Rozdział 1 — Sekret w skarpecie
Było cichutko i pachniało świeżo pokrojonymi jabłkami. W małym miasteczku, gdzie każdy pies znał imię listonosza, mieszkała grupa przyjaciół: Hela, Julek i Borys. Wszyscy mieli prawie sześć lat. Hela miała warkocze jak dwa cienkie wężyki, Julek nosił czapkę odwróconą do tyłu, a Borys… Borys był bardzo skromny. Nie krzyczał, nie chwalił się, zawsze mówił „może” i „jeśli chcesz”. To był ich sekret: Hela nosiła w kieszeni skarpetki małe skarpetkowe skarpetki, Julek składał chmury z papieru, a Borys miał w sercu schowany uśmiech.
Pewnego popołudnia, gdy słońce bawiło się w chowanego z chmurami, Hela znalazła sekret. W starej skarpecie wiszącej na płocie (tak, na płocie była skarpeta — nie pytaj dlaczego, w tym miasteczku wszystko mogło być trochę inne) była mała dziurka. Z dziurki wystawał kluczyk, który mimowolnie mrugał jak oczko. „To musi być kluczyk do czegoś bardzo ważnego” — szepnęła Hela, bo tak mówi się o skarbach. Julek dotknął kluczyka i on zwinął się jak sprężynka i zaśpiewał cichutko: tik-tik-tik. Borys uśmiechnął się jeszcze bardziej, bo uśmiech to jego sekret.
„Otworzymy?” — zapytała Hela. „Może to skrzynia z cukierkami” — dodał Julek i już widział górę żelków. Borys jednak powiedział spokojnie: „Może musimy najpierw znaleźć drzwi”. I tak trójka wyruszyła za kluczykiem, bo kluczyk prowadził jak nos wędrówkę: małymi kroczkami, trochę w prawo, trochę w lewo, śmiejąc się jak dzwoneczki.
Rozdział 2 — Jezioro galaretki
Kluczyk poprowadził ich przez ogród z marchewkami, które śpiewały „tra-la”, i przez most z kocich ogonów (most nie był aż tak miękki, jak się wydaje). W końcu dotarli do miejsca, gdzie świat wyglądał jakby ktoś rozlał na ziemi niebo: było błękitno, różowo i lekko słodko. Przed nimi rozpościerało się jezioro. Nie zwykłe jezioro. To było jezioro galaretki — miękkie, błyszczące i delikatne jak poduszka. Kropelki odbijały słońce jak małe złote guziczki.
„Uuu!” — zaśmiał się Julek. „Chodźmy po stopach, jak po pierzu!” Hela podskoczyła i jedno jej paluszki zanurzyły się w galaretce. Było to jak wchłanianie słodkiego obłoku. Borys zatrzymał się tuż przy brzegu. Był skromny, pamiętacie? Patrzył na galaretkę i myślał o tym, czy wchodzić, czy nie. Wtedy z powierzchni jeziora wynurzył się mały breloczek z oczami. Oczy miały kropelki wesołości.
„Witajcie” — powiedział breloczek, ale jego głos brzęczał jak łyżeczka. „Kluczyk pyta, czy ktoś potrafi odkręcić bardzo wolno.” Hela i Julek spojrzeli po sobie. „Odkręcić co?” — zapytała Hela. Breloczek wskazał na sam środek jeziora, gdzie stała maleńka wysepka z drzwiami. Na drzwiach wisiała dziwna dziurka, a obok leżała śluza z napisem: „Klucz obracaj powoli, proszę”.
Julek chciał biec jak strzała, Hela chciała skakać jak żabka, ale Borys przypomniał sobie, że jest bardzo ostrożny i skromny. „Może naprawdę trzeba robić wszystko powoli?” — powiedział miękko. Breloczek pokiwał głową, a galaretka zaśpiewała „plask, plask, plask” jak mały chór.
Kiedy weszli do galaretki, sięgnęła ona za palce, za skarpetki, za śmiechy. Było to jak pływanie w kolorowej chmurze. Hela robiła małe fale, Julek robił skoki-bombę, a Borys stąpał powoli. I wtedy stało się: Borys wpadł — nie do wody, tylko do środka galaretki, gdzie wszystko było jeszcze bardziej miękkie i jakby trochę śpiewało.
„O nie, tonę!” — zawołał Borys, ale ton jego głosu był śmieszny, bo galaretka robiła echo: „tonę-tonę-tonę”. Hela i Julek zaśmiali się, bo to nie było niebezpieczne, tylko bardzo dziwne. Borys zanurzył się aż po nos i pomyślał: „Trzeba znaleźć ten klucz”. Zapiął palec w kieszeni i wyciągnął — tak! To był kluczyk z pierwszej skarpety! Kluczyk mrugnął i powiedział szeptem: „Obracaj powoli”.
Borys spojrzał na kluczyk i poczuł, że jego serce bije jak małe bębny. Był skromny, ale też bardzo odważny. Mógłby obrócić kluczyk szybko i wszystko by się stało w mgnieniu oka. Mógłby też obrócić go bardzo powoli i wysłuchać, co galaretka ma do powiedzenia. Borys wziął głęboki oddech i… odmówił. „Nie obrócę go bardzo powoli” — powiedział cicho. „Obrócę go takim tempem, jak moje serce.” I zaczął obracać kluczyk, ale nie strasznie szybko, nie za wolno — po prostu powoli, rytmem kroków piosenki.
Kluczyk zakręcił się i zakręcił. Galaretka zapłakała małymi kroplami, które smakowały jak cytrynowe landrynki. Z wysepki wyskoczył mały mechowy stworek, który zamknął drzwi i… zaczął tańczyć. Tańczył tak dziwnie, że galaretka zrobiła falę, która wyniosła Borysa bezpiecznie na brzeg. Wszyscy trzej usiedli na trawie, przechlapani kolorami jak farbką, i śmiali się do łez.
Rozdział 3 — Powrót z uśmiechem
Okazało się, że za drzwiami nie była skrzynia z cukierkami, ani chmura z papieru, ani korona z marchewek. Był tam mały ogródek, w którym rosły dźwięki. Dźwięki brzmiały jak cmoknięcia, jak stukanie palcami i jak małe dzwoneczki. Ktoś posadził je bardzo starannie, a klucz pilnował, żeby nikt nie wyrywał dźwięków za szybko. „Kiedy wszystko robimy powoli, dźwięki rosną smaczniejsze” — powiedział breloczek i zaśmiał się piskliwie.
Hela zebrała kilka dźwięków i ułożyła z nich piosenkę. Julek złożył chmurę papierową, którą nakryli sobie na głowy, żeby wiatr nie przesłonił melodii. Borys — nasz skromny bohater — podniósł rękę i podał kluczyk breloczkowi. „Dziękuję” — szepnął, bo nie chciał się przechwalać, ale był dumny jak bańka mydlana.
Kiedy wracali przez most z kocich ogonów i obok marchewkowego chóru, wszyscy mówili o tym, co się wydarzyło. Mówili raz powoli, raz szybko, i zawsze z uśmiechem. W domu Heli mama wypatrzyła młodych z mokrą spódniczką i zapytała: „Gdzie byliście?” Hela odpowiedziała: „W jeziorze galaretkowym!” Mama uśmiechnęła się, bo w tym miasteczku takie odpowiedzi też były możliwe.
Wieczorem, kiedy niebo robiło się miękkie i gwiazdy zaczynały mrugać jak żarówki w drzwiach, troje przyjaciół usiadło razem pod drzewem. Hela zaczęła nucić piosenkę z dźwięków. Julek robił rytm, stukając palcami o kolana. Borys od czasu do czasu wtrącał malutkie „może” i „jeśli chcesz” — i wszyscy się śmiali, bo to brzmiało jak końcówki zdania w piosence.
„Dziękuję, że poszliście ze mną” — powiedział Borys cicho. „Dziękujemy, że nie kręciłeś klucza za szybko” — dodała Hela. „I że nie robiłeś za wolno” — dodał Julek, bo w ich przyjaźni wszystko było trochę w środku: ani za szybko, ani za wolno. W końcu wsunęli skarpetę z kluczykiem z powrotem na płot i przytulili się jak trzy małe misie.
Na dobranoc galaretka jeszcze raz przypomniała im, że warto robić rzeczy z uśmiechem. Gwiazdy zasypiały powoli, a w oddali słychać było cichutkie „plask” — jakby ktoś kończył zabawę i kładł się do snu. Dzieci zamknęły oczy i poczuły, jak melodia dnia zwalnia, robi się ciepła i miękka, jak podkładka pod filiżankę herbaty. Borys zasnął z uśmiechem, bo był skromny, a w sercu miał przygodę.
I tak, w miasteczku, gdzie kluczyki mrużyły oczka, a skarpety miały tajemnice, przyjaciele nauczyli się jednego: czasem trzeba ruszyć powoli i słuchać galaretki. A kiedy wracasz, powiedz „może” i uśmiechnij się, bo to najpiękniejszy sposób na zakończenie dnia.