Pora na wynalazek
Dziś rano warsztat pachniał olejem, kawą i czymś, co kiedyś było długopisem. Na półkach stały słoiki z śrubkami, pudełka z klawiszami od starych klawiatur i plastikowy dinozaur z kieszeniami na baterie. Ja — Feliks, wynalazca z nadmiarem pomysłów i niedoborem porządku — starałem się przypomnieć, który z pomysłów obiecywał mi spokojny dzień.
Na stole leżał plan: Uniwersalny Rozwiązywacz Kłopotów — skrót URK. URK miał robić trzy rzeczy naraz: sprzątać, robić kanapki i rozśmieszać sąsiadów. Brzmi rozsądnie, prawda? Ja też tak myślałem. Na rysunku maszyna wyglądała jak krzyżówka odkurzacza, robota kuchennego i małego klauna z wiadrem na głowie. Dodałem do projektu kilka rzeczy, których nie było na rysunku: guzik „NIEPANIKUJ”, zapas śmiechu w granulkach i instrukcję, którą napisałem drobnym maczkiem: „Nie karmić kotów tymi granulkami”.
— Feliks, czy odkurzacz naprawdę potrzebuje klaksonu? — zapytała Ania, moja sąsiadka z okna obok. Miała dwanaście lat, trochę sprytu i nieodpartą chęć do kradzenia moich śrubek.
— Oczywiście — odpowiedziałem dumnie. — Kiedy URK znajdzie kurz, ma dać mu reprymendę. Kurz musi wiedzieć, że nie przechodzimy obok niego obojętnie.
Ania uśmiechnęła się tak, że miałem niemal pewność, iż planowaną reprymendę powinna usłyszeć cała ulica. I słyszała — ale nie dzisiaj. Dzisiaj URK miał przejść pierwszy test.
Pierwszy test i sos malinowy
Prace trwały krótko: trzy godziny lutowania, pół godziny szukania utraconego lutownicy (znalazła się w mojej kapeluszu) i piętnaście minut konsultacji z instrukcją obsługi starego robota kuchennego. Podłączyłem przewody, ustawiłem zegar, nacisnąłem guzik „START” i poczekałem, aż urządzenie zacznie... zrobić coś konkretnego.
URK zakaszlał, zakręcił się o własny kabel i wypuścił z siebie dźwięk przypominający skrzypienie drzwi szkolnych. Potem włączył nóżkę odkurzacza, która była jednocześnie nożem do krojenia chleba. Maszyna uruchomiła system „kanapkowy”, co oznaczało, że dwa kawałki chleba znalazły się w metalowych szczękach. Wszystko szło idealnie, aż do momentu, gdy zasada „równowagi smaków” została źle zinterpretowana.
— System stwierdza: za mało słodyczy — oznajmił URK głosem jak niskie radio.
Z dna urządzenia wysunął się wąż ogrodowy, z którego popłynęła cienka strużka czerwonej, błyszczącej substancji. Chciałem krzyknąć „to nie dżem!”, ale było już za późno. URK spryskał kanapki... sosem malinowym dla kota, którego nie mieliśmy. Ania parsknęła śmiechem, a następnie podskoczyła, bo z kuchennej szuflady wypadł mój stary papierowy kapelusz i rozkleił się od wilgoci.
— Feliks, to wygląda jak deser dla kominiarzy! — wykrzyknęła.
Maszyna zrobiła kilka kroków tanecznych, odkurzyła korytarz w rytm własnego klaksonu i zaczęła opowiadać dowcip o śrubce, która nie mogła trafić do nakrętki. Ta część programu działała dobrze, choć nieco za głośno.
Ulepszenia i nieplanowany pokaz mody
Po zdjęciu resztek sosu malinowego z kanapek (Ania odmówiła spróbowania) zabrałem się za poprawki. Wymieniłem wąż ogrodowy na elastyczny przewód silikonowy, przekierowałem system do dozowania dżemu i dodałem filtr „Kot Friendly”. Do zestawu dołożyłem też ruchome ręce, żeby URK mógł podawać talerze bez roztrząsania ich po podłodze.
— Teraz wszystko będzie eleganckie — powiedziałem, nakręcając śrubki. — Eleganckie i funkcjonalne.
Ania przyglądała się z podekscytowaną miną, trzymając w dłoniach notatnik, który zamierzała później sprzedać jako „Feliksowe Kompendium Wynalazków”. Nic nie zapowiadało, że maszyneria nabierze fantazji.
URK, jak się okazało, miał również wbudowany moduł estetyczny, który nazwałem „Światło i Styl”. Kiedy włączyłem tryb „pokazowy”, reflektory rozbłysły, z głośnika popłynęła muzyka rodem z reklamy mydła, a robot wypuścił z ukrytych szuflad sznury kolorowych świecidełek. Na moment warsztat przemienił się w magazyn mody.
— Co on robi?! — zapytała Ania, kiedy z zamka od padniętego szuflowego pudła wyleciały stare skarpetki, naklejki w kształcie gwiazdek i kapelusze ze sztucznego jedwabiu.
URK postanowił, że modny stajling wymaga żywego modela. Niewiele myśląc, na swoje ramiona założył małą metalową manekenkę i wysunął ją przed warsztat. Manekin miała zabawną torebkę na spodzie, która nieustannie chichotała, emitując dźwięk przypominający kaczki.
Przechodzący obok pan Jurek, listonosz, zatrzymał się, patrząc jak maszyna stroi manekina:
— No proszę, pokaz mody w niedzielę! — powiedział. — A ja myślałem, że dzisiejsze listy będą nudne.
Tłum zebrał się przed warsztatem. Sąsiadki, dzieci z osiedla i pies, który zawsze wierzył, że każdy wynalazek to potencjalny przyjaciel, zaczęli bić brawo URK-owi. Ja czerwieniłem się półtorem szynki.
Wielki dzień — jarmark wynalazków
Zachęcony sukcesem, postanowiłem zabrać URK na jarmark wynalazków do rynku. Tam miały być jurorzy, nagrody i — co najważniejsze — darmowe ciasteczka. Pakowanie wynalazku okazało się bardziej skomplikowane niż jego składanie: URK miał długość jednej kanapy, szerokość dwóch pudełek po butach i zmysł showmana. Przytwierdziliśmy go do wózka na kółkach, przypięliśmy wielką kokardę i ruszyliśmy w drogę.
Na rynku było gwarno. Stoisko obok prezentowało inteligentne skarpety, które zmieniały kolor w zależności od nastroju (czerwone oznaczały „złość na matematykę”), a inny wynalazca sprzedawał wiatraczki na każdy dzień tygodnia. URK stanął na środku placu i od razu wiedział, że to jego scena. Włączyłem tryb „pokaz stołowy”.
— Panie i panowie! — zawołał URK głosem, który nagle stał się teatralny. — Oto Uniwersalny Rozwiązywacz Kłopotów!
W pierwszym akcie maszyna przygotowała kanapki i podała je widzom. W drugim akcie odkurzyła i wręczyła za to dyplomy porządku. W trzecim... URK postanowił zamienić tradycyjne nagrody na coś bardziej osobistego: zamiast dyplomów rozdawał osobiste anegdoty o sąsiadach, które wywołały lawinę śmiechu i kilka czerwonych twarzy.
Jeden z jurorów, profesor, zapytał:
— A gwarancja serwisowa?
— Gwarancja śmiechu ważna przez całe lato — odpowiedziałem z poważną miną, ale URK dodał wesołe: — i dopóki ktoś nie nakarmi mnie sokiem z kapusty!
Niespodziewanie pojawił się problem: moduł „Estetyka” uznał, że rynek potrzebuje „ciekawego elementu wodnego” i rozpoczął wypompowywanie piany z małych otworów pod spodem. Piana pokryła stoiska, ławki i kilka szczęśliwych kaczek. Dzieci zaczęły robić ślizgi na rynkowych płytach, a dorośli śmiali się do łez, bo nikt nie spodziewał się tak ukwieconej wersji targu.
Mimo piany i kilku mokrych gazet, ludzie bili brawo. URK nie wygrał pierwszej nagrody — wygrał coś lepszego: uśmiechy i opowieści, które będziemy powtarzać przez miesiące. Juror przybił mi piątkę, a Ania sprzedała swoje notatki z demonstracji jako pamiątki.
Co zostało i co dalej
Wróciliśmy do warsztatu z kilkoma nowymi plamami piany do wyczyszczenia i listą pomysłów od dzieci z rynku: „Proszę zrobić maszynę, która robi zadania domowe” i „A czy URK może śpiewać disco?”. Zapisałem wszystko w moim notesie. URK, już bez kokardy, stał w kącie i mruczał coś o „poprawie systemu dostarczania dżemu”, co uznałem za bardzo obiecujące.
Wieczorem, przy filiżance herbaty, napisałem krótką notę do mojego dziennika wynalazków:
„Dzisiaj URK zrobił więcej niż zaplanowałem: połączył funkcjonalność z dowcipem i chorą zabawą. Czasem wynalazek powinien się popsuć, żeby pokazać, że to, co najważniejsze, to ludzie obok nas. A także ci, którzy potrafią zrobić ślizg na pianie. Następnym razem dodam filtr 'kapusta-bezpieczna' i wyłącznik dla dramatycznych efektów wodnych.”
URK ułożył się przy moich nogach jak wierny, metalowy pies i z cichym syknięciem przypomniał mi o swoich granulkach śmiechu. Ania przyniosła kanapkę (bez sosu) i zapytała:
— Kiedy następny test?
— Jutro — odpowiedziałem i uśmiechnąłem się tak, jak tylko wynalazca potrafi: z nadzieją, błyskiem w oku i nową listą części do zamówienia.
Wśród śrubek, kapeluszy i słoików z notatkami o humorze, warsztat zasnął. Ja też zasypiałem szybko, bo kto nie jest zmęczony po dniu pełnym wynalazków, piany i śmiechu? Na stole leżała notatka: „Nie zapomnieć: granulat śmiechu lepiej przechowywać w słoikach z uszczelką”. Noc była cicha, ale w kącie, jakiś metalowy dźwięk brzęczał spokojnie — jakby maszyna śniła o jarmarku.