Rozdział 1: Wygaszone miejsce
Kiedy Szymek, młody szop pracz o wiecznie roześmianych oczach, przeskoczył przez pękniętą siatkę, jego ogon zadrżał z ekscytacji. Teren za ogrodzeniem wyglądał jak zapomniana kieszeń świata: wyschnięte trawy stały sztywno jak druty, stare opony leżały w stertach, a porzucone blachy pobrzękiwały cicho, choć wiatru prawie nie było.
— Idealnie! — mruknął do siebie. — Tu na pewno znajdę coś ciekawego.
A jednak „ciekawe” szybko zmieniło smak. Zwykle w takich miejscach słychać było chociaż bzyczenie owadów, skrzek wron albo szelest myszy w śmieciach. Tu panowała cisza tak gęsta, że aż łaskotała w uszy. Nawet jego własne kroki brzmiały, jakby ktoś je przytłumił grubą szmatą.
Szymek rozejrzał się uważnie. Wszystko wydawało się… przygaszone. Kolory, dźwięki, nawet zapachy. Czuł tylko chłód metalu i suchą, zakurzoną woń ziemi.
Wtedy zobaczył ją po raz pierwszy.
Między dwiema zardzewiałymi beczkami przesunęła się rozmazana sylwetka. Nie była w pełni czarna ani szara. Raczej jak plama na szybie, która poruszyła się bez dotyku. Szymek zamrugał, a plama zniknęła.
— Halo? — zawołał, starając się, żeby głos brzmiał pewnie. — Jeśli to jakiś żart, to średnio śmieszny!
Odpowiedziała mu cisza. Tylko gdzieś daleko zabrzęczała luźna śrubka, jakby ktoś dotknął jej pazurem.
Szymek, mimo że w środku poczuł zimny skurcz, uśmiechnął się na przekór. Nie lubił okazywać strachu. Zwłaszcza… samemu sobie.
Rozdział 2: Ślady, których nie ma
Szymek ruszył dalej, omijając rozbite szkło i zapadniętą skrzynkę po jabłkach. Co kilka kroków przystawał i nasłuchiwał. Cisza nie pękała. Ona po prostu trwała.
Na ziemi dostrzegł odciski łap — duże, jakby należały do niedźwiedzia, ale zbyt płytkie, jakby ktoś tylko udawał, że po niej chodzi. Szymek przykucnął i dotknął śladu palcem.
Zimny. Jak cień.
— To… niemożliwe — szepnął.
Tuż obok leżała pognieciona puszka po rybach. Szymek uniósł ją i potrząsnął. Nic. Pusta. A jednak usłyszał w środku ciche „stuk”, jak gdyby coś małego odbiło się o metal od wewnątrz.
— Ej! — zawołał do puszki, a potem sam się skrzywił. — Szymek, rozmawiasz z puszką. Brawo.
I wtedy znowu: rozmazana sylwetka. Tym razem bliżej. Przemknęła za przewróconym znakiem, na którym dało się jeszcze odczytać kilka liter: „…ST…P”.
Szymek wziął głęboki wdech. Serce miał szybkie jak bębenek, ale w głowie wciąż trzymał się uparty promyk: ciekawość.
— Hej! — zawołał głośniej. — Jestem Szymek. Nie chcę kłopotów. Chcę tylko… wiedzieć, kto tu mieszka.
Znak zadrżał. Nie jak od wiatru — raczej jak od tłumionego śmiechu albo… złości.
Coś prześlizgnęło się po ziemi, zostawiając linię ciemniejszej trawy. Szymek cofnął się, aż ogon uderzył o blachę. Dźwięk był ostry i nagle zbyt głośny, jakby teren wreszcie przypomniał sobie, jak brzmieć.
Sylwetka zatrzymała się na skraju jego wzroku. Rozmazana, ale wyraźnie zwrócona w jego stronę.
— Widzisz mnie, prawda? — Szymek przełknął ślinę. — No to może… pogadamy?
Cień nie odpowiedział. Ale nie zniknął.
Rozdział 3: Szept z wnętrza rdzewiejącego świata
Im dłużej Szymek stał, tym bardziej miał wrażenie, że ktoś wyłączał go z reszty świata. Jakby teren był wielkim pudłem, a on w nim — zamkniętą zabawką. Światło przybrało barwę starego papieru.
Z pobliskiego stosu opon dobiegł cichy szelest. Szymek natychmiast się odwrócił i zobaczył coś, co wyglądało jak dym — tylko że dym zwykle unosi się do góry, a to pełzło przy ziemi.
— Nie podoba mi się to — mruknął. — Ale ja też nie jestem fanem brokułów, a jakoś żyję.
Spróbował się zaśmiać, lecz śmiech wyszedł mu cienki.
Cień przesunął się bliżej i… zrobiło się zimniej. Szymek poczuł, jakby ktoś przyłożył mu do karku kostkę lodu. Z jego ust wyrwała się para.
— Dobra, wystarczy! — powiedział, bardziej stanowczo. — Jeśli chcesz mnie nastraszyć, to… hm… prawie ci się udało. A teraz powiedz, o co chodzi!
Wtedy usłyszał szept. Nie wprost do ucha, raczej z wielu miejsc naraz: spod blachy, z wnętrza beczek, z rozbitej szyby. Słowa były poszarpane, jakby ktoś uczył się ich dopiero używać.
„Nie… patrz… mocno…”
Szymek zmarszczył brwi.
— Nie mam jak patrzeć słabo — odparł. — Jestem szopem. My tak patrzymy.
Cień zafalował, jakby zdenerwowany. Na moment stał się bardziej wyraźny: można było dostrzec coś jak kontur łap i głowy. I… pustkę w miejscu oczu.
Szymek odruchowo drgnął. Ale nie uciekł.
— Okej — powiedział ciszej. — Przepraszam. To miejsce jest… dziwne. A ty też. Ale ja nie chcę cię zranić. Jeśli w ogóle da się zranić cień.
„Boli… światło.”
— Światło? — Szymek spojrzał w górę. Słońce było jakby przytłumione, lecz nadal jasne. — To dlatego wszystko wygląda, jakby ktoś zgasił kolory?
Cień zadrżał. A potem przesunął się pod cień wielkiej tablicy reklamowej, gdzie było ciemniej. Tam od razu stał się spokojniejszy.
Szymek powoli, krok po kroku, podszedł, trzymając łapy przy sobie, żeby nie wyglądać groźnie.
— To… twoje miejsce? — zapytał.
„Moje… i nie moje.”
— Brzmi jak moje skarpetki — mruknął Szymek. — Nigdy nie wiem, które są moje, a które zniknęły.
Przez chwilę cisza nie była już taka straszna. Jakby między nimi pojawiła się cienka nitka rozumienia.
Rozdział 4: Serce terenu
Cień ruszył, a Szymek — mimo rozsądku krzyczącego „wracaj!” — poszedł za nim. Przemykali między stertami złomu, aż dotarli do miejsca, gdzie ziemia była czarna i twarda jak spieczony chleb.
Na środku leżał krąg z potłuczonych luster. Każdy odłamek odbijał inny fragment nieba, ale wszystkie odbicia wyglądały obco: zbyt bladoniebieskie, zbyt nieruchome.
Szymek kucnął przy krawędzi kręgu.
— Kto to zrobił?
Cień zafalował. W jego ruchu było coś jak westchnienie.
„Zostałem… przywiązany.”
Szymek poczuł, że jego uśmiech zniknął. To słowo miało ciężar.
— Jak? — zapytał ostrożnie.
Cień przesunął się nad lustra. Kiedy dotknął jednego odłamka, szkło pociemniało, jakby ktoś je zatłuścił. W odbiciu pojawił się obraz: grupa zwierząt z sąsiedztwa — lisy, borsuki, a nawet dwa pawie, które zawsze wszystko komentowały — stojące tu kiedyś i śmiejące się. W ich łapach błyszczały latarki, a na ziemi leżał czarny kłąb… cień, bardziej gęsty niż noc.
Szymek wciągnął powietrze.
— Oni cię złapali?
„Bawili się.”
— A potem zostawili — dokończył Szymek, czując złość, która aż szczypała go w nos. — Bo bali się, że to wróci, co?
Cień zadrżał, jakby potwierdzając. A potem obraz w lustrze zgasł.
Szymek wstał i rozejrzał się po kręgu.
— Dobra. Nie wiem, jak się odwiązuje cień od luster, ale… spróbujemy. Tylko musisz mi pomagać. Umiesz?
„Nie… dotyk.”
— To ja dotknę — powiedział Szymek i wyciągnął łapę w stronę najbliższego odłamka.
W chwili, gdy jego palce musnęły szkło, przeszył go chłód tak silny, że aż zęby mu zadzwoniły. W głowie usłyszał nagle setki szeptów: śmiech, krzyki, „patrzcie!”, „szybciej!”, „zgaś!”. Jakby lustra pamiętały tamten dzień.
Szymek cofnął łapę, dysząc.
— Okej… to nie będzie łatwe. Ale ja mam jedną supermoc: jestem uparty.
Cień zatrzymał się obok niego, cichy i nieruchomy. Nie uciekł. I to już było jak obietnica.
Rozdział 5: Próba odwagi
Szymek zauważył, że lustra tworzą krąg nieprzypadkowo. Każdy odłamek był skierowany w stronę środka, jak oczy. A cień, ilekroć próbował oddalić się od kręgu, stawał się coraz bardziej rozmazany, jakby wiatr go rozrywał.
— To jak smycz — mruknął Szymek. — Tylko że zamiast sznurka masz… złe wspomnienia.
Wziął głęboki wdech.
— Dobra. Jeśli światło cię boli, to nie będę świecił latarką. — Rozejrzał się i znalazł kawałek czarnej tkaniny, pewnie ze starego worka. — Zrobimy cień… w cieniu.
Rozłożył tkaninę nad częścią kręgu, opierając ją o metalowe pręty, jak prowizoryczny namiot. Pod spodem zrobiło się ciemniej, spokojniej.
Cień natychmiast zafalował i stał się trochę wyraźniejszy, jakby odetchnął.
— No! — Szymek uśmiechnął się krzywo. — Widzisz? Nie jestem całkiem bezużyteczny.
Teraz potrzebował sposobu, by rozbić krąg, ale nie zranić ani siebie, ani… jego. Bo w głowie Szymka cień przestał być „tym czymś”. Stał się kimś.
— Musimy wyjąć lustra — powiedział. — Tylko jak, skoro one krzyczą w mojej głowie?
Cień przesunął się bliżej jego łapy. Zimno było mniejsze. Jakby próbował… osłonić go.
„Razem.”
Szymek spojrzał w pustkę, gdzie powinny być oczy, i poczuł dziwną pewność.
— Razem. Dobra.
Zaczął od najmniejszego odłamka. Przytrzymał go patykiem, żeby nie dotykać bezpośrednio, a cień owinął się wokół jego łap jak chłodny szal. Szepty w głowie Szymka stały się cichsze, jakby ktoś przykręcił radio.
— O! Tak się da! — sapnął.
Wyjął pierwszy odłamek i odsunął go poza krąg. Powietrze drgnęło, a teren na sekundę nabrał koloru: żółć wyschniętej trawy zrobiła się bardziej żółta, a rdza bardziej ruda.
Szymek zamarł.
— Widziałeś? — wyszeptał.
Cień zafalował, jakby kiwnął głową.
Wyjmowali kolejne odłamki: raz szybko, raz ostrożnie, bo niektóre były jak zęby — ostre, wrośnięte w ziemię. Szepty wracały falami, próbowały Szymka przestraszyć, pokazać mu w lustrzanych błyskach własne oczy wielkie jak guziki ze strachu. Ale za każdym razem cień był przy nim, chłodny i stabilny.
— Jeśli to ma być twoja zemsta… — burknął Szymek, kiedy szczególnie głośny szept niemal przewrócił go na łapy — …to uprzedzam, że nie umiem być dzielny cały czas. Czasem robię się dzielny na raty.
„Wystarczy.”
To słowo zabrzmiało w jego głowie jak ciepła herbata. Dziwne, że cień potrafił brzmieć ciepło, ale potrafił.
Został ostatni, największy kawałek lustra, leżący w samym środku. Był pęknięty, ale wciąż odbijał niebo jak martwe oko.
Szymek podszedł, a serce waliło mu o żebra.
— No to… finał.
Rozdział 6: Przyjaciel z mroku
Gdy Szymek wsunął patyk pod największy odłamek, ziemia pod nim zawibrowała. Cisza pękła nagle jak szkło: ze wszystkich stron dobiegły szmery, skrzypienia, trzaski. Jakby teren, dotąd uśpiony, obudził się w złym humorze.
Z mroku pod tablicą reklamową wynurzyły się inne cienie — mniejsze, poszarpane, niespokojne. Przypominały plamy, które zgubiły swoje przedmioty.
Szymek cofnął się o krok.
— O nie. Tego nie zamawiałem.
Poszarpane cienie zaczęły krążyć wokół kręgu. Ich ruch był szybki, nerwowy. Próbowały wepchnąć lustro z powrotem, jakby chciały, by wszystko zostało tak, jak było: wygaszone, zimne, zamknięte.
Cień Szymka — ten, którego poznał — uniósł się wyżej. Po raz pierwszy wyglądał naprawdę duży. Rozlał się jak nocna fala i zasłonił Szymka od innych.
„Nie… dotykaj go.”
— Nie zamierzam! — syknął Szymek, choć nie był pewien, do kogo mówi: do cieni czy do własnego strachu. — Ja tylko kończę robotę!
Wbił patyk mocniej, podważył lustro. Szepty wrzasnęły w jego głowie, ale cień przyjaciel przycisnął się do niego jak tarcza.
Szymek złapał odłamek w łapy przez tkaninę. Chłód przeszedł mu do łokci. Na moment zobaczył w lustrze siebie, ale nie jako szopa. Jako małą, drżącą plamkę w ogromnym, ciemnym miejscu.
— Nie — powiedział na głos. — Ja nie jestem plamką. Ja jestem Szymek. I ja nie zostawiam innych.
Z całej siły cisnął odłamek poza krąg.
Szkło uderzyło o metal i rozpadło się na drobne kawałki, które zabrzęczały jak deszcz. Poszarpane cienie zatrzymały się, jakby ktoś im nagle odebrał powietrze. Potem zaczęły blaknąć, rozpływać się w ziemi.
A teren… odetchnął.
Kolory wróciły po kawałku: trawa zrobiła się bardziej zielonkawa, rdza mniej martwa, niebo jaśniejsze. Pojawił się dźwięk: daleki śpiew ptaka, jak pierwsza nuta po długiej przerwie.
Cień obok Szymka zadrżał i nagle przestał być rozmazany. Nadal był cieniem, ale miał wyraźny kształt — przyjazny, spokojny. Jakby wreszcie mógł być sobą.
Szymek usiadł ciężko.
— No… to było coś. — Otarł czoło. — Jeśli kiedykolwiek powiesz mi, że nudzisz się w sobotę, przypomnij mi, żebym cię ugryzł.
Cień przesunął się przed niego i na ziemi, w kurzowej warstwie, ułożył się jego kształt. A potem, jakby pazurem niewidzialnym, narysował linię: krótka kreska, potem druga. Proste imię.
„Nox.”
Szymek uśmiechnął się szeroko, tym razem naprawdę.
— Nox? Brzmi jak ktoś, kto nie boi się ciemności. Pasuje.
Nox zafalował, a w tym ruchu było coś jak śmiech — cichy, ale pewny.
Szymek wstał i spojrzał na teren, który już nie był całkiem wygaszony. Nadal straszył: sterty złomu, szeleszczące folie, stare opony jak czarne paszcze. Ale teraz było w nim też coś innego: odrobina życia.
— Chodź — powiedział Szymek, wyciągając łapę odruchowo, choć wiedział, że cień nie chwyta jak łapa. — Pokażę ci miejsce, gdzie światło nie boli. Jest pod mostem, zawsze chłodno, a do tego pachnie… no dobra, pachnie rybami. Ale można się przyzwyczaić.
Nox przesunął się obok niego, idealnie dopasowany do jego kroku. Nie jak smycz. Jak towarzysz.
Kiedy przechodzili przez pękniętą siatkę, Szymek obejrzał się jeszcze raz. Teren wyglądał mniej strasznie, jakby ktoś zdjął z niego ciężki koc.
— Wiesz co, Nox? — powiedział cicho. — Czasem cień jest potrzebny. Dzięki niemu widać, że coś ma kształt.
Nox zadrżał w odpowiedzi i po raz pierwszy cień Szymka na ziemi nie wyglądał samotnie. Szły obok siebie dwa: jeden w paski, drugi gładki i ciemny. Dwa kroki, jedno tempo.
A w powietrzu, pomiędzy chłodem a światłem, unosiło się coś, co nawet w takim miejscu potrafiło rosnąć: przyjaźń.