Trwa ładowanie...
Straszna opowieść 11-12 lat Czytanie 22 min.

Miękkość zamknięta w kamieniu

Dwoje rodzeństwa, Zosia i Kuba, odkrywają, że świat wokół nich staje się coraz bardziej szorstki, a tajemniczy znak i stwór ze sznura żądają „miękkości”; razem z babcią wyruszają do starego młyna, by odnaleźć jej źródło i stawić czoła ukrytym lękom oraz rodzinnym tajemnicom.

Pobierz tę opowieść w formacie PDF

Idealne do dzielenia się lub drukowania tej opowieści!

Pobierz e-booka (.epub)

Przeczytaj tę opowieść na swoim czytniku e-booków.

Dziewczynka lat 12, okrągła twarz, jasnobrązowy kucyk, zdecydowane oczy, trzyma cienką białą nitkę na palcu i wkłada ją w szczelinę dużego żarnu; jej brat około 14 lat, czarne rozczochrane włosy, podciągnięta rękaw, nogi owinięte rdzawymi drutami, walczy lecz patrzy na nią z zaufaniem i bólem. Stworzenie z postrzępionych lin i kurzu o humanoidalnym kształcie z błyszczącymi oczami rozpada się, uwalniając małą szarą sylwetkę „chłopca z pyłu”, włókna opadają w frędzle. Wnętrze starego drewnianego młyna z pękniętymi belkami i ogromnym rozszczepionym żarnem, w powietrzu widać wióry i kurz w promieniach światła; z szczeliny ulatnia się kremowa mgiełka i świetliste pyłki otulające dłonie i twarze. Napięta, lecz świetlista atmosfera, mocne kontrasty; paleta: ciemne drewno, łupkowy kamień, kremowe nici, rdzawy akcent, złote iskry. Kompozycja średniego planu: dziewczynka z przodu po lewej, brat z tyłu po prawej, żarno centralnie, mgła wznosząca się ku górze. Styl manga dla dzieci: czyste kreski, ekspresyjne oczy, szczegółowe faktury, nastrój jednocześnie przerażający i kojący. zgłoś problem z tym obrazem

Rozdział 1: Szorstki świat pod paznokciami

Kiedy Zosia miała sześć lat, babcia mówiła: „Nie dotykaj wszystkiego naraz, bo świat się obrazi”. Zosia wtedy śmiała się, bo jak może obrazić się świat? Teraz miała dwanaście lat i już wiedziała, że świat potrafi robić gorsze rzeczy niż obrażanie.

W ich miasteczku wszystko było chropowate. Nie w przenośni, tylko naprawdę. Ściany domów przypominały papier ścierny, klamki miały drobne zadziory, a nawet liście na drzewach, gdy się je pogłaskało, zostawiały na skórze lekkie drapanie, jakby mówiły: „Uważaj”.

Zosia była ostrożna. Nosiła rękawiczki bez palców, żeby czuć, ale nie ranić się. W plecaku miała plasterki, małą latarkę i kawałek miękkiej flaneli — jedyną rzeczą, którą dało się przytulić bez strachu. Flanelę dostała od brata, Kuby, który był o dwa lata starszy i udawał, że nic go nie rusza, choć Zosia widziała po nim inaczej.

Tego popołudnia wiatr szurał po ulicach jak miotła po betonie. Zosia wracała ze szkoły, kiedy zauważyła coś dziwnego: na płocie przy ich domu pojawił się znak, którego wcześniej nie było. Wyryty głęboko, jakby ktoś użył ostrza zrobionego z krzemienia. Kółko, a w nim trzy kreski.

— Kuba! — zawołała od progu.

Brat wyszedł z kuchni z kanapką w ręku. Miał okruszki na policzku i minę człowieka, który właśnie planował powiedzieć: „Spokojnie”.

— Co jest?

Zosia wskazała płot. Kuba podszedł, przełknął i dotknął znaku. Natychmiast cofnął palce.

— Au. Jak to powstało? — mruknął. — Dziwne.

Zosia nachyliła się bliżej. Znak był tak świeży, że w rysach błyszczał jasny pył. A jednak nigdzie nie było narzędzia, śladów butów, nic.

Wieczorem, gdy robiło się ciemno, a lampy uliczne zapalały się z chrzęstem, jakby tarły o siebie kamieniem, Zosia leżała w łóżku i słuchała domu. W szorstkim świecie nawet cisza nie była gładka. Brzmiała jak zaciągnięta tkanina.

Nagle usłyszała coś pod oknem. Nie kroki. Raczej… drapanie.

„Kot?” pomyślała. Ale w ich okolicy koty chodziły ostrożnie, bo łatwo było zranić łapy.

Drapanie powtórzyło się, wolniejsze, uparte. Zosia wstała, wzięła latarkę i podeszła do parapetu. Szyba była matowa od drobnych rys, jakby całe miasto ktoś pocierał pumeksem.

Włączyła światło latarki. Na zewnątrz, na ziemi pod oknem, leżał kamień. A obok niego… kawałek liny, grubej i włóknistej, jak ze starego worka. Lina wiła się w kształt tego samego znaku: kółko i trzy kreski.

Zosia poczuła, jak zimno wchodzi jej pod skórę.

— Kuba… — wyszeptała, choć brat spał w pokoju obok.

I wtedy usłyszała szept. Nie z korytarza. Nie z podwórka. Jakby ze ściany.

„Oddaj… miękkość…”

Rozdział 2: Szepczący młyn

Rano Zosia nie powiedziała mamie o szeptach. Mama i tak była zmęczona — pracowała w magazynie z materiałami, gdzie całe dnie przesuwała belki szorstkiej tkaniny. Wracała z dłońmi czerwonymi jak po spotkaniu z jeżem.

Kuba natomiast słuchał, gdy Zosia opowiedziała mu o linie i kamieniu. Stał przy zlewie i mył kubek, a szorstka gąbka zgrzytała.

— Może ktoś robi głupi żart — powiedział, ale nie brzmiał pewnie. — Wiesz, w naszej klasie…

— A szept? — Zosia spojrzała mu prosto w oczy.

Kuba przestał szorować. Woda lała się dalej.

— Jaki szept?

Zosia opowiedziała. Brat wyłączył kran.

— Dobra. To już nie jest „żart”. — Przełknął. — Widziałem ten znak… też wczoraj. Na ławce przy starym młynie.

Stary młyn stał na skraju lasu, gdzie ziemia była bardziej chropowata niż gdziekolwiek indziej. Mówiono, że kiedyś mielił zboże, a potem kamienie, bo nic nie chciało tam rosnąć. Teraz był pusty, z oknami jak ciemne usta.

— Chodźmy tam — powiedziała Zosia, zanim zdążyła się przestraszyć własnych słów.

Kuba uniósł brwi.

— Ty chcesz iść do młyna?

— Jeśli coś do nas przychodzi, wolę wiedzieć co. — Zosia ścisnęła flanelę w kieszeni. — I nie chcę, żeby mama…

— Dobra — przerwał Kuba. — Ale ostrożnie. I bierzemy latarkę. Dwie.

Wyruszyli po szkole, kiedy słońce było już nisko i sprawiało, że wszystkie chropowate powierzchnie rzucały długie, poszarpane cienie. W lesie gałęzie ocierały się o siebie jak stare szczotki. Zosia co chwilę odgarniała włosy i czuła, jak każdy liść chce zostawić na niej swój ślad.

Młyn wyrósł przed nimi nagle, jakby ktoś go wyciął z ciemności. Drzwi były uchylone, a zawiasy skrzypiały w rytmie oddechu.

— Nie podoba mi się to — mruknął Kuba.

— Mnie też — odpowiedziała Zosia. — Idziemy.

W środku pachniało pyłem, zimnem i czymś jeszcze… jakby spaloną wełną. Podłoga była z desek tak szorstkich, że buty stawiały opór. Ich latarki wycinały w ciemności wąskie korytarze światła.

Na ścianie, obok dawnego mechanizmu koła, był znak. Kółko i trzy kreski. A pod nim, napisane czymś, co wyglądało jak węgiel zmieszany z piaskiem:

„MIĘKKOŚĆ ZOSTAŁA ZABRANA”

Zosia poczuła, że serce zaczyna jej walić.

— Kto to napisał? — szepnęła.

Odpowiedziała cisza… ale nie pusta. Cisza, w której coś się czai.

Nagle, z góry, z belki, posypał się pył. Coś poruszyło się w ciemności nad ich głowami. Nie ptak. Za ciężkie. Za ciche.

Kuba złapał Zosię za rękę.

— Wycofujemy się.

— Poczekaj — Zosia skierowała latarkę wyżej.

W świetle zobaczyła kształt, który nie powinien istnieć: jakby wielki kłębek sznura, z supełkami i frędzlami, a w środku… błyszczące, maleńkie oczy. Całość drgała, jakby była żywa.

Kłębek zsunął się z belki bez dźwięku. Spadł na ziemię i rozpełzł się, tworząc coś na kształt postaci — z ramionami z powrozów i nogami z drutu.

A potem powiedział, chropowatym, skrobiącym głosem:

— Oddaj… miękkość.

Rozdział 3: Potwór ze sznura i pyłu

Zosia cofnęła się o krok, ale nie uciekła. Czuła strach jak zimną wodę na karku, a jednocześnie coś jeszcze: złość. Bo to coś wchodziło do ich domu, pod ich okno, szeptało do ścian. Jakby miało prawo.

— Czego chcesz? — zapytała, starając się, by głos jej nie zadrżał.

Stwór pochylił się. Sznury skrzypnęły, jakby tarły o kamień.

— Miękkość… była tu… kiedyś — powiedział. — Została zabrana. Teraz wszystko jest szorstkie. Wszystko drapie. Wszystko rani. To wasza wina.

Kuba stanął przed Zosią, rozkładając ręce, jakby mógł ją zasłonić przed kłębkiem lin.

— Nie wiemy, o czym mówisz — powiedział twardo. — My nic nie zabraliśmy.

Stwór wyciągnął „dłoń” splątane włókna zakończone haczykami.

— Ktoś… z was. Ktoś… bliski. Miękkość zamknięto. W młynie. W środku kamienia.

Zosia spojrzała na stary mechanizm. W rogu stał ogromny młyński kamień, pęknięty, ale wciąż ciężki, jakby trzymał w sobie wszystkie tajemnice tego miejsca.

— W środku kamienia? — powtórzyła.

Stwór kiwnął głową, a frędzle zasyczały.

— Jeśli nie oddacie… szorstkość wejdzie w was. Pod skórę. Pod serce.

Zosia poczuła mrowienie w palcach. Jakby drobinki piasku już próbowały się tam zadomowić.

— Jak to uwolnić? — spytała szybko.

Kuba odwrócił do niej głowę.

— Zosia, nie negocjujemy z… z tym.

— Kuba, to już jest w naszej sprawie — syknęła. — To przyszło do nas.

Stwór zbliżył się do kamienia i dotknął pęknięcia.

— Potrzebujecie… miękkiego klucza. Czegoś, co nie rani. Czegoś… co pamięta ciepło.

Zosia automatycznie ścisnęła flanelę w kieszeni. Jej kawałek miękkiej tkaniny, podarowany przez Kubę. Pamiętał ciepło, bo tyle razy trzymała go w dłoniach, gdy bała się zasnąć.

— Mam coś — powiedziała.

Wyjęła flanelę. W świetle latarki wyglądała jak mały, niepasujący do tego miejsca obłok. Stwór cofnął się, jakby ta miękkość go oślepiała.

— To… — wyszeptał. — To ślad. Ale za mało.

Zosia poczuła rozczarowanie i ulgę jednocześnie.

— Co jeszcze?

— Głos… który woła z miłością — powiedział stwór. — Dotyk… który nie boi się blizn. I obietnica… że nie zostawicie swoich.

Kuba parsknął cicho, nerwowo.

— To brzmi jak zadanie z bajki.

— To jest bajka? — Zosia spojrzała na niego ostro.

W tym momencie stwór poruszył się gwałtownie, a jego sznury świsnęły po podłodze. Z ciemności, spod desek, zaczęły pełznąć cienkie żyłki, jak włosy z drutu. Owijały się wokół butów Zosi.

— Hej! — krzyknęła.

Kuba zaczął je odrywać, ale druty raniły mu palce. Krew wyglądała ciemno w świetle latarki.

— Uciekamy! — zawołał.

Zosia wyrwała nogę i pobiegli do wyjścia. Drzwi młyna zatrzasnęły się za nimi z hukiem, choć nikt ich nie dotknął.

Na zewnątrz powietrze było zimne, ale prawdziwe. Zosia oparła się o drzewo, czując, jak jego kora drapie ją przez bluzę.

— Kuba, krwawisz — powiedziała, łapiąc jego dłoń.

— Nic mi nie jest — burknął, ale skrzywił się.

Zosia wyjęła z plecaka plaster i owinęła mu palce. Robiła to delikatnie, jakby bandaż był najważniejszą rzeczą na świecie.

Kuba patrzył na nią, milczący.

„Nie zostawicie swoich” — powtórzył w końcu cicho. — To o nas.

Zosia skinęła głową.

— I o mamie. I o babci. O wszystkich.

W tej samej chwili, z lasu, dobiegł ich szept, jak szuranie po szkle:

„Oddajcie… miękkość…”

Rozdział 4: Wątek prowadzący do babci

Babcia mieszkała dwa domy dalej, w małym mieszkaniu, gdzie wciąż pachniało herbatą z maliną. Była jedyną osobą, która trzymała w szafie stare, gładkie rzeczy: wełniany szal, pluszową poduszkę i aksamitną wstążkę, której nikt nie dotykał bez pozwolenia.

Kiedy Zosia i Kuba weszli, babcia spojrzała na ich twarze i od razu odłożyła łyżeczkę.

— Coście narobili? — zapytała spokojnie, ale oczy miała czujne.

— My nic — powiedział Kuba, zbyt szybko.

Zosia usiadła przy stole.

— Babciu… czy pamiętasz, kiedy świat był mniej szorstki?

Babcia westchnęła tak, jakby ktoś podniósł ciężki dywan.

— Pamiętam. I pamiętam, kiedy zaczął drapać. — Zawahała się. — To nie stało się samo.

Kuba oparł łokcie o stół.

— To znaczy?

Babcia wstała i podeszła do komody. Wyjęła z niej małe pudełko owinięte w miękki materiał. Ten materiał był tak gładki, że aż dziwnie wyglądał w ich świecie.

— Był tu kiedyś tkacz — zaczęła. — Mówiło się, że umie tkać nie tylko tkaniny, ale i… spokój. Ludzie przychodzili do niego, gdy się kłócili, gdy bali się nocy. Tkał im coś miękkiego, co przypominało, że są dla siebie ważni.

Zosia słuchała, czując, jak skóra na ramionach cierpnie.

— Ale pewnego dnia — ciągnęła babcia — ktoś uznał, że miękkość to słabość. Że przez nią ludzie płaczą, przytulają się, zamiast „być twardymi”. I że jak się ją zamknie, to wszystko będzie prostsze.

Kuba prychnął.

— Typowe.

Babcia spojrzała na niego ostro.

— To nie jest śmieszne, Kuba. Bo wtedy miękkość zamknięto w młynie. W kamieniu. A świat… zaczął szorstnieć, jakby obrażony.

Zosia poczuła, jak w jej brzuchu skręca się supeł.

— Kto to zrobił?

Babcia nie odpowiedziała od razu. Otworzyła pudełko. W środku leżał mały kłębek nici, połyskujący jak pajęczyna w słońcu, ale miękki jak piórko.

— Ja tam byłam — powiedziała cicho. — Byłam młoda. Bałam się sprzeciwić. A potem… wstydziłam się przyznać.

Zosia patrzyła na babcię, nagle widząc ją nie jako „dorosłą, co wie wszystko”, tylko jako kogoś, kto kiedyś też miał dwanaście lat w sercu.

— Dlaczego nam nie powiedziałaś? — zapytała.

— Bo myślałam, że już za późno. — Babcia podała jej kłębek. — Ale jeśli młyn znowu się odzywa… to znaczy, że miękkość chce wrócić. I że ktoś z was ma odwagę, której mi brakowało.

Kuba spojrzał na kłębek.

— To jest „miękki klucz”?

Babcia skinęła głową.

— To nić od tkacza. Ostatnia. Może otworzyć to, co zamknięte… jeśli użyjecie jej razem.

Zosia wzięła nić ostrożnie, jakby trzymała małą iskrę. Była zaskakująco ciepła.

— Stwór mówił też o głosie i obietnicy — powiedziała.

Babcia uśmiechnęła się smutno.

— Głos, który woła z miłością… to po prostu słowa, które zwykle chowamy, bo wstyd. A obietnica… to trzymanie się razem, nawet gdy jest ciemno.

Kuba odwrócił wzrok.

— To co, idziemy do młyna i… śpiewamy mu kołysankę? — mruknął.

— Możemy zacząć od „nie zostawię cię” — odpowiedziała Zosia. — To wystarczy.

Babcia położyła dłoń na ich dłoniach. Jej skóra była pomarszczona, ale dotyk… zaskakująco miękki.

— Uważajcie — powiedziała. — Szorstkość kłamie. Będzie wam mówić, że lepiej iść samemu. Że bliscy przeszkadzają. Nie słuchajcie.

Zosia spojrzała na Kubę. On westchnął i skinął głową, jakby przyjmował ciężar plecaka, którego nie da się zdjąć.

— Razem — powiedział.

Rozdział 5: Serce kamienia

Do młyna wrócili o zmierzchu. Babcia nalegała, by wzięli ze sobą jej aksamitną wstążkę „na szczęście”, ale Zosia uznała, że szczęście i tak będzie musiało ich znaleźć w ciemności.

Las był gęsty, a każdy krok brzmiał jak pocieranie papieru. Zosia trzymała w dłoni nić od tkacza, owiniętą wokół palca, by jej nie zgubić. Kuba miał latarkę i kij, który wyglądał jak broń, ale Zosia wiedziała, że to raczej podpórka dla jego odwagi.

Drzwi młyna były tym razem zamknięte.

— Wczoraj były uchylone — szepnął Kuba.

Zosia podeszła i dotknęła drewna flanelą. Jakby sprawdzała, czy miękkość może przekonać szorstkość do ustąpienia. Drzwi zadrżały.

Z wnętrza dobiegło skrzypienie, a potem szept, głośniejszy niż wcześniej:

„Nie… otwierajcie…”

Kuba cofnął się.

— Słyszałaś? To mówi, żeby nie…

— Szorstkość kłamie — przypomniała Zosia.

Przełknęła strach i powiedziała na głos, wyraźnie:

— Kuba, nie zostawię cię. Nawet jeśli będziesz marudził przez resztę życia.

Kuba parsknął, mimo napięcia.

— To ma być ten „głos z miłością”?

— Tak. I teraz ty.

Kuba zacisnął szczękę, jakby walczył z czymś w środku.

— Zosia… — zaczął i urwał. — Nie… nie pozwolę, żeby ci się coś stało. Rozumiesz? Nie zostawię cię.

Słowa zabrzmiały w powietrzu jak coś miękkiego, co spada na twardą podłogę. Drzwi młyna westchnęły i… uchyliły się same.

W środku było jeszcze ciemniej niż poprzednio. Pył unosił się jak mgła. Kiedy weszli, podłoga zawyła, jakby była niezadowolona.

Stwór ze sznura czekał przy kamieniu. Tym razem wyglądał większy, bardziej splątany.

— Macie… nić — wysyczał.

— Mamy — odpowiedziała Zosia. — Ale nie oddamy jej tobie. Użyjemy jej, żeby uwolnić miękkość. Dla wszystkich.

Oczy stwora błysnęły.

— Miękkość… boli. Przypomina. — Jego głos zadrżał, jakby sam nie był pewien, czy chce tego, o co prosi. — Ale bez niej… też boli. Tylko inaczej.

Zosia podeszła do kamienia. Pęknięcie było jak usta, które nie umieją powiedzieć „przepraszam”. Wsunęła palec z nicią w szczelinę. Nić nie zahaczyła. Nie drapała. Zamiast tego sunęła gładko, jakby znalazła drogę, na którą czekała.

Kuba stanął obok.

— Co mam robić?

— Trzymaj mnie — powiedziała Zosia. — Jeśli coś mnie pociągnie.

Kuba złapał ją za nadgarstek mocno, ale nie za mocno. Zosia poczuła, że nie jest sama, i to dodało jej siły.

Nić zaczęła świecić bladym światłem, które rozlewało się po kamieniu jak mleko po stole. Pęknięcie poszerzyło się.

I wtedy młyn zawył.

Z podłogi wystrzeliły druty, jak ostre chwasty. Owinęły się wokół nóg Kuby.

— Kuba! — krzyknęła Zosia.

— Rób swoje! — wrzasnął brat, szarpiąc się. — Nie przerywaj!

Zosia zacisnęła zęby. Pociągnęła nić.

W kamieniu coś poruszyło się, jakby w środku żyło serce. Usłyszała stłumione bicie — tup, tup — i nagle poczuła zapach… ciepłej pościeli, świeżego ciasta, czyjejś koszulki po praniu. Zapach domu.

Druty szarpały Kubę coraz mocniej. Na jego czole pojawiły się krople potu.

— Zosia! — sapnął.

Zosia krzyknęła, nie do stwora, nie do młyna, tylko do świata:

— Jeśli miękkość ma wrócić, to wróci z nami wszystkimi! Nie będziemy „twardzi” osobno!

W tej samej chwili nić w jej palcach napięła się, jak struna. Zosia i Kuba spojrzeli na siebie.

— Razem — powiedzieli jednocześnie.

Zosia pociągnęła, a Kuba, mimo że był oplątany, przechylił się i pomógł, jak mógł. Kamień zatrzeszczał, jakby łamał swoje własne przyzwyczajenia. Pęknięcie rozwarło się.

Z wnętrza wypłynęła miękkość — nie jak woda, raczej jak ciepła mgła. Otuliła ich dłonie, policzki, włosy. Nie kleiła się. Po prostu była. Jak koc, który spada na ramiona, gdy ktoś go podaje bez słowa.

Druty puściły Kubę. Zawinęły się i schowały, jakby wstydziły się własnej ostrości.

Stwór ze sznura cofnął się, drżąc. Jego oczy zamigotały.

— Pamiętam… — wyszeptał. — Pamiętam, jak to jest… nie ranić.

Miękkość dotknęła jego splątanych włókien. Sznury przestały skrzypieć. Zamiast tego… zaszeleściły jak miękka trawa.

Stwór opadł na ziemię i zaczął się rozplątywać. Z kłębka lin wysunęła się mała, szara postać — chłopiec zrobiony jakby z pyłu i nici, z twarzą wystraszoną i smutną.

— Kim jesteś? — zapytała Zosia.

Chłopiec podniósł wzrok.

— Byłem… tym, co zostało, kiedy zabrali miękkość — powiedział. — Zrobiłem się z resztek. Z gniewu. Z zadrapań.

Kuba wytarł rękawem czoło.

— A te znaki?

— To były moje wołania — przyznał chłopiec. — Nie umiałem inaczej.

Zosia poczuła, jak w gardle rośnie jej gula.

— To już nie musisz.

Miękkość w młynie zaczęła gasnąć, ale nie znikała. Jakby osiadała w deskach, ścianach i powietrzu, zostawiając ślad.

Chłopiec z pyłu spojrzał na nich.

— Możecie… obiecać, że będziecie pamiętać?

Zosia skinęła głową.

— Tak. I powiemy babci, że… że nie jest sama z tym wstydem.

Kuba dodał cicho:

— I że nie musi być twarda.

Chłopiec zamknął oczy, a potem rozpłynął się jak kurz w promieniu światła, zostawiając tylko cichy, spokojny oddech młyna.

Rozdział 6: Powrót do ciszy, która nie drapie

Kiedy wyszli z młyna, niebo było granatowe, a gwiazdy wyglądały jak drobne, gładkie guziki przyszyte do nocy. Las wciąż był lasem, ale gałęzie już nie brzmiały tak wrogo. Wiatr nie szurał — bardziej szeptał, jakby nauczył się mówić ciszej.

— Czujesz to? — zapytał Kuba, rozcierając palce.

Zosia skinęła głową. Kora drzewa obok nadal była chropowata, ale nie tak, jak wcześniej. Jakby ktoś zetrzeł najostrzejszą warstwę.

— To nie zrobi się nagle pluszowe — powiedziała Zosia. — Ale… jakby mniej chciało nas zranić.

Wracali powoli, zmęczeni, ale lżejsi. W kieszeni Zosi flanela była cieplejsza niż zwykle, jakby wypiła trochę tej mgły z kamienia.

W domu mama siedziała przy stole z kubkiem herbaty. Gdy zobaczyła ich twarze i zadrapania Kuby, poderwała się.

— Gdzie byliście?! — jej głos był ostry, ale oczy miały w sobie strach.

Zosia podeszła i przytuliła mamę, choć jej sweter nadal drapał.

— W lesie. — Zosia nie wiedziała, ile może powiedzieć, a ile zabrzmi jak wymówka. — Przepraszam. Powinnyśmy powiedzieć.

Mama zamarła, zaskoczona tym przytuleniem. Potem objęła Zosię mocno.

— Nie rób mi tego więcej — wyszeptała.

Kuba stał z boku, jakby nie umiał zdecydować, czy jest częścią tej sceny. Zosia wyciągnęła rękę i złapała go za rękaw.

— No chodź. — Pociągnęła go.

Kuba przewrócił oczami, ale dał się wciągnąć. Mama objęła ich oboje, niezgrabnie, ale szczerze. Zosia pomyślała, że to jest właśnie miękkość: nie idealna, tylko prawdziwa.

Następnego dnia poszli do babci. Zosia oddała jej kłębek nici, który teraz wyglądał zwyczajnie, jakby zrobił, co miał zrobić.

Babcia wysłuchała ich w milczeniu. Kiedy Zosia skończyła, babcia zamknęła oczy, a po policzku spłynęła jej jedna łza.

— Dziękuję — powiedziała. — Za to, że poszliście razem.

Kuba poruszył się niespokojnie.

— Babciu… — zaczął, po czym westchnął. — Nie gniewam się. Ale następnym razem… mów od razu, dobra?

Babcia uśmiechnęła się przez łzy.

— Dobrze.

W kolejnych tygodniach miasteczko nie stało się nagle miękkie jak poduszka. Nadal były zadziory, drzazgi i szorstkie słowa w szkole. Ale coś się zmieniło: ludzie częściej podawali sobie rękę. Rzadziej udawali, że nic nie czują. Jakby w powietrzu pojawiła się cienka warstwa ochronna, niewidoczna, ale ważna.

Pewnej nocy Zosia obudziła się i usłyszała ciszę. Tym razem nie była jak drapanie. Była gładka. Spokojna.

Podeszła do okna. Na płocie znak zniknął. Zamiast niego, w miejscu, gdzie wcześniej był głęboki rys, drewno wyglądało… jakby ktoś je delikatnie wygładził.

Zosia wróciła do łóżka, przytuliła flanelę i pomyślała o młynie, o chłopcu z pyłu i o tym, jak Kuba trzymał jej nadgarstek, gdy wszystko chciało ich rozdzielić.

— Nie zostawię — szepnęła do ciemności.

Ciemność nie odpowiedziała szeptem. Tylko westchnęła, jak ktoś, kto wreszcie zasnął bez strachu.

Bez reklam 3€ na miesiąc

Czy pragną Państwo nieprzerwanej lektury? Wesprzyjcie Oh My Tales, usuńcie wszystkie reklamy i korzystajcie z innych wliczonych korzyści już od 3€ miesięcznie.

Zobacz plany i ceny
Udostępnij

zgłoś problem z tą opowieścią

Co sądziliście o tej opowieści?

Podaj swoją opinię, przyznając ocenę tej opowieści w zależności od tego, co Ty i/lub Twoje dziecko o niej myśleliście. Z góry dziękujemy!

Dziękuję! Twój głos został uwzględniony!

Quiz: czy dobrze zrozumiałeś opowieść?

Chropowate
Powierzchnie z nierówną, szorstką fakturą, które mogą drapać skórę.
Zadziory
Małe, ostre kawałki materiału lub drewna, które mogą zadrapać palec.
Flanelę
Miękka tkanina, często używana do ciepłej piżamy lub pieluszek.
Pumeksem
Kamień lub narzędzie do ścierania i wygładzania twardych powierzchni.
Szorstkość
Cechą czegoś drapiącego i niegładkiego, co może powodować dyskomfort.
Pęknięcie
Szczelina lub złamanie w twardym materiale, jak kamień czy drewno.
Miękkość
Cecha rzeczy przyjemnych w dotyku, delikatnych i nie raniących.
Splątane
Gdy włókna, liny lub nici są pomieszane i trudno je rozdzielić.
Frędzlami
Luźne końce tkaniny lub liny, które zwisają i mają postać nitek.
Mechanizm
Zestaw części w maszynie, które współpracują, by coś działało.

Stwórz magiczną i unikalną opowieść dla swojego dziecka!

Stwórz spersonalizowaną przygodę w zaledwie kilka minut, w której twoje dziecko staje się bohaterem. Z naszym ekskluzywnym narzędziem to łatwe, darmowe i zabawne!

Stworzyć opowieść

Pobierz tę opowieść:

Pobierz tę opowieść w formacie PDF Pobierz e-booka (.epub)

Do przeczytania następnie w Opowieści, które przerażają (Horror) dla 11-12 lat

Otrzymuj nowe opowieści w każdą niedzielę wieczorem!

Otrzymaj 7 ekscytujących i fascynujących opowieści, dostosowanych do wieku i gustów Twojego dziecka, każdej niedzieli o 17:00*. To jest darmowe i gwarantowane bez spamu!
*E-mail wysyłany o 17:00 czasu środkowoeuropejskiego (CET).
Nie lubimy też spamu. Dlatego nie będziemy wysyłać Ci nic poza opowieściami. Będziesz mógł się wypisać, kiedy tylko zechcesz.