Trwa ładowanie...
Opowieść Bożonarodzeniowa 11-12 lat Czytanie 16 min.

Sekret trzaskającego ognia

Hania słucha trzaskającego kominka, znajduje tajemnicze karteczki i wyrusza, by dziękować ludziom za drobne, niewidoczne gesty, które ogrzewają świąteczny dom.

Pobierz tę opowieść w formacie PDF

Idealne do dzielenia się lub drukowania tej opowieści!

Pobierz e-booka (.epub)

Przeczytaj tę opowieść na swoim czytniku e-booków.

Dwunastoletnia Hania, ciekawa i radosna, z warkoczem i dużymi błyszczącymi oczami, siedzi na dywanie przed kominkiem, pochylona nad ogniem, trzyma drewnianego renifera z naprawionym uchem; obok po prawej babcia (~70) z siwymi włosami w koku i okrągłymi okularami, uśmiechnięta, robi na drutach na fotelu; w tle po lewej ojciec (~40) z brodą i sadzą na policzku układa drewno; matka (~40) z upiętymi włosami wiesza czerwoną bombkę na dużej ozdobionej choince; przytulne wnętrze świątecznego salonu: drewniana podłoga, ceglany kominek z pomarańczowym ogniem i złotymi iskrami, choinka z żółtymi girlandami i kolorowymi bombkami, światełka, prezenty, za oknem śnieg; scena intymna — Hania słucha trzasku ognia, otoczona rodziną i dekoracjami, pełna zachwytu i wdzięczności, ciepłe pomarańczowe światło kontrastuje z zimnym niebieskim na zewnątrz. zgłoś problem z tym obrazem

Rozdział 1

Śnieg spadał cicho jak rozsypany cukier puder, a latarnie na osiedlu miały wokół siebie złote aureole. Dwunastoletnia Hania szła szybkim krokiem, wciągając powietrze nosem tak, jakby zimowy zapach mógł być piosenką. W torbie dźwięczały mandarynki i paczka pierników, a na rękawiczce przykleiła się srebrna nitka z choinkowej lamety — wyglądała jak wąsik dla mrówki.

W domu było ciepło, ale nie tak, jak zwykle. Tata krzątał się przy kominku, mamie ciągle wypadała z rąk wstążka, a babcia siedziała w fotelu i marszczyła brwi, jakby rozwiązywała trudne równanie.

— Haniu — powiedziała babcia, gdy dziewczynka zsunęła buty. — Mam dla ciebie zadanie. Takie… świąteczne i ważne.

Hania uniosła brwi. Zadania babci bywały zaskakujące. Raz kazała jej szukać „najbardziej przytulnego słowa” w książce kucharskiej.

— Jakie?

Babcia pochyliła się i szepnęła, jakby ściany mogły podsłuchiwać:

— Musisz posłuchać trzaskania ognia. Naprawdę posłuchać. I znaleźć w nim wiadomość.

Hania parsknęła cicho.

— Ogień nie mówi.

— A jednak — babcia stuknęła palcem w podłokietnik. — W święta nawet czajnik wydaje się nucić. A trzask drewna… potrafi przypomnieć, komu należy powiedzieć „dziękuję”.

Tata odwrócił się od kominka, z policzkiem umazanym sadzą, co wyglądało jak czarna łezka.

— Ja tam dziękuję, jeśli ogień zechce gadać, niech gada, byleby grzał — mruknął.

— Grzeje, bo ktoś o niego dba — odparła babcia.

Hania podeszła do kominka. Płomienie tańczyły, a drewno strzelało drobnymi iskrami, jakby ktoś w środku pstrykał maleńkimi palcami. Dziewczynka usiadła na dywanie, podciągnęła kolana pod brodę i nastawiła uszu.

„Trzask… pyk… trzach.”

Brzmiało trochę jak szept w zimowej kurtce.

— Dobra — powiedziała do siebie. — Posłucham. Ale jak ogień mi każe odrobić matematykę, to przysięgam, że go zasypię śniegiem.

Rozdział 2

Wieczorem, gdy na choince zapaliły się lampki, Hania słuchała kominka tak uważnie, że aż przestała mieszać łyżeczką kakao. Piana urosła i uciekła na spodek, zostawiając brązowy ślad jak mapa nieznanego kontynentu.

„Pyk… pyk… trrrz.”

— Co tam mruczysz? — szepnęła Hania.

Wtedy usłyszała coś dziwnego. Nie słowa, nie zdania. Raczej… rytm. Trzy krótkie trzaski, jeden długi, i znowu dwa krótkie. Jakby ogień próbował ułożyć melodię.

Do pokoju weszła mama z pudełkiem bombek. Jedna bombka, błyszcząca jak kropla wody, wypadła i potoczyła się po podłodze prosto pod kominek. Hania rzuciła się, by ją złapać, ale bombka zatrzymała się przy czymś innym: przy małej, ciemnej szyszce, która w ogóle nie powinna tu leżeć.

Hania podniosła szyszkę. Była ciepła, choć powinna być zimna. Między łuskami tkwił zwinięty pasek papieru.

— Mamo… widziałaś to?

— Co? — Mama spojrzała, ale już zajęła się wieszaniem bombek. — O, śnieg na parapecie jest taki ładny. Haniu, podaj mi tę czerwoną.

Hania rozwinęła papier. Było na nim jedno zdanie, zapisane krzywym pismem jak pośpieszna notatka:

„Gdy ogień trzaska, serce niech dziękuje. Zacznij od tego, czego nie widać.”

— To brzmi jak babcia — mruknęła Hania, choć litery nie przypominały babcinego charakteru pisma.

Kominek trzasknął nagle, jakby się śmiał.

— Hej! — Hania spojrzała w płomienie. — To ty? Ty mi to dałeś?

Ogień odpowiedział serią pyknięć, a jedna iskra wyskoczyła i zgasła na cegle. Hania poczuła, że to nie jest zwykły wieczór. W święta nawet szyszka potrafi zostać listonoszem.

„Zacznij od tego, czego nie widać” — powtórzyła w myślach. Czego nie widać? Ciepła? Zapachu? A może… ludzi, którzy robią rzeczy po cichu?

Wtedy przypomniała sobie, że tata zawsze wynosi popiół z kominka, zanim wszyscy wstaną. I że mama w nocy poprawia koc na babci, gdy babcia zaśnie.

Hania spojrzała na swoich bliskich, zajętych, uśmiechniętych, trochę zmęczonych. Nagle chciała zrobić coś, co będzie jak ten list: małe, a ważne.

Kominek trzasknął znów — trzy krótkie, jeden długi, dwa krótkie.

— Dobra — szepnęła Hania. — Rozumiem. Idę szukać niewidzialnego.

Rozdział 3

Następnego ranka Hania wstała wcześniej niż budzik. Na dworze było ciemno, ale śnieg pod oknem świecił, jakby ktoś przykrył świat białą kołdrą z lampkami pod spodem.

W kuchni zastała tatę. Kroił drewno na szczapy, ostrożnie, jakby kroił twardy ser.

— Co ty tu robisz, mała sowa? — zapytał.

— Słucham ognia — odpowiedziała Hania z powagą, która brzmiała śmiesznie nawet dla niej.

Tata roześmiał się cicho.

— To słuchaj też, jak mruczy lodówka. Ona ma najwięcej do powiedzenia.

Hania podeszła do kosza z drewnem. Na jednej polanie zauważyła coś jasnego. Małą kredową kreskę, jak znak. Dotknęła jej, a na palcu została biała smugka. Podniosła polano: z drugiej strony miało wycięty maleńki otwór, a w nim… kolejną zwiniętą karteczkę.

„Podziękuj temu, kto nosi ciężar, zanim poprosi o pomoc.”

Hania spojrzała na tatę, który właśnie dźwigał wiadro z węglem i udawał, że to piórko.

— Tato — powiedziała szybko. — Dziękuję, że zawsze rozpalasz kominek i że nosisz drewno. I że… no wiesz… umiesz robić ogień, który nie gryzie.

Tata zatrzymał się, jakby ktoś nacisnął pauzę.

— Oho — mruknął, a na jego twarzy pojawił się uśmiech, który wyglądał jak świeża skórka na chlebie: ciepły i chrupiący. — To miłe. Wiesz, ja też ci dziękuję, że czasem nie marudzisz, gdy proszę cię o skarpetki z podłogi.

— Czasem! — Hania udawała oburzenie.

Wróciła do pokoju. Babcia drzemała w fotelu, a mama wieszała na drzwiach wieniec. Gdy Hania przechodziła obok, wieniec poruszył się lekko, chociaż nie było przeciągu. Z jego zielonych gałązek wypadła maleńka, złota gwiazdka i spadła prosto do kieszeni Hani, jakby trafiła tam od lat.

Hania wyjęła gwiazdkę. Na odwrocie był napis:

„Niespodzianki lubią wędrować. Zanieś jedną dalej.”

Dziewczynka poczuła, że robi się z tego prawdziwa misja. Ogień, szyszki, polana, gwiazdki. Jak świąteczny skarb, tylko zamiast złota — podziękowania.

Włożyła gwiazdkę do kieszeni i wyszła na klatkę schodową. Na dole mieszkał pan Roman, sąsiad, który zwykle wyglądał, jakby zgubił uśmiech w kieszeni płaszcza i nie mógł go znaleźć. A obok niego mieszkała pani Mira, która zawsze pachniała miętą i mówiła, że zimą trzeba się śmiać, bo inaczej zamarzną policzki.

Hania zastanowiła się chwilę, a potem zapukała do drzwi pana Romana.

— Kto tam? — burknął głos.

— Hania z góry — odpowiedziała. — Mam… małą niespodziankę.

Gdy drzwi się uchyliły, Hania zobaczyła, że w mieszkaniu pana Romana jest choinka. Skromna, ale ubrana w kilka bombek. Jedna była krzywo.

Hania podała mu złotą gwiazdkę.

— To dla pana. Żeby było jaśniej. I… dziękuję, że zawsze odśnieża pan schody przed blokiem. Nawet jak nikt nie widzi.

Pan Roman spojrzał na gwiazdkę, potem na Hanię. Przez chwilę wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, ale słowa utknęły mu w gardle jak piernik bez herbaty.

— No… — odchrząknął. — Proszę. To nic takiego.

— Jest — powiedziała Hania stanowczo, jakby broniła ważnej prawdy. — Bo ja prawie raz poślizgnęłam się jak pingwin.

Pan Roman parsknął. To był krótki śmiech, ale prawdziwy.

— Dobrze, pingwinie. Dziękuję… za gwiazdkę.

Kiedy Hania wracała po schodach, wydawało jej się, że z kieszeni płaszcza pana Romana wypadł zgubiony uśmiech i wreszcie znalazł swoje miejsce.

Rozdział 4

Po południu babcia zawołała Hanię do kominka.

— I co mówi ogień? — zapytała, mieszając w dłoniach włóczkę, jakby mieszała chmury.

Hania usiadła i znów zaczęła słuchać. Płomienie tańczyły spokojniej niż wczoraj, ale trzaski były wyraźniejsze. Jak kroki po drewnianej podłodze.

„Pyk. Trzask. Pyk.”

Nagle wśród trzasków Hania „zobaczyła” obraz, choć miała zamknięte oczy: małą skrzynkę na strychu, zakurzoną, z czerwonym sznurkiem. Taki obraz, jakby ogień był projektorem, a trzaski — kliszą.

Otworzyła oczy gwałtownie.

— Babciu, gdzie trzymamy stare ozdoby?

Babcia uniosła brwi.

— Na strychu. Ale po co?

— Bo… ogień mi powiedział — Hania zawahała się, czując, że brzmi jak ktoś, kto wini kota za nieodrobione lekcje. — No dobra, ogień nie powiedział. Raczej… zasugerował.

Tata, który przechodził obok, mruknął:

— Ogień sugeruje, jaśnie pani wykonuje. Piękny układ.

Mimo to poszli razem na strych. Schody skrzypiały, a powietrze pachniało kurzem i starym papierem, jak biblioteka, która zapomniała o wietrzeniu. Latarka rzucała snop światła na pudła.

Hania znalazła skrzynkę z czerwonym sznurkiem dokładnie tam, gdzie „widział” ją kominek. Serce zabiło jej szybciej. Rozwiązała sznurek. W środku były ozdoby: aniołki z bibuły, łańcuchy z papieru, kilka bombek i… mała, drewniana figurka renifera z ukruszonym uchem.

Pod reniferem leżała kolejna karteczka.

„Wdzięczność lubi wracać do początku. Odszukaj czyjąś dawną radość.”

Hania wzięła renifera do dłoni. Był gładki od dotyku, jakby ktoś często go trzymał.

— Babciu, to twoje? — zapytała.

Babcia spojrzała i aż przymknęła oczy.

— Ojej. To renifer Ryś. Dostałam go, kiedy byłam mniej więcej w twoim wieku. Zrobiony ręcznie. Miał… dwa uszy — dodała z udawaną surowością.

Tata obejrzał figurkę.

— Mogę mu dorobić ucho. Z patyczka. Będzie trochę krzywe, ale za to z charakterem.

— Krzywe ucho to nie problem — babcia uśmiechnęła się miękko. — Problem, że dawno o nim nie myślałam.

Hania poczuła, że „dawna radość” to coś, co można podać jak herbatę: ostrożnie, żeby nie rozlać.

— Babciu — powiedziała. — Dziękuję, że opowiadasz mi historie. Nawet te, które już znasz na pamięć. Dzięki temu… ja je znam.

Babcia spojrzała na nią długo, a potem pogłaskała ją po głowie.

— A ja dziękuję, że słuchasz. Bo historie bez słuchacza są jak choinka bez światełek.

W drodze na dół Hania trzymała renifera jak skarb. Czuła, że jej misja nabiera kształtu: ogień prowadzi ją do podziękowań, które czekają jak ukryte prezenty.

Rozdział 5

W Wigilię dom pachniał jak cały grudzień naraz: grzybami, makiem, pomarańczami i choinką. Na stole stały talerze, a obrus był tak biały, że aż wydawał się świecić. Hania czuła w brzuchu lekkie łaskotanie — nie tylko z głodu, ale z oczekiwania.

Kominek trzaskał miarowo, jakby odliczał czas do pierwszej gwiazdki. Hania usiadła przy nim jeszcze na chwilę przed kolacją. Renifer Ryś stał na półce, już z nowym uchem — trochę większym niż drugie, więc wyglądał, jakby lepiej słyszał sekrety.

„Trzask… pyk… trzach.”

Hania nagle zrozumiała, że ta wiadomość z ognia to nie była jedna zagadka, tylko łańcuszek. Każde „dziękuję” było jak ogniwo, a każde ogniwo grzało kolejne.

Wstała i poszła do mamy, która właśnie poprawiała świeczniki.

— Mamo — zaczęła Hania. — Dziękuję, że robisz tyle rzeczy, których nie widać. Że pamiętasz o wszystkim. Że nawet jak jesteś zmęczona, to potrafisz się uśmiechnąć tak, że robi się jaśniej.

Mama zamrugała, jakby w oku wylądował płatek śniegu.

— Haniu… — powiedziała cicho. — Dziękuję. To najlepszy prezent, choć nie da się go zapakować.

— Da się — wtrącił tata, udając powagę. — W słowa. I przewiązać wstążką.

— O, to poproszę niebieską — mama zaśmiała się, a w jej śmiechu było coś lekkiego jak dzwonek.

Gdy usiedli do kolacji, Hania przypomniała sobie pana Romana. Wyjęła telefon, ale babcia położyła dłoń na jej ręce.

— Poczekaj — szepnęła. — Najpierw bądź tu.

Hania skinęła głową. Zjedli barszcz, uszka, rybę. Było też kilka małych niespodzianek: w jednej z mandarynek Hania znalazła pestkę w kształcie serca (przynajmniej tak twierdziła), a w pierniku trafiła na goździk, który udawał ząb smoka.

— Smok w pierniku! — zawołała Hania. — Uważajcie, może gryzie.

— Tylko tych, co nie mówią „dziękuję” — odparła babcia.

Po kolacji Hania wymknęła się na chwilę na klatkę schodową i zapukała do drzwi pani Miry. W ręku trzymała małą paczuszkę: dwa pierniki i wstążkę.

— Pani Miro — powiedziała, gdy drzwi się otworzyły. — Dziękuję, że zawsze mówi pani „dzień dobry” tak, jakby to było coś ważnego. I że podlewa pani kwiaty na korytarzu, kiedy nikt nie pamięta.

Pani Mira przyłożyła dłoń do policzka.

— Ach, moje kwiaty! One też ci dziękują, tylko szeleszczą zamiast mówić.

Kiedy Hania wróciła do domu, kominek trzaskał spokojnie. Dziewczynka usiadła przy nim znowu, bo to była jej misja: słuchać. Tym razem trzaski brzmiały inaczej, jakby w środku paliła się nie tylko brzoza, ale i coś miękkiego, ciepłego.

„Pyk… pyk… długie trzask.”

Hania zamknęła oczy i wyszeptała:

— Dziękuję.

Nie wiedziała komu dokładnie: ogniowi, zimie, rodzinie, temu dniu. Pewnie wszystkim naraz.

Rozdział 6

Wieczór zsunął się na miasto jak granatowy koc. Za oknem płatki śniegu wirowały w świetle latarni, a w domu zapadła cisza pełna sytości i spokoju. Kominek stał się centrum świata: czerwone języki ognia, złote iskry, cień tańczący na ścianie.

Hania usiadła obok babci. Tata przyniósł gitarę, choć twierdził, że „gitara lubi odpoczywać”. Mama zgasiła główne światło, zostawiając tylko lampki choinkowe. Wszystko nagle wyglądało jak wnętrze śnieżnej kuli.

— No dobrze — powiedziała babcia, spoglądając na Hanię. — Wykonałaś misję?

Hania spojrzała w płomienie. Trzaskały cicho, jakby szeptały: „wystarczy”.

— Myślę, że tak — odparła. — Ogień chciał, żebym dziękowała za rzeczy, których nie widać. I… żeby niespodzianki wędrowały.

Tata przytaknął.

— To mądrze. Niespodzianki, jak widzę, dotarły nawet do mnie. I teraz nie wiem, co z tym zrobić. Chyba będę musiał być jeszcze milszy. Trudne życie.

— Oj, biedaku — mama poklepała go po ramieniu. — Damy radę.

Babcia uśmiechnęła się, a jej oczy lśniły jak dwie małe bombki.

— W takim razie — powiedziała — czas na chór dyskretny.

— Co to znaczy? — Hania zmrużyła oczy.

— Taki, co nie robi hałasu, tylko ogrzewa — wyjaśniła babcia. — Każdy po jednym zdaniu. Cicho. Jak trzask drewna.

Usiedli bliżej siebie. W tle kominek cykał i pstrykał, jakby też chciał dołączyć.

Babcia zaczęła, ledwo słyszalnie:

— Dziękuję za dom, który pamięta śmiech.

Mama:

— Dziękuję za ręce, które pomagają, zanim poproszę.

Tata:

— Dziękuję za to, że możemy być razem i że kominek nie ma humorów.

Hania wzięła oddech. Pomyślała o panu Romanie, pani Mirze, o reniferze z krzywym uchem, o niewidzialnych sprawach: o cieple, o trosce, o słowach, które potrafią zmienić dzień.

— Dziękuję — powiedziała cicho — za małe ognie w ludziach. I za to, że można je usłyszeć, jeśli się naprawdę słucha.

Przez chwilę panowała cisza, w której trzaskanie drewna brzmiało jak delikatny aplauz. Potem wszyscy zaśmiali się szeptem, jakby nie chcieli spłoszyć magii.

A kominek trzasknął raz, krótko i jasno — jak kropka na końcu pięknego zdania.

Bez reklam 3€ na miesiąc

Czy pragną Państwo nieprzerwanej lektury? Wesprzyjcie Oh My Tales, usuńcie wszystkie reklamy i korzystajcie z innych wliczonych korzyści już od 3€ miesięcznie.

Zobacz plany i ceny
Udostępnij

zgłoś problem z tą opowieścią

Co sądziliście o tej opowieści?

Podaj swoją opinię, przyznając ocenę tej opowieści w zależności od tego, co Ty i/lub Twoje dziecko o niej myśleliście. Z góry dziękujemy!

Dziękuję! Twój głos został uwzględniony!

Quiz: czy dobrze zrozumiałeś opowieść?

Rozsypany
Coś rozrzucone na małe kawałki, porozsypywane po powierzchni.
Aureole
Jasny, świetlisty obrys wokół czegoś, jak świecący krąg.
Krzątał się
Ruchliwie i zajęcie robił różne drobne prace w domu.
Marszczyła brwi
Zmarszczyła czoło, wyglądała na zamyśloną lub zaniepokojoną.
Dźwięczały
Wydawały dźwięk, brzmiały delikatnie i ciągle.
Trzaskania
Dźwięk łamiącego się drewna lub pękających małych odgłosów.
Iskra
Mały, jasny kawałek ognia, który czasem wyskakuje z płomienia.
Szyszka
Owoc drzewa iglastego z twardymi łuskami, często spada ze świerka.
Zwinięty pasek papieru
Kawałek papieru skręcony w rulon, trzymany razem małą formą.
Popiół
Sypki, szary proszek pozostały po spalonym drewnie.
Skrzynka
Pudełko na rzeczy, często używane do przechowywania ozdób lub pamiątek.
Zakurzoną
Pokrytą kurzem, brudną od długiego czasu bez sprzątania.

Stwórz magiczną i unikalną opowieść dla swojego dziecka!

Stwórz spersonalizowaną przygodę w zaledwie kilka minut, w której twoje dziecko staje się bohaterem. Z naszym ekskluzywnym narzędziem to łatwe, darmowe i zabawne!

Stworzyć opowieść

Pobierz tę opowieść:

Pobierz tę opowieść w formacie PDF Pobierz e-booka (.epub)

Do przeczytania następnie w Opowieści bożonarodzeniowe dla 11-12 lat

Otrzymuj nowe opowieści w każdą niedzielę wieczorem!

Otrzymaj 7 ekscytujących i fascynujących opowieści, dostosowanych do wieku i gustów Twojego dziecka, każdej niedzieli o 17:00*. To jest darmowe i gwarantowane bez spamu!
*E-mail wysyłany o 17:00 czasu środkowoeuropejskiego (CET).
Nie lubimy też spamu. Dlatego nie będziemy wysyłać Ci nic poza opowieściami. Będziesz mógł się wypisać, kiedy tylko zechcesz.