Rozdział 1
Był chłodny październikowy dzień. Wiatr bawił się suchymi liśćmi i rysował na chodniku drobne mapy. Ania, Zosia, Maja i Lena spotkały się pod starym klombem pełnym aksamitnych chryzantem. Miały zadanie: udekorować stół na Halloween. Stół miał stać w świetlicy szkoły, a dzieciom zależało, żeby był trochę straszny, ale przede wszystkim przyjazny.
"Co ze sobą przynieść?" zapytała Ania, podskakując. Jej włosy pachniały jabłkami, bo wcześniej przekąsiła jabłko z cynamonem.
"Ja mam lampki," powiedziała Zosia i pokazała pudełko z maleńkimi światełkami na baterie. Światełka migały jak małe oczka.
"Mam pomarańczową serwetkę i nożyczki," dodała Maja i wyjęła z plecaka papierowe dynie, które sama wycięła w domu.
"A ja mam tajemniczą roletkę," szepnęła Lena i rozwinęła kawałek czarnego płótna. "Może to będzie tło."
Wspólnie szły do świetlicy. Liście szeleściły pod nogami. Powietrze pachniało dymem z kominków i ciepłą herbatą. Dziewczynki trzymały w rękach skarby swoich domów. Czuły ekscytację i lekki dreszczyk, bo przecież Halloween jest trochę tajemnicze.
Kiedy stanęły przed stolikiem, sala wyglądała jak pusta scena. Przez okno wpadały długie cienie. "Idealne miejsce na małą magię," powiedziała Maja i wszyscy się uśmiechnęli.
Rozdział 2
Każda miała rolę. Ania miała poustawiać światełka, Zosia miała rozłożyć serwetki, Maja wyciąć więcej dekoracji, a Lena miała zawiesić roletkę.
"Razem damy radę," powiedziała Lena. Jej głos był spokojny jak miękki koc.
Najpierw Zosia wyjęła pudełko ze światełkami. Zapach plastiku i małych drucików. Lampki były cieplutkie w dłoniach. Ania zaczęła je rozwijać, ale nagle coś trzasnęło. Jedna lampka zgasła.
"Ojej," wykrzyknęła Ania. "Co się stało?"
"Sprawdź baterię," zaproponowała Maja i przyniosła małą skrzyneczkę z zapasowymi bateriami. Próbowały, przekręcały, uśmiechały się. Wspólnymi palcami naprawiły zepsutą lampkę. Świeciła znowu. "Hurra!" zawołały chórem.
Potem Lena zaczęła wieszać czarne płótno. Gdy je rozwinęła, przez okno nagle wpadł chłodny podmuch. Płótno zafalowało i przez chwilę wyglądało jak czarodziejska peleryna. Dziewczynki poczuły dreszczyk. "Ależ to wygląda jak teatr!" powiedziała Maja.
W trakcie pracy, ktoś mruknął. To był kot, który przeszedł przez próg. Był bury, z ciekawymi zielonymi oczami. "Cześć, Kotek," zaśmiała się Ania i pogłaskała go. Kotek zamruczał tak, jakby pomagał.
Nagle z kąta sali dobiegł cichy chichot. Dziewczynki zrobiły krok w tył. Cień księżyca ułożył się na ścianie i wyglądał jak uśmiech. Zosia złapała Anię za rękę. "Czy to duch?" zapytała szeptem.
"Może to tylko wiatr," powiedziała Lena i podeszła bliżej. Dotknęła cienia. Nic zimnego nie poczuła, tylko delikatny powiew. Cień poruszył się znowu, a potem obok nich pojawiła się kartka papieru, przyklejona do ściany przez niesforny prąd powietrza. Na kartce ktoś narysował dużą, wesołą dynię. Dziewczynki roześmiały się. Strach rozpuścił się jak poranna mgła.
"Zawsze, gdy coś wygląda strasznie, możemy sprawdzić razem," powiedziała Maja. "Razem wszystko jest prostsze."
Rozdział 3
Nadszedł czas, żeby ustawić jedzenie i dekoracje. Stół przykryły pomarańczowym obrusem. Pachniało dynią i czekoladą. Na środku postawiły misę z popcornem, który lekko skrzypiał przy każdym dotknięciu. Obok ustawiły małe kubeczki z ciastkami w kształcie nietoperzy.
"Niech będzie trochę tajemnic," zaproponowała Zosia i zaczęła układać papierowe nietoperze. "Może poruszać się, jak ktoś dmuchnie?" Dmuchały razem i nietoperze frunęły delikatnie.
Przy nakrywaniu talerzy Maja zauważyła, że jeden talerzyk jest pęknięty. "O nie," powiedziała. "Złamany talerz."
Lena przyjrzała się uważnie. "Nie musi to być problem," powiedziała. "Możemy zrobić z niego ozdobę." Wzięły materiały: klej, kolorowe tasiemki i brokat, który błyszczał jak gwiazdki. Z pękniętego talerza powstała księżycowa dekoracja. Uśmiechy wróciły.
Przy nakładaniu światełek Ania miała nowy pomysł: "Zróbmy małe „oczy” z pomarańczowych kulek. Po zmroku będą mrugać." Zosia zaraz przyniosła papierowe kubeczki i narysowała na nich uśmiechy, a we wnętrze włożyły lampki. Kule świeciły ciepło i wyglądały przyjaźnie.
Gdy wszystko już prawie było gotowe, do sali wszedł pan Woźny. "Świetna robota, dziewczynki!" pochwalił je. Jego głos był głęboki, ale miły. "Ale pamiętajcie, świece nie mogą być prawdziwe. Używajcie lampek na baterie."
"Już ustalone," powiedziała Maja. "Bez prawdziwego ognia. Bezpiecznie i przyjemnie."
Dziewczynki siedziały przez chwilę i patrzyły na stół. Wszystko się udało. Były razem, pomagały sobie i wymyślały rozwiązania. Ich serca były ciepłe jak herbata, którą usiadły pić z kubków z duszkami.
Rozdział 4
Wieczorem świetlica wypełniła się innymi dziećmi. Lampki na stole mrugały jak przytulne świetliki. Nietoperze zawisły nad głowami. Kotek wybrał sobie miejsce na poduszce obok misy z popcornem. Dzieci siadały w kręgu wokół stołu i nuciły piosenki.
Ania wzięła głęboki oddech. "A teraz opowiemy historię," powiedziała. "Taką, żeby było trochę strasznie, ale żeby na końcu było dobrze."
Dziewczynki spojrzały na siebie. Uśmiechy były szerokie. Wiedziały, że mają w sobie odwagę i czułość. "Opowiemy o przyjacielskim duchu," zaczęła Lena. "O duchu, który nie robi nikomu krzywdy. Tylko pomaga."
Zosia dodała: "A o tym, jak razem pokonuje samotność."
Maja poprawiła klimatyczną oprawę: "I o tym, jak każdy może się przyłączyć i pomóc. Nawet najmniejszy gest ma znaczenie."
Wzięły się za ręce i Ania rozpoczęła krótką opowieść. Była to bajka w bajce, mała, ciepła historia, którą usłyszały wszystkie dzieci w świetlicy. Opowieść była bezpieczna, miękka i zakończona przytulnym morałem.
Oto krótka opowieść, którą opowiedziały:
Był sobie mały duch o imieniu Puch. Puch mieszkał w starym, pachnącym liśćmi parku. Nie umiał straszyć głośno, bo miał bardzo słaby głos. Kiedy próbował "Uuu!", wychodziło mu tylko "U". Zwierzęta i ludzie na początku się śmiali. Puch poczuł się smutny i schował za wielkim dębem.
Pewnego dnia mała wiewiórka imieniem Ruda złamała orzech. Orzech pękł i rozsypały się kawałki. Ruda zaczęła płakać. Puch usłyszał łkanie i wyszedł z kryjówki. Nie mógł głośno przestraszyć złych myśli, ale potrafił delikatnie dmuchnąć. Jego oddech był ciepły jak suszona jabłonka. Dmuchnął na rozsypane kawałki orzecha i pomógł ułożyć je razem.
Wiewiórka uśmiechnęła się i przytuliła do Pucha. Potem przyszły sroka, jeż i nawet mały jeleń. Wszyscy pomogli Puchowi znaleźć miejsce, gdzie jego miły oddech był bardzo potrzebny. Dziękowali mu za łagodność. Puch zrozumiał, że nie trzeba głośno krzyczeć, żeby być ważnym. Wystarczy pomagać małymi czynami. Od tej pory Puch był zapraszany na pikniki, a jego "U" stało się ulubionym dźwiękiem przy ognisku, bo przypominało wszystkim, że dobrochęć ma różne głosy.
Dzieci słuchały z szeroko otwartymi oczami. Kiedy opowieść dobiegła końca, w świetlicy zapadła ciepła cisza. Potem ktoś zawołał: "Jeszcze!" i salę wypełnił radosny gwar.
Ania spojrzała na koleżanki. "Widzicie? Puch pokazał, że każdy gest się liczy."
"Tak," zgodziła się Zosia. "I że razem możemy sprawić, by miejsce było bezpieczne i miłe."
Maja dodała: "Wspólna praca to najlepsze czary."
Lena przytuliła kota. "A odrobina tajemnicy jest fajna, jeśli jest przyjazna."
Noc minęła szybko. Dzieci bawiły się przy stole, dzieliły popcorn i ciasteczka. Kiedy przyszła pora wracać do domów, każde z nich miało w kieszeni mały, papierowy nietoperz — pamiątkę, żeby pamiętać o tej nocy.
Na schodach dziewczynki tuliły się do siebie. "Jutro znowu posprzątamy świetlicę razem," powiedziała Ania. "Bo razem to łatwiej i raźniej."
Zosia uśmiechnęła się. "I możemy opowiedzieć inną historię. Może o odważnej dyni?"
Maja i Lena zaśmiały się. Wiatr przyniósł ze sobą zapach ciast i kominków. Świat wyglądał bezpiecznie. Dziewczynki szły do domów, trzymając w sobie ciepło przyjaźni. Ta noc była trochę straszna i bardzo miła. A stół? Stół był udekorowany z sercem, jak praca małych czarodziejek — czterech przyjaciółek, które wiedziały, że razem można wszystko.