Rozdział 1 – Mapa, która pachniała dymem
Wiatr szarpał gałęziami starych lip za szkołą, kiedy Kacper wyjął z plecaka coś owiniętego w szary papier. Na asfalcie boiska błyszczały kałuże po porannym deszczu, a dzwonek na koniec lekcji dopiero co umilkł.
— Chłopaki, patrzcie — szepnął Kacper, rozglądając się, czy nauczycielka od historii nie idzie.
Maks, Bartek i Igor natychmiast podbiegli. Tworzyli paczkę od pierwszej klasy. Wszyscy mieli po dwanaście lat i wspólnie wierzyli w jedną rzecz: że zwyczajne dni można zamienić w przygodę, jeśli się bardzo chce.
Kacper delikatnie rozwinął papier. Ze środka wysunęła się pożółkła mapa. Pachniała dymem i jakąś starą, dziwną szafą.
— Skąd to masz? — wyszeptał Igor, znany z tego, że zawsze spodziewał się najgorszego. — Mam nadzieję, że nie z muzeum…
— Z poddasza u dziadka — uśmiechnął się Kacper. — Powiedział, że należała do jego pradziadka. Kazał mi ją obejrzeć… i sprawdzić coś ważnego.
Na mapie narysowana była ich miejscowość: rzeka, mały las, kościół, a nawet szkolne boisko. Pośrodku, na skraju lasu, widniał wielki czerwony „X”.
Pod „X” widniał napis, starymi literami, ale dało się odczytać:
„TU, GDZIE CIEŃ JEST NAJKRÓTSZY, SKARB POKAŻE SWEM OBLICZE”.
— No i? — Bartek zmarszczył brwi. — Co mamy zrobić? Postawić się na tym X i patrzeć, aż się zmęczymy?
Kacper sięgnął do kieszeni i wyjął niewielki notes z kolorowymi zakładkami. Był znany z tego, że planował dosłownie wszystko. Nawet „czas na nicnierobienie” miał kiedyś rozpisany w tabelce.
— Dziadek powiedział tak — zaczął, przewracając kartki. — „Twój pradziadek miał misję: znaleźć najkrótszy cień w tym miejscu. Nie zdążył. Teraz ty możesz dokończyć sprawę. Ale pamiętaj: skarb potrzebuje kogoś, kto ma wyobraźnię, a nie tylko oczy”. Spisałem to.
— Najkrótszy cień… — powtórzył wolno Maks. — To pewnie chodzi o południe, kiedy słońce jest najwyżej. Widziałem kiedyś w filmie.
— O! Wreszcie coś przydatnego z telewizji — prychnął Bartek.
— Czyli — podsumował Kacper — musimy w południe stanąć na tym X. Dziś jest sobota, jutro niedziela. Mamy czas. Ja już wszystko policzyłem.
Otworzył kolejną kartkę. W środku był rysunek mapy, godziny, strzałki od słońca.
— Jutro o dwunastej zero zero słońce będzie prawie w zenicie. Wtedy nasz cień będzie najkrótszy. Jeśli ta stara mapa ma rację, właśnie wtedy coś się wydarzy.
— Skarb! — oczy Igora zabłysły. — Złoto? Diamenty? Stare monety?
Maks spojrzał na zniszczony papier.
— Może to tylko jakiś głupi kufer z kamieniami — mruknął, ale w jego głosie brzmiała ciekawość.
— Nawet jeśli — Kacper schował mapę i notes do plecaka — to i tak będzie przygoda. Umawiamy się jutro u mnie o jedenastej. Spakuję wszystko, co trzeba.
— Wszystko, czyli co? — Bartek znów zmarszczył brwi.
Kacper uśmiechnął się tajemniczo.
— Lista ma dwie strony.
Rozdział 2 – Plan, który miał za dużo punktów
Następnego dnia o jedenastej u Kacpra w pokoju panował lekki bałagan, który tylko on uważał za „system”. Po podłodze walczyły o miejsce plecaki, na łóżku leżały latarki i kompas, a na biurku — rozłożona mapa dziadka.
— Czy to… — westchnął Bartek — lista rzeczy na tydzień?
Na kartce, przypiętej magnesem do metalowej tablicy, widniał tytuł: „WYPRAWA PO CIEŃ – PLAN SZCZEGÓŁOWY”. Pod spodem było chyba z trzydzieści punktów.
— To jest niezbędne minimum — oburzył się Kacper. — Patrzcie: jedzenie, woda, apteczka, latarki, sznurek, kompas, zegarek, notes, długopisy, kreda…
— Kreda? — zamrugał Igor.
— Żeby zaznaczyć długość cienia na ziemi — odpowiedział Kacper cierpliwie. — I jeszcze: folia przeciwdeszczowa, gwizdek, plastry, chusteczki…
— A popcorn? — wtrącił Maks. — Na wszelki wypadek, jakby było nudno.
— Mam paluszki — Kacper pokazał paczkę. — I rodzynki. Popcorn źle się nosi w plecaku.
— Twój dziadek wiedział, co robi, dając ci tę mapę — mruknął Bartek. — Nikt inny by się nie podjął takiej organizacji.
— Dobra, panowie — przerwał im Maks. — Jest jedenaście dziesięć. Do lasu mamy piętnaście minut. Musimy wyjść za pięć, żeby zdążyć się ustawić na tym X przed dwunastą.
Kacper spojrzał na zegarek, potem na mapę, potem znowu na zegarek. Zaciągnął pasek plecaka.
— Dobra. Każdy bierze latarkę i coś do jedzenia. Ja biorę kompas, mapę, notes i kredę. Igor, ty nosisz apteczkę. Bartek, sznurek i folię. Maks, ty pilnujesz czasu. Jesteś oficjalnym Strażnikiem Godziny.
— Brzmi poważnie — uśmiechnął się Maks, zakładając swój stary zegarek z dużą, porysowaną tarczą.
Zeszli po schodach, mijając zapach naleśników z kuchni.
— Kacper, tylko wróćcie przed trzecim obiadem! — zawołała mama z łopatką w ręku.
— Przed pierwszym! — poprawił ją Kacper. — Idziemy tylko do lasu!
— Z Kacprem i jego listą? — mama parsknęła śmiechem. — To może zabierzcie jeszcze namiot?
Chłopcy wymienili spojrzenia.
— Następnym razem — powiedział cicho Igor. — Dzisiaj i tak mamy dość sprzętu…
Na dworze powietrze było świeże, wilgotne, pachniało mokrą ziemią i rozgniecioną trawą. Szli boczną drogą w stronę lasu. Szuter chrzęścił pod ich butami. Gdzieś w oddali szczekał pies.
— Ciekawe, co dziadek wiedział o tym skarbie — zastanawiał się na głos Bartek. — I czemu sam go nie znalazł?
— Powiedział, że pradziadek musiał wyjechać i nie zdążył — odpowiedział Kacper. — Podobno był bardzo blisko. Miał nawet dziennik z pomiarami cieni, ale zaginął.
— Może go zjadł smok — mruknął Igor.
— Smok w naszym lesie? — Maks roześmiał się. — Bardziej bym się spodziewał dzika albo wściekłej wiewiórki.
— Wiewiórki są spoko — powiedział poważnie Kacper. — Raz mnie jedna obrzuciła szyszkami.
— Widzisz — Bartek klepnął go po ramieniu. — Świetnie, że bierzesz ze sobą mapę. Jak nas zaatakuje gang wiewiórek, damy im ją do wypełnienia.
Śmiali się, mijając ostatnie domy. Przed nimi wyrósł ciemniejszy pas drzew. Las szumiał cicho, jakby szeptał do nich jakieś sekrety.
— Strażniku Godziny, meldunek! — zwrócił się Kacper do Maksa.
— Jedenaście dwadzieścia osiem — odpowiedział Maks. — Wchodzimy do królestwa cieni.
Rozdział 3 – Polana pod znakiem X
Las witał ich zapachem wilgotnych liści, żywicy i mokrej kory. Gdzieś wysoko śpiewał ptak, a w trawie trzaskały ukryte gałązki. Buty zapadały im się lekko w miękkim mchu.
— Sprawdź kompas — poprosił Igor, kiedy ścieżka zaczęła skręcać.
Kacper wyjął z kieszeni mały, srebrny kompas, który dostał kiedyś na urodziny.
— Mapa mówi, że polana jest na północny zachód od drogi — mruknął, obracając się, aż igła wskazała N. — Musimy zejść z tej ścieżki za… jakieś sto metrów.
— Super — sapnął Bartek. — Czyli teraz zaczyna się prawdziwa wyprawa w nieznane. Czy kompas ma też opcję odnajdywania chipsów?
— Niestety nie — uśmiechnął się Kacper. — Ale jak przeżyjemy, kupię ci całą paczkę.
Zeszli ze ścieżki między drzewa. Gałęzie delikatnie ocierały się o ich ramiona i plecaki. Co chwilę musieli podskakiwać nad powalonymi pniami, a raz Bartek omal nie wpadł w mały, błotnisty dół.
— Uważaj! — krzyknął Igor, chwytając go za plecak.
— Dzięki… — Bartek spojrzał pod nogi. — Fuu, to błoto wygląda, jakby miało własne życie.
— Dwanaście zero dwa nie będzie miłe, jeśli dotrzesz tam bez butów — zauważył sucho Maks.
Po kilku minutach drzewa zaczęły się przerzedzać. Przed nimi pojawiła się polana, jasna, zalana słońcem. Trawa była tu krótsza, a na środku wyrastał samotny, niewysoki kamień. Na jego powierzchni dało się zobaczyć wyryty, prawie starty znak X.
— Mamy to — wyszeptał Kacper.
Wiatr przestał na chwilę poruszać liśćmi, jakby las nasłuchiwał.
— Strażniku? — odwrócił się Kacper.
— Jedenaście czterdzieści dziewięć — odpowiedział Maks. — Mamy trochę czasu.
Kacper wyciągnął kredę i notes. Otworzył go na czystej stronie.
— Zrobimy kilka pomiarów, zanim wybije dwunasta. Musimy być pewni, kiedy cień jest najkrótszy.
— Jak mamy to zmierzyć? — Bartek rozejrzał się. — To nie lekcja matematyki.
— Ale prawie — uśmiechnął się Kacper. — Każdy stanie kolejno na kamieniu, a ja zaznaczę koniec jego cienia kredą. Potem porównamy długości.
— Dobra — zgodził się Maks. — Ja mogę być pierwszy. Jak wpadnę w jakąś dziurę w czasoprzestrzeni, przekażcie mojej mamie, że lubiłem jej naleśniki.
Maks stanął na kamieniu. Słońce świeciło wysoko, ostro, ale jeszcze nie pionowo. Cień chłopaka padał na trawę, cienką, ostro odciętą linią.
— Stój nieruchomo! — zawołał Kacper i szybko zaznaczył kredą miejsce, gdzie kończył się cień przy butach Maksa. — Dobra. Igor, teraz ty.
Zmieniali się kolejno, a Kacper za każdym razem robił małą kreskę na ziemi i zapisywał godzinę.
— Jedenaście pięćdziesiąt osiem — zameldował po chwili Maks. — Zaczyna się.
Powietrze jakby zgęstniało. Wszystkie dźwięki — szum liści, świergot ptaków, brzęczenie owadów — wydały się nagle wyraźniejsze. Słońce świeciło już niemal dokładnie nad ich głowami.
— Ostatni pomiar — zdecydował Kacper. — Tym razem wszyscy staniemy razem. Będziemy jednym… superbohaterem o czterech głowach.
— Brzmi strasznie — skrzywił się Igor, ale uśmiechał się.
Ustawili się na kamieniu, stłoczeni, śmiejąc się i próbując nie spadać. Ich cienie zlały się w jedno, krótkie, ciemne plackowate coś u ich stóp.
— Teraz! — krzyknął Kacper, gwałtownie rysując kredą wokół ciemnej plamy.
— Dwanaście zero zero! — ogłosił Maks.
W tej samej chwili coś się stało.
Ziemia pod ich stopami lekko zadrżała, prawie niewyczuwalnie, jakby ktoś bardzo daleko zatrzasnął ogromne drzwi. Gdzieś na skraju polany zaskrzeczała wrona, a na głowy chłopców spadły trzy maleńkie żołędzie, jak dziwne, zielone pociski.
— Eee… to było w planie? — spytał Igor cicho.
Kacper nic nie powiedział. Po prostu uklęknął obok kamienia i zaczął palcami odgarniać trawę w miejscu, gdzie narysował ostatni kontur cienia.
Pod cienką warstwą mchu poczuł coś twardszego. Coś, co nie było ani kamieniem, ani korzeniem drzewa.
Coś o gładkiej, metalowej powierzchni.
Rozdział 4 – Zamek, który nie chciał się poddać
— Chłopaki! — wyszeptał Kacper, serce waliło mu jak młot. — Coś tu jest.
Kucnęli obok niego wszyscy naraz. Trawa pachniała intensywnie, zielono, a pod nią było słychać ciche skrobanie, kiedy Kacper odgarniał coraz więcej ziemi.
Po chwili spod mchu wyłonił się róg czegoś metalowego. Stary, zardzewiały, ale wyraźny.
— Skrzynia? — odgadł Maks.
— Jeszcze nie wiadomo — odpowiedział Kacper, choć w głosie brzmiała nadzieja.
Pracowali razem, rękami, patykami, nawet zakrzywionym kamieniem, który udawał łopatkę. Ziemia była wilgotna, chłodna, przyklejała im się do palców. W końcu udało się odsłonić wieko niewielkiego, ale wyraźnie ciężkiego metalowego pudełka, do którego przymocowany był zardzewiały zamek.
— Wygląda, jakby tu leżało sto lat — mruknął Bartek, przecierając brudne czoło.
— Może i leży — odpowiedział cicho Kacper.
Skrzynka była prostokątna, szeroka mniej więcej jak szkolny atlas, ale nieco wyższa. Cała pokryta była starymi rysami i plamami rdzy. Na środku wieka dało się jednak dostrzec wygrawerowany symbol: mały kompas z czterema stronami świata i gwiazdką pośrodku.
— No i co teraz? — Igor wpatrywał się w zamek, jakby zaraz miał go ugryźć. — Kto ma wytrych?
— W moim planie nie było punktu „weź wytrych” — przyznał z żalem Kacper. — Ale mamy sznurek.
— Sznurkiem zamka nie otworzysz — zauważył Maks z uśmiechem. — Masz jeszcze w tej twojej magicznej liście coś do zadań specjalnych?
Kacper marszczył czoło, myśląc. Nagle coś mu zaświtało. Sięgnął do plecaka i wyjął… długopis.
— Chcesz napisać do zamka list, żeby się otworzył? — parsknął Bartek.
— Nie. Zobaczcie. Ten długopis ma metalową końcówkę, jest dość cienka i mocna. Może uda się podważyć zardzewiałą część.
Przez chwilę grzebał przy zamku, wsuwając i obracając końcówkę długopisu. Metal zaskrzypiał złowrogo.
— Uważaj, żebyś go nie złamał — ostrzegł Igor. — To twój ulubiony do rysowania smoków.
— Wiem, ale… — Kacper zacisnął zęby. — Skarb jest ważniejszy.
Zamek przez chwilę stawiał opór. Słońce grzało im plecy, pot ściekał po karku. W końcu rozległ się cichy, piękny dźwięk: „klik”.
— Jest! — wykrzyknął Maks tak głośno, że jakaś wiewiórka na drzewie aż pisnęła.
Zamek zwisł bezwładnie. Wieko wciąż było brudne i ciężkie, ale już nic go nie trzymało.
— Otwieramy razem — zaproponował Kacper. — Na trzy.
Położyli ręce na starym metalu. Poczuł się chłodny, choć był nagrzany słońcem. Jakby w środku była schowana nie tylko rzecz, ale i czyjeś dawne emocje.
— Raz… — zaczął Kacper.
— Dwa… — podchwycili chłopcy.
— Trzy!
Unieśli wieko.
Ze środka buchnął zapach kurzu, starych papierów i czegoś… dziwnie słodkiego, jak dawny, zapomniany zapach cukierków w kieszeni płaszcza.
Przez sekundę nikt nic nie powiedział.
W środku nie było złotych monet. Nie było też diamentów ani korony króla z bajki.
Był zeszyt, gruby, w twardej, popękanej okładce. Kilka metalowych przedmiotów, wyglądających jak dziwne przyrządy. I mały, drewniany pudełeczek z przykrywką ścisłą tak, że aż trzeszczało.
— To chyba żart — westchnął Bartek. — Skarb złożony z rupieci.
— Nie mów tak — Kacper delikatnie wziął do ręki zeszyt. — To może być dziennik mojego pradziadka.
Ostrożnie otworzył okładkę. Kartki pachniały kurzem i jakimś starym mydłem. Pismo było równe, zwarte, lekko pochyłe.
— „Dzień pierwszy. Postanowiłem odnaleźć najkrótszy cień na polanie za lasem. Wierzę, że tam ukryto niezwykły skarb, którego nie da się zważyć ani policzyć” — przeczytał na głos.
Zapadła chwila ciszy.
— Skarb, którego nie da się zważyć… — powtórzył Igor. — Co to ma znaczyć?
Rozdział 5 – Skarb, który trzeba było dopiero wymyślić
Usiedli w kręgu wokół skrzynki. Trawa łaskotała ich w nogi, pszczoła bzyczała nad żółtym kwiatkiem tuż obok zeszytu. Las zdawał się przysłuchiwać.
Kacper przewracał kolejne strony.
— „Mierzyłem cień o różnych porach dnia. W południe był najkrótszy. Wtedy poczułem drżenie ziemi, ale nie zdołałem znaleźć skrzyni. Musiałem schować ją głębiej, niż myślałem. Jeśli ktoś to czyta, znaczy, że dotarł dalej niż ja. Skarbu jeszcze nie ma. Dopiero go stworzysz”.
Chłopcy spojrzeli po sobie.
— „Stworzysz”? — powtórzył Maks. — Jak mamy stworzyć skarb?
Kacper przewrócił stronę. Na kolejnej było kilka rysunków: dzieci trzymające się za ręce, rozgwieżdżone niebo, jakaś dziwna, okrągła budowla przypominająca obserwatorium.
— „Ten skarb nie jest zrobiony ze złota” — czytał dalej Kacper. — „To coś, co rośnie tylko w jednym miejscu: w głowach ludzi, którzy się nie poddają. Jego cień jest najkrótszy, bo nie potrzebuje słońca. To wyobraźnia”.
— To ma być skarb? — prychnął Bartek, ale bez przekonania. — Wyobraźnia?
— Posłuchaj dalej — poprosił cicho Igor.
— „Jeśli dotarłeś na polanę i znalazłeś tę skrzynię, znaczy, że już ją masz” — czytał Kacper. — „Ale możesz ją wzmocnić. Otwórz małe drewniane pudełko. W środku są zadania. Wykonaj je razem z przyjaciółmi. Potem zamknij skrzynkę. Skarb zostanie w was”.
Kacper uniósł wzrok.
— To trochę… dziwne — przyznał. — Ale jednocześnie… fajne.
— Pokaż to drewniane pudełko — powiedział zdecydowanie Maks.
Kacper sięgnął do skrzynki. Drewniane pudełko było gładkie, ciemnobrązowe, z drobnymi rysami. Pachniało jak stara szafa u dziadka. Kiedy Kacper je otworzył, w środku znaleźli złożone na cztery kawałki papieru.
Na pierwszym było napisane:
„WYOBRAŹ SOBIE MIEJSCE, KTÓRE NIE ISTNIEJE, A JEDNAK MOŻESZ JE ZOBACZYĆ, USŁYSZEĆ I POCZUĆ. OPOWIEDZ O NIM PRZYJACIOŁOM”.
— Okej — mruknął Bartek. — To jest jak zadanie z polskiego, ale bez pani od polskiego.
— Spróbujemy — powiedział spokojnie Kacper. — W końcu po to tu przyszliśmy. Nie tylko po monety.
Pomyślał przez chwilę, zamykając oczy. Słońce ogrzewało mu powieki. Poczuł delikatny zapach mchu.
— Widzę… miasto w chmurach — zaczął powoli. — Zbudowane całe z drewna i szkła. Chodzi się po miękkich mostach z listków, które nie spadają. Wszędzie słychać dzwoneczki, ale nie ma wiatru. Dzwonią, kiedy ludzie się śmieją.
— A jak pachnie? — zapytał Igor szeptem.
— Trochę jak waniliowe lody i trochę jak deszcz na gorącym asfalcie — odpowiedział Kacper, sam zaskoczony tym, co mówi. — A jak pada deszcz, krople lecą do góry.
Chłopakom zaświeciły się oczy. Przez chwilę nikt nie żartował.
— Dobra, teraz ja — powiedział Maks, biorąc drugi papierek. — Tu pisze: „WYMYŚL STWORZENIE, JAKIEGO NIKT JESZCZE NIE WYMYŚLIŁ. NARYSUJ JE LUB OPOWIEDZ”.
Maks wziął długopis Kacpra i na marginesie starego zeszytu zaczął rysować.
— To jest… hmm… nurlot. Ma ciało jak wydra, skrzydła jak nietoperz i ogon jak wiewiórka, ale zakończony pędzelkiem. Za każdym razem, kiedy nim machnie, maluje coś w powietrzu i na chwilę to się staje prawdziwe.
— Super! — Igor aż się pochylił, żeby lepiej widzieć. — I może malować, nie wiem… pizzę wielkości domu?
— Jasne — uśmiechnął się Maks.
Bartek, nie chcąc być gorszym, wziął trzeci papierek.
— „WYMYŚL PRZYGODĘ, KTÓREJ JESZCZE NIE PRZEŻYŁEŚ, ALE BARDZO BYŚ CHCIAŁ. DODAJ SZCZEGÓŁY”. Okej, to ja mam. Jedziemy na księżyc… rowerami. Takimi, które mają koła z gumy, co się nie przebija, i siedzenia z gąbki. Kiedy podskakujemy na kraterach, słychać, jak gwiazdy śmieją się tak cicho, że trzeba się wsłuchać.
— Jak pachnie księżyc? — zapytał Kacper.
— Jak kurz w starym garażu i trochę jak iskry z ogniska — odpowiedział Bartek po chwili. — I nie ma tam szkoły.
— To akurat smutne — zauważył Igor. — Bo nie byłoby przerw.
Wszyscy się roześmiali.
Ostatni papierek wziął Igor.
— „POWIEDZ NA GŁOS COŚ, CO NAJBARDZIEJ LUBISZ W SWOICH PRZYJACIÓŁACH. TO TEŻ JEST SKARB” — przeczytał.
Zarumienił się minimalnie, ale wyprostował.
— Dobra. To… w Kacprze lubię to, że zawsze ma plan i dzięki temu nie gubimy się, nawet jak idziemy na lody. W Maksie lubię, że umie liczyć czas i że jak się boję, to udaje, że wcale tego nie widzi, tylko mówi głupie żarty. A w Bartku… że zawsze pierwszy się odezwie, jak trzeba kogoś obronić, nawet jak zrobi to najgłupszym możliwym tekstem.
Bartek udawał, że go to nie rusza, ale nagle znalazł coś bardzo interesującego w trawie. Maks odchrząknął.
— Teraz my też musimy coś powiedzieć — stwierdził Kacper spokojnie. — To nie jest jednostronne.
— Dobra — zgodził się Maks. — Ja powiem tak: w Igorze lubię, że boi się wszystkiego, ale mimo to zawsze idzie z nami. W Bartku lubię, że jego głupie teksty sprawiają, że nawet deszcz brzmi mniej mokro. A w Kacprze… że potrafi zamienić dziwne, stare papiery w coś, co naprawdę działa.
Słońce przesunęło się trochę po niebie. Cienie wydłużyły się znów, miękkie, spokojne.
Kacper nagle poczuł, jakby w środku miał nagrzany kamyk, przyjemnie ciężki.
— Dobra — zamknął drewniane pudełko. — Myślę, że skarb właśnie urośnie nam w głowach, jeśli go nie zgubimy.
— Ale… — nie wytrzymał Bartek. — To wszystko? Żadnego złota?
Kacper uśmiechnął się krzywo.
— A myślisz, że gdyby tu było złoto, to by tu tyle lat spokojnie leżało? Już dawno ktoś by je wyniósł. A tak… mamy coś, czego nie da się ukraść. Tylko zapomnieć. A na to nie pozwolę.
Rozdział 6 – Cień, który rozpoczął nową misję
Zamknęli drewniane pudełko i wsunęli z powrotem do metalowej skrzynki. Zeszyt pradziadka Kacper schował delikatnie do plecaka, jakby to był najcenniejszy przedmiot świata.
— Co z resztą rzeczy? — spytał Igor, wskazując na dziwne metalowe przyrządy.
— Zostawimy w skrzynce — zdecydował Kacper. — To część historii tego miejsca. Może kiedyś ktoś inny też to znajdzie.
— Myślisz, że powinniśmy znowu zakopać skrzynię? — zapytał Maks.
Kacper popatrzył na jasną polanę, na kamień ze znakiem X, teraz trochę bardziej odsłonięty, i na kredowe kreski, zaznaczające miejsca, gdzie kończyły się ich cienie.
— Tak. Dziennik biorę, ale skrzynia… powinna tu zostać. To część zagadki, która jeszcze może się komuś przydać.
— Przecież ją znaleźliśmy — zauważył Bartek. — Możemy ją zabrać i używać jako… pudełka na kanapki.
— To nie jest pudełko na kanapki — roześmiał się Kacper. — To skarbnik. Tyle że inny, niż się spodziewaliśmy.
Zaczęli zasypywać skrzynię ziemią i mchem. Robili to powoli, jakby chowali coś ważnego, ale nie dlatego, że chcieli to ukryć na zawsze. Raczej po to, by mogło spokojnie czekać.
Kiedy skończyli, miejsce wyglądało prawie tak samo jak przedtem. Tylko oni wiedzieli, że tuż pod trawą leży skrzynia pełna starego papieru i nowych historii.
— Która godzina? — zapytał Kacper.
Maks spojrzał na zegarek.
— Trzynasta dwadzieścia.
— Czyli minęło trochę od momentu najkrótszego cienia — podsumował Kacper. — Misja wykonana. Znaleźliśmy skarb i najkrótszy cień.
— I co teraz? — spytał Igor.
Kacper wyciągnął notes z kieszeni. Na pierwszej wolnej stronie napisał wielkimi literami:
„MISJA 2: ZAPLANOWAĆ NASTĘPNĄ PRZYGODĘ WYOBRAŹNI”.
— Teraz — uśmiechnął się — będziemy tworzyć własne skarby. Może nie będziemy znajdować złota, ale możemy wymyślić rzeczy, których nikt jeszcze nie wymyślił.
— Jak nurlota — przypomniał Maks.
— Jak rower na księżyc — dodał Bartek.
— Jak… miasto nad rzeką, które świeci nocą, ale nie ma żadnej żarówki — dorzucił Igor, sam zaskoczony własnym obrazem.
— Widzicie? — Kacper schował notes. — Skarb już działa.
Powoli ruszyli z powrotem przez las. Ścieżka wydawała się teraz inna, jakby jaśniejsza, choć drzewa były te same. Ptaki śpiewały, wiatr poruszał liśćmi, w trawie szeleściły małe stworzenia, których nie widzieli.
— Wiesz… — odezwał się po chwili Bartek. — Nadal trochę szkoda, że nie będzie żadnych złotych monet. Wyobrażam sobie minę pani w sklepie, kiedy płacę za bułkę kawałkiem XVI-wiecznego skarbu.
— Możemy narysować takie monety — zaproponował Maks. — I zapłacić nimi za wyobrażoną bułkę w wyobrażonej piekarni w mieście w chmurach.
— A ja spiszę to wszystko w nowym zeszycie — powiedział Kacper. — Dziennik przygód. Żeby kiedyś ktoś, kto go znajdzie, też mógł odkryć najkrótszy cień.
Wyszli z lasu. Słońce było trochę niżej, świat miał cieplejsze kolory. Zapach mokrej ziemi mieszał się z dymem z dalekiego ogniska.
— Hej — przypomniał sobie nagle Igor. — Twój dziadek. Musisz mu powiedzieć, co znaleźliśmy.
— Powiem — kiwnął głową Kacper. — Ale nie wszystko. Resztę zapiszę. Niech to będzie nasz wspólny skarb.
— I nasz wspólny sekret — dodał Bartek.
Szli w stronę domów, a ich cienie, teraz dłuższe i cieńsze, kładły się przed nimi na drodze jak ścieżka z ciemnego światła.
Gdzieś za nimi, w ciszy lasu, pod mchem i trawą, stara metalowa skrzynia leżała znowu spokojnie, jakby zadowolona, że jej wieko jest znów zamknięte.
W środku, obok dziwnych przyrządów i pustego już miejsca po dzienniku, zasypane miękkim mrokiem, odpoczywały złożone na cztery karteczki z zadaniami.
Skrzynia była zamknięta i spokojna, ale skarb, który kryła, nie spał. Rósł dalej — w czterech głowach, pełnych nowych obrazów, dźwięków i zapachów przygody, która dopiero się zaczynała.