Rozdział 1: Dziura, która patrzy
Igor miał dwanaście lat i głowę pełną pytań. Takich zwyczajnych, jak: „Czy komary mają ulubioną grupę krwi?”, i takich ważniejszych, jak: „Co mieszka w norze pod krzakiem bzu za garażami?”.
Nora była niepozorna. Otwór w ziemi, trochę trawy, kilka suchych liści. A jednak wyglądała, jakby miała własne oko. Ciemne, okrągłe. Patrzyło prosto na Igora.
— Nie podchodź za blisko — przypomniała mama, gdy Igor wychodził na podwórko. — Ziemia po deszczu się osuwa.
— Wiem! Tylko popatrzę… z daleka — odparł Igor, wkładając do kieszeni małą latarkę, taśmę klejącą i gumkę recepturkę. Bo nigdy nie wiadomo.
Na podwórku spotkał Maję z bloku obok. Siedziała na ławce i gryzła jabłko, jakby to był plan taktyczny.
— Znowu nora? — zapytała, mrużąc oczy. — Wczoraj mówiłeś, że to wejście do tunelu.
— Może jest. Ale mam cel: chcę ją obejrzeć. Bez zbliżania się.
— Brzmi jak zadanie dla ludzi z mózgiem — stwierdziła Maja. — I z kijem.
Igor rozejrzał się. Stara miotła stała przy śmietniku. Trzonek był prosty jak linijka.
— To będzie nasz peryskop — szepnął Igor. — Tylko że… bez łodzi podwodnej.
Maja uśmiechnęła się krzywo.
— Aha. Łódź zrobimy z kartonu. Jak coś, popłyniemy po honor.
Rozdział 2: Operacja „Bez kroku bliżej”
Najpierw wyznaczyli granicę. Igor wbił w ziemię patyk w odległości kilku kroków od nory i obwiązał go czerwoną wstążką, którą znalazł w kieszeni kurtki (nikt nie wiedział, skąd się tam wzięła, nawet on).
— To nasza linia bezpieczeństwa — oznajmił. — Za nią nie przechodzimy. Nawet gdybyśmy zobaczyli tam… nie wiem… złoto.
— Albo skarpetę, która zniknęła w pralce — dodała Maja poważnie.
Peryskop powstał z trzonka miotły, taśmy i małego lusterka z kosmetyczki mamy. Igor pożyczył je „na chwilę”, zostawiając kartkę: „Do misji naukowej. Oddam. Igor.” Kartkę podpisał też dorysowaną gwiazdką, bo misje naukowe zasługują na gwiazdki.
Maja trzymała kij, Igor przykleił lusterko pod kątem.
— Jak w filmach — powiedział Igor. — Tylko bez wybuchów, proszę.
— Bez wybuchów. I bez wrzasków — zgodziła się Maja, choć jej oczy błyszczały.
Ustawili peryskop tak, by lusterko „zaglądało” do środka nory, a oni stali grzecznie za linią.
Igor włączył latarkę i skierował światło na lusterko.
W norze coś poruszyło się. Cień. Szybki jak mrugnięcie.
— Widziałeś?! — szepnęła Maja.
— Widziałem… coś — odpowiedział Igor, ale serce podskoczyło mu do gardła jak piłka na asfalcie.
Nagle peryskop drgnął. Kij osunął się minimalnie, a ziemia przy norze zadrżała.
— Cofamy! — syknął Igor.
Oboje zrobili krok w tył, jakby ćwiczyli układ taneczny pod tytułem „Rozsądek”.
Z ziemi wysunęła się mokra grudka i potoczyła w bok. To nie była katastrofa, ale wystarczyło, by Igor poczuł zimno w brzuchu.
— Mówiłam o deszczu — mruknęła Maja. — Dobra. Plan B?
Igor przełknął ślinę.
— Plan B: mądrzej.
Rozdział 3: Drużyna od zadań dziwnych
Dołączył do nich Kacper z czwartego piętra, mistrz majsterkowania. Przyszedł, bo usłyszał słowo „peryskop” i nie mógł udawać, że go nie interesuje.
— Wy to zrobiliście z miotły? — zapytał z udawanym oburzeniem. — To obraza dla techniki.
— Działało przez trzy sekundy — bronił się Igor.
Kacper obejrzał norę z dystansu, jak lekarz, który bada pacjenta wzrokiem.
— Trzeba statywu. I ciężaru u podstawy. I żadnego dotykania krawędzi. Zrobimy wysięgnik.
— Wysięgnik brzmi jak coś, co może podnieść autobus — zachwyciła się Maja.
— Autobusu nie, ale lusterko tak — odparł Kacper.
Z piwnicy przynieśli starą deskę, dwie cegły i sznurek. Kacper zbudował prowizoryczny „żuraw”: deska oparta na cegłach, na końcu przywiązane lusterko, a obok latarka na gumkach recepturkach. Igor patrzył, jakby oglądał czary, tylko że czary pachniały kurzem.
— Najważniejsze: ufamy konstrukcji — powiedział Kacper. — Jak zacznie się chwiać, nie ratujemy jej twarzą.
— Ufam — potwierdził Igor, choć wolałby, żeby konstrukcja obiecała to samo.
Ustawili żuraw za linią bezpieczeństwa. Lusterko zsunęło się nad otwór nory, a światło wpadło w ciemność jak jasna strzała.
Igor pochylił się, ale stopy trzymał jak przyklejone.
W lusterku zobaczył coś okrągłego. Futrzaste. Dwa błyszczące punkty.
— Oczy — szepnął.
— Jak u… — Maja urwała, bo nie chciała powiedzieć „smoka”, żeby nie kusić losu.
Z nory dobiegł cichy dźwięk. Coś między chrupnięciem a westchnieniem.
Kacper uniósł palec.
— Cisza. Nagrywamy w głowie.
Wtedy z boku, spod bzu, wystrzelił nagle rudy kształt. Igor aż przysiadł.
To był kot sąsiadki, Lord. Lord miał minę, jakby właśnie ogłosił się właścicielem całego podwórka. Podszedł do linii bezpieczeństwa i usiadł idealnie na niej, jak znak drogowy.
— Lord, nie wchodzisz! — syknął Igor. — To teren badań!
Lord zamrugał. I zrobił minę „A kto mi zabroni?”.
Rozdział 4: Próba odwagi i kot z charakterem
Lord podniósł łapę i delikatnie dotknął trawy tuż przy norze. Ziemia znów lekko osiadła.
— Ej! — Maja wstała. — On zaraz wpadnie.
Igor poczuł, jak odwaga próbuje mu uciec przez uszy. Ale złapał ją myślą: „Nie podchodzę. Mam wymyślić.”
— Kacper! Sznurek! — powiedział szybko. — Zróbmy kotu… barierkę.
— Barierkę dla kota? — Kacper parsknął. — To będzie pierwszy taki wynalazek.
— Proszę, zanim Lord zostanie odkrywcą bez przygotowania.
Kacper przywiązał sznurek między dwoma patykami, tworząc niski „płotek” tuż przed linią. Igor podsunął pod sznurek plastikową miskę z wodą, bo koty czasem nienawidzą niespodzianek, a plusk działa jak dzwonek alarmowy.
— Lord, to nie jest zaproszenie — powiedziała Maja miękko. — To jest… sugestia.
Lord spojrzał na miskę. Potem na nich. Potem na norę. W końcu westchnął tak głęboko, jakby dźwigał odpowiedzialność za cały świat, i odwrócił się, obrażony.
— Działa! — ucieszył się Igor.
— To zasługa psychologii — oznajmił Kacper. — Koty nie lubią, gdy im się mówi, co mają robić, więc mówisz im… odwrotnie.
— Czyli co? Mamy powiedzieć: „Lord, koniecznie wskocz do nory”? — zapytała Maja.
— Nie! — Igor aż podskoczył. — Tego nie testujemy.
Wrócili do żurawia. Lusterko znów pokazało wnętrze. Tym razem obraz był wyraźniejszy.
W ciemności siedziało małe stworzenie. Szare, z wąsikami. Trzymało w łapkach coś jak ziarenko.
— To… nornica? — zgadywała Maja.
— Albo mysz polna — dodał Kacper.
Igor poczuł ulgę. Żadnego potwora. Tylko mały, zwyczajny mieszkaniec ziemi. A jednak wyglądało to jak tajemnica, która pozwoliła się podejrzeć.
Nagle zwierzątko zniknęło w głębi korytarza. W lusterku został tylko tunel.
— I co teraz? — zapytał Kacper.
Igor zmrużył oczy. Miał cel: skrutować norę bez zbliżania się. Zrobili to. Ale ciekawość, jak zwykle, miała dodatkowe pytanie.
— Chcę zobaczyć, dokąd prowadzi — powiedział cicho. — Ale nadal z daleka.
Maja wskazała na krzak bzu.
— A jeśli są drugie wejścia? Takie… wyjścia awaryjne?
Igor aż się uśmiechnął.
— To brzmi jak mapa.
Rozdział 5: Mapa podwórka i tropy w trawie
Narysowali plan na kartce z zeszytu. Garaże, śmietnik, ławka, trzepak, krzak bzu i wielka plama „NORA” z kropką pośrodku. Igor dopisał „Linia bezpieczeństwa” i dorysował czaszkę, żeby wyglądało poważnie.
— Czaszka? — Maja uniosła brwi.
— Dla klimatu — wyjaśnił Igor. — I żeby Kacper nie wpadł na pomysł testów z trampoliną.
— Ja? — Kacper przyłożył dłoń do piersi. — Nigdy.
Szli powoli wokół krzaka bzu, nie depcząc świeżej trawy. Igor wypatrywał czegoś niezwykłego: małego zapadnięcia, wysuszonej ścieżki, rozsypanych ziaren.
— Patrz — szepnęła Maja.
W trawie, kilka metrów dalej, była wąska, wygnieciona „autostrada” prowadząca pod płot. Na końcu, przy desce płotu, ziemia wyglądała jak lekko odgarnięta.
— Drugie wejście? — zapytał Kacper.
— A może wyjście — poprawił Igor.
Pod płotem była mała szczelina. Igor nie klęknął przy niej, tylko przykucnął w bezpiecznej odległości i wysunął telefon na kijku do selfie, który Kacper nosił „na wszelki wypadek”, bo jego ciocia uczyła aerobiku i kijek czasem służył do nagrywania choreografii.
— Kijek od tańca ratuje naukę — mruknęła Maja.
Igor włączył nagrywanie i ostrożnie wysunął kamerę w stronę szczeliny.
Na ekranie pojawiła się ciemność. Potem błysk. Coś przebiegło.
— Stop! Cofnij! — Kacper wychylił się, ale zaraz odsunął. — Uważaj, nie zbliżaj.
Igor cofnął kijek i odtworzył nagranie. Widać było mały pyszczek, wąsiki i… coś okrągłego w pyszczku. Jak ziarenko słonecznika.
— Ten sam lokator — stwierdził Igor. — Ma trasę: nora pod bzem i przejście pod płot.
Maja spojrzała na mapę.
— Czyli to nie tylko dziura. To system.
Igor poczuł dumę. Nie z tego, że odkrył „system” — choć trochę też — ale z tego, że zrobił to rozsądnie. Bez wchodzenia, bez dłubania, bez ryzyka.
— To znaczy, że możemy… obserwować — powiedział. — I nie przeszkadzać.
Wtedy usłyszeli głos.
— Co wy tu kombinujecie?
To była pani Kłosek, sąsiadka od Lorda. Stała z rękami na biodrach, a Lord siedział obok jak niewinny anioł z bardzo brudnymi łapkami.
Igor poczuł, jak rumieniec wspina mu się na twarz.
— My… badamy — zaczął.
— Badamy norę, ale bez zbliżania się — dodała szybko Maja. — Mamy linię bezpieczeństwa. I mapę.
Kacper uniósł kartkę jak dowód osobisty projektu.
Pani Kłosek zmrużyła oczy, a potem jej usta drgnęły.
— Aha. Mali odkrywcy. Tylko bez rozkopywania. I bez straszenia zwierząt, jasne?
— Jasne! — powiedzieli chórem.
Lord miauknął, jakby też składał obietnicę, choć brzmiało to bardziej jak „zobaczymy”.
Rozdział 6: Zaufanie i wielki finał
Następnego dnia Igor wrócił z małą tabliczką z kartonu. Napisał na niej grubym markerem: „STREFA SPOKOJU. PROSIMY NIE DEPTAĆ”. Przyczepił ją do patyka i wbił obok czerwonej wstążki.
— Brzmisz jak strażnik parku narodowego — zaśmiała się Maja.
— To komplement — odparł Igor.
Usiedli na ławce, nadal w zasięgu obserwacji, ale nie za blisko. Kacper przyniósł lornetkę po dziadku, a Maja termos z herbatą malinową, bo „każda wyprawa potrzebuje prowiantu”.
— Gotowi? — szepnął Igor.
— Gotowi — odpowiedzieli.
Czekali. Czas płynął wolno, jakby też obserwował norę. Nagle w trawie poruszył się cień. Przy wejściu pod bzem pojawiła się mała główka. Zwierzątko rozejrzało się szybko i wciągnęło powietrze.
Igor wstrzymał oddech. Czuł, jak w środku rośnie mu coś ciepłego. To nie była tylko ciekawość. To było zaufanie. Do siebie, że potrafi się powstrzymać. Do przyjaciół, że pomogą mu nie przesadzić. Do świata, że ma swoje sprawy i nie musi być przez nich popychany.
Zwierzątko wyszło na chwilę, chwyciło coś z trawy i zniknęło. Tak szybko, że można było pomyśleć, że to się przyśniło.
— Widzieliście? — wyszeptał Igor.
— Jak na dłoni — powiedział Kacper. — I nikt nie ucierpiał. Nawet mój honor.
Maja popiła herbaty.
— Czyli twoja nora to po prostu dom. A my byliśmy… sąsiadami z lornetką.
— Sąsiadami, którzy trzymają dystans — dodał Igor.
W tym momencie Lord, który z niewiadomego powodu znowu się pojawił, podszedł do tabliczki „STREFA SPOKOJU”. Przeczytał ją, o ile koty potrafią czytać, i… usiadł dokładnie przed nią jak pomnik.
— O nie — jęknęła Maja. — On teraz będzie udawał ochroniarza.
Lord wyprostował się dumnie. Kacper parsknął.
— Proszę pana, ma pan przepustkę? — zapytał poważnym tonem.
Lord odpowiedział miauknięciem, które brzmiało jak „Ja jestem przepustką”.
Igor nie wytrzymał i zachichotał. Potem Maja, bo Igor śmiał się śmiesznie, jakby próbował nie hałasować, a jednak mu nie wychodziło. Kacper dołączył, bo śmiali się wszyscy, więc nie wypadało stać jak słup. Nawet pani Kłosek, która akurat przechodziła, roześmiała się pod nosem, widząc Lorda na warcie.
Lord spojrzał na nich z godnością, po czym kichnął tak komicznie, że Igor aż złapał się za brzuch.
I wtedy śmiech wybuchł naprawdę. Wspólny, głośniejszy, ale ciepły. Taki, który nie straszy, tylko rozjaśnia podwórko.
Nora została spokojna. A Igor pomyślał, że największa przygoda czasem zaczyna się od jednego małego otworu w ziemi… i kończy się tym, że wszyscy śmieją się razem.