Rozdział 1: Plan odkrywcy i czapka, która ucieka
Tymek miał prawie osiem lat i uważał się za odkrywcę. Nie takiego z dżungli (bo w zimie dżungla jest głównie w kaloszach), tylko takiego od odkrywania tajemnic w zwykłych rzeczach: w szufladzie z guzikami, w skrzypiącej windzie i w tym, czemu skarpetki znikają w praniu.
Tego dnia odkrywał Nowy Rok.
— „Mikołaj? Nie, już po pracy” — mruknął do siebie, wkładając do plecaka latarkę. — „Ale Sylwester… Sylwester to jest dopiero wyprawa!”
Do pokoju wpadł jego najlepszy kolega Kuba, też prawie ośmiolatek, z policzkami czerwonymi jak jabłka.
— „Tymek! Mama powiedziała, że o północy będą fajerwerki!” — zawołał Kuba. — „I że można zjeść dwanaście winogron… no dobra, u nas będą dwanaście mandarynek, bo winogrona są śliskie.”
Tymek uniósł brwi jak prawdziwy badacz.
— „Dwanaście mandarynek? To brzmi jak rytuał plemienia Mandaryniaków” — powiedział poważnie. — „Musimy to zbadać.”
W kuchni pachniało piernikami i pomarańczą. Mama Tymka mieszała coś w misce, a tata przynosił z balkonu pudełko z lampkami.
— „Tylko żadnych wypraw na dach” — ostrzegł tata, jakby czytał w myślach odkrywcy.
— „Spokojnie, tato” — Tymek uśmiechnął się niewinnie. — „Dach jest… bardzo wysoki.”
Kuba już kręcił się przy stole, gdzie leżały serpentyny, papierowe czapeczki i małe trąbki.
— „Patrz, jaka czapka!” — zachwycił się Kuba, zakładając złotą czapeczkę. — „Wyglądam jak król sałaty!”
— „Jak król Nowego Roku” — poprawił go Tymek i też sięgnął po czapkę, srebrną, z pomponem.
W tej samej chwili wydarzyło się coś dziwnego, ale nie strasznego — raczej śmiesznego. Srebrna czapka… kichnęła.
— „A-psiik!” — zabrzmiało cichutko, jakby ktoś kichnął w kieszeni.
Tymek zamarł.
— „Czy to… moja czapka?” — spytał szeptem.
Kuba zrobił wielkie oczy.
— „Może ma alergię na brokat?” — szepnął z powagą lekarza.
Czapka znów kichnęła, a potem— hop! — zsunęła się z dłoni Tymka, poturlała po stole jak naleśnik i wylądowała na podłodze. Zanim chłopcy zdążyli ją złapać, czapka podskoczyła i pomknęła w stronę korytarza.
— „Ona ucieka!” — pisnął Kuba, a potem dodał szybciutko: — „Ale wesoło!”
Tymek natychmiast włączył tryb odkrywcy.
— „Wyprawa ratunkowa” — ogłosił. — „Cel: złapać czapkę, zanim zrobi się północ i ktoś pomyśli, że to nowa moda.”
Mama odwróciła się znad miski, ale zamiast się zdenerwować, uśmiechnęła się.
— „Jeśli czapka postanowiła pobiegać, to niech pobiega. Tylko uważajcie na wazon” — powiedziała.
Tata podniósł brwi.
— „To ja będę udawał, że nic nie widzę, bo mam ręce w lampkach” — mruknął.
Chłopcy ruszyli za czapką, która zniknęła za rogiem. A w domu, jakby na znak, że przygoda jest dozwolona, lampki w pudełku mrugnęły dwa razy.
Rozdział 2: Mapa z mandarynek i tajemnica północy
W korytarzu było cicho, tylko zegar tykał jak mały bębenek: tik-tak, tik-tak. Czapka nie była już na widoku.
— „Zniknęła jak skarpeta” — westchnął Tymek.
Kuba przykucnął i spojrzał pod szafkę na buty.
— „Hej, odkrywco, użyj supermocy: latarki!” — przypomniał.
Tymek włączył latarkę. Snop światła przejechał po podłodze i zatrzymał się na czymś pomarańczowym.
— „Mandarynka?” — zdziwił się Kuba.
Na dywanie leżała mandarynka. A obok niej druga. I trzecia. Układały się w linię, jakby ktoś rozsypał je celowo.
— „To ślady!” — szepnął Tymek z zachwytem. — „Czapka zostawia trop mandarynkowy.”
— „Albo to ja zgubiłem przekąskę” — powiedział Kuba, po czym szybko dodał: — „Ale wolę wersję z tropem!”
Mandarynki prowadziły do salonu. Tam stała choinka, migająca jak małe kosmiczne miasto. A pod choinką leżał papier do pakowania i pudełko z konfetti.
Wtedy czapka wyskoczyła zza fotela i stanęła… na czubku odkurzacza.
— „Stój!” — zawołał Tymek. — „W imieniu odkrywców, państwa Mandaryniaków i wszystkich zgubionych skarpet!”
Czapka zachwiała się i… znowu kichnęła.
— „A-psiik!”
Z jej pompona wyleciał maleńki skrawek papieru. Upadł na dywan jak listek.
Kuba podniósł go ostrożnie.
— „To… wiadomość!” — powiedział i przeczytał na głos: — „Żeby Nowy Rok był niezapomniany, trzeba znaleźć Dwanaście Iskier.”
Tymek aż przysiadł z emocji.
— „Dwanaście Iskier? To brzmi jak legenda!” — szepnął. — „Gdzie są?”
Czapka wykonała mały obrót, jakby wskazywała kierunek: w stronę kuchni.
Chłopcy pobiegli tam, a mama akurat układała na talerzu mandarynki.
— „Mamo, mamy misję!” — zawołał Kuba. — „Dwanaście Iskier!”
Mama spojrzała na nich tak, jakby wiedziała o wszystkim od początku, ale udawała, że się dziwi.
— „Iskry? To brzmi… błyszcząco” — powiedziała. — „Może są w rzeczach, które już macie?”
Tata, który przyszedł z lampkami w rękach jak z wielkim wężem, dodał:
— „Iskry bywają w oczach, kiedy ktoś się śmieje.”
Tymek zmrużył oczy.
— „To zagadka dorosłych. Trzeba ją przetłumaczyć na język odkrywców” — mruknął.
Czapka znów kichnęła, jakby się niecierpliwiła.
— „A-psiik! A-psiik!”
Kuba zachichotał.
— „Ona mówi: ‘Szybciej, bo północ się zbliża!'”
Na stole stało dwanaście mandarynek. Tymek spojrzał na nie uważnie.
— „Dwanaście… jak dwanaście miesięcy” — powiedział powoli. — „Może Iskry to małe niespodzianki na każdy miesiąc?”
— „Albo dwanaście powodów, żeby się cieszyć!” — dodał Kuba.
Mama podała im małe karteczki i kredki.
— „Jeśli chcecie, możecie stworzyć własne Iskry. Kreatywność działa szybciej niż zegar” — powiedziała.
Tymek uśmiechnął się szeroko. To było zadanie w sam raz dla odkrywcy.
— „Zrobimy Iskry z życzeń!” — ogłosił. — „Ale muszą być ukryte, żeby była prawdziwa przygoda.”
Kuba klasnął w dłonie.
— „I muszą być śmieszne!”
Czapka podskoczyła na odkurzaczu, jakby przyklasnęła pomponem.
Rozdział 3: Polowanie na Iskry w mieszkaniu pełnym śmiechu
Chłopcy usiedli na dywanie w salonie. Zegarek taty tykał, choinka mrugała, a z kuchni dobiegał zapach ciepłych pierników. Tymek rozłożył karteczki jak mapy.
— „Iskra numer jeden: ‘W styczniu będę umiał gwizdać tak, że kot pomyśli, że to ptak'” — przeczytał Kuba i parsknął śmiechem. — „Ale my nie mamy kota.”
— „To tym lepiej, nikt się nie obrazi” — stwierdził Tymek i napisał kolejną: — „Iskra numer dwa: ‘W lutym zrobię najfajniejszy zamek z poduszek'.”
Kuba dopisał:
— „Iskra numer trzy: ‘W marcu nauczę się robić naleśniki, które nie wyglądają jak mapy świata'.”
— „Mapy świata są przydatne!” — oburzył się Tymek, ale zaraz się roześmiał.
Zrobili dwanaście karteczek. Na każdej było proste życzenie, pomysł albo śmieszny plan: o budowaniu szałasu, o nauczeniu się nowej piosenki, o wymyśleniu tańca „Galareta Wygibasa”, o byciu miłym nawet wtedy, gdy ktoś zabierze ostatni piernik (trudne, ale możliwe).
Potem przyszła najlepsza część: ukrywanie Iskier.
— „Ja chowam, ty szukasz!” — zaproponował Kuba.
— „Nie, odkrywcy działają w parach” — powiedział Tymek. — „Chowamy razem, a potem wszyscy szukają: my i dorośli!”
Czapka najwyraźniej była szefem wyprawy. Kiedy chłopcy wahali się, gdzie schować karteczkę, czapka robiła „hop” w stronę miejsca, które wyglądało na idealne: pod poduszkę, za książkę, do pustej rolki po ręczniku papierowym, pod doniczkę (tylko nie pod sam kwiatek, bo kwiatek też ma swoje sprawy).
— „Czapka jest jak nawigacja” — zachwycił się Kuba. — „Jak GPS, tylko… Głupio-Pomponowy System.”
— „To nie jest głupie!” — bronił czapki Tymek. — „To jest Pomponowo Strategiczne.”
W końcu wszystkie dwanaście Iskier było schowane. Mama i tata dostali po małej latarce.
— „Uwaga!” — ogłosił Tymek, stając na krześle jak kapitan. — „Rozpoczynamy Polowanie na Iskry Nowego Roku! Zasady: kto znajdzie Iskrę, czyta ją głośno i robi minę, jakby zobaczył pingwina na hulajnodze.”
— „A co, jeśli naprawdę zobaczę pingwina na hulajnodze?” — spytał tata.
— „Wtedy robisz podwójną minę” — odpowiedział Kuba.
Zaczęło się szukanie. Mama znalazła pierwszą Iskrę w pudełku z herbatą.
— „‘W kwietniu posadzę coś zielonego i będę pamiętać, żeby to podlewać'” — przeczytała i zrobiła minę pingwina na hulajnodze, taką bardzo uroczą.
Tata znalazł Iskrę w kieszeni swojego swetra, choć twierdził, że to sweter sam ją połknął.
— „‘W maju zrobię komuś niespodziankę bez okazji'” — przeczytał i dodał: — „O! To może być dla was.”
— „Tak, ale nie w formie brokułu” — zastrzegł Kuba szybko.
Śmiech odbijał się od ścian jak piłeczka. Nawet choinka mrugała szybciej, jakby chciała nadążyć.
Została ostatnia Iskra. Nikt nie mógł jej znaleźć.
— „To jest Iskra Tajemnicza” — szepnął Tymek. — „Najważniejsza.”
Czapka kichnęła bardzo cicho.
— „A-psiik…”
I zsunęła się z odkurzacza, potoczyła do okna i zatrzymała się przy parapecie. Tam, między doniczką a lampką, leżała ostatnia karteczka.
Kuba podniósł ją i przeczytał:
— „‘W grudniu powiem: dziękuję za cały rok'.”
Na chwilę zrobiło się ciepło w środku, tak jakby ktoś zapalił małą świeczkę, tylko bez ognia, za to z uśmiechem.
— „To jest dobra Iskra” — powiedział Tymek cicho.
— „Najbardziej błyszcząca” — dodała mama.
Zegar w salonie zaczął tykać głośniej, jakby przypominał: już prawie czas.
Rozdział 4: Północ, konfetti i porozumiewawczy uśmiech
Wszyscy ubrali czapeczki. Kuba włożył złotą, Tymek tę srebrną — teraz już grzeczną, choć od czasu do czasu pompon drgał, jakby w środku mieszkał mały chichot.
Na stole czekały mandarynki, kieliszki z sokiem i miseczka z konfetti. Tata zgasił duże światło, zostawiając tylko lampki choinkowe. Pokój wyglądał jak mała, przytulna galaktyka.
— „Gotowi?” — spytała mama.
— „Odkrywcy zawsze są gotowi” — odpowiedział Tymek, po czym szepnął do Kuby: — „Chyba że trzeba iść spać.”
Kuba zachichotał.
— „Albo myć zęby.”
Z telewizora (albo z radia, bo dorośli lubią różne rzeczy) popłynęło odliczanie. Dziesięć… dziewięć…
Tymek ścisnął w kieszeni małą latarkę. Nie była już potrzebna, ale lubił mieć ją przy sobie, jak talizman wypraw.
— „Trzy… dwa… jeden!”
— „Szczęśliwego Nowego Roku!” — zawołali wszyscy jednocześnie.
Konfetti posypało się w górę jak kolorowy deszcz. Kuba próbował złapać płatek językiem, ale trafił w nos i prychnął.
— „Kich…!” — zaczął.
Wtedy srebrna czapka kichnęła za niego.
— „A-psiik!” — i z pompona wyskoczyło maleńkie, błyszczące konfetti w kształcie gwiazdki, które opadło prosto na dłoń Tymka.
— „Widziałeś?” — szepnął Kuba. — „Ona robi własne fajerwerki!”
Za oknem było widać dalekie światła na niebie, ale w domu było najjaśniej. Mama podała mandarynki.
— „Dwanaście, po jednej na każdy miesiąc” — powiedziała. — „A do każdej możecie pomyśleć jedną Iskrę.”
Tymek obrał pierwszą mandarynkę, a zapach był tak świeży, jakby ktoś otworzył nowy zeszyt.
— „W styczniu… zaczynamy od zamku z poduszek” — powiedział.
— „I od tańca Galareta Wygibasa!” — dodał Kuba i od razu zrobił dwa śmieszne kroki, aż tata musiał się oprzeć o ścianę ze śmiechu.
Kiedy zjedli ostatnią mandarynkę, tymek spojrzał na Kubę. Oboje mieli na policzkach trochę soku i trochę konfetti, jak piegi z radości.
— „Wiesz co?” — szepnął Tymek. — „Ta czapka… ona chyba chciała, żebyśmy zrobili coś własnego.”
Kuba kiwnął głową i też ściszył głos, jakby zdradzał sekret.
— „Bo najlepsze niespodzianki nie zawsze są w sklepie. Czasem są w głowie.”
Tymek spojrzał na czapkę. Pompon drgnął, jakby mrugnął.
— „Odkrywco” — powiedziała mama, poprawiając mu czapeczkę — „jak oceniasz wyprawę?”
Tymek udawał, że myśli bardzo poważnie, jak naukowiec.
— „Odkrycie numer jeden: Nowy Rok smakuje jak mandarynka. Odkrycie numer dwa: śmiech robi w domu więcej światła niż lampki. Odkrycie numer trzy…” — spojrzał na Kubę i uśmiechnął się porozumiewawczo. — „Najlepiej odkrywa się w duecie.”
Kuba odpowiedział takim samym uśmiechem, jakby obaj mieli niewidzialną mapę tylko dla siebie.
A srebrna czapka, jakby na koniec, kichnęła cichutko.
— „A-psiik.”
I wszyscy uznali, że to najweselszy dźwięk na rozpoczęcie nowego roku.