno. Szymek spojrzał na mapę.
„Został nam jeszcze plac z fontanną. Ale pamiętamy: tylko ręce i kark, nie wskakujemy.”
Leon westchnął.
„Szkoda. Mógłbym być delfinem.”
Bartek podniósł brwi.
„A ja żółwiem. Żółwie lubią wodę.”
Kuba uśmiechnął się.
„To będziemy delfinem i żółwiem, ale na sucho. Można się ochlapać i już.”
Na placu fontanna tryskała cienkimi strumieniami. Dzieci piszczały radośnie, biegając dookoła. Chłopcy podeszli i zamoczyli dłonie. Woda była zimna, aż przyjemnie mrowiły palce. Kuba zwilżył też kark, jak mama mu kiedyś pokazała.
Po chwili usiedli w cieniu i zjedli lody. Kuba miał truskawkowe, Leon czekoladowe, Szymek waniliowe, a Bartek cytrynowe.
„Cytrynowe jest jak uśmiech” powiedział Bartek i aż mu się zmarszczyły oczy.
Leon prychnął.
„Mój uśmiech jest czekoladowy. I bardzo poważny.”
Kuba poczuł lekkie zmęczenie. Dobre zmęczenie, jak po pływaniu.
„Wiecie co?” powiedział. „Chyba czas na spokojny moment. Możemy wrócić do informacji turystycznej i dorysować na mapie nasze miejsca cienia.”
„Tak!” Szymek aż przytulił notesik. „Zrobię legendę: drzewo, daszek, chłodna wnęka.”
Bartek spojrzał na zegarek, który miał na cienkim pasku.
„Tata może wrócić niedługo. Fajnie byłoby mu pokazać mapę.”
Wrócili do biura. Pani za ladą nadal układała pocztówki, ale teraz nuciła cicho jakąś letnią piosenkę.
„O, wróciliście” powiedziała. „Jak poszukiwania?”
Kuba podał jej mapę z zaznaczeniami.
„Znaleźliśmy cienie i miejsca na przerwy. I poznaliśmy Bartka.”
Pani spojrzała na Bartka.
„Bardzo mi miło. Tu czasem ludzie się gubią, ale można też znaleźć coś lepszego niż drogę.”
Bartek uśmiechnął się szeroko.
„Znalazłem ekipę.”
Rozdział 4: Wieczorny spokój i duma pod daszkiem czapki
W końcu pojawił się tata Bartka. Podszedł szybkim krokiem, ale gdy zobaczył syna śmiejącego się z chłopcami, zwolnił i odetchnął.
„O, jesteś! Martwiłem się, że się nudzisz” powiedział.
„Nie nudzę się” odparł Bartek. „Poznałem Kubę, Leona i Szymka. I zrobiliśmy mapę cienia!”
Tata Bartka obejrzał mapę.
„To jest świetne. Bardzo mądre. Szczególnie latem.”
Kuba poczuł dumę, ale też lekkie zawstydzenie. Nie robił tego, żeby ktoś go chwalił. Po prostu chciał, żeby Bartek nie siedział sam.
Leon szturchnął Kubę łokciem.
„Widzisz? Twoja gra działa. A ja myślałem, że to będzie nudne.”
„Bo myślisz tylko o gofrach” odpowiedział Kuba.
„To nieprawda” oburzył się Leon. „Myślę też o lodach.”
Szymek spojrzał na niebo. Słońce zaczynało robić się bardziej złote, jakby ktoś dodał do niego miodu.
„Wracamy?” zapytał spokojnie.
Kuba kiwnął głową. Czuł, że to dobry moment na koniec dnia.
Po drodze do pensjonatu szli wolno. Nogi miały już dość biegania, ale w głowie było lekko. Na rogu ulicy pachniało pieczonymi rybami, a z okien słychać było śmiechy i brzęk talerzy. To było takie wakacyjne, zwyczajne i piękne.
W pokoju Kuba zdjął czapkę i postawił bidon na stoliku. Skóra nie piekła, kark był w porządku, a w brzuchu nie kręciło się od pragnienia. Usiadł na łóżku i pomyślał o dzisiejszym dniu: o cichym poranku, o mapie, o cieniu pod kasztanem i o Bartku, który przestał wyglądać na samotnego.
Mama zajrzała do pokoju.
„I jak dzień?”
Kuba uśmiechnął się szeroko.
„Bardzo dobry. Zrobiliśmy grę o cieniu. I pamiętałem o czapce, kremie i wodzie.”
Mama podniosła brwi z dumą.
„To brzmi jak superwakacyjna odpowiedzialność.”
Kuba poprawił włosy i poczuł, że policzki mu się unoszą.
„Wiesz… jestem z siebie dumny. Bo się chroniłem. I miałem siłę na zabawę. I na przerwę.”
Tata, który właśnie wchodził, dodał:
„To najlepsza równowaga. Trochę ruchu, trochę spokoju. I jutro znowu będzie lato.”
Kuba położył się, a w uszach znów usłyszał szum morza. Był cichy, miły i znajomy. Pomyślał, że wakacje nie muszą być wielką wyprawą. Czasem wystarczy czapka z daszkiem, łyk wody, odrobina kremu i odwaga, żeby powiedzieć komuś: „Chcesz z nami pograć?”