Trwa ładowanie...
Straszna opowieść 11-12 lat Czytanie 18 min.

Złodziej świtu i chłopcy bez masek

Trzech przyjaciół wyrusza w surrealistyczną podróż przez zepsuty świt i kolejne próby, stawiając czoła własnym lękom i prawdom o sobie, by odzyskać poranek.

Pobierz tę opowieść w formacie PDF

Idealne do dzielenia się lub drukowania tej opowieści!

Pobierz e-booka (.epub)

Przeczytaj tę opowieść na swoim czytniku e-booków.

Są trzej chłopcy: Maks (ok. 12 lat) z krótkimi brunatnymi włosami, piegami, zużytą niebieską kurtką, trzymający świecącą srebrną strzałkę i stojący centralnie nieco przed pozostałymi; Filip (ok. 12 lat), szczupły, z potarganymi kasztanowymi włosami, z notesem pod pachą i w khaki, po lewej, z determinacją i niepokojem; Oskar (ok. 12 lat), krępy, z ciemnymi krótkimi włosami, w ciemnym t‑shircie i dżinsach, po prawej, ze spiętą miną, ręką na ramieniu Maksa. Miejsce: wielka wyrwa w murze z mgły i pary, przed bramą z obłoku; dalej szare bloki z niebieskawymi oknami, wilgotne kamienne brukowane podłoże, czarne nitki jak korzenie zwisające przy szczelinie, niebo jak wycięty świt w srebrze i złocie. Główna scena: chłopcy trzymają się za ręce przed mglistą bramą, ciepła złota linia światła przebija mgłę od srebrnej strzałki; naprzeciw nich cofa się wielka sylwetka obwiązana czarną tkaniną z szeroką białą maską uśmiechu, jej czarne nici rozwiązują się i rozpuszczają w świetle; kompozycja centralna, wyrazy odwagi i ulgi, stonowana lecz kontrastowa paleta (dymne szarości, ciepłe złoto, akcenty niebieskiego). zgłoś problem z tym obrazem

Rozdział 1: Świt, który nie pasował do nieba

Maks obudził się, zanim zadzwonił budzik. To nie było zwykłe „o, już rano”, tylko nagłe szarpnięcie, jakby ktoś pociągnął go za kołnierz prosto w światło. Leżał na łóżku i patrzył, jak świt wpełza do pokoju cienką smugą.

Tylko że ta smuga była… zbyt wyraźna. Jak narysowana kredą na powietrzu.

Za oknem osiedle wyglądało znajomo: bloki, parking, krzywe drzewo przy śmietniku. A jednak coś się nie zgadzało. Niebo miało kolor starego srebra, a słońce nie wschodziło powoli. Wskakiwało kawałkami, jak klatki w źle zmontowanym filmie.

Maks przeciągnął się i odruchowo uśmiechnął, bo zawsze miał w sobie coś z iskry. Nawet gdy robiło się dziwnie, potrafił rzucić żart.

— No pięknie, niebo się zacięło — mruknął do siebie.

Wstał, podszedł do okna i przyłożył dłoń do szyby. Była zimna, ale w dotyku jakby… miękka, jak cienka folia. Maks cofnął rękę. Wtedy zobaczył na podwórku dwóch chłopaków: Filipa i Oskara. Obaj byli w jego wieku, prawie dwanaście lat. Filip wysoki, chudy, zawsze z notatnikiem, bo lubił wszystko rozgryzać. Oskar niższy, silniejszy, z miną „najpierw sprawdzę, potem uwierzę”.

Stali pod latarnią, która wciąż świeciła, chociaż było już jasno. Latarnia miała na sobie czarne pęknięcia, jak żyły.

Maks wybiegł na klatkę, zjechał po poręczy schodów (zawsze obiecywał sobie, że przestanie, ale… no cóż) i dopadł ich na zewnątrz.

— Widzicie to niebo? — zapytał bez przywitania.

— Widzę — Filip uniósł notatnik. — I widzę też, że świt zachowuje się nielogicznie. Jakby ktoś przewijał taśmę.

Oskar kopnął kamyk. Kamyk poleciał, ale zamiast spaść, zawisł na chwilę w powietrzu.

— To nie jest normalne. To jest… — urwał i spojrzał na latarnię. — Jak w koszmarze.

Wtedy z latarni dobiegł cichy trzask, jak łamanie cienkiej kości. Światło mrugnęło. I na ułamek sekundy na szkle latarni odbiła się twarz. Nie ich twarz. Obca, blada, z uśmiechem za szerokim.

Maks poczuł, jak po plecach przebiega mu zimny dreszcz, ale nie zrobił kroku w tył. Zawsze miał w sobie ten upór, jakby jego godność była tarczą.

— Dobra — powiedział. — Skoro świt się psuje, to naprawimy. Albo przynajmniej dowiemy się, kto majstruje przy poranku.

Filip przełknął ślinę.

— Może to sen.

— A jak tak, to i tak możemy się w nim poruszać — odparł Maks. — Świadomy sen, tylko… na jawie.

Oskar prychnął.

— Śnić na jawie? Brzmi jak coś, co powiedziałby nauczyciel od plastyki po trzeciej kawie.

— To co? — Maks wskazał w głąb podwórka, gdzie między blokami pojawiła się wąska uliczka, której wcześniej tam nie było. — Idziemy?

Uliczka pachniała mokrym papierem i rdzą. Świt za nimi stał w miejscu, jakby nie miał odwagi pójść dalej.

Rozdział 2: Uliczka zrobiona z szeptów

Weszli w uliczkę i od razu zrobiło się ciszej. Nawet ich kroki brzmiały inaczej, bardziej głucho, jak na dywanie z popiołu.

Ściany po bokach wyglądały jak zwykłe mury, ale gdy Maks dotknął cegły, poczuł pod palcami drganie, jak w telefonie, gdy przychodzi wiadomość. Tylko że tu wiadomość była szeptem.

— Słyszysz? — Filip nachylił się do ściany.

Z muru dobiegało ledwo słyszalne: „Oddaj… oddaj…”.

Oskar odsunął się.

— Nie oddaję niczego, co moje.

Uliczka kończyła się drzwiami, które stały w powietrzu, bez ściany. Wisiały prosto, jakby ktoś zapomniał dokończyć budowę świata. Na drzwiach widniał znak: oko narysowane kredą, a w środku oka mała kreska jak świt.

Maks złapał za klamkę. Była zimna, ale nie metalowa — jakby z lodu. Kiedy pociągnął, drzwi otworzyły się do środka… i pokazały klatkę schodową, której nie znali. Schody kręciły się w dół, zamiast w górę, a poręcze wyglądały jak splecione gałęzie.

— Wchodzimy? — zapytał Maks.

Filip wziął głęboki oddech.

— Jeśli to sen na jawie, to reguły mogą się zmieniać. Ale… jeśli się boimy, będziemy się cofać.

Oskar zmrużył oczy.

— To się nie cofamy.

Zeszli. Powietrze było cięższe na każdym stopniu, jakby schodzili pod wodę. Na ścianach wisiały ramki ze zdjęciami. Na pierwszym zdjęciu był Maks. Tylko że stał na szkolnym korytarzu i płakał, choć Maks nie pamiętał, żeby kiedykolwiek płakał przy ludziach.

— To nie ja — wyszeptał, ale obraz był zbyt prawdziwy: czerwone oczy, zaciśnięte pięści, próba udawania, że wszystko jest okej.

Filip zatrzymał się przy swoim zdjęciu. Widać było, jak wyrywa kartkę z zeszytu i chowa ją komuś do plecaka. Żart? Zemsta? Filip zbladł.

— Ja… ja tego nie zrobiłem.

Oskar spojrzał na swoje zdjęcie. On stał z podniesioną ręką, jakby miał kogoś uderzyć. Twarz miał twardą jak kamień.

— To kłamstwa — warknął.

Na dole schodów stał zegar bez wskazówek. Zamiast tarczy miał czarne lustro. W lustrze nie było ich odbicia, tylko ciemny korytarz i coś, co się w nim poruszało.

Maks poczuł, że spontaniczność jest jak latarka: świeci, dopóki się jej nie wstydzi.

— Dobra, jeśli to ma nas straszyć, to słabo. Mam lepsze pomysły na horror — powiedział głośno, choć serce waliło mu jak młot.

Zegar pękł bezgłośnie, a z pęknięcia wypełzła wstęga dymu, która uformowała się w cienką postać w płaszczu z mroku. Tam, gdzie powinna być twarz, była biała maska z narysowanym uśmiechem.

— Witajcie, chłopcy od świtu — odezwało się coś spod maski. Głos brzmiał jak kartka papieru drapana paznokciem. — Zgubiliście godność. Przynieście mi ją, a dostaniecie poranek.

Filip zacisnął notatnik.

— Godności się nie przynosi jak zakupów.

Postać przechyliła głowę.

— A jednak ją oddajecie. Gdy udajecie, że jesteście kimś innym. Gdy pozwalacie, by strach wam mówił, co macie zrobić.

Oskar zrobił krok do przodu.

— Nie będziesz nam mówił, kim jesteśmy.

Maska zaśmiała się bez ruchu ust.

— W takim razie przejdźcie Próby. I nie zgubcie się w jawnych snach.

Korytarz za zegarem rozszerzył się jak usta. Z wnętrza wiał chłód, pachnący mokrą piwnicą.

Maks spojrzał na przyjaciół.

— Trzymamy się razem. Jak się zacznie robić naprawdę źle, mówimy to na głos. Bez udawania.

Filip skinął.

— Umowa.

Oskar chrząknął.

— Umowa.

Weszli w ciemność, a za nimi świt został daleko, jak obraz w zamkniętej książce.

Rozdział 3: Biblioteka, która czytała ludzi

Korytarz zakończył się drzwiami zrobionymi z desek, na których ktoś wypalił litery. Nie układały się w słowa, raczej w ostrzeżenia. Drzwi same się otworzyły i chłopcy znaleźli się w bibliotece.

Regały ciągnęły się w nieskończoność, a sufit ginął w mroku. Książki szeleściły, jakby przewracały strony bez dotyku. W powietrzu unosił się zapach kurzu i starego atramentu, ale też coś jeszcze — metaliczna nuta, jak krew na języku po przygryzieniu wargi.

Na środku stał pulpit z otwartą księgą. Strony były puste.

— To wygląda… — Filip zamilkł, bo pusta strona zaczęła się zapełniać literami. Nie atramentem, tylko cieniem.

„FILIP: UDASZ MĄDRZEJSZEGO, ŻEBY NIKT NIE ZOBACZYŁ, ŻE SIĘ BOISZ.”

Filip cofnął się, jakby księga go uderzyła.

— To… to prawda, ale…

— Ale co? — Maks spojrzał mu w oczy. — Nie musisz być zawsze „ogarnięty”.

Filip przełknął.

— Boję się, że jak pokażę, że się boję, to przestanę się liczyć.

Księga przewróciła stronę sama.

„OSKAR: UDASZ TWARDZIELA, BO MYŚLISZ, ŻE INACZEJ ZOSTANIESZ ZRANIONY.”

Oskar zacisnął szczękę.

— Jak się jest miękkim, to świat cię rozgniata.

— A jak jesteś twardy, to pękasz — powiedział Maks cicho, zaskoczony własną powagą.

Strona znów się zmieniła.

„MAKS: UDASZ, ŻE NIC CIĘ NIE RUSZA, BO WSTYDZISZ SIĘ SMUTKU.”

Maks poczuł, jakby ktoś mu zajrzał do kieszeni i wyciągnął najbardziej prywatną rzecz.

— Ja… — zaczął i zaśmiał się krótko. — No super, biblioteka psychologiczna.

Z tyłu biblioteki coś zaszeleściło. Między regałami pojawiła się ta sama postać w masce. Nie szła, raczej płynęła, zostawiając smugę mroku.

— Piękne słowa — syknęła. — Teraz oddajcie je. Oddajcie prawdę. Zostawcie tu swoje przyznania się. Wtedy nie będzie bolało.

Filip uniósł brodę.

— Jeśli oddamy prawdę, to co zostanie?

— Spokój — odpowiedziała maska. — Cisza. Brak wstydu.

Oskar prychnął.

— To nie spokój, tylko pusta skorupa.

Maks podszedł do pulpitu. Palce mu drżały, ale położył dłoń na stronie, jakby przyklejał ją do rzeczywistości.

— Prawda boli, ale to nie znaczy, że jest zła — powiedział głośno. — I nie oddamy jej komuś, kto chce nas zrobić bezbarwnymi.

Księga zadrżała. Litery zawirowały i uniosły się jak czarne ptaki. Zamiast zniknąć, zaczęły krążyć nad nimi, a potem opadły na ich ramiona jak lekkie pióra. Nie ciężar. Raczej znak.

Maska cofnęła się, jakby oparzyła się o światło, którego nie było.

— Więc wybieracie godność… nawet jeśli drży wam głos.

W bibliotece rozległ się trzask, a między regałami otworzyła się szczelina jak drzwi z samej ciemności. Z jej wnętrza dobiegał płacz i śmiech naraz.

Filip ścisnął notatnik.

— To następna próba.

Oskar spojrzał na Maksa.

— Dalej.

Maks skinął.

— Dalej. Z piórami czy bez.

Weszli w szczelinę, a za nimi biblioteka zaczęła szeleścić szybciej, jakby czytała ich ucieczkę.

Rozdział 4: Lunapark bez muzyki

Wypadli na rozległy plac. Nad nimi stało koło młyńskie, ale zamiast gondoli wisiały na nim zegary. Wszystkie bez wskazówek. Karuzela kręciła się powoli, wydając dźwięk jak zgrzyt zębów. A dom strachów miał napis: „WEJDŹ, JEŚLI CHCESZ BYĆ MNIEJSZY”.

— Lunapark… — Maks próbował zażartować. — Tylko brakuje waty cukrowej z czarnych myśli.

Filip nie odpowiedział. Patrzył na ziemię. Na piasku widniały ślady stóp, ale żadna para nie była pełna. Każdy ślad wyglądał, jakby ktoś szedł bez palców, albo zbyt lekko, jak cień.

Z domku strachów wysunęła się biała ręka i pomachała do nich zapraszająco.

— Nie idziemy tam — powiedział Oskar natychmiast.

— A może właśnie idziemy — odparł Filip. — Bo jeśli uciekniemy, to to będzie miało nad nami władzę.

Maks spojrzał na napis: „BYĆ MNIEJSZY”. Poczuł, że to chodzi o coś więcej niż wzrost.

— Idziemy razem — zdecydował. — Żaden bohater samotnie nie wygrywa z domem strachów. To nie film.

W środku panował zapach wilgoci i starej farby. Korytarz był wąski, ściany lepkie jak po rozlanej coli. Na suficie wisiały lusterka, ale każde pokazywało ich inaczej: Filipa z zakneblowanymi ustami, Oskara z rękami w kajdankach, Maksa zamkniętego w szafie.

Z głośników, których nie było widać, popłynął szept:

— Zróbcie się mniejsi. Schowajcie się. Nie wychylajcie.

Nagle korytarz zaczął się zwężać. Ściany sunęły do siebie, jakby miały ich zgnieść. Oskar naparł ramionami.

— Nie damy się!

Filip szybko rozejrzał się.

— To działa na strachu. Im bardziej myślimy, że nas zmiażdży, tym bardziej się zwęża.

Maks zamknął oczy. Wziął oddech, jeden, drugi. W głowie pojawił mu się obraz świtu, tej kredowej smugi. Pomyślał o tym, że chce go zobaczyć prawdziwego. I że nie musi udawać, że jest niewzruszony.

— Boję się — powiedział nagle, głośno. — Ale idę dalej.

Ściany zatrzymały się na moment.

Filip ścisnął pięści.

— Ja też się boję. I nie muszę być perfekcyjny.

Korytarz odetchnął, jakby się cofnął o centymetr.

Oskar, z oczami wciąż twardymi, powiedział wreszcie:

— Ja się boję, że zrobię komuś krzywdę, kiedy się wkurzę. I dlatego udaję kamień.

Ściany rozsunęły się z sykiem, jakby ktoś rozpiął zbyt ciasną kurtkę. Korytarz nagle stał się szerszy, a przed nimi pojawiły się drzwi, zwykłe, drewniane.

Za nimi czekało światło — nie dzienne, raczej blade jak księżyc w mleku. A na podłodze leżała mała, srebrna strzałka, wskazująca kierunek.

Maks podniósł ją. Była ciepła.

— To nas prowadzi.

Z zewnątrz lunapark wciąż był bez muzyki, ale gdy zrobili pierwszy krok za dom strachów, usłyszeli w oddali coś jak pojedynczy dźwięk fortepianu. Jak obietnica, że melodia jeszcze wróci.

Rozdział 5: Maska chce świtu

Strzałka poprowadziła ich na skraj placu, gdzie stała brama zrobiona z mgły. Za bramą widać było osiedle… ale jakby puste, wypłowiałe, bez okien. Świt wisiał nad nim, nieruchomy, zamrożony w pół kroku.

Postać w masce czekała tuż przed bramą. Tym razem była większa, jakby nakarmiła się ich lękiem.

— Ładnie sobie radzicie — powiedziała. — Naprawdę. Tylko po co? Świt i tak jest mój. Ludzie zawsze oddają kawałek siebie, żeby nie czuć.

— Nie wszyscy — odparł Filip. — A my nie musimy.

Maska przechyliła głowę.

— To oddajcie coś innego. Oddajcie przyjaciela. Jeden krok w tył, a reszta przejdzie.

Zrobiło się zimno. Maks spojrzał na Oskara i Filipa. To była taka chwila, kiedy w głowie pojawia się cichy głosik: „Może lepiej, może szybciej, może mniej boli…”.

A potem przypomniał sobie zdjęcie z klatki schodowej. Ten moment, gdy udawał, że nic go nie rusza. I poczuł w sobie coś prostego, upartego.

— Nie — powiedział. — Nie jesteśmy do sprzedania.

Oskar stanął po jego stronie tak blisko, że ich ramiona się dotknęły.

— Jak chcesz kogoś wziąć, to weź mnie. Ale i tak ci nie pójdzie.

Filip też podszedł.

— Godność to nie jest to, co się oddaje w zamian za spokój. To jest to, co się trzyma, nawet jak ręce się trzęsą.

Maska zadrżała, jakby te słowa były dla niej drażniące jak dym. Z jej płaszcza wysunęły się cienkie, czarne nici i rzuciły na bramę. Mgła zgęstniała, zrobiła się jak ściana.

— W takim razie zabiorę wam świt na zawsze — wysyczała. — Zostaniecie tu, w jawnych snach, aż zapomnicie, kim jesteście.

Maks ścisnął srebrną strzałkę. Pomyślał o poranku nie jako o nagrodzie, ale o prawie. O tym, że każdy ma prawo wstać i zacząć od nowa, bez wstydu, bez bycia „mniejszym”.

— Świt nie jest twoją własnością — powiedział, a jego głos był zaskakująco spokojny. — To światło przychodzi, nawet jeśli ktoś zasłoni okno.

Strzałka rozjarzyła się i zamieniła w cienką linię światła, która przecięła mgłę jak nożyk do papieru. Brama pękła, a przez szczelinę wpadł promień prawdziwego poranka: ciepły, złoty, pachnący mokrą trawą.

Maska cofnęła się, sycząc, a jej uśmiech zaczął się rozmazywać.

— To jeszcze nie koniec…

— Może i nie — odpowiedział Oskar. — Ale teraz my idziemy.

Chłopcy chwycili się za ręce, jakby byli jednym łańcuchem, i przeszli przez pękniętą bramę prosto w promień świtu.

Rozdział 6: Sen, który uwalnia

Światło nie oślepiło ich. Raczej otuliło, jak ciepły koc po długim dniu. Osiedle wróciło: okna znów były oknami, drzewa szumiały, a latarnia na podwórku zgasła, jakby wreszcie zrozumiała, że jej zmiana się skończyła.

Maks mrugnął. Stał w tym samym miejscu co wcześniej, pod blokiem. Tylko że teraz świt poruszał się normalnie, rozlewając się po chodnikach i dachach. Słońce wstało całe, nie poszarpane na kawałki.

Filip spojrzał na swoje dłonie, jakby sprawdzał, czy jest prawdziwy.

— To… wróciliśmy?

Oskar rozejrzał się, wciąż czujny.

— Albo śnimy lepszą wersję.

Maks poczuł nagłą senność, ale nie taką ciężką jak choroba. Raczej miękką, jak zaproszenie. Usiadł na ławce, a chłopcy obok niego.

— Jeśli to sen — powiedział cicho — to jest ten, w którym można oddychać.

Filip uśmiechnął się słabo.

— Wiesz, co jest dziwne? Nie czuję, że muszę wszystko kontrolować.

Oskar potarł kark.

— A ja… nie czuję, że muszę udawać, że nic mnie nie rusza.

Maks spojrzał na wschodzące słońce. W jego głowie pojawił się obraz maski, która kurczy się i blaknie, jak plama atramentu spłukiwana wodą.

— Ona wróci? — zapytał.

Filip wzruszył ramionami.

— Może w snach. Może w gorszych dniach. Ale teraz wiemy, że nie musimy jej karmić.

Świt zrobił się jaśniejszy, a dźwięki świata wróciły: ptaki, odległy samochód, czyjeś kroki na klatce schodowej. Wszystko zwyczajne, a jednak nowe.

Maks poczuł, że powieki mu ciążą. Oparł głowę o oparcie ławki.

— Jak zasnę, to mnie szturchnijcie, jeśli zacznę gadać przez sen — wymamrotał. — Nie chcę zdradzić żadnych tajemnic.

— Jakich tajemnic? — Oskar uniósł brew.

— Na przykład, że się boję — odpowiedział Maks z półuśmiechem. — Ups.

Filip parsknął cicho.

— To akurat nie tajemnica. To odwaga.

Słońce wspięło się wyżej. Maks zamknął oczy i tym razem sen przyszedł jak otwarte drzwi, nie jak pułapka. Śniło mu się, że biegną po mokrej trawie, a świt biegnie obok nich jak czwarty przyjaciel — nie do złapania, ale wierny.

W tym śnie nie było masek. Była tylko jasność, która nie wymagała udawania. I uczucie, że choć ciemność potrafi szeptać, to godność potrafi mówić głośniej.

Bez reklam 3€ na miesiąc

Czy pragną Państwo nieprzerwanej lektury? Wesprzyjcie Oh My Tales, usuńcie wszystkie reklamy i korzystajcie z innych wliczonych korzyści już od 3€ miesięcznie.

Zobacz plany i ceny
Udostępnij

zgłoś problem z tą opowieścią

Co sądziliście o tej opowieści?

Podaj swoją opinię, przyznając ocenę tej opowieści w zależności od tego, co Ty i/lub Twoje dziecko o niej myśleliście. Z góry dziękujemy!

Dziękuję! Twój głos został uwzględniony!

Quiz: czy dobrze zrozumiałeś opowieść?

Smuga
Wąski pasek światła albo koloru, który łatwo zauważyć.
Zacięło
Kiedy coś przestaje działać i zatrzymuje się nagle.
Poręczy
Część balustrady, po której można trzymać ręce na schodach.
Dreszcz
Nagłe zimne uczucie na skórze, gdy się boimy lub jest zimno.
Szeptem
Mówienie bardzo cicho, prawie po cichu.
świadomy sen
Sen, w którym człowiek wie, że śni i może go trochę kontrolować.
Na jawie
Być obudzonym, nie we śnie; rzeczywistość zamiast snu.
Poręcze
Ramiona lub listwy po obu stronach schodów, które pomagają się trzymać.
Splecione
Gdy dwie lub więcej rzeczy są skrzyżowane i połączone razem.
Pulpit
Miejsce, na które kładzie się książkę lub papier, aby łatwiej czytać.
Atramentu
Ciemny płyn używany do pisania piórem lub drukowania.

Stwórz magiczną i unikalną opowieść dla swojego dziecka!

Stwórz spersonalizowaną przygodę w zaledwie kilka minut, w której twoje dziecko staje się bohaterem. Z naszym ekskluzywnym narzędziem to łatwe, darmowe i zabawne!

Stworzyć opowieść

Pobierz tę opowieść:

Pobierz tę opowieść w formacie PDF Pobierz e-booka (.epub)

Do przeczytania następnie w Opowieści, które przerażają (Horror) dla 11-12 lat

Otrzymuj nowe opowieści w każdą niedzielę wieczorem!

Otrzymaj 7 ekscytujących i fascynujących opowieści, dostosowanych do wieku i gustów Twojego dziecka, każdej niedzieli o 17:00*. To jest darmowe i gwarantowane bez spamu!
*E-mail wysyłany o 17:00 czasu środkowoeuropejskiego (CET).
Nie lubimy też spamu. Dlatego nie będziemy wysyłać Ci nic poza opowieściami. Będziesz mógł się wypisać, kiedy tylko zechcesz.