Rozdział 1
W pewnym lesie, gdzie drzewa śpiewały wiatrakiem liści, mieszkał wąż o imieniu Szeleścik. Był długi jak wstążka i błyszczący jak mokra książka. Szeleścik był bardzo ciekawy. Każdego ranka przesuwał się po łące i pytał: „Co to? Co tam? A dlaczego?” Jego oczy rozdawały iskierki.
Pewnego dnia Szeleścik postanowił zrobić coś nowego. „Zrobię własny film!” – oznajmił do muchy, która miała zwyczaj siadać na jego głowie. „Zrobię koniec jak w bajkach — z napisem i muzyką. Zrobię też podziękowania!” Mucha zarechotała: „Podziękowania? Dla kogo?” Szeleścik uśmiechnął się tajemniczo.
Na polanie zebrały się zwierzęta. Był tam zając z czerwonym apaszkiem, jeż z okularami, sowa z notatnikiem i żółw, który zawsze wszystko oglądał powoli. Każdy chciał zobaczyć, co wymyśli Szeleścik.
Wtem pojawił się fotograf. Ach, fotograf! Był to flaming o imieniu Pstryk. Pstryk miał kapelusz z piórkiem i torbę pełną... dźwięków? Pstryk zawsze twierdził, że aparat jest w jego głowie. Każde zdjęcie robił oczami i kląskaniem dzioba. Tylko, że tego dnia nikt nie widział aparatu. Pstryk klepnął kieszeń i powiedział: „Mam wszystko! Mam oczy, mam pomysł, mam moment!” Szeleścik zmierzył go wzrokiem i skręcił ogon w znak ciekawości.
„Potrzebuję fotografa!” — zawołał Szeleścik. „Kto zrobi zdjęcie do napisu na końcu filmu?” Pstryk podskoczył z dumą. „Ja! Ja! Zrobię najlepsze zdjęcie bez aparatu!” Jeż prychnął: „Czy to w ogóle możliwe?” Pstryk mruknął i rozłożył skrzydła teatralnie.
Rozdział 2
Próby zaczęły się przy wielkim kamieniu. Szeleścik ułożył się w kształt serca. „A teraz uśmiech!” — szepnął. „Nie mam ust” — odparł Szeleścik i zrobił skręt, który wyglądał jak uśmiech. Pstryk zrobił dźwięk, jak gdyby nacisnął spust. „Pstryk!” — zawołał. Ale gdy raz, dwa razy, trzy razy „pstryknął”, zdjęcie nie pojawiło się.
„Gdzie jest aparat?” — zapytała sowa, pociągając piórkiem po notatniku. Pstryk spojrzał do torby. Torba była pełna kolorowych kamyków, marchewek i kapeluszy dla myszy. Aparat? Nie. „No cóż...” — zaczął Pstryk. „Mój aparat jest w podróży. Wyszedł na spacer. Ale jestem wciąż fotografem!” Szeleścik prychnął śmiechem. „Może aparat się zgubił, bo jest ciekawy jak ja?” — powiedział.
Kłótnia była śmieszna i delikatna. Pstryk stawał na jednej nodze i krzyczał: „Zdjęcie to światło w sercu!” Szeleścik syczał oburzenie: „Ale ja potrzebuję czegoś, co zatrzyma mój napisy!” Zając wskoczył i zaproponował: „A może zrobimy własne napisy na liściu?” Żółw przytaknął. Jeż wyjął ołówek. Wszystkie zwierzęta zaczęły pomagać.
Szeleścik jednak był trochę zawiedziony. Marzył o wielkim napisie, jak w filmach. „Chcę, żeby wszyscy pamiętali koniec” — powiedział cicho. Akcja zmieniła się w grę. Każde zwierzę dawało pomysł. Sowa zapisała słowa. Zając skakał, żeby znaleźć najładniejszy liść. Jeż napisał literę „D” taką grubą, że przypominała ciasteczko. Pstryk wciąż udawał, że robi zdjęcia — pstrykał powietrze dziobem i opowiadał zabawne historie o aparatowych przygodach.
Nagle podszedł wiatr i zabrał liść prosto w górę. „Ojej!” — zawołał żółw. Liść poleciał nad łąką, aż wpadł prosto na grzbiet żaby, która skakała z koncertu świerszczy. Żaba zaczęła rechotać. Liść z napisem przyklejał się i odpadał jak falbanka. Wszyscy śmiali się do rozpuku.
„Co teraz?” — spytał Szeleścik. Miał pomysł błyskawiczny. „Zróbmy koniec jak w teatrze. Ja będę robić napisy — na moim ciele! A Pstryk niech będzie fotografem… dźwiękowym!” Pstryk spojrzał na swoje pióra i nagle zrozumiał. „Tak! Zrobię zdjęcia dźwiękiem i słowem!” — krzyczał. Zając trąbił marchewką, jeż robił rysunki, a sowa dyktowała. Wszyscy pracowali z zaangażowaniem.
Rozdział 3
Zaczęły się przygotowania do „generału końcowego”. Szeleścik zawinął się w krąg liter ułożonych z kwiatków. Napisy powstawały jak most z kolorów. Pstryk stał na liściu i co chwilę robił „pstryk” powietrzem. Każdy „pstryk” był jak muzyczny dźwięk. Kiedy Szeleścik przeciskał się przez literę „D”, zrobiło się śmiesznie, bo ogon utkwił w stokrotce. „Pomocy!” — syknął z rozbawieniem. Ktoś pstryknął powietrzem. Ktoś inny dmuchnął i wypuścił konfetti z nasion. Cały moment był jak eksplozja uśmiechów.
Wreszcie nadszedł czas nagrania końca. Szeleścik wyprostował się dumnie i powiedział: „Drodzy widzowie! Dziękujemy, że byliście!” Pstryk odpowiedział: „Pstryk! Pstryk! Dziękuję!” Sowa odczytała listę wszystkich pomocników: „Dziękujemy muchom, zającom, jeżom, żabom, żółwiom... i wszystkim, którzy podali liść!” Żółw oklaskiwał powoli, aż echo powtórzyło: „Oklaski… oklaski…”
Był jeszcze mały problem. Gdzie umieścić podpis „Szeleścik — odważny wąż, który robi napisy”? Zając zaproponował, żeby napisać to na kamieniu. Jeż zaproponował, żeby wyryć literę igłą. Pstryk zaś wymyślił coś sprytnego: „Zrobię dźwięk podpisu! Będzie brzmiał: Pstryk-syc!” I wszyscy wybuchli śmiechem.
Chwila ciszy. Szeleścik zebrał oddech i wypowiedział impresję końcową jak aktor: „Byłem ciekawy i dzięki ciekawości znalazłem przyjaciół. Pokazałem koniec i zaczęcie zarazem.” Wszyscy przytulili się w kręgu. Nawiewały motyle, które rzucały małe cienie jak baletnice.
Potem przyszła najbardziej zabawna część: podziękowania. Zaczęły śpiewać trochę niezdarnie, trochę pięknie. „Dziękujemy za marchewki, za liście, za pstryknięcia powietrzem i za to, że aparat poszedł na spacer!” — śpiewały głosy. Pstryk wygłosił ostatnie zdanie: „Dziękuję wszystkim, którzy nie mieli aparatów, ale mieli oczy i pomysły!” I znowu śmiech.
Na końcu Szeleścik zrobił coś odważnego. Rozwinął ogon i napisał na nim wielkimi literami: „DZIĘKUJĘ!” Potem przesunął się powoli jak kredka po papierze i dodał małą gwiazdkę. Wszystkie zwierzęta zaczęły klaskać, trąbić i rechotać naraz.
Gdy kurtyna z trawy opadła, każdy poczuł ciepło ciekawości w sercu. Szeleścik spojrzał w oczy przyjaciół i szepnął: „Co zrobimy jutro?” Pstryk natychmiast odpowiedział: „Pstryk! Pstryk! Może zrobimy film bez dźwięku... albo z wieloma dwudzioma pstryknięciami!” Wszyscy roześmiali się i pobiegli w stronę następnej przygody.
Na koniec, zanim każdy rozszedł się do swoich domków pod korzeniami i pod liśćmi, padło jedno, zabawne podziękowanie, które wszyscy powtórzyli chórem: „Dziękujemy za ciekawość i za to, że nikt nie miał aparatu!”